Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.

środa, 9 maja 2012

Czarna woda




Czarna woda

Attica Locke
(oryg. Black Water Rising)
tłumaczenie: Tomasz Wilusz
Wydawnictwo Prószyński i S-ka 2011

Kiedy sięgałem po Czarną wodę myślałem, między innymi pod wpływem reklamowych notek z okładki, iż będę miał do czynienia z tradycyjnym kryminałem, cokolwiek to w gruncie rzeczy oznacza. Omyliłem się.

Czarna woda jest debiutem powieściowym; Attica Locke dotąd zajmowała się scenariuszami filmowymi i telewizyjnymi, a teraz sięgnęła do innej branży. Co z tego wyszło?

W pierwszym momencie wszystko zaczyna się pozornie klasycznie. Jay Porter, adwokat z Houston, który jeszcze się nie wybił i na razie ledwo wiąże koniec z końcem, w ramach prezentu urodzinowego dla żony wybiera się z nią na nocną przejażdżkę po bayou* w Houston. W jej trakcie ratuje tonącą kobietę, którą wyciąga na pokład łodzi. Oczywiście, okazuje się to dla niego początkiem kłopotów natury jak najzupełniej kryminalnej. Jakich – zdradzać nie będę, bowiem fabuła jest interesująca i skomplikowana, głęboko wbudowana w tło społeczne, co jest pozytywnym wyjątkiem na tle amerykańskiej wersji tego gatunku literatury. Niby więc wszystko sztampowe, choć w najlepszym sorcie, gdyby nie kilka drobiazgów. Gdyby nie to, że nasz hero jest czarny, podobnie jak jego żona i, co wcale nie jest bez znaczenia, również autorka książki. To sprawia, iż powieść ukazuje wszystko w innej niż zwykle perspektywie. To całkiem inny klimat niż w setkach kryminałów napisanych przez białych i o białych.

Od razu powiem, że nie wszystko mi się spodobało. Styl prozy prezentowany w Czarnej wodzie miejscami niezbyt mi odpowiadał, choć nie wiem czy to wina pisarki, czy tłumaczki. Niby niczego konkretnego nie można mu zarzucić, ale po prostu mi nie leżał. Jest w nim coś takiego nieokreślonego, że nie mogłem się w tej powieści rozsmakować. To coś jak bardzo dobra jakościowo potrawa, podana z gustem i klasą, ale jak na nasz indywidualny smak zbyt mało doprawiona. Poza tym jednym, z czego sobie dobrze zdaję sprawę, czysto subiektywnym i nieokreślonym mankamentem, pozostaje jeszcze sprawa rozwiązania akcji. Jakieś takie nie do końca, jak na mój gust, przekonujące. I to by było na tyle; więcej zarzutów ciężko się doszukać.

Poza warstwą typową dla kanonu, czarną na sposób klasycznego kryminału noir, mamy warstwę czarną podwójnie, czarną na sposób czarnej siły**. Choć cała rzecz rozgrywa się na początku lat osiemdziesiątych, napotkamy liczne retrospekcje i odniesienia do czasów wcześniejszych, do młodości głównego bohatera. Miejscem akcji jest Texas, miejsce raczej niezbyt przychylne dla Czarnych. Dla Amerykanów pewnikiem tło powieści jest komentarzem społecznym i politycznym do stosunków rasowych w różnych stanach USA, rozliczeniem z przeszłością dawniejszą i krytyką przeszłości przechodzącej w teraźniejszość. Dla nas jednak ma wydźwięk dodatkowo porażający przez nasuwające się odniesienie do PRL-u, do Polski w analogicznym okresie.

Pod koniec Czarnej wody przypomniała mi się niedawna lektura niesamowitej książki wspomnieniowej Nieugięty. Pierwsza pokazuje świat Czarnych w kochanej Ameryce, a druga życie Irlandczyków w dumnym Albionie. Dwa oblicza kapitalistycznego świata, od którego niby mamy się uczyć demokracji! Płatne papugi marketingowych pochlebstw pod adresem obecnego ustroju wmawiają wszystkim, jaka to okrutna okupacja była w PRL-u, jak milicja strzelała do tych, którzy rzucali w nią kamieniami. Polecam więc lekturę Czarnej wody, by poczytali, jak policja może strzelać do śpiących ludzi i jeszcze otrzymywać za to pochwały. I jeszcze jedno, co większości z nas ucieka. Antykomunistą nikt się nie rodził. Jeśli ktoś zdecydował się wejść na wojenną ścieżkę z władzą, musiał być świadomy ryzyka i konsekwencji, pomijając już to, iż nie były one jednak w analogicznych okresach ostatnich dekad komuny równie brutalne w Polsce, jak na Zachodzie. Była to jednak kwestia decyzji i odpowiedzialności; każdy miał wybór i tak jest w każdym systemie politycznym. Walczący z władzą muszą się liczyć z konsekwencjami w każdym ustroju i w każdej epoce. Jest jednak zasadnicza różnica: prawo wyboru. Wyboru, którego nie dano Irlandczykom represjonowanym i mordowanym w demokratycznej Wielkiej Brytanii ani Murzynom w USA. Oni cierpieli tylko za to, że urodzili się tacy, a nie inni. Ich gehenna nie była wynikiem dokonanych przez nich wyborów. To zaś, że w chwili obecnej ich sytuacja jest lepsza niż jeszcze dziesięć, czy dwadzieścia lat temu, zawdzięczają między innymi komunie, która nagłaśniała i piętnowała takie ciemnie strony imperialistycznego kapitalizmu.

To spojrzenie na amerykańską demokrację oczami Czarnucha daje do myślenia. Zwłaszcza nurtuje mnie pytanie, czy przypadkiem nie jest lepszy system, gdzie Czarnuchem jest się z wyboru, niż ten, gdzie się jest nim z urodzenia?

Attica Locke jako autorka powieści w dużej mierze społecznej, pokazuje się nam z jak najlepszej strony; jako bystry obserwator i uczciwy komentator. Choć jawnie daje wyraz swej zrozumiałej sympatii do Czarnych, to zauważa, iż nie są oni wolni od żadnych negatywnych cech, które pojawiają się w każdej wyodrębnionej z otoczenia grupie; również krycia swoich i wybaczania swoim rzeczy, które u obcych by piętnowano***. To niezwykle cenne, gdyż bardzo rzadkie, by ktoś zaangażowany zauważał i piętnował podobne zachowania u swoich.

Czarna woda, poza bardzo dobrą warstwą kryminalną, w warstwie społecznej i politycznej stawia wiele pokrętnych pytań do przemyślenia, nie tylko tych, o których wspomniałem. Jest naprawdę książką bardzo interesującą, choć szczerze mówiąc, właśnie przez to, dużo mniej rozrywkową niż większość kryminałów. Jeśli nie boicie się refleksji na trudne tematy, niejednokrotnie mocno dołujących, to jest to pozycja właśnie dla Was. Jeśli szukacie rozrywki lekkiej i łatwej, raczej nie będziecie zadowoleni, ale ja i tak absolutnie Czarną wodę polecam


Wasz Andrew



* Bayou (czytaj: bajú) – leniwie płynąca rzeczka; słowo z dialektu cajuńskiego
** hasło przeciwstawne znanemu White Power
*** „Uważają, że czarnemu bratu można wybaczyć wszystko” str. 121

wtorek, 8 maja 2012

Ptaki



Nie jestem zwolennikiem czytania od deski słowników, encyklopedii i leksykonów. Takie wbijanie w siebie informacji, w znaczącej większości zbędnych, które zostaną zapomniane zanim natrafi się okazja na ich wykorzystanie, jest dla mnie stratą czasu. Z tego powodu Ptaki Europy Środkowej, których autorem jest Detlef Singer, leżały dość długo na półce lub w plecaku. Zaglądałem do nich tylko wtedy, gdy chciałem wyszukać odpowiedź na pytanie ornitologiczne, które już zaistniało. Po pewnym jednak czasie zacząłem czytać ten Przewodnik i to było to!


Podtytuł Ptaków Europy Środkowej – Przewodnik do rozpoznawania i oznaczania gatunków sugeruje, iż nie jest to lektura do czytania w całości. Jednak warto tak właśnie postąpić. Dlaczego?

Większość ludzi, nawet umiejących odróżnić bogatkę od modraszki, co już jest rzadkością, nie zdaje sobie nawet sprawy z tego, jak ciekawa i bogata jest nasza przyroda. Jak ciekawe obyczaje gatunków, jak ważne jest istnienie każdego z nich, między innymi ze względu na rozległe powiązania między nimi. Dotyczy to zresztą nie tylko fauny, ale przyrody w ogóle. Telewizja jest pełna filmów przyrodniczych, lecz o naszej własnej przyrodzie prawie nic obejrzeć nie można. Puszcza się u nas filmy o życiu organizmów Afryki, Ameryki. Ba nawet angielska przyroda, bardzo zresztą podobna do naszej, wydaje się warta pokazania w Polsce i na świecie. Tylko nie nasza. Dlatego warto sięgnąć po Ptaki Europy Środkowej.

Wbrew tytułowi nie jest to pozycja poświęcona ptakom Europy, bowiem poza kilku marginalnie omówionymi gatunkami są to po prostu Ptaki Polski. Polska leży w Europie Środkowej, więc to niby to samo, ale jakże inaczej brzmi. Jako klucz do oznaczania ptaków przedmiotowa publikacja średnio się nadaje. Dla fachowca za mało w niej informacji, a początkujący przy jej pomocy nie dokona oznaczenia gatunków problematycznych. Jednak jako zachęta do zainteresowania się ptasim światem i przewodnik do pierwszych obserwacji naszych krajowych gatunków jest wspaniała.

Każdy gatunek opatrzony jest opisem obejmującym cechy charakterystyczne, wygląd, występowanie (w czasie i przestrzeni), głos, charakterystyczne zachowania, pokarm i lęgi. Ułatwia nam to wyszukanie konkretnego gatunku, który nas interesuje i który chcielibyśmy spotkać w naturze. Mamy też zawsze co najmniej dwie fotografie każdego gatunku i porównanie wielkości do gatunków wzorcowych. Dzięki tej książce pierwszy raz zobaczyłem, gdyż wiedziałem gdzie szukać, zimorodka z bliska – bezcenne! Jeśli ktoś myśli, że tylko za granicą są piękne ptaki, to znaczy, że po prostu nie zna naszych.

Poza częścią główną mamy jeszcze inne, równie interesujące, jak choćby systematyka i klucz do oznaczania rodzin, czy rozpoznawanie ptaków w locie.

Książka wydana świetnie. Jakość papieru i okładki rewelacyjna. Rozmiar trudno nazwać kieszonkowym, ale do dużej kieszeni kurtki może się zmieścić, a do plecaka czy torby foto bez problemu. Jak już wspomniałem, dla zaawansowanych ptakolubów jest średnio przydatna, gdyż do oznaczania młodzików raczej się nie nadaje – materiał foto przedstawia z reguły ptaki dorosłe, a opisy są zwięzłe i z racji ograniczonej objętości wydania - skrótowe. Jednak dla wszystkich początkujących, a zwłaszcza dla tych, którzy ptakami jeszcze się nie interesowali, jest to wydanie rewelacyjne. Będzie służyć długo, nawet jeśli będziemy je z sobą zabierać w teren, co jest możliwe, w przeciwieństwie do innych ptasich albumów. Może też autentycznie zainteresować ornitologią tych, którzy dotąd ptaki uważali za stworzenia nieciekawe i pospolite. Zwykle nawet najlepszych książek radzę szukać w bibliotece. Tym razem jednak gorąco zachęcam do zakupu i polecam gorąco. To książka do której się wraca


Wasz Andrew

poniedziałek, 7 maja 2012

Fiodor Dostojewski "Wspomnienia z domu umarłych" - O beznadziei

 

Wspomnienia z domu umarłych

Fiodor Dostojewski


Tytuł oryginału: Записки из мертвого дома
Tłumaczenie: Czesław Jastrzębiec-Kozłowski
Wydawnictwo: Puls Londyn
Liczba stron: 270
 
 
 
 
Głównym bohaterem „Wspomnień z domu umarłych” jest Aleksander Pietrowicz Gorianczykow, co się urodził w Rosji jako szlachcic i ziemianin, potem za zabójstwo żony stał się zesłańcem-katorżnikiem drugiej kategorii. Narrator wchodzi w posiadanie osobistych dzienników Gorianczykowa, a następnie raczy nas ich lekturą – to zapis z więziennego pobytu, opis 10 lat spędzonych na Syberii w więziennej twierdzy.
Należy wspomnieć, że doświadczenia Gorianczykowa w ogromnej mierze pokrywają się z przeżyciami samego Dostojewskiego, który przebywał na katordze w Omsku cztery lata: od 1850 do 1854 r. za przynależność do Koła Pietraszewskiego. Koło było grupą dyskusyjną młodych, rosyjskich intelektualistów, którzy dywagowali nad oficjalnie zabronioną zachodnią filozofią, ponadto krytykowali obecny ustrój rosyjski, zarzucając mu zacofanie ekonomiczne i kulturowe, a za despotyczne rządy oberwało się nawet samemu carowi Mikołajowi I. Jeśli doda się do tego fakt, że późne lata 40 XIX wieku w Rosji to wyczekiwanie na wybuch rewolucji (rok 1848 to początek Wiosny Ludów w Europie), to nietrudno zgadnąć, że członkowie Koła Pietraszewskiego zostali uznani za groźnych wywrotowców, pragnących obalenia władzy caratu, za co należało ich surowo ukarać. Dnia 16 listopada 1849 roku Komisja Sądu Wojskowego skazała Fiodora Dostojewskiego oraz pozostałych członków organizacji śmierć. Jednak w ostatniej chwili, gdy skazańcy oczekiwali już na wykonanie wyroku, kara została złagodzona – zamieniono ją na katorgę.

Bestseller z Watykanu



Pamięć i tożsamość

Jan Paweł II
(Karol Wojtyła)

Kiedy czytałem recenzje książki naszego papieża „Pamięć i tożsamość”, aż mnie rzucało. Co warta jest recenzja, jeśli krytyk od razu stawia się w pozycji malutkiego wobec wielkości autora omawianego dzieła, w dodatku zobowiązanego do uznawania jego nieomylności w sprawach wiary, jeśli deklaruje się jako katolik? Czy z tej pozycji można wytknąć choćby najbardziej jaskrawe przekłamania lub błędy? Czy można je w ogóle dopuścić do swego grzesznego umysłu? Czy podążający na wschód koń z klapkami na oczach może zauważyć piękno zachodu słońca?

Pamięć i tożsamość”, podobnie jak inne dzieła Karola Wojtyły, można oceniać na różnych płaszczyznach odbioru. W odbiorze społecznym, masowym, ma ona takie znaczenie, jak znane publikacje innych przywódców religijnych i politycznych. Każdy się na nią może powołać, najczęściej uprzednio nie widziawszy jej na oczy, by uzasadnić jakąś nierzadko karkołomną, irracjonalną tezę. Wyrwane z kontekstu zdania, jak cytaty z Biblii, i świadome pomijanie innych fragmentów, pozwalają uzasadnić wszystko. Temat rzeka. Jest jednak zasadnicza różnica pomiędzy publikacjami Jana Pawła II czy Gandhiego, a choćby Adolfem Hitlerem czy Karolem Marksem. O ile dzieła tych ostatnich wywarły na historię świata wpływ, którego nie sposób nie zauważyć, to o naszym papieżu i innych orędownikach pacyfizmu tego samego powiedzieć nie można. Nawet w Polsce, która ma do niego stosunek szczególny, nie widać poprawy standardów moralności, do których przede wszystkim nawoływał. Nie tylko nie widać większej miłości do Boga i bliźniego swego, lecz zaryzykowałbym stwierdzenie, iż jest wręcz przeciwnie, czego potwierdzenie znajdziemy nawet w omawianej właśnie książce papieża*. Poza Polską wpływ dzieł Jana Pawła II na życie społeczeństw jest jeszcze mniejszy, a poza kręgiem zachodniego chrześcijaństwa praktycznie żaden, przy czym widać, iż z upływem czasu ta tendencja się nasila. Jeśli pojawi się papież obdarzony jeszcze większą charyzmą, lub co bardziej prawdopodobne, bardziej medialny, poza Polską i teologami do myśli i dzieł Karola Wojtyły nikt już nie powróci. Stanie się to, co spotkało wspomnianego już Mahatmę Gandhiego - większość o nim po prostu zapomni, choć, a może właśnie dlatego, że jego idee piękne, a przykład godny naśladowania.

Potraktujmy więc dzieło Jana Pawła II nie jak publikację wielkiego autorytetu religijnego, ale jak normalną książkę. Co o niej można powiedzieć?

Wydanie** prezentuje się, mimo niewielkich rozmiarów, bardzo solidnie i elegancko. Stonowana szata graficzna i ilustracje (wykorzystano znane dzieła klasyków), dobrej jakości papier i okładka, czytelna czcionka. Bez zarzutu. Szkoda tylko, że w tak niewielkim objętościowo wydaniu nie ustrzeżono się chochlika drukarskiego, który z męża czyni węża***. Ale cóż, takie mamy czasy. Komputer zastępuje człowieka, a skutki jakie są, każdy uważny widzi.

Książka składa się z wprowadzenia „Od redakcji”, pod którym nikt się nie podpisał, i właściwego dzieła w konwencji rozmowy. Każdy rozdział to pytanie (zadane przez redakcję) i odpowiedź Jana Pawła II. Tak przynajmniej można przeczytać we wstępie. Jednak uważny czytelnik zauważy dowody na to, iż tekst przypisywany Karolowi Wojtyle został przeredagowany, co poddaje w wątpliwość autentyczność fragmentów przypisywanych papieżowi****, a więc zarazem obniża wartość całości dzieła. Nie wiedząc jak głęboko sięgała ingerencja redakcji, nie możemy mówić o autorstwie papieża. Dalsze uwagi należy więc traktować nie jak krytykę myśli papieża, ale tego, co spłodziła bliżej nieokreślona redakcja, z której składu znamy tylko dwa nazwiska.

Początkowo miałem zamiar iść krok po kroku, cytat za cytatem, by wykazywać ewidentne przekłamania, błędy lub nielogiczności i przytaczać to, co godne podkreślenia. Szybko jednak stwierdziłem, że mogłaby powstać z tego mała książeczka. Pozwolę więc sobie nie podpierać się odpowiednimi fragmentami tekstu i ograniczyć się tylko do zasygnalizowania najważniejszych problemów.

Kluczowym w moim odczuciu zarzutem jest stawianie Boga w opozycji do racjonalizmu, a tego ostatniego zrównywanie z ateizmem. Ateizm jest tymczasem równie nieracjonalnym przekonaniem jak wiara w Boga, gdyż racjonalnie nie da się przeprowadzić dowodu rozstrzygającego pomiędzy tymi orientacjami.

Nie mniej odrzucające są dla mnie ewidentne manipulacje, nie tylko historią świata świeckiego, ale i realiami samego chrześcijaństwa. Choćby wmawianie, że kult niepokalanego poczęcia Maryi jest wspólny całemu chrześcijaństwu, jest ewidentnym kłamstwem. Trudno nazwać to inaczej, skoro nie uznaje go ani prawosławie, ani dziesiątki nurtów protestanckich. Nie mniejszy niesmak budzi winienie bezbożności za całe zło świata, a wszelkiego dobra poszukiwanie w wierze. Tak jakby w czasie wojen krzyżowych nie mordowano w imię Boga (i za błogosławieństwem papieży) niewiast, kobiet i starców, co biorąc pod uwagę ówczesne środki techniczne nie różniło się wiele od holocaustu. Wystarczy wspomnieć eksterminację Indian (nazwaną tutaj pewnym rodzajem wywłaszczenia!!!), czy obecne święte wojny. Te wszystkie manifestacje wiary autor konsekwentnie bagatelizuje, wciąż szermując przebrzmiałymi hasłami faszyzmu i komunizmu.

Jako prorok Jan Paweł II też raczej nie jest wiarygodny. Widział to, czego nie widzi chyba nikt rozsądny, a więc rychłą konsolidację chrześcijaństwa. Co dzień prawie obserwujemy, jak wciąż powstają nowe podziały i takie proroctwa wręcz dziwią. Co roku słyszymy o nowych sektach, a w dodatku analogicznie jest w innych wielkich religiach, jak choćby w islamie. Można nawet zaryzykować tezę, że gdyby na ziemi zapanowała jedna „słuszna” wiara, to jej wyznawcy mordowaliby się nawzajem w imię tego, która odmiana jest słuszniejsza. Widać to nawet dzisiaj, choćby na styku szyici – sunnici, gdzie pomimo wspólnego wroga chrześcijańskiego aż kipi od wzajemnej nienawiści.

Rzeczy, z którymi nie można się zgodzić, gdyż albo są ewidentną manipulacją, albo co najmniej nadinterpretacją, można mnożyć. Trzeba jednak przyznać uczciwie, że wiele myśli Jana Pawla II jest wyjątkowo cennych. Szkoda tylko, że ich właśnie nigdy się w mediach nie cytuje.

Papież wielokrotnie zwraca uwagę na zjawisko, które i ja obserwuję na każdym kroku, a mianowicie zatracanie tożsamości i człowieczeństwa w kapitalizmie. Za komuny społeczeństwo wsłuchiwało się krytycznie w słowa elit, a teraz łyka wszystko jak karmny gąsior gałki. Po równo peany o demokracji, reklamy nowych komórek i szczęścia z posiadania. Tego, że papież, podobnie jak starożytni, przestrzegał przed możliwymi wypaczeniami naszego obecnego ustroju, nikt nie chce pamiętać.

Gdy słucham niektórych niedzielnych kazań, pełnych nienawiści, pychy i nietolerancji, mam wrażenie, że naszemu klerowi, o większości wiernych nie wspomnę, obca jest jedna z wiodących myśli nie tylko tej książki, ale całego pontyfikatu Jana Pawła II – Miłość ponad wszystko. Nawet ci, którzy mówią o miłości, zapominają, co tak często podkreślał papież, że miłość do której zobowiązany jest chrześcijanin obejmuje wszystkich, również, a może przede wszystkim, nieprzyjaciół, czyli też niewierzących, bo to przecież wrogowie numer 1.

Ewidentnie już na kłamstwa wyglądają słowa wielokrotnie padające z ambon co niedzielę w całej Polsce, iż bez Kościoła nie ma zbawienia. W „Pamięci i tożsamości” wyraźnie bowiem czytamy, iż człowiek jest drogą Kościoła, a nie Kościół drogą człowieka. Jak to ujęto w Konstytucji duszpasterskiej Gaudium et spes, przytaczanej wielokrotnie przez Jana Pawła II, „sięganie do głębi tajemnicy Słowa Wcielonego, odnosi się „nie tylko do chrześcijan, lecz także do wszystkich ludzi dobrej woli, w których sercu w niewidzialny sposób działa łaska. Skoro bowiem Chrystus umarł za wszystkich i skoro ostatecznie powołanie człowieka jest w istocie jedno, mianowicie Boskie, powinniśmy utrzymywać, że Duch Święty wszystkim daje możliwość uczestniczenia w tym misterium paschalnym w tylko Bogu znany sposób””. W tylko Bogu znany sposób, więc nie klerowi oceniać kto bliżej, a kto dalej od Boga.

Co z tego wszystkiego wynika? Niestety nic dobrego. Dobrzy nadal będą dobrzy, może trochę wzmocnieni w swej wierze, a źli przy pomocy cytatów z tej książki będą mogli uzasadniać swe nieprawości. Chowając się za autorytetem papieża będą swe podejrzane persony czynić nietykalnymi. W dodatku „Pamięć i tożsamość” pogłębia rosnącą wciąż przepaść między wiarą, a racjonalizmem i wymaga naprawdę wyrobionego, krytycznego i uważnego czytelnika, by brać z niej to, co dobre, a odrzucić to, co złe. To książka tylko dla odważnych umysłów, które samodzielnie potrafią zmierzyć się z tak wielkim autorytetem i z presją większości. Co zrobią z nią pozostali czytelnicy, poza tym, że będą ją chwalić, nie rozumiejąc ani nie usiłując, tego nie chcę się nawet domyślać


Wasz Andrew



* str. 150 „W okresie samoobrony przed totaliryzmem marksistowskim ta część Europy (demoludy – przyp. AW) przebyła drogę duchowego dojrzewania, dzięki czemu pewne istotne dla życia ludzkiego wartości mniej się tam zdewaluowały niż na Zachodzie.”
** Wszystkie cytaty wg wydania Wydawnictwa św. Stanisława BM, Kraków 2011
*** 159 „Mówi tak do węża: „Wprowadzam nieprzyjaźn między ciebie a niewiastę...”
**** najbardziej ewidentny: str. 50 „ Przedtem jeszcze osobną encyklikę poświęciłem (...) ukazała się z pewnym opóźnieniem z powodu zamachu na życie papieża”. Końcówka ewidentnie została dodana do tekstu oryginalnego, lub w istotny sposób zmieniona.

niedziela, 6 maja 2012

Niespełniona obietnica





Chyba już staję się nudny znów zaczynając od tego, iż Obietnica anioła (oryg. PROMESSE DE L’ANGE) trafiła do mnie przypadkiem. Myślę jednak, iż to ma pewne znaczenie. Do książek napotkanych przypadkowo, wybranych przez kogoś innego lub otrzymanych w podarku, podchodzimy chyba bardziej obiektywnie. Głównie dlatego, iż niczego nie oczekiwaliśmy. Gdy sami dokonamy wyboru mamy w sobie dwa przeciwstawne mechanizmy, niekoniecznie się równoważące, Pierwszy to oczekiwanie, iż czeka nas lepsza lektura, niż w przypadku wyboru losowego lub dokonanego przez innych. Może to powodować zaostrzenie kryteriów oceny. Drugi natomiast to, na sam koniec, opór przed przyznaniem się do dokonania złego wyboru, do obnażenia własnej omylności, nieznajomości swojego własnego gustu i potrzeb. Nie wspomnę już o wątpliwej szczerości ocen recenzentów, których opłaca w ten lub inny sposób zainteresowane wydawnictwo. Takich opinii w ogóle nie czytam.


Po tych wstępnych dygresjach wróćmy do wspólnego wytworu francuskiego duetu pisarskiego w składzie Frederica Lenoira i Violette Cabesos. Tym razem skusiłem się na rozpoczęcie, wbrew moim zwyczajom, od przeczytania notek na okładce, wśród których znalazłem taką:

„Francuski odpowiednik Kodu Leonarda da Vinci i Imienia róży; niewyjaśnione morderstwa, ponadczasowa miłość i tajemnice sprzed tysiąca lat. 50 tygodni na listach bestsellerów”.

Wzbudziło to we mnie jeszcze większe obawy, niż samo słowo bestseller, które najczęściej jest synonimem tandetnej sztampy przeznaczonej dla plebsu. Co bowiem ma wspólnego Kod Leonarda z Imieniem róży? Most suspicious jak mawiał Carlos*.

Przepełniony złymi przeczuciami rozpocząłem lekturę. Początek był niezły. Przyjemny styl, łatwy w odbiorze i dość plastyczny w opisach. Główna bohaterka Johanna, dziś z zawodu i pasji archeolog mediewista, jako siedmioletnia dziewczynka, w dniu śmierci swojego brata, zobaczyła zjawę; bezgłowego mnicha mówiącego do niej: Ad accedendum ad caelum, terram fodere opportet**. Poznajemy ją w momencie, gdy po wielu latach od owych strasznych wydarzeń z dzieciństwa, znów udaje się tam, gdzie miały one miejsce, czyli pływową wyspę Mont Saint-Michel*** u wybrzeży Normandii, na której znajduje się sanktuarium Michała Archanioła. Rychło przenosimy się w czasie, i poznajemy drugą wiodącą postać naszej powieści: średniowiecznego mnicha Romana, niedoszłego budowniczego sanktuarium na wyspie, który zakochał się w pogance i znachorce, czyli innymi słowy czarownicy, o intrygującym imieniu Moira. I tutaj zaczynają się schody.

W książce nie zabraknie niczego, co powinno się znaleźć w schematycznej produkcji nastawionej tylko i wyłącznie na sukces sprzedażowy; ani grzesznych romansów, ani czystej miłości. Będzie też trochę trupów. Szlachetność zmierzy się z podłością, a Wiara z zabobonem. Racjonalizm stanie przeciwko odruchom serca, a przynajmniej takie chyba były założenia. Niestety, powieść zaczyna szybko nudzić i jej grubość w tym momencie zaczyna przerażać (493 strony bez podziękowań). Ciągłe przeniesienia akcji, która w dodatku jest niemrawa i niezdecydowana jak pijak na czworakach, ciągłe przeskoki między średniowieczem i teraźniejszością, rozwalają w puch te zaczątki nastroju, które miejscami udaje się wytworzyć. Z żalem, co nieczęsto mi się zdarza, absolutnie nie mogę powiedzieć, iż czytelnik przenosi się w czasie, iż w wyobraźni widzi to, o czym czyta. Szczególnie po macoszemu został potraktowany temat archeologii. Jedyne co zostało trafnie oddane, to zakulisowe intrygi będące niejednokrotnie znaczącym elementem karier w tej grupie zawodowej. Konia jednak z rzędem temu, kto na podstawie Obietnicy powie coś o tej interesującej specjalności poza tym, że polega na kopaniu i ryciu. Chyba tylko do tych dwóch słów sprowadzono coś, co podobno jest pasją i życiowym powołaniem głównej bohaterki. Porażka!

Całe szczęście, że mam zwyczaj zmęczenia każdej powieści do końca. Od połowy mniej więcej akcja przyspiesza i rzecz cała staje się całkiem strawna, pod koniec nawet wciągająca, choć całość wrażenia psują wspomniane wcześniej mankamenty. Wyłazi także, im bliżej zakończenia, niczym szydło z worka, nie do końca przekonująca konstrukcja psychiczna Johanny, podobnie jak komiksowość innych postaci. Prostota konstrukcji psychicznych, w połączeniu ze szczątkowymi opisami ich fizyczności, nie pozwalają wczuć się w pełni w postacie bohaterów.

Przez cały czas, czytając Obietnicę miałem wrażenie, iż brak jej jakiejś spójności. Dziwna chaotyczność. Jakby sklejano kawałki dwóch różnych powieści, co być może istotnie miało miejsce na poziomie techniki pisania przez dwóch autorów. Najlepszy kwiatek, bardzo zresztą wymowny, został jednak na koniec. Po zmęczeniu całości, ze zdumieniem znalazłem, tuż przed podziękowaniami kończącymi wydanie, przekroje niesamowitej wyspy, na której w znakomitej większości rzecz cała się rozgrywa. Ponieważ w książce nie ma przypisów końcowych, czytelnik nie ma powodu by zajrzeć na koniec. Umieszczenie ich na początku wydaje się bardziej celowe. Drobiazg, ale znaczący. Chyba, że się mylę. Może autorzy przewidzieli, że większość znudzonych czytelników zaglądnie rychło na koniec i znajdzie te obrazki, a ja po prostu byłem zbyt konsekwentny?

Piszę to z żalem, ale zawiodłem się na tym bestsellerze. Obietnica anioła to niespełniona obietnica dobrej lektury. Pomimo lepszego niż start finiszu, książkę oceniam jako bardzo słabą. Jeśli ktoś koniecznie chce sobie poczytać o wydumanej i wypaczonej miłości, przedstawionej płytko i koślawie, niech sobie wypożyczy ten hit sprzedażowy z biblioteki. Kupować nie warto. Jeśli szukacie czegoś o odkrywaniu tajemnic przeszłości, nawet nasz Pan Samochodzik jest o niebo lepszy, choć to niewłaściwe porównanie, gdyż w swoim gatunku, w klasie powieści dla młodego czytelnika, jest on pozycją kultową. Szkoda, że nasze rodzime perełki idą w zapomnienie, wypierane przez komercyjną tandetę, a do tego kanonu z żalem, ale z pełnym przekonaniem, muszę tą francuską powieść zaliczyć


Wasz Andrew



* ang. najbardziej podejrzane (prawidłowo the most suspicious) - jedna z moich ulubionych odzywek w kultowej serii grier Jagged Alliance 2.
** Trzeba przekopać ziemię, żeby osiągnąc niebo.
*** (franc. Abbaye du Mont-Saint-Michel, bret. Menez Mikael, pol. Wzgórze Świętego Michała)

sobota, 5 maja 2012

Pieśń szalonego proroka – VALIS

Okładka książki Valis 

VALIS

Philip K. Dick


Tytuł oryginału: VALIS
Tłumaczenie: Lech Jęczmyk
Wydawnictwo: Dom Wydawniczy REBIS
Liczba stron: 328
 
 
 
 
Na samym wstępie warto w ogóle chyba wyjaśnić, co właściwie oznacza tytuł, brzmiący co najmniej tajemniczo, by nie rzec nieprzystępnie. Zatem zgodnie ze słowami autora:
VALIS (skrót od Vast Active Living Intelligence System, czyli Rozległy Czynny Żywy System Informatyczny, z amerykańskiego filmu) - turbulencja w polu rzeczywistości, w której tworzy się spontaniczne, samokontrolujące się negentropijne zawirowanie dążące stopniowo do podporządkowania sobie otoczenia i wykorzystania go do tworzenia zestawów informacji. Charakteryzuje się pozorną świadomością, celowością, inteligencją, rozwojem i swoistą koherencją.
            Wielka Encyklopedia Sowiecka, wydanie szóste, 1992

Dalej, należałoby dodać, że autor książki, czołowy przedstawiciel amerykańskiej SF, to wariat (w jak najbardziej pozytywnym znaczeniu tego słowa) jakich mało. Problemy z narkotykami, lekami, manie prześladowcze. Naszego biednego Staszka Lema uważał za prowokację komunistów, za którą kryła się grupa pisarzy działających na zlecenie czerwonych, by przejąć kontrolę nad opinią publiczną. Dowód: mnogość stylów pisarskich Lema. Zresztą, czy LEM nie brzmi jak skrót jakieś organizacji, oczywiście tajnej? Całą sprawę i swoje przemyślenia Dick przekazał FBI.

VALIS, napisana w 1978 roku to jedna z ostatnich powieści Dicka. Przed śmiercią, która nastąpiła po serii zawałów serca w 1982 roku, udało mu się jeszcze stworzyć Bożą Inwazję (1980 r.) oraz Transmigrację Timothy'ego Archera (1981 r.). Ponoć książki te były pisane w ogromnym pośpiechu (w przeciągu 8 – 12 dni), jako, że autor czuł już na karku zbliżający się, zimny oddech śmierci. Wydaje mi się, że pośpiech ten jest bardzo dobrze widoczny na kartach VALIS. Książka, na pierwszy rzut oka, wydaje się być chaotycznym zapisem myśli, przesądów, wierzeń, autora, który swobodnie miesza również style pisarskie. Trochę to powieść, chociaż w pewnym momencie okazuje się, że główny bohater, którego losy opisuje trzecioosobowy narrator to ten właśnie narrator, następuje zatem transformacja w coś na wzór pamiętnika. Jakby tego było mało, Dick uraczył nas również obfitą egzegezą (Tractates Cryptica Scriptura), czyli wyjaśnieniami umieszczonymi na końcu książki, liczącymi 52 podpunkty. A naprawdę jest co objaśniać, bowiem książka jest absolutną bombą metafizyczną, prawdziwą mieszanką filozofii, religii, przemyśleń.

O samej fabule rzec można krótko, że VALIS to być może powieść nieco autobiograficzna. Opisuje ona zdarzenie, które przytrafiło się Dickowi w marcu 1974 roku, kiedy to trafił go w głowę promień różowego światła, powodując zmiany w jego umyśle, poszerzając jego możliwości intelektualne. Promień okazał się również na tyle miły i łaskawy, że przesłał także pisarzowi informację na temat groźnej choroby syna. Nie trzeba chyba dodawać, że oczywiście informacja okazała się prawdziwa. Dick na kartach książki, tworząc swoje alter ego, Konioluba Grubasa (Filip po grecku znaczy "lubiący konie", a Dick w języku niemieckim - "gruby".) próbuje dociec, co tak naprawdę mu się przydarzyło. W książce różowy promień przybiera postać Boga, albo kogoś podszywającego się pod Boga, którego zresztą Koniolub jest wielkim orędownikiem. Świat, ba, Wszechświat stara się on zrozumieć na swój własny, wyjątkowy sposób poruszając się właśnie wzdłuż osi, którą jest m. in. Bóg. Nie sposób jednak nie wspomnieć o całej masie innych wykładni, którym także próbuje posłużyć się pisarz. Na kartach powieść pojawia się i ortodoksyjny judaizm, grecka mitologia, fragmenty Nowego Testamentu, gnostycyzm oraz jego esseński odłam, czy karty Britannici z hasłem „Kultura Mikronezji”. Ów bałagan, mnogość, graniczącą z chaosem można próbować wyjaśnić faktem, że Dick nigdy nie identyfikował się z jedną religią, czy filozofią – można chyba nawet rzec, że po prostu czerpał garściami zewsząd, biorąc te elementy, które dobrze pasowały do jego własnej wizji. Co z tego wszystkiego wyszło? Spróbujcie przekonać się sami podczas lektury VALIS, do której gorąco zachęcam.

Osobiście wydaje mi się, że Dick uparcie wierzył w tajemnicę, którą skrzętnie ukrywa przed nami życie. Nie wiem, czy był to wg niego równoległy Wszechświat, czy też obietnica innego, wiecznego życia. Odnoszę jedynie wrażenie, że pisarz dostrzegał dualizm wszelkiego stworzenia (kosmogonia dwuźródłowa, yin i yang) – wg niego Bóg, czy też inna siła twórcza, posiadała swoją antytezę o zapędach stricte destrukcyjnych, a świat jawił się jako arena wiecznej rywalizacji obu tych form. Mniemam, że był zafascynowany współistnieniem ładu, porządku, który widzimy na każdym kroku oraz równie wszechobecnej bogini chaosu, czyli entropii.

P. S.
Na zachętę cytat z egzegezy Konioluba Grubasa:
„Narodzić się powtórnie” albo „narodzić się z nieba”, albo „narodzić się z Ducha” znaczy zostać wyleczonym, tyle co przywróconym, przywróconym normalności. W Nowym Testamencie mowa jest o tym, że Jezus wypędził diabła. On przywraca nam utracone zdolności. O naszym obecnym stanie upadku Kalwin mówił: Człowiek został jednocześnie pozbawiony tych nadprzyrodzonych zdolności, które otrzymał jako porękę wiecznego zbawienia. Jest zatem wygnany z Królestwa Bożego w taki sposób, że wszelkie odczucia związane ze szczęśliwym życiem duszy są w nim również stłumione, póki nie odzyska ich dzięki łasce Bożej… Wszystkie te rzeczy, przywrócone przez Chrystusa, należy uznać za pochodzące z zewnątrz i nadprzyrodzone, stąd wnioskujemy, że zostały utracone. Zdrowy umysł również zostały zniszczone, ale to jest osłabienie talentów naturalnych. Bo chociaż zachowujemy częściowo zdolność rozumienia i osądu wraz z wolą, to jednak nie możemy powiedzieć, że nasz umysł jest doskonały i zdrowy. Rozum jako talent przyrodzony nie mógł być całkowicie zniszczony, ale jest niepełnosprawny”. Ja mówię: „Imperium wcale nie upadło”.

P. S. 2
Całkiem niedawno dom wydawniczy REBIS wznowił wydania powieści Philipa K. Dicka. Książki wydane są w bardzo ładnym formacie, a dodatkowo okraszono je rysunkami autorstwa Wojciecha Siudmaka, polskiego malarza i rzeźbiarza, który stworzył również ilustracje do polskiego wydania „Diuny” F. Herberta. Cena co prawda trochę odstrasza (prawie 50 zł), ale jeśli tylko trafi się wam jakaś cenowa okazja, nie wahajcie się – na pewno nie kupicie kota w worku.

Wasz Ambrose


Pamiętnik z dekady bezdomności


Pamiętnik z dekady bezdomności Anny Jadwigi Łojewskiej, co chyba staje się ostatnio normą, trafił do mnie przypadkiem. Sam raczej bym po taką książkę nie sięgnął z powodu mało interesującego tytułu. Z reguły wybieram lektury oferujące wiedzę lub rozrywkę. Subiektywne wynurzenia mnie nie interesują za wyjątkiem wspomnień ciekawych ludzi o ciekawych czasach. Skoro jednak już się Pamiętnik u mnie znalazł, skoro los tak chciał, zabrałem się do lektury; bez uprzedzeń i bez nadziei na coś ciekawego.


Anna Jadwiga Łojewska zawarła w książce swoje wspomnienia, raczej nawet wrażenia i przemyślenia niż logiczny, uporządkowany zapis zdarzeń, obejmujące najtrudniejszy zapewne okres jej życia; czas bezdomności. Rzecz nie jest łatwa w odbiorze ze względu na chaotyczność tekstu. Być może to odzwierciedla stan jej poturbowanej opisywanymi przeżyciami psychiki, ale lektury nie ułatwia. W tekście roi się od błędów, nawet tak trywialnych jak powtórzenia wykrywane przez zwykłe edytory tekstu, co sprawia wrażenie niechlujności i rodzi wątpliwość, czy wspomniana chaotyczność jest zabiegiem stylistycznym, czy też, podobnie jak składnia, wynikiem niechlujstwa.

Na wielki plus należy pani Łojewskiej policzyć, iż choć sama zna kilka języków, to zachowuje dbałość o mniej wykształconego lingwistycznie czytelnika i prawie wszystkie obcojęzyczne wstawki opatrzyła tłumaczeniem. Taka uprzejmość jest niesamowitym kontrastem w stosunku do aroganckiej maniery, która tak mnie denerwuje i śmieszy choćby w takich pozycjach, jak przeczytany niedawno Etnolog w Mieście Grzechu.

Wielka szkoda, iż forma literacka tej opowieści jest tak niedoskonała, gdyż może zniechęcić mniej systematycznego, nienawykłego do kończenia każdej lektury czytelnika. Wielka szkoda, gdyż wspomnienia i przemyślenia Anny J. Łojewskiej zdecydowanie warte są przeczytania i spopularyzowania.

Pamiętnik z dekady bezdomności to opowieść o jednej z wielu patologii i hańb kapitalizmu ukrywającego się pod łatwiej strawnym określeniem – demokracja. To opowieść o bezdomności i ubóstwie. Autorka, kobieta wrażliwa, rzecz rzadka w dzisiejszej Polsce zachłystującej się imieniem Jana Pawła II, ale w rzeczywistości promującej brutalne chamstwo, rozpychanie się łokciami i cyniczne dążenie do celu za wszelką cenę, pokazuje nam jak łatwo można ze świata domnych przenieść się na drugą stronę lustra; w bezdomność. Pokazuje nam, jak odmienne są te światy i jaka przepaść je dzieli. Przepaść którą w jedną stronę przekroczyć łatwo, ale w drugą niewyobrażalnie trudno.

Myśli autorki są celne, wyraziste i trafiają do czytelnika. Pokazuje nam rozmiar zła czającego się we wszelkich pozbawionych nadzoru fundacjach zajmujących się bezdomnymi. Czytając jej wspomnienia miałem wrażenie, iż stosunki społeczne panujące w schronisku, w którym mieszkała, były bliższe faszyzmowi czy stalinizmowi, niż demokracji. To co tam wyprawiano z bezdomnymi, to odzieranie ich z tożsamości, z indywidualności i wszelkiej godności, jednoznacznie kojarzy mi się z terminem skurwianie*, jak określano przemiany w poddawanej kolektywizacji wsi ukraińskiej.

Jako bystra obserwatorka Anna Łojewska pokazuje nam te prawdy i przemiany, których większość z nas do siebie nie dopuszcza i nie chce zauważać. Słusznie dochodzi do wniosku, iż wolność sumienia i odwagę cywilną mieliśmy w poprzednim okresie politycznym. Wtedy byliśmy krytyczni wobec wszelkich prawd, pełni otwartości na innego człowieka i w opozycji do władzy, a teraz… Pieniądze nie tylko jako cel i jedyny miernik wartości ludzi, ale również jako rozgrzeszenie uniwersalne. Bieda jako piętno powodujące wykluczenie, jako trąd naszych czasów, powodująca podobne traktowanie nią dotkniętych; zamykanie ich w przytułkach i izolowanie niczym w średniowiecznych leprozoriach. Pokazuje nam, iż mieszkańcy tych gett praktycznie nie mają szans na powrót do społeczeństwa, choć są to niejednokrotnie nie ludzie z marginesu i nieudacznicy, ale ludzie wykształceni i byli ludzie sukcesu. Niestety, dar obserwacji nie ustrzegł autorki od wieloletniego pobytu w tym piekle, i to niejako na własne życzenie.

Jako rozwiązanie problemu postuluje Anna Łojewska profesjonalną pomoc objętą nadzorem państwa, co powinno ukrócić szkodliwość różnych guru, którzy zamiast pomagać bezdomnym w powrocie do świata, tym bardziej ich w bezdomności więżą. Z tym można tylko się zgodzić. Jednak, niestety, autorka, choć budzi moją wielką sympatię, nie okazała się w moim subiektywnym odczuciu wirtuozem obserwacji. Jej wnioski nie wykraczają poza jej własne doświadczenia.

Moim zdaniem jednym z głównych problemów wychodzenia z biedy i bezdomności w Polsce jest to, iż w naszym kraju człowieka nie ustawia praca ani wykształcenie, a mieszkanie. Mając mieszkanie można się kontentować byle jaką pracą. Z drugiej strony, nie mając własnego kąta, tylko dzięki dobrej, świetnie płatnej pracy można się ustawić. Jest to układ odwrotny niż w całym świecie, gdzie każdy awans w pracy powoduje możliwość poprawienia warunków mieszkaniowych. Gdzie nawet słaba praca pozwala od razu się zakotwiczyć, a każda lepsza pozwala na więcej.

Jeszcze innym ograniczeniem spojrzenia Anny Łojewskiej jest patrzenie na bezdomność tylko i wyłącznie poprzez przytułek. Choć autorka Pamiętnika sama przeżyła okres koczowania pod chmurką, nie pisze niczego** o postawach bezdomnych, którzy od początku unikają innego niż doraźnego kontaktu z przytułkami, albo też unikają go w ogóle.

Kolejnym ograniczeniem spojrzenia autorki jest generalizowanie swoich własnych doświadczeń. Z pamiętnika możemy wywnioskować, iż bezdomni to tylko tacy, którzy się zagubili. Bo byli za wrażliwi (jak nasza pisarka), bo całe ich życie to poprawczaki i kryminał, bo to albo tamto, co spowodowało ich bezdomność. Ja osobiście pamiętam spotkanie z prawdziwym milionerem, nie byłym, ale obecnym, który wybrał życie bezdomnego. Nie takiego przytułkowego i uzależnionego od pomocy, ale prawdziwego, wolnego kloszarda. W każdej chwili mógł wrócić do swego majątku i swoich firm, ale nie chciał. Nigdy nie wrócił do obowiązków, rodziny, stresów i odpowiedzialności. Wolał życie z dnia na dzień, z troskami tak ograniczonymi jak i potrzeby. Dlatego właśnie brak mi w Pamiętniku pewnego podkreślenia, że ilu bezdomnych, tyle powodów i przyczyn bezdomności, tyle przyczyn trwania w niej.

Dziwi mnie też wyrażone przez pisarkę niezrozumienie, czy też raczej zdziwienie, dla przyczyn, z których ludzie chętnie pomagają zdołowanym, lecz wręcz przeszkadzają tym z dołka się dźwigającym. Jest ich wiele, a w Polsce mechanizmy ostracyzmu różnej proweniencji są szczególnie silne. Jednym z najsilniejszych, bo powszechnym, ponadklasowym i ponadczasowym, jest mechanizm, który nazwałbym strategią sfrustrowanego filantropa. Póki ktoś leży, byle ochłap jest pomocą i powoduje w ofiarodawcy zadowolenie. Darczyńca czuje się wspaniały i taki święty. Kiedy upadły powstaje, niejednokrotnie zmienia się w anioła. I nagle nie wszystkim można go wspomóc; nie wszystko jest mu po prostu potrzebne. Nagle darczyńca zauważa, że ta sierota, ten nieudacznik, zaczyna go przerastać. Dotychczasowy filantrop dostrzega, iż ten biedak może ma inteligencję i inne cechy, których jemu samemu Bóg nie dał aż w takiej mierze. Nagle stwierdza, iż ten, który budził tylko litość, teraz zaczyna być postrzegany jako ktoś. Budzi się zazdrość; syndrom miernego nauczyciela, którego los obdarzył uczniem geniuszem.

Mimo tych niedociągnięć, które być może są tylko moim subiektywnym marudzeniem, uważam iż Pamiętnik z dekady bezdomności mogę polecić z pełnym przekonaniem każdemu. Przede wszystkim tym, którzy dotąd nie mieli okazji ani czasu, by się nad problemem biedy i bezdomności zastanowić. Zwłaszcza ci, którzy dotąd widzieli bezdomnych jako obcych, jako istoty nie z ich świata, może zobaczą w nich ludzi. Jest też, o czym już wspomniałem, lektura Pamiętnika wielkim głosem przeciwko wykorzystywaniu biednych przez różnych społeczników i Kościół, a za pomocą profesjonalną i poddaną kontroli. Jest to wreszcie zbiór celnych i wartościowych myśli o człowieczeństwie i wolności. Jest to też przestroga. Jednym słowem pozycja, mimo mało chwytliwego tytułu, absolutnie warta uważnego przeczytania, przemyślenia i przeżycia, o czym Was zapewniam. Jednocześnie, jako uzupełnienie i ukazanie, jak to jest gdzie indziej, polecałbym choćby oparte na faktach filmy W POGONI ZA SZCZĘŚCIEM (The Pursuit of Happyness) 2006 czy Z ULICY NA HARVARD (Ze slumsów na Harvard, Homeless to Harvard: The Liz Murray Story) 2003


Wasz Andrew



* za Wiktorem Suworowem
** Jedynym bezdomnym, który mieszka poza schroniskiem, czyli w bunkrze, jest Andrzej. Pojawia się on jednak w Pamiętniku tylko dlatego, iż ma w swej historii również znaczący epizod schroniskowy.

piątek, 4 maja 2012

Stanisław Lem "Powrót z gwiazd" - Trudne powroty

Okładka książki Powrót z gwiazd 

Powrót z gwiazd

Stanisław Lem


Wydawnictwo: Agora
Seria: Dzieła Stanisława Lema
Liczba stron: 242
 
 
 


Powrót z gwiazd jest kolejnym filarem podpierającym kopułę genialnego dorobku Stanisława Lema. W moim prywatnym odczuciu, jest równocześnie bardzo istotnym elementem całej, misternej budowli, bez którego twórczość tytana polskiej science-fiction byłaby po prostu niekompletna.

Książka opowiada o losach astronauty Hala Bregga, który po wyprawie do odległego Fomalhaut powraca wreszcie na Ziemię. Oczywiście fizyka sprawia mu niemiłego, acz oczekiwanego psikusa, relatywny upływ czasu sprawił, że bohater trafia do zupełnie innego świata, niż ten z którego wyruszył. Na Ziemi upłynęło już ponad sto lat od jego wylotu, podczas gdy dla Hala minęło ich raptem kilka. O astronautach, którzy opuszczali glob w glorii chwały i powszechnego szacunku oraz ich poświęceniu, którego się podejmowali dla dobra nauki, niesieni spienioną falą entuzjazmu poznawczego, nikt na dobrą sprawę już nie pamięta i nie chce pamiętać. W chwili obecnej są oni raczej lokalną ciekawostką, a nawet zbędnym balastem, niewygodnym reliktem przeszłości, którym należy się opiekować i przystosować jakoś do życia i funkcjonowania w normalnym społeczeństwie. Hal i jego kamraci są jedynie zabytkiem z czasów, kiedy ludzkość znała jeszcze z autopsji pojęcia szaleństwa i brawury, pojęcia z których jednak już dawno wyrosła.