Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.

sobota, 5 maja 2012

Pieśń szalonego proroka – VALIS

Okładka książki Valis 

VALIS

Philip K. Dick


Tytuł oryginału: VALIS
Tłumaczenie: Lech Jęczmyk
Wydawnictwo: Dom Wydawniczy REBIS
Liczba stron: 328
 
 
 
 
Na samym wstępie warto w ogóle chyba wyjaśnić, co właściwie oznacza tytuł, brzmiący co najmniej tajemniczo, by nie rzec nieprzystępnie. Zatem zgodnie ze słowami autora:
VALIS (skrót od Vast Active Living Intelligence System, czyli Rozległy Czynny Żywy System Informatyczny, z amerykańskiego filmu) - turbulencja w polu rzeczywistości, w której tworzy się spontaniczne, samokontrolujące się negentropijne zawirowanie dążące stopniowo do podporządkowania sobie otoczenia i wykorzystania go do tworzenia zestawów informacji. Charakteryzuje się pozorną świadomością, celowością, inteligencją, rozwojem i swoistą koherencją.
            Wielka Encyklopedia Sowiecka, wydanie szóste, 1992

Dalej, należałoby dodać, że autor książki, czołowy przedstawiciel amerykańskiej SF, to wariat (w jak najbardziej pozytywnym znaczeniu tego słowa) jakich mało. Problemy z narkotykami, lekami, manie prześladowcze. Naszego biednego Staszka Lema uważał za prowokację komunistów, za którą kryła się grupa pisarzy działających na zlecenie czerwonych, by przejąć kontrolę nad opinią publiczną. Dowód: mnogość stylów pisarskich Lema. Zresztą, czy LEM nie brzmi jak skrót jakieś organizacji, oczywiście tajnej? Całą sprawę i swoje przemyślenia Dick przekazał FBI.

VALIS, napisana w 1978 roku to jedna z ostatnich powieści Dicka. Przed śmiercią, która nastąpiła po serii zawałów serca w 1982 roku, udało mu się jeszcze stworzyć Bożą Inwazję (1980 r.) oraz Transmigrację Timothy'ego Archera (1981 r.). Ponoć książki te były pisane w ogromnym pośpiechu (w przeciągu 8 – 12 dni), jako, że autor czuł już na karku zbliżający się, zimny oddech śmierci. Wydaje mi się, że pośpiech ten jest bardzo dobrze widoczny na kartach VALIS. Książka, na pierwszy rzut oka, wydaje się być chaotycznym zapisem myśli, przesądów, wierzeń, autora, który swobodnie miesza również style pisarskie. Trochę to powieść, chociaż w pewnym momencie okazuje się, że główny bohater, którego losy opisuje trzecioosobowy narrator to ten właśnie narrator, następuje zatem transformacja w coś na wzór pamiętnika. Jakby tego było mało, Dick uraczył nas również obfitą egzegezą (Tractates Cryptica Scriptura), czyli wyjaśnieniami umieszczonymi na końcu książki, liczącymi 52 podpunkty. A naprawdę jest co objaśniać, bowiem książka jest absolutną bombą metafizyczną, prawdziwą mieszanką filozofii, religii, przemyśleń.

O samej fabule rzec można krótko, że VALIS to być może powieść nieco autobiograficzna. Opisuje ona zdarzenie, które przytrafiło się Dickowi w marcu 1974 roku, kiedy to trafił go w głowę promień różowego światła, powodując zmiany w jego umyśle, poszerzając jego możliwości intelektualne. Promień okazał się również na tyle miły i łaskawy, że przesłał także pisarzowi informację na temat groźnej choroby syna. Nie trzeba chyba dodawać, że oczywiście informacja okazała się prawdziwa. Dick na kartach książki, tworząc swoje alter ego, Konioluba Grubasa (Filip po grecku znaczy "lubiący konie", a Dick w języku niemieckim - "gruby".) próbuje dociec, co tak naprawdę mu się przydarzyło. W książce różowy promień przybiera postać Boga, albo kogoś podszywającego się pod Boga, którego zresztą Koniolub jest wielkim orędownikiem. Świat, ba, Wszechświat stara się on zrozumieć na swój własny, wyjątkowy sposób poruszając się właśnie wzdłuż osi, którą jest m. in. Bóg. Nie sposób jednak nie wspomnieć o całej masie innych wykładni, którym także próbuje posłużyć się pisarz. Na kartach powieść pojawia się i ortodoksyjny judaizm, grecka mitologia, fragmenty Nowego Testamentu, gnostycyzm oraz jego esseński odłam, czy karty Britannici z hasłem „Kultura Mikronezji”. Ów bałagan, mnogość, graniczącą z chaosem można próbować wyjaśnić faktem, że Dick nigdy nie identyfikował się z jedną religią, czy filozofią – można chyba nawet rzec, że po prostu czerpał garściami zewsząd, biorąc te elementy, które dobrze pasowały do jego własnej wizji. Co z tego wszystkiego wyszło? Spróbujcie przekonać się sami podczas lektury VALIS, do której gorąco zachęcam.

Osobiście wydaje mi się, że Dick uparcie wierzył w tajemnicę, którą skrzętnie ukrywa przed nami życie. Nie wiem, czy był to wg niego równoległy Wszechświat, czy też obietnica innego, wiecznego życia. Odnoszę jedynie wrażenie, że pisarz dostrzegał dualizm wszelkiego stworzenia (kosmogonia dwuźródłowa, yin i yang) – wg niego Bóg, czy też inna siła twórcza, posiadała swoją antytezę o zapędach stricte destrukcyjnych, a świat jawił się jako arena wiecznej rywalizacji obu tych form. Mniemam, że był zafascynowany współistnieniem ładu, porządku, który widzimy na każdym kroku oraz równie wszechobecnej bogini chaosu, czyli entropii.

P. S.
Na zachętę cytat z egzegezy Konioluba Grubasa:
„Narodzić się powtórnie” albo „narodzić się z nieba”, albo „narodzić się z Ducha” znaczy zostać wyleczonym, tyle co przywróconym, przywróconym normalności. W Nowym Testamencie mowa jest o tym, że Jezus wypędził diabła. On przywraca nam utracone zdolności. O naszym obecnym stanie upadku Kalwin mówił: Człowiek został jednocześnie pozbawiony tych nadprzyrodzonych zdolności, które otrzymał jako porękę wiecznego zbawienia. Jest zatem wygnany z Królestwa Bożego w taki sposób, że wszelkie odczucia związane ze szczęśliwym życiem duszy są w nim również stłumione, póki nie odzyska ich dzięki łasce Bożej… Wszystkie te rzeczy, przywrócone przez Chrystusa, należy uznać za pochodzące z zewnątrz i nadprzyrodzone, stąd wnioskujemy, że zostały utracone. Zdrowy umysł również zostały zniszczone, ale to jest osłabienie talentów naturalnych. Bo chociaż zachowujemy częściowo zdolność rozumienia i osądu wraz z wolą, to jednak nie możemy powiedzieć, że nasz umysł jest doskonały i zdrowy. Rozum jako talent przyrodzony nie mógł być całkowicie zniszczony, ale jest niepełnosprawny”. Ja mówię: „Imperium wcale nie upadło”.

P. S. 2
Całkiem niedawno dom wydawniczy REBIS wznowił wydania powieści Philipa K. Dicka. Książki wydane są w bardzo ładnym formacie, a dodatkowo okraszono je rysunkami autorstwa Wojciecha Siudmaka, polskiego malarza i rzeźbiarza, który stworzył również ilustracje do polskiego wydania „Diuny” F. Herberta. Cena co prawda trochę odstrasza (prawie 50 zł), ale jeśli tylko trafi się wam jakaś cenowa okazja, nie wahajcie się – na pewno nie kupicie kota w worku.

Wasz Ambrose


Pamiętnik z dekady bezdomności


Pamiętnik z dekady bezdomności Anny Jadwigi Łojewskiej, co chyba staje się ostatnio normą, trafił do mnie przypadkiem. Sam raczej bym po taką książkę nie sięgnął z powodu mało interesującego tytułu. Z reguły wybieram lektury oferujące wiedzę lub rozrywkę. Subiektywne wynurzenia mnie nie interesują za wyjątkiem wspomnień ciekawych ludzi o ciekawych czasach. Skoro jednak już się Pamiętnik u mnie znalazł, skoro los tak chciał, zabrałem się do lektury; bez uprzedzeń i bez nadziei na coś ciekawego.


Anna Jadwiga Łojewska zawarła w książce swoje wspomnienia, raczej nawet wrażenia i przemyślenia niż logiczny, uporządkowany zapis zdarzeń, obejmujące najtrudniejszy zapewne okres jej życia; czas bezdomności. Rzecz nie jest łatwa w odbiorze ze względu na chaotyczność tekstu. Być może to odzwierciedla stan jej poturbowanej opisywanymi przeżyciami psychiki, ale lektury nie ułatwia. W tekście roi się od błędów, nawet tak trywialnych jak powtórzenia wykrywane przez zwykłe edytory tekstu, co sprawia wrażenie niechlujności i rodzi wątpliwość, czy wspomniana chaotyczność jest zabiegiem stylistycznym, czy też, podobnie jak składnia, wynikiem niechlujstwa.

Na wielki plus należy pani Łojewskiej policzyć, iż choć sama zna kilka języków, to zachowuje dbałość o mniej wykształconego lingwistycznie czytelnika i prawie wszystkie obcojęzyczne wstawki opatrzyła tłumaczeniem. Taka uprzejmość jest niesamowitym kontrastem w stosunku do aroganckiej maniery, która tak mnie denerwuje i śmieszy choćby w takich pozycjach, jak przeczytany niedawno Etnolog w Mieście Grzechu.

Wielka szkoda, iż forma literacka tej opowieści jest tak niedoskonała, gdyż może zniechęcić mniej systematycznego, nienawykłego do kończenia każdej lektury czytelnika. Wielka szkoda, gdyż wspomnienia i przemyślenia Anny J. Łojewskiej zdecydowanie warte są przeczytania i spopularyzowania.

Pamiętnik z dekady bezdomności to opowieść o jednej z wielu patologii i hańb kapitalizmu ukrywającego się pod łatwiej strawnym określeniem – demokracja. To opowieść o bezdomności i ubóstwie. Autorka, kobieta wrażliwa, rzecz rzadka w dzisiejszej Polsce zachłystującej się imieniem Jana Pawła II, ale w rzeczywistości promującej brutalne chamstwo, rozpychanie się łokciami i cyniczne dążenie do celu za wszelką cenę, pokazuje nam jak łatwo można ze świata domnych przenieść się na drugą stronę lustra; w bezdomność. Pokazuje nam, jak odmienne są te światy i jaka przepaść je dzieli. Przepaść którą w jedną stronę przekroczyć łatwo, ale w drugą niewyobrażalnie trudno.

Myśli autorki są celne, wyraziste i trafiają do czytelnika. Pokazuje nam rozmiar zła czającego się we wszelkich pozbawionych nadzoru fundacjach zajmujących się bezdomnymi. Czytając jej wspomnienia miałem wrażenie, iż stosunki społeczne panujące w schronisku, w którym mieszkała, były bliższe faszyzmowi czy stalinizmowi, niż demokracji. To co tam wyprawiano z bezdomnymi, to odzieranie ich z tożsamości, z indywidualności i wszelkiej godności, jednoznacznie kojarzy mi się z terminem skurwianie*, jak określano przemiany w poddawanej kolektywizacji wsi ukraińskiej.

Jako bystra obserwatorka Anna Łojewska pokazuje nam te prawdy i przemiany, których większość z nas do siebie nie dopuszcza i nie chce zauważać. Słusznie dochodzi do wniosku, iż wolność sumienia i odwagę cywilną mieliśmy w poprzednim okresie politycznym. Wtedy byliśmy krytyczni wobec wszelkich prawd, pełni otwartości na innego człowieka i w opozycji do władzy, a teraz… Pieniądze nie tylko jako cel i jedyny miernik wartości ludzi, ale również jako rozgrzeszenie uniwersalne. Bieda jako piętno powodujące wykluczenie, jako trąd naszych czasów, powodująca podobne traktowanie nią dotkniętych; zamykanie ich w przytułkach i izolowanie niczym w średniowiecznych leprozoriach. Pokazuje nam, iż mieszkańcy tych gett praktycznie nie mają szans na powrót do społeczeństwa, choć są to niejednokrotnie nie ludzie z marginesu i nieudacznicy, ale ludzie wykształceni i byli ludzie sukcesu. Niestety, dar obserwacji nie ustrzegł autorki od wieloletniego pobytu w tym piekle, i to niejako na własne życzenie.

Jako rozwiązanie problemu postuluje Anna Łojewska profesjonalną pomoc objętą nadzorem państwa, co powinno ukrócić szkodliwość różnych guru, którzy zamiast pomagać bezdomnym w powrocie do świata, tym bardziej ich w bezdomności więżą. Z tym można tylko się zgodzić. Jednak, niestety, autorka, choć budzi moją wielką sympatię, nie okazała się w moim subiektywnym odczuciu wirtuozem obserwacji. Jej wnioski nie wykraczają poza jej własne doświadczenia.

Moim zdaniem jednym z głównych problemów wychodzenia z biedy i bezdomności w Polsce jest to, iż w naszym kraju człowieka nie ustawia praca ani wykształcenie, a mieszkanie. Mając mieszkanie można się kontentować byle jaką pracą. Z drugiej strony, nie mając własnego kąta, tylko dzięki dobrej, świetnie płatnej pracy można się ustawić. Jest to układ odwrotny niż w całym świecie, gdzie każdy awans w pracy powoduje możliwość poprawienia warunków mieszkaniowych. Gdzie nawet słaba praca pozwala od razu się zakotwiczyć, a każda lepsza pozwala na więcej.

Jeszcze innym ograniczeniem spojrzenia Anny Łojewskiej jest patrzenie na bezdomność tylko i wyłącznie poprzez przytułek. Choć autorka Pamiętnika sama przeżyła okres koczowania pod chmurką, nie pisze niczego** o postawach bezdomnych, którzy od początku unikają innego niż doraźnego kontaktu z przytułkami, albo też unikają go w ogóle.

Kolejnym ograniczeniem spojrzenia autorki jest generalizowanie swoich własnych doświadczeń. Z pamiętnika możemy wywnioskować, iż bezdomni to tylko tacy, którzy się zagubili. Bo byli za wrażliwi (jak nasza pisarka), bo całe ich życie to poprawczaki i kryminał, bo to albo tamto, co spowodowało ich bezdomność. Ja osobiście pamiętam spotkanie z prawdziwym milionerem, nie byłym, ale obecnym, który wybrał życie bezdomnego. Nie takiego przytułkowego i uzależnionego od pomocy, ale prawdziwego, wolnego kloszarda. W każdej chwili mógł wrócić do swego majątku i swoich firm, ale nie chciał. Nigdy nie wrócił do obowiązków, rodziny, stresów i odpowiedzialności. Wolał życie z dnia na dzień, z troskami tak ograniczonymi jak i potrzeby. Dlatego właśnie brak mi w Pamiętniku pewnego podkreślenia, że ilu bezdomnych, tyle powodów i przyczyn bezdomności, tyle przyczyn trwania w niej.

Dziwi mnie też wyrażone przez pisarkę niezrozumienie, czy też raczej zdziwienie, dla przyczyn, z których ludzie chętnie pomagają zdołowanym, lecz wręcz przeszkadzają tym z dołka się dźwigającym. Jest ich wiele, a w Polsce mechanizmy ostracyzmu różnej proweniencji są szczególnie silne. Jednym z najsilniejszych, bo powszechnym, ponadklasowym i ponadczasowym, jest mechanizm, który nazwałbym strategią sfrustrowanego filantropa. Póki ktoś leży, byle ochłap jest pomocą i powoduje w ofiarodawcy zadowolenie. Darczyńca czuje się wspaniały i taki święty. Kiedy upadły powstaje, niejednokrotnie zmienia się w anioła. I nagle nie wszystkim można go wspomóc; nie wszystko jest mu po prostu potrzebne. Nagle darczyńca zauważa, że ta sierota, ten nieudacznik, zaczyna go przerastać. Dotychczasowy filantrop dostrzega, iż ten biedak może ma inteligencję i inne cechy, których jemu samemu Bóg nie dał aż w takiej mierze. Nagle stwierdza, iż ten, który budził tylko litość, teraz zaczyna być postrzegany jako ktoś. Budzi się zazdrość; syndrom miernego nauczyciela, którego los obdarzył uczniem geniuszem.

Mimo tych niedociągnięć, które być może są tylko moim subiektywnym marudzeniem, uważam iż Pamiętnik z dekady bezdomności mogę polecić z pełnym przekonaniem każdemu. Przede wszystkim tym, którzy dotąd nie mieli okazji ani czasu, by się nad problemem biedy i bezdomności zastanowić. Zwłaszcza ci, którzy dotąd widzieli bezdomnych jako obcych, jako istoty nie z ich świata, może zobaczą w nich ludzi. Jest też, o czym już wspomniałem, lektura Pamiętnika wielkim głosem przeciwko wykorzystywaniu biednych przez różnych społeczników i Kościół, a za pomocą profesjonalną i poddaną kontroli. Jest to wreszcie zbiór celnych i wartościowych myśli o człowieczeństwie i wolności. Jest to też przestroga. Jednym słowem pozycja, mimo mało chwytliwego tytułu, absolutnie warta uważnego przeczytania, przemyślenia i przeżycia, o czym Was zapewniam. Jednocześnie, jako uzupełnienie i ukazanie, jak to jest gdzie indziej, polecałbym choćby oparte na faktach filmy W POGONI ZA SZCZĘŚCIEM (The Pursuit of Happyness) 2006 czy Z ULICY NA HARVARD (Ze slumsów na Harvard, Homeless to Harvard: The Liz Murray Story) 2003


Wasz Andrew



* za Wiktorem Suworowem
** Jedynym bezdomnym, który mieszka poza schroniskiem, czyli w bunkrze, jest Andrzej. Pojawia się on jednak w Pamiętniku tylko dlatego, iż ma w swej historii również znaczący epizod schroniskowy.

piątek, 4 maja 2012

Stanisław Lem "Powrót z gwiazd" - Trudne powroty

Okładka książki Powrót z gwiazd 

Powrót z gwiazd

Stanisław Lem


Wydawnictwo: Agora
Seria: Dzieła Stanisława Lema
Liczba stron: 242
 
 
 


Powrót z gwiazd jest kolejnym filarem podpierającym kopułę genialnego dorobku Stanisława Lema. W moim prywatnym odczuciu, jest równocześnie bardzo istotnym elementem całej, misternej budowli, bez którego twórczość tytana polskiej science-fiction byłaby po prostu niekompletna.

Książka opowiada o losach astronauty Hala Bregga, który po wyprawie do odległego Fomalhaut powraca wreszcie na Ziemię. Oczywiście fizyka sprawia mu niemiłego, acz oczekiwanego psikusa, relatywny upływ czasu sprawił, że bohater trafia do zupełnie innego świata, niż ten z którego wyruszył. Na Ziemi upłynęło już ponad sto lat od jego wylotu, podczas gdy dla Hala minęło ich raptem kilka. O astronautach, którzy opuszczali glob w glorii chwały i powszechnego szacunku oraz ich poświęceniu, którego się podejmowali dla dobra nauki, niesieni spienioną falą entuzjazmu poznawczego, nikt na dobrą sprawę już nie pamięta i nie chce pamiętać. W chwili obecnej są oni raczej lokalną ciekawostką, a nawet zbędnym balastem, niewygodnym reliktem przeszłości, którym należy się opiekować i przystosować jakoś do życia i funkcjonowania w normalnym społeczeństwie. Hal i jego kamraci są jedynie zabytkiem z czasów, kiedy ludzkość znała jeszcze z autopsji pojęcia szaleństwa i brawury, pojęcia z których jednak już dawno wyrosła.

czwartek, 3 maja 2012

Etnolog w Mieście Grzechu



Etnolog w Mieście Grzechu, jak to ostatnio często z różnymi lekturami bywa, trafił do mnie przypadkiem. Już samo rozwinięcie tytułu* mówi wiele o zawartości książki, podobnie jak entuzjastyczne notki na okładkach. Ponieważ jednak przypochlebcze recenzje wykorzystywane przez wydawców do ozdabiania ich produkcji są często pułapką na czytelnika i maskują mierną w istocie wartość, do lektury dzieła Mariusza Czubaja zabrałem się niczym pies do kota; po równi z zapałem i ciekawością, co obawą i niepewnością.


Jakkolwiek książka ta podobno była reklamowana jako sensacyjna, jako powieść o kryminale, absolutnie nie ma to pokrycia w rzeczywistości. Ja osobiście zaliczyłbym ją do literatury popularnonaukowej, choć dla umysłów ścisłych określanie humanistycznego lania wody i dzielenia niezdefiniowanego włosa na czworo mianem nauki zawsze brzmi podejrzanie i budzi głęboki dyskomfort moralny.

Zanim wrócę do zawartości Etnologa, muszę od razu zaznaczyć, iż jest to lektura trudna i żmudna. Jeśli ktoś jednak konsekwentnie podejmie trud brnięcia przez nią aż do samego końca, czytania dokładnie, aż do ostatniej kropki i obcojęzycznej wstawki, z pełnym zrozumieniem i głodem wciąż nowych informacji, to zostanie nagrodzony. Znajdzie bardzo ciekawe opracowanie historii powieści kryminalnej widzianej z punktu widzenia etnologa będącego zarazem teoretykiem i praktykiem literatury. Praca Mariusza Czubaja jest tym bardziej cenna, że podkreśla wartość kryminału; gatunku niesłusznie kojarzonego z literaturą niższą. Etnolog może też posłużyć miłośnikom powieści kryminalnej jako spis lektur po które warto sięgnąć, prawdziwych kamieni milowych kanonu.

Jest więc to książka warta przeczytania, niosąca mnóstwo informacji przydatnych każdemu. Interesująca dla każdego, od niewykształconego czytacza szmirowatych potworków pragnącego przestawić się na wartościowsze pozycje z bogatej oferty półek opatrzonych hasłem „kryminał i sensacja”, po wykształconych humanistów z krytykami i teoretykami literatury włącznie.

Tyle dobrego o Etnologu w mieście grzechu. Reszta to same zgrzyty. Zacznijmy od adresata książki. Jeśli jest nim każdy, to maniera pisarska Mariusza Czubaja widzi mi się jako wręcz karygodna. Wszędzie roi się nie tylko od trudnych wyrazów obcych, choć wiele z nich posiada niejednokrotnie bardziej jednoznaczne polskie odpowiedniki, lecz co jeszcze gorsze, od obcojęzycznych wręcz wstawek, niejednokrotnie kilku na stronie. Nie byłoby jeszcze w tym nic dziwnego, gdyby były one opatrzone odnośnikami do przystępnych tłumaczeń, co bezboleśnie poszerzałoby bierne słownictwo czytelnika. Niestety, odnośniki służą autorowi tylko do cytowania, podawania źródeł, lub co gorsza dodawania własnych komentarzy, niejednokrotnie dyskusyjnych, żeby nie powiedzieć chybionych**. Wielokrotnie w czasie lektury nasuwa się pytanie: Co artysta miał na myśli? Tylko poliglota, i to w dodatku oczytany w temacie, mógłby podać dokładne znaczenie wszystkich wyrazów obcych i obcojęzycznych użytych w tekście. Każdy inny odbiorca musi się zaopatrzyć w słownik lub wybrać czytanie po łebkach. Do kogo więc jest tak naprawdę książka adresowana? Jak świadczy ona o stosunku autora do czytelników? Aż narzuca się tutaj porównanie do literatury z dziedziny nauk ścisłych, gdzie unika się takich praktyk. Żaden szanujący się polski matematyk nie napisze curva zamiast krzywa, gdy tymczasem maniera pana Czubaja jest wręcz zaprzeczeniem takiego zdrowego podejścia. Aż narzuca się kąśliwe pytanie, czy to nie sposób na podniesienie oceny mądrości i naukowości tekstu, który tak naprawdę pełen jest wad i ewidentnych błędów. Im bliżej końca tym ich natężenie i waga wzrasta, miejscami aż do totalnego majaczenia.

Czasami drobna pomyłka, znak przestankowy czy końcówka odmiany, mogą zmienić sens zdania tworząc bełkot z rozsądnej wypowiedzi. Takie błędy można wybaczyć tworzącym amatorsko i samodzielnie, gdyż wiadomo, jak trudno jest prowadzić korektę swego własnego tekstu. W przypadku tekstu profesjonalnego i opracowywanego zespołowo jest to niewybaczalne.

Jak widać z powyższego lektura Etnologa w Mieście Grzechu nie jest tak naprawdę łatwa ani przyjemna. Jest tym bardziej trudna i stresująca, im bardziej krytycznie, dociekliwie i kreatywnie się do niej podejdzie. Gdyby zastosować kryteria nauk ścisłych, gdzie jeden znaczący błąd deprecjonuje całość, książka ta miałaby wartość bliską zeru, jeśli nie wręcz zerową. Stosując jednak podejście humanistyczne, możemy ją porównać do róży. Wyjątkowo kolczastej i w wielu miejscach niezbyt ładnie pachnącej, ale jednak interesującej. Dlatego, mimo tak wielu krytycznych uwag, zachęcam do jej przeczytania, jeśli pożądacie zawartej w niej wiedzy. Dyskomfort o jaki miejscami Was przyprawi nadrobi cennymi okruchami solidnej wiedzy i ciekawego ujęcia tematu. Nie zapomnijcie tylko zaopatrzenia się w słowniki


Wasz Andrew



* Etnolog w Mieście Grzechu. Powieść kryminalna jako świadectwo antropologiczne.
** prawdziwym ewenementem jest przypis o działalności charytatywnej Manchester United zajmujący pół strony(!), praktycznie od rzeczy i w dodatku infantylnie płytki. Czytając ten fragment miałem wrażenie, iż pisała go inna osoba niż ta, która stworzyła lepsze części opracowania.

Etnolog w Mieście Grzechu [Mariusz Czubaj]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

środa, 2 maja 2012

Grzechy hetmańskie



Grzechy hetmańskie czyli obrazy z końca XVIII wieku to jedna z nieco bardziej już dziś zapomnianych powieści, być może najpłodniejszego twórczo z polskich pisarzy, Józefa Ignacego Kraszewskiego. Tytuł mniej więcej informuje nas o umiejscowieniu akcji powieści w czasie. Dokładniej jest to rok 1763. Rok wielkich wydarzeń; walki o władzę, przygotowywanego przez Familię* zamachu stanu i śmierci króla Augusta III Sasa.


Głównym bohaterem powieści jest Teodor Paklewski, jedyny potomek ubogiej szlacheckiej rodziny, której całym majątkiem jest biedna wioska Borek nieopodal Białegostoku. Młodzieniec, pobierający nauki w Warszawie, musi powrócić w rodzinne strony w związku ze śmiercią ojca i tam hetman Franciszek Ksawery Branicki, pan na Białymstoku i okolicy, próbuje go skaptować dla swych planów wsparcia stronnictwa Sasów w walce o tron Polski. Młodzieniec, początkowo na żądanie matki, a potem z wyboru, oddaje swe usługi wrogom Branickiego - Czartoryskim. Zakochuje się w pięknej generałównie i... Co dalej poczytajcie sami.

Być może powieść nie prezentuje jakiegoś nadzwyczajnego poziomu, ale jest bardzo przyjemną lekturą, nawet wciągającą. Autor porusza się dobrze w tle historycznym, w którym osadził fabułę. Nic dziwnego skoro w czasie, gdy tworzył, nie minął od opisywanych wydarzeń nawet wiek. Archaiczny dla nas język, jakim rzecz jest napisana, mile odróżnia się od współczesnego nam słownictwa, nawet tego stylizowanego na staropolskie. Mamy tu wszystko, co potrzebne dobrej powieści: gwałtowne wydarzenia, rodzinne tajemnice, szlacheckie zajazdy i wielką miłość, a w tle knowania wielkiej polityki i zakulisowe machinacje. Wszystko przyjemne w odbiorze choć dość schematyczne, raczej solidne rzemiosło literackie niż wirtuozeria pióra.

Niestety, książka nie jest raczej ku pokrzepieniu serc. Sporo w niej postaci niesympatycznych, zwłaszcza w polityce. W trakcie lektury ma się smutne wrażenie, że dzisiaj w Polsce o dobrych ludzi jeszcze trudniej niż kiedyś, zwłaszcza na wyższych szczeblach drabiny społecznej. Nie napawa też optymizmem na przyszłość, odmalowana w Grzechach, coraz bardziej widoczna i dzisiaj, spolegliwość kleru wobec dystrybutorów bogactw doczesnych, a zwłaszcza godna napiętnowania zachłanność na profity władzy świeckiej wyższych hierarchów kościelnych.

Dla mnie przepięknym, słodziutkim smaczkiem są opisy Pałacu Branickich i dawnego Białegostoku. Tym, którzy mieli okazję poznać tą wspaniałą magnacką rezydencję z otaczającym ją parkiem i alejkami, powieść Kraszewskiego da nowy pogląd na znane zakątki. Teraz spacerując po nich jeszcze łatwiej będzie im na chwilę przenieść się w przeszłość i odczuć niepowtarzalną atmosferę Wersalu Północy, jaką musiał on błyszczeć w czasach największej świetności. Pozostałych być może skusi do odwiedzenia wciąż powracającej do dawnego piękna perły naszej architektury pałacowej. Inna sprawa, że ja osobiście wolę sobie w niej wyobrażać angielskich XIX wiecznych gentlemanów, którzy spacerują po parku w towarzystwie dam, niż naszych prostackich przodków tłoczących się w oparach wszechobecnej gorzały. No ale cóż, każdy naród ma taką historię, na jaką zasłużył. To, że romantyczne obrazki nie miały wiele wspólnego z tym pięknym pałacem nie jest winą Kraszewskiego.

Polecam Grzechy hetmańskie wszystkim, nie jako jakąś szczególną rewelację, ale jako dobrą powieść wartą przeczytania w wolnej chwili, by odpocząć od zalewającej nas anglosaskiej papki


Wasz Andrew



* stronnictwo prorosyjskie tworzone głównie przez Czartoryskich i Poniatowskich

"Pokój na Ziemi" Stanisław Lem - Kallotomiczna wizja przyszłości

Okładka książki Pokój na Ziemi 

Pokój na Ziemi

Stanisław Lem



Wydawnictwo: Agora
Seria: Dzieła Stanisława Lema
Liczba stron: 224
 
 
 
 
"Pokój na Ziemi" to kolejne fantastyczne dzieło polskiego tytana science-fiction, filozofia, etyka i myśliciela, Stanisława Lema. Fabuła książki osnuta jest wokół trwającego na Ziemi wyścigu zbrojeń, osiągającego rozmiaru absurdu, czyli formy w której Lem się lubował i której to można śmiało nazwać go mistrzem. Skoro jest i absurd, pojawić się musi i jego nieodzowny lemowy towarzysz, czyli Ijon Tichy, egoman ekscentryk i gwiezdny podróżnik, doskonale znany z powieści: „Wizja lokalna”, „Dzienniki gwiazdowe” oraz „Kongres futurologiczny”. Jak już wspomniano, na Ziemi walka o zbrojną dominację trwa w najlepsze. Konstrukcja wszelakich machin do zadawania bólu bliźniego, rozwój technologii mających na celu uprzykrzenie życia, osiągają taki kunszt, że nie sposób już rozstrzygnąć, czy ciągle padający deszcz, przeplatany huraganami to dzieło złośliwego sąsiada, czy też zwyczajny kaprys pogody. Świat zaczyna z wolna przypominać jedną wielką bombę, minę, na którą lada chwila ktoś nadepnie, nie pozostawiając ani grama ludzkiej tkanki na całej kuli ziemskiej. Arsenał jest już tak potężny, że biedną planetę matkę można by kilka razy obrócić w pył, a i tak zostałoby jeszcze całkiem sporo. Mocarstwa mają się zatem w ciągłym szachu, ciągle jednak muszą dbać o rozwój swoich broni, by móc szachować przeciwnika, by nie wypaść z obiegu, by mieć nadzieję, że sąsiad nie odważy się na wymianę ciosów, skoro jesteśmy w stanie odpowiedzieć mu równie silnym łupniem. Jednakże zbrojenia pochłaniają coraz większą liczbę gotówki, pojawia się też coraz więcej przeciwników rozwiązań siłowych, jednym słowem machina wojenna zaczyna ciążyć każdemu z uczestników wyścigu.

wtorek, 1 maja 2012

Ręka mistrza



Ręka mistrza

(oryg. Duma Key)
Stephen King

Z reguły nie piszę o książkach, które przeczytałem dawno, dawno temu. Jeśli już, to najpierw je sobie przypominam i dopiero po powtórnej, lub którejś z kolei, lekturze formułuję swoją ocenę. Tym razem jest inaczej. Smakując Apsarę, niedawny debiut utalentowanego Polaka*, od razu przypomniałem sobie coś całkiem odmiennego i zarazem podobnego – Rękę mistrza. Nagle się okazało, że mogę napisać o niej od razu, że zapadła mi w pamięć tak dokładnie, jakbym ją czytał wczoraj.

Nie jestem miłośnikiem horrorów. Lubię dobre baśnie, udane fantasy też ujdzie, ale jakieś potwory i infantylne moce nadprzyrodzone w świecie komputerów, satelitów i nanotechnologii... Tego już dla mnie za wiele.

Kiedy sięgnąłem po Duma Key wiedziałem oczywiście, iż King jest mistrzem pióra i miałem już wcześniej do czynienia z jego prozą. Nie nastawiałem się jednak na spektakularne odkrycie gdyż, jak już wspomniałem, konwencja horroru jest dla mnie infantylna i dlatego jeśli coś w niej mam uznać za dobre, musi być naprawdę wyśmienite.

Fabuła Ręki mistrza jest prosta, jak w większości horrorów. Nasz główny bohater, człowiek majętny, Edgar Freemantle w wypadku na budowie mało nie traci żywota. Okaleczony, nie tylko na ciele, ma problemy z powrotem do życia i z samym sobą. By zacząć wszystko od nowa, przenosi się na wyspę Duma Key i zaczyna tworzyć. Po pewnym czasie okazuje się, że jego obrazy są niezwykłe, a i wyspa zwyczajna też nie jest. Co dalej z wiadomych względów zdradzać nie będę.

King jak zwykle pokazuje się nam jako wirtuoz w budowaniu napięcia. Do połowy, a może nawet trochę dalej, powieść jest wciągająca i niesamowita. Napięcie rośnie i jest wręcz namacalne. Potem, przynajmniej dla takiego malkontenta jak ja, całość się wykłada, gdy w kulminacji wkraczają czary mary. Jak jednak już wspomniałem, powieść ta na zawsze zapadła w mojej pamięci, jak naprawdę niewiele z tego gatunku literatury. Dlaczego?

Poza nastrojem, tą niepowtarzalną atmosferą grozy i tajemnicy, nasączającą wszystko niby lepka mgła, który jest wyznacznikiem twórczości tego Amerykanina, Duma Key jest cudownym opisem mniej zatłoczonych rejonów Florydy. Czy prawdziwym, o to mniejsza, ale w trakcie lektury w wyobraźni czytelnika powstaje obraz równie realny jak rzeczywistość; po prostu przenosimy się na tę tajemniczą wyspę. Przeżycie niesamowite, które niewielu potrafi u czytelnika wykreować. Rzecz, która jednak jest w tej powieści najcenniejsza, to nie perfekcyjne opisy, przekonujący bohater, lub wspomniany już klimat; to wyjątkowe oddanie procesu twórczego. Nawet czytelnik bez wiedzy o rysunku i malarstwie, ba – nawet odbiorca bez żadnego pojęcia o sztuce w ogóle, może smakować to nieopisane uczucie, jakie towarzyszy tworzeniu i odebraniu dzieła natchnionego. Szkoda tylko, że tutaj natchnieniem jest moc nie z tego świata, a nie to, co naprawdę odróżnia wirtuoza od rzemieślnika. Pod tym względem nasza Apsara jest zdecydowanie lepsza, ale cóż – taka konwencja.

Chyba nigdy dotąd nie polecałem nikomu klasycznego horroru, może poza Lśnieniem, notabene też Kinga. Z reguły nie oferują one niczego poza chwilą rozrywki, strawną głównie dla miłośników idiotycznych potworów lub innych cudactw. Zwykle po latach z takiej lektury nie pamiętamy niczego, gdyż i pamiętać nie ma czego. Żadnych przemyśleń, żadnego przesłania, żadnego serca drgnienia. W tym gatunku wiele jest powieści dobrych do połowy, ale o zachwycający koniec bardzo, bardzo trudno. I choć Ręka mistrza nie uniknęła dość słabego w mym odczuciu zakończenia, tym razem wyjątkowo zachęcam do zapoznania się z nią nie tylko maniaków grozy. Naprawdę warta jest przeczytania o czym z przekonaniem Was zapewniam


Wasz Andrew


*Marek R. Litmanowicz

Ręka mistrza [Stephen King]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

poniedziałek, 30 kwietnia 2012

Dewiacje seksualne Humberta Humberta

Okładka książki Lolita 

Lolita

Vladimir Nabokov


Tytuł oryginału: Lolita
Tłumaczenie: Michał Kłobukowski
Wydawnictwo: MUZA S.A.
Liczba stron: 318
 
 
 
 
Lolita to książka, z wydaniem której, rosyjski geniusz pióra miał ogromne problemy. Żaden z amerykańskich wydawców nie zgodził się na jej publikację, mimo, że autor, idąc za radą dobrego przyjaciela, postanowił nie opatrywać jej własnym nazwiskiem, a jedynie pseudonimem. Powieść uchodziła za nieetyczną, szerzącą pornografię i pedofilię. Dopiero stara i zgniła moralnie Europa po raz kolejny przyjęła w swoje ramiona dzieło Nabokova. Książkę wydało paryskie wydawnictwo, specjalizujące się w taniej literaturze brukowej.

Powieść, napisana w formie pamiętnika, to opis miłości, czy też obsesji seksualnej, czterdziestoletniego mężczyzny, występującego pod pseudonimem Humbert Humbert, do dwunastoletniej Dolores Haze. Główny bohater, jak przynajmniej można wyczytać w większości recenzji, jest pedofilem, który na skutek zrządzenia losu, opuszcza Europę i wyjeżdża do Stanów Zjednoczonych. Po raz kolejny fortuna bierze los w swoje ręce i każe mu zamieszkać u pani Charlottey Haze, wdowy z dwunastoletnią córeczką, pieszczotliwie nazywaną Lo, lub Lolitą. Humbert Humbert od pierwszego wejrzenia zakochuje się w nimfiątku, w końcu postanawia ożenić się z jej matką, by móc być bliżej swojej miłości. Bohater snuje różne plany i rozważania nad pozbyciem się coraz bardziej uciążliwiej Charlottey, ponieważ jednak z natury jest marzycielem i poetą, wszystkie plany pozostają w sferze fantazji.

Fatum jednak znów daje o sobie znać. Pewnego dnia ciekawska Charlottea odkrywa pieczołowicie skrywany dziennik Humberta Humberta, w którym to znajduje się między innymi opis miłości do dziewczynki. Zrozpaczona, zraniona, z krwawiącym sercem, Charlottea postanawia uciec od Humberta. Wcześniej jednak pisze listy, których nie udaje się jej już wysłać – biegnąc w amoku przez jezdnię do skrzynki pocztowej, poślizgnęła się i runęła prosto w objęcia śmierci, która przyjechała samochodem jednego z mieszkańców. Humbert, który nie mógł wyśnić lepszego scenariusza, zabiera małą Lo z Kolonii Q, na której aktualnie przebywała i rozpoczyna roczną włóczęgę po szosach i autostradach Stanów Zjednoczonych. Dolores, jak się jednak okazuje, nie jest już taka niewinna, w sprawach seksu jest całkiem doświadczona. W końcu opuszcza Humberta, uciekając z innym pedofilem.

Przejdę jednak do kwestii, która najbardziej mnie interesuje. Humbert Humbert w końcu odnajduje swoją ukochaną. Ma już 17 lat, jest w ciąży, okres jej młodości, nimfięcia dawno przeminął. Nie jest to już mała dziewczynka, która mogłaby pobudzić trzewia jakiegokolwiek pedofila. A mimo to, okazuje się, że Humbert Humbert nadal ją kocha i proponuje jej wspólną ucieczką oraz życie. Z psychiatrycznego punktu widzenia, nie jest to prawdopodobne, ponieważ „prawdziwy” pedofil, mimo iż może przejawiać uczucia wyższe, nie jest w stanie wyleczyć się ze swojego zboczenia. Czy zatem stworzona przez autora fikcja literacka miała by prawo zdarzyć się kiedykolwiek w świecie rzeczywistym?

Zagadnienie niegasnącej miłości Humberta można spróbować wyjaśnić to fragmentem książki, w którym snuje on śmiałe plany, że spłodzi ze swoją Lolitą drugą, małą Lo, która jak tylko dorośnie i dokwitnie, ponownie będzie dostarczać mu rozkoszy. Na horyzoncie zamierzeń, nieśmiało pojawiła się nawet trzecia Dolores, można jednak odnieść wrażenie, że sam Humbert nie podchodził do tych rojeń zbyt poważnie. Aby wyjaśnić ten przypadek, wydaje mi się, że konieczne są dwie rzeczy. Po pierwsze, co jest chyba najtrudniejsze, odrzucić opcję, że Humbert jest pedofilem. Dlaczego? Wytłumaczenie w czynności drugiej. Wróćmy zatem na sam początek książki, gdzie Humbert opisuje swoją jedyną, nieszczęśliwą młodzieńczą miłość do Annabel. Oboje, pochodzący z porządnych, arystokratycznych rodzin, próbują przeżyć romans, jednak ich działania są tak nieporadne, niezdarne, że nic nie może z tego wyjść. Po raz ostatni, Humbert spotyka się z Annabel w ogrodzie, przy świetlistym firmamencie gwiazd, próbując odbyć stosunek. Jednak ich miłosne gruchania zostają brutalnie przerwane. Annabel odjeżdża i młodzi zakochani nigdy już się nie zobaczą, bowiem dziewczynka rok później umiera. Żyję w przeświadczeniu, że w tym wydarzeniu należy szukać obsesji Humberta na punkcie młodych panien. Wydaje się, że Humbert Humbert próbuje odnaleźć swoją Annabel i dokończyć z nią to, czego mu się wtedy nie udało. Oczywiście, nie chodzi tu jedynie o kontakt fizyczny – pisząc, dokończyć, mam na myśli, dokończenie całej miłosnej historii, tzn. wspólne życie, aż po grób. Humbert, aż do momentu poznania Lolity, żyje z piętnem wspomnień o Annabel. Wlekąc się po burdelach, poznając kobiety, próbuje odszukać swoją pierwszą miłość. Dopiero Dolores Haze wypiera z jego umysłu wspomnienie o Annabel. Mam wrażenie, że po Lo po prostu zajmuje jej miejsce, a Humbert, świadomie, czy też nie, pragnie żyć z nią na wieki wieków. Stąd też o żadnej pedofilii nie może być tu mowy.

P. S.
Ostatniego, napisanego w dość kategorycznym tonie, zdania proszę sobie nie brać do serca. Jeśli znajdzie się tylko interlokutor, to o pedofilii rzekomej czy też nie, mowa może być jak najbardziej.