środa, 2 maja 2012

Kallotomiczna wizja przyszłości

Okładka książki Pokój na Ziemi 

Pokój na Ziemi

Stanisław Lem



Wydawnictwo: Agora
Liczba stron: 224
 
 
 
 
 
"Pokój na Ziemi" to kolejne fantastyczne dzieło polskiego tytana science-fiction, filozofia, etyka i myśliciela, Stanisława Lema. Fabuła książki osnuta jest wokół trwającego na Ziemi wyścigu zbrojeń, osiągającego rozmiaru absurdu, czyli formy w której Lem się lubował i której to można śmiało nazwać go mistrzem. Skoro jest i absurd, pojawić się musi i jego nieodzowny lemowy towarzysz, czyli Ijon Tichy, egoman ekscentryk i gwiezdny podróżnik, doskonale znany z powieści: „Wizja lokalna”, „Dzienniki gwiazdowe” oraz „Kongres futurologiczny”. Jak już wspomniano, na Ziemi walka o zbrojną dominację trwa w najlepsze. Konstrukcja wszelakich machin do zadawania bólu bliźniego, rozwój technologii mających na celu uprzykrzenie życia, osiągają taki kunszt, że nie sposób już rozstrzygnąć, czy ciągle padający deszcz, przeplatany huraganami to dzieło złośliwego sąsiada, czy też zwyczajny kaprys pogody. Świat zaczyna z wolna przypominać jedną wielką bombę, minę, na którą lada chwila ktoś nadepnie, nie pozostawiając ani grama ludzkiej tkanki na całej kuli ziemskiej. Arsenał jest już tak potężny, że biedną planetę matkę można by kilka razy obrócić w pył, a i tak zostałoby jeszcze całkiem sporo. Mocarstwa mają się zatem w ciągłym szachu, ciągle jednak muszą dbać o rozwój swoich broni, by móc szachować przeciwnika, by nie wypaść z obiegu, by mieć nadzieję, że sąsiad nie odważy się na wymianę ciosów, skoro jesteśmy w stanie odpowiedzieć mu równie silnym łupniem. Jednakże zbrojenia pochłaniają coraz większą liczbę gotówki, pojawia się też coraz więcej przeciwników rozwiązań siłowych, jednym słowem machina wojenna zaczyna ciążyć każdemu z uczestników wyścigu.

 Ludzie, jako rasa na wskroś kreatywna, znajdują wyjście i z tej jakże trudnej sytuacji. Decyzją wszystkich, podpisana zostaje nowa konwencja genewska, na mocy której państwa decydują się przenieść całych swój arsenał na Księżyc. Biały glob zostaje podzielony na stosowne sektory, należące do każdego z krajów, w których to można umieścić dowolną ilość wojskowego sprzętu własnej produkcji. Co jednak najciekawsze, sprzęt ten zdolny jest do samodoskonalenia się oraz powielania się. Nad wszystkim, swoim czujnym okiem, czuwa specjalnie na tę okazję powołana Lunar Agency. Do niej też należy się również zwrócić w przypadku, jeśli chcielibyśmy sprawdzić stan naszego uzbrojenia, czy też użyć jednej z naszych zabawek. Dzięki takiemu zabiegowi, całkowicie wyeliminowana zostaje możliwość ataku z zaskoczenia, zatem Blitzkrieg staje się już historycznym hasłem, o którym możemy jedynie poczytać we wszelakiej maści księgach historycznych.

Idea piękna, jednak jak to z ludzkimi pomysłami bywa, coś musiało pójść nie tak i całość nie działa aż tak dobrze, jak to sobie zaplanowaliśmy. Chociaż będąc upartym, za całe zamieszanie obwiniać można, ba, nawet należy jedynie czynnik ludzki. Niedługo po zakończeniu całej, skomplikowanej operacji, w umysłach co poniektórych jawić się zaczęły wątpliwości, czy aby na pewno rozwiązanie sprawy w ten, a nie inny sposób było słuszne. Wątpliwości te w sposób sprytny były podsycane przez producentów broni, którzy jak na to nie spojrzeć, na całej akcji stracili zdecydowanie najwięcej. Za ich to przyczyną, świat zaczęły obiegać niepokojące informacje, jakoby wojskowe systemy księżycowe zbuntowały się przeciwko całej sytuacji, a bunt swój chciałyby przypieczętować dosadnie, czyli w najlepszym, iście filmowym stylu, tj. rebelią na bezbronną, pozbawioną jakiejkolwiek osłony, Ziemię. Pikanterii całemu zamieszaniu dodawał fakt, że sondy wysłane przez Lunar Agency, które miały zbadać całą sytuację, nie wróciły.

Wydaje się, że jest to znakomity moment, by przerwać toczącą się opowieść i zachęcić czytelnika, by z dalszą częścią zapoznał się sam. Rzec można jeszcze jedynie, że oczywiście możliwe jest tylko jedno rozwiązanie całej sprawy i rozwiązanie to zostanie wcielone w życie. Na bezstronnego ambasadora ludzkości, nie zamieszonego w żadne polityczne gierki, zostaje wybrany Ijon Tichy i jemu to przypada misja zbadania całej, jakże niepokojącej sprawy. Zdradzę jeszcze tylko, że uda mu się rozwiązać zagadkę tego, co wydarzyło się na Księżycu, jednak na skutek trafienia laserem, pada on ofiarą kallotomii, czyli rozcięcia wielkiego spoidła łączącego obie półkule mózgowe. Tajemnica wydarzeń, jakich Tichy był świadkiem znajduje się w prawej półkuli mózgowej, z którą jednak nijak nie może się on dogadać. Na skutek tego, sporządzenie raportu informującego o sytuacji na Księżycu staje się niemożliwe, a niepokój rządów, ich wywiadów oraz kontrwywiadów, osiąga zawrotne wyżyny. Całość kończy się dość zaskakująco, ale bardzo pomysłowo, dlatego absolutnie nie zdradzę jak.

Osobiście uważam także, że na książkę możemy również patrzeć przez pryzmat zainteresowań Lema na zjawisko wspomnianej kallotomii. Po raz kolejny, bohaterowi powieści Lema stają do konfrontacji ze zjawiskami absolutnie nowymi, niecodziennymi, w obliczu których należy diametralnie zmodyfikować ramy naszego postrzegania świata. Kallotomia to kolejna metafizyczna zagwozdka, ale przedstawiona w sposób satyryczny, by nie rzec swojski (jak choćby, gdy prawa ręka Tichy’ego nie może dogadać się z lewą, co prowadzi do wybuchu kłótni, którą dość bezradnie próbuje przerwać sam Ijon). Nie mniej jednak, pomimo całej komicznej otoczki, pytania o naszą ludzką naturę, transcendentalność naszej świadomości (kimże bowiem jest Tichy, po kallotomi – bytem jednym, czy cudownie rozmnożonymi bytami dwoma? czy należy utożsamiać go bardziej z lewą półkulą, która jest w stanie artykułować swoje myśli za pomocą słów, czy bardziej z prawą, porozumiewającą się ze światem zewnętrznym dopiero za pomocą gestów, których zresztą nauczy ją lewa półkula?), niejako same cisną się do naszej głowy.

Na koniec warto chyba jeszcze wspomnieć, że Stanisławowi Lemowi przyszło żyć w okresie Zimnej wojny i to właśnie na bazie doświadczeń z niej wyniesionych mógł budować podwaliny pod świat, znany nam z „Pokoju na Ziemi”. Dość łatwo, a przy tym celnie i logicznie wypunktował on wyścig zbrojeń, ukazując, że ciągłe rozwijanie potencjału zbrojeniowego, w końcu doprowadzi do jego wzrostu eksponencjalnego, czego efektem będzie jedynie ciągły lęk, towarzyszący światowym przywódcom w obawie, że byle kichnięcie może doprowadzić do końca świata.

Wasz Ambrose



Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Czytamy wnikliwie każdy komentarz i za wszystkie jesteśmy wdzięczni. Zwłaszcza za te krytyczne. Jeśli chcesz o czymś porozmawiać, zapytać, zwrócić uwagę na błąd, pisz śmiało. Każda wypowiedź, zwłaszcza na temat, jest przez nas mile widziana. Nie odrzucamy komentarzy anonimowych, jeśli tylko nie naruszają prawa. Można zamieszczać linki do swoich blogów i inne, jeśli nie są ewidentnym spamem. KOMENTARZE UKAZUJĄ SIĘ DOPIERO PO ZATWIERDZENIU przez nas :)