Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.

czwartek, 3 maja 2012

Etnolog w Mieście Grzechu



Etnolog w Mieście Grzechu, jak to ostatnio często z różnymi lekturami bywa, trafił do mnie przypadkiem. Już samo rozwinięcie tytułu* mówi wiele o zawartości książki, podobnie jak entuzjastyczne notki na okładkach. Ponieważ jednak przypochlebcze recenzje wykorzystywane przez wydawców do ozdabiania ich produkcji są często pułapką na czytelnika i maskują mierną w istocie wartość, do lektury dzieła Mariusza Czubaja zabrałem się niczym pies do kota; po równi z zapałem i ciekawością, co obawą i niepewnością.


Jakkolwiek książka ta podobno była reklamowana jako sensacyjna, jako powieść o kryminale, absolutnie nie ma to pokrycia w rzeczywistości. Ja osobiście zaliczyłbym ją do literatury popularnonaukowej, choć dla umysłów ścisłych określanie humanistycznego lania wody i dzielenia niezdefiniowanego włosa na czworo mianem nauki zawsze brzmi podejrzanie i budzi głęboki dyskomfort moralny.

Zanim wrócę do zawartości Etnologa, muszę od razu zaznaczyć, iż jest to lektura trudna i żmudna. Jeśli ktoś jednak konsekwentnie podejmie trud brnięcia przez nią aż do samego końca, czytania dokładnie, aż do ostatniej kropki i obcojęzycznej wstawki, z pełnym zrozumieniem i głodem wciąż nowych informacji, to zostanie nagrodzony. Znajdzie bardzo ciekawe opracowanie historii powieści kryminalnej widzianej z punktu widzenia etnologa będącego zarazem teoretykiem i praktykiem literatury. Praca Mariusza Czubaja jest tym bardziej cenna, że podkreśla wartość kryminału; gatunku niesłusznie kojarzonego z literaturą niższą. Etnolog może też posłużyć miłośnikom powieści kryminalnej jako spis lektur po które warto sięgnąć, prawdziwych kamieni milowych kanonu.

Jest więc to książka warta przeczytania, niosąca mnóstwo informacji przydatnych każdemu. Interesująca dla każdego, od niewykształconego czytacza szmirowatych potworków pragnącego przestawić się na wartościowsze pozycje z bogatej oferty półek opatrzonych hasłem „kryminał i sensacja”, po wykształconych humanistów z krytykami i teoretykami literatury włącznie.

Tyle dobrego o Etnologu w mieście grzechu. Reszta to same zgrzyty. Zacznijmy od adresata książki. Jeśli jest nim każdy, to maniera pisarska Mariusza Czubaja widzi mi się jako wręcz karygodna. Wszędzie roi się nie tylko od trudnych wyrazów obcych, choć wiele z nich posiada niejednokrotnie bardziej jednoznaczne polskie odpowiedniki, lecz co jeszcze gorsze, od obcojęzycznych wręcz wstawek, niejednokrotnie kilku na stronie. Nie byłoby jeszcze w tym nic dziwnego, gdyby były one opatrzone odnośnikami do przystępnych tłumaczeń, co bezboleśnie poszerzałoby bierne słownictwo czytelnika. Niestety, odnośniki służą autorowi tylko do cytowania, podawania źródeł, lub co gorsza dodawania własnych komentarzy, niejednokrotnie dyskusyjnych, żeby nie powiedzieć chybionych**. Wielokrotnie w czasie lektury nasuwa się pytanie: Co artysta miał na myśli? Tylko poliglota, i to w dodatku oczytany w temacie, mógłby podać dokładne znaczenie wszystkich wyrazów obcych i obcojęzycznych użytych w tekście. Każdy inny odbiorca musi się zaopatrzyć w słownik lub wybrać czytanie po łebkach. Do kogo więc jest tak naprawdę książka adresowana? Jak świadczy ona o stosunku autora do czytelników? Aż narzuca się tutaj porównanie do literatury z dziedziny nauk ścisłych, gdzie unika się takich praktyk. Żaden szanujący się polski matematyk nie napisze curva zamiast krzywa, gdy tymczasem maniera pana Czubaja jest wręcz zaprzeczeniem takiego zdrowego podejścia. Aż narzuca się kąśliwe pytanie, czy to nie sposób na podniesienie oceny mądrości i naukowości tekstu, który tak naprawdę pełen jest wad i ewidentnych błędów. Im bliżej końca tym ich natężenie i waga wzrasta, miejscami aż do totalnego majaczenia.

Czasami drobna pomyłka, znak przestankowy czy końcówka odmiany, mogą zmienić sens zdania tworząc bełkot z rozsądnej wypowiedzi. Takie błędy można wybaczyć tworzącym amatorsko i samodzielnie, gdyż wiadomo, jak trudno jest prowadzić korektę swego własnego tekstu. W przypadku tekstu profesjonalnego i opracowywanego zespołowo jest to niewybaczalne.

Jak widać z powyższego lektura Etnologa w Mieście Grzechu nie jest tak naprawdę łatwa ani przyjemna. Jest tym bardziej trudna i stresująca, im bardziej krytycznie, dociekliwie i kreatywnie się do niej podejdzie. Gdyby zastosować kryteria nauk ścisłych, gdzie jeden znaczący błąd deprecjonuje całość, książka ta miałaby wartość bliską zeru, jeśli nie wręcz zerową. Stosując jednak podejście humanistyczne, możemy ją porównać do róży. Wyjątkowo kolczastej i w wielu miejscach niezbyt ładnie pachnącej, ale jednak interesującej. Dlatego, mimo tak wielu krytycznych uwag, zachęcam do jej przeczytania, jeśli pożądacie zawartej w niej wiedzy. Dyskomfort o jaki miejscami Was przyprawi nadrobi cennymi okruchami solidnej wiedzy i ciekawego ujęcia tematu. Nie zapomnijcie tylko zaopatrzenia się w słowniki


Wasz Andrew



* Etnolog w Mieście Grzechu. Powieść kryminalna jako świadectwo antropologiczne.
** prawdziwym ewenementem jest przypis o działalności charytatywnej Manchester United zajmujący pół strony(!), praktycznie od rzeczy i w dodatku infantylnie płytki. Czytając ten fragment miałem wrażenie, iż pisała go inna osoba niż ta, która stworzyła lepsze części opracowania.

Etnolog w Mieście Grzechu [Mariusz Czubaj]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

środa, 2 maja 2012

Grzechy hetmańskie



Grzechy hetmańskie czyli obrazy z końca XVIII wieku to jedna z nieco bardziej już dziś zapomnianych powieści, być może najpłodniejszego twórczo z polskich pisarzy, Józefa Ignacego Kraszewskiego. Tytuł mniej więcej informuje nas o umiejscowieniu akcji powieści w czasie. Dokładniej jest to rok 1763. Rok wielkich wydarzeń; walki o władzę, przygotowywanego przez Familię* zamachu stanu i śmierci króla Augusta III Sasa.


Głównym bohaterem powieści jest Teodor Paklewski, jedyny potomek ubogiej szlacheckiej rodziny, której całym majątkiem jest biedna wioska Borek nieopodal Białegostoku. Młodzieniec, pobierający nauki w Warszawie, musi powrócić w rodzinne strony w związku ze śmiercią ojca i tam hetman Franciszek Ksawery Branicki, pan na Białymstoku i okolicy, próbuje go skaptować dla swych planów wsparcia stronnictwa Sasów w walce o tron Polski. Młodzieniec, początkowo na żądanie matki, a potem z wyboru, oddaje swe usługi wrogom Branickiego - Czartoryskim. Zakochuje się w pięknej generałównie i... Co dalej poczytajcie sami.

Być może powieść nie prezentuje jakiegoś nadzwyczajnego poziomu, ale jest bardzo przyjemną lekturą, nawet wciągającą. Autor porusza się dobrze w tle historycznym, w którym osadził fabułę. Nic dziwnego skoro w czasie, gdy tworzył, nie minął od opisywanych wydarzeń nawet wiek. Archaiczny dla nas język, jakim rzecz jest napisana, mile odróżnia się od współczesnego nam słownictwa, nawet tego stylizowanego na staropolskie. Mamy tu wszystko, co potrzebne dobrej powieści: gwałtowne wydarzenia, rodzinne tajemnice, szlacheckie zajazdy i wielką miłość, a w tle knowania wielkiej polityki i zakulisowe machinacje. Wszystko przyjemne w odbiorze choć dość schematyczne, raczej solidne rzemiosło literackie niż wirtuozeria pióra.

Niestety, książka nie jest raczej ku pokrzepieniu serc. Sporo w niej postaci niesympatycznych, zwłaszcza w polityce. W trakcie lektury ma się smutne wrażenie, że dzisiaj w Polsce o dobrych ludzi jeszcze trudniej niż kiedyś, zwłaszcza na wyższych szczeblach drabiny społecznej. Nie napawa też optymizmem na przyszłość, odmalowana w Grzechach, coraz bardziej widoczna i dzisiaj, spolegliwość kleru wobec dystrybutorów bogactw doczesnych, a zwłaszcza godna napiętnowania zachłanność na profity władzy świeckiej wyższych hierarchów kościelnych.

Dla mnie przepięknym, słodziutkim smaczkiem są opisy Pałacu Branickich i dawnego Białegostoku. Tym, którzy mieli okazję poznać tą wspaniałą magnacką rezydencję z otaczającym ją parkiem i alejkami, powieść Kraszewskiego da nowy pogląd na znane zakątki. Teraz spacerując po nich jeszcze łatwiej będzie im na chwilę przenieść się w przeszłość i odczuć niepowtarzalną atmosferę Wersalu Północy, jaką musiał on błyszczeć w czasach największej świetności. Pozostałych być może skusi do odwiedzenia wciąż powracającej do dawnego piękna perły naszej architektury pałacowej. Inna sprawa, że ja osobiście wolę sobie w niej wyobrażać angielskich XIX wiecznych gentlemanów, którzy spacerują po parku w towarzystwie dam, niż naszych prostackich przodków tłoczących się w oparach wszechobecnej gorzały. No ale cóż, każdy naród ma taką historię, na jaką zasłużył. To, że romantyczne obrazki nie miały wiele wspólnego z tym pięknym pałacem nie jest winą Kraszewskiego.

Polecam Grzechy hetmańskie wszystkim, nie jako jakąś szczególną rewelację, ale jako dobrą powieść wartą przeczytania w wolnej chwili, by odpocząć od zalewającej nas anglosaskiej papki


Wasz Andrew



* stronnictwo prorosyjskie tworzone głównie przez Czartoryskich i Poniatowskich

"Pokój na Ziemi" Stanisław Lem - Kallotomiczna wizja przyszłości

Okładka książki Pokój na Ziemi 

Pokój na Ziemi

Stanisław Lem



Wydawnictwo: Agora
Seria: Dzieła Stanisława Lema
Liczba stron: 224
 
 
 
 
"Pokój na Ziemi" to kolejne fantastyczne dzieło polskiego tytana science-fiction, filozofia, etyka i myśliciela, Stanisława Lema. Fabuła książki osnuta jest wokół trwającego na Ziemi wyścigu zbrojeń, osiągającego rozmiaru absurdu, czyli formy w której Lem się lubował i której to można śmiało nazwać go mistrzem. Skoro jest i absurd, pojawić się musi i jego nieodzowny lemowy towarzysz, czyli Ijon Tichy, egoman ekscentryk i gwiezdny podróżnik, doskonale znany z powieści: „Wizja lokalna”, „Dzienniki gwiazdowe” oraz „Kongres futurologiczny”. Jak już wspomniano, na Ziemi walka o zbrojną dominację trwa w najlepsze. Konstrukcja wszelakich machin do zadawania bólu bliźniego, rozwój technologii mających na celu uprzykrzenie życia, osiągają taki kunszt, że nie sposób już rozstrzygnąć, czy ciągle padający deszcz, przeplatany huraganami to dzieło złośliwego sąsiada, czy też zwyczajny kaprys pogody. Świat zaczyna z wolna przypominać jedną wielką bombę, minę, na którą lada chwila ktoś nadepnie, nie pozostawiając ani grama ludzkiej tkanki na całej kuli ziemskiej. Arsenał jest już tak potężny, że biedną planetę matkę można by kilka razy obrócić w pył, a i tak zostałoby jeszcze całkiem sporo. Mocarstwa mają się zatem w ciągłym szachu, ciągle jednak muszą dbać o rozwój swoich broni, by móc szachować przeciwnika, by nie wypaść z obiegu, by mieć nadzieję, że sąsiad nie odważy się na wymianę ciosów, skoro jesteśmy w stanie odpowiedzieć mu równie silnym łupniem. Jednakże zbrojenia pochłaniają coraz większą liczbę gotówki, pojawia się też coraz więcej przeciwników rozwiązań siłowych, jednym słowem machina wojenna zaczyna ciążyć każdemu z uczestników wyścigu.

wtorek, 1 maja 2012

Ręka mistrza



Ręka mistrza

(oryg. Duma Key)
Stephen King

Z reguły nie piszę o książkach, które przeczytałem dawno, dawno temu. Jeśli już, to najpierw je sobie przypominam i dopiero po powtórnej, lub którejś z kolei, lekturze formułuję swoją ocenę. Tym razem jest inaczej. Smakując Apsarę, niedawny debiut utalentowanego Polaka*, od razu przypomniałem sobie coś całkiem odmiennego i zarazem podobnego – Rękę mistrza. Nagle się okazało, że mogę napisać o niej od razu, że zapadła mi w pamięć tak dokładnie, jakbym ją czytał wczoraj.

Nie jestem miłośnikiem horrorów. Lubię dobre baśnie, udane fantasy też ujdzie, ale jakieś potwory i infantylne moce nadprzyrodzone w świecie komputerów, satelitów i nanotechnologii... Tego już dla mnie za wiele.

Kiedy sięgnąłem po Duma Key wiedziałem oczywiście, iż King jest mistrzem pióra i miałem już wcześniej do czynienia z jego prozą. Nie nastawiałem się jednak na spektakularne odkrycie gdyż, jak już wspomniałem, konwencja horroru jest dla mnie infantylna i dlatego jeśli coś w niej mam uznać za dobre, musi być naprawdę wyśmienite.

Fabuła Ręki mistrza jest prosta, jak w większości horrorów. Nasz główny bohater, człowiek majętny, Edgar Freemantle w wypadku na budowie mało nie traci żywota. Okaleczony, nie tylko na ciele, ma problemy z powrotem do życia i z samym sobą. By zacząć wszystko od nowa, przenosi się na wyspę Duma Key i zaczyna tworzyć. Po pewnym czasie okazuje się, że jego obrazy są niezwykłe, a i wyspa zwyczajna też nie jest. Co dalej z wiadomych względów zdradzać nie będę.

King jak zwykle pokazuje się nam jako wirtuoz w budowaniu napięcia. Do połowy, a może nawet trochę dalej, powieść jest wciągająca i niesamowita. Napięcie rośnie i jest wręcz namacalne. Potem, przynajmniej dla takiego malkontenta jak ja, całość się wykłada, gdy w kulminacji wkraczają czary mary. Jak jednak już wspomniałem, powieść ta na zawsze zapadła w mojej pamięci, jak naprawdę niewiele z tego gatunku literatury. Dlaczego?

Poza nastrojem, tą niepowtarzalną atmosferą grozy i tajemnicy, nasączającą wszystko niby lepka mgła, który jest wyznacznikiem twórczości tego Amerykanina, Duma Key jest cudownym opisem mniej zatłoczonych rejonów Florydy. Czy prawdziwym, o to mniejsza, ale w trakcie lektury w wyobraźni czytelnika powstaje obraz równie realny jak rzeczywistość; po prostu przenosimy się na tę tajemniczą wyspę. Przeżycie niesamowite, które niewielu potrafi u czytelnika wykreować. Rzecz, która jednak jest w tej powieści najcenniejsza, to nie perfekcyjne opisy, przekonujący bohater, lub wspomniany już klimat; to wyjątkowe oddanie procesu twórczego. Nawet czytelnik bez wiedzy o rysunku i malarstwie, ba – nawet odbiorca bez żadnego pojęcia o sztuce w ogóle, może smakować to nieopisane uczucie, jakie towarzyszy tworzeniu i odebraniu dzieła natchnionego. Szkoda tylko, że tutaj natchnieniem jest moc nie z tego świata, a nie to, co naprawdę odróżnia wirtuoza od rzemieślnika. Pod tym względem nasza Apsara jest zdecydowanie lepsza, ale cóż – taka konwencja.

Chyba nigdy dotąd nie polecałem nikomu klasycznego horroru, może poza Lśnieniem, notabene też Kinga. Z reguły nie oferują one niczego poza chwilą rozrywki, strawną głównie dla miłośników idiotycznych potworów lub innych cudactw. Zwykle po latach z takiej lektury nie pamiętamy niczego, gdyż i pamiętać nie ma czego. Żadnych przemyśleń, żadnego przesłania, żadnego serca drgnienia. W tym gatunku wiele jest powieści dobrych do połowy, ale o zachwycający koniec bardzo, bardzo trudno. I choć Ręka mistrza nie uniknęła dość słabego w mym odczuciu zakończenia, tym razem wyjątkowo zachęcam do zapoznania się z nią nie tylko maniaków grozy. Naprawdę warta jest przeczytania o czym z przekonaniem Was zapewniam


Wasz Andrew


*Marek R. Litmanowicz

Ręka mistrza [Stephen King]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

poniedziałek, 30 kwietnia 2012

Dewiacje seksualne Humberta Humberta

Okładka książki Lolita 

Lolita

Vladimir Nabokov


Tytuł oryginału: Lolita
Tłumaczenie: Michał Kłobukowski
Wydawnictwo: MUZA S.A.
Liczba stron: 318
 
 
 
 
Lolita to książka, z wydaniem której, rosyjski geniusz pióra miał ogromne problemy. Żaden z amerykańskich wydawców nie zgodził się na jej publikację, mimo, że autor, idąc za radą dobrego przyjaciela, postanowił nie opatrywać jej własnym nazwiskiem, a jedynie pseudonimem. Powieść uchodziła za nieetyczną, szerzącą pornografię i pedofilię. Dopiero stara i zgniła moralnie Europa po raz kolejny przyjęła w swoje ramiona dzieło Nabokova. Książkę wydało paryskie wydawnictwo, specjalizujące się w taniej literaturze brukowej.

Powieść, napisana w formie pamiętnika, to opis miłości, czy też obsesji seksualnej, czterdziestoletniego mężczyzny, występującego pod pseudonimem Humbert Humbert, do dwunastoletniej Dolores Haze. Główny bohater, jak przynajmniej można wyczytać w większości recenzji, jest pedofilem, który na skutek zrządzenia losu, opuszcza Europę i wyjeżdża do Stanów Zjednoczonych. Po raz kolejny fortuna bierze los w swoje ręce i każe mu zamieszkać u pani Charlottey Haze, wdowy z dwunastoletnią córeczką, pieszczotliwie nazywaną Lo, lub Lolitą. Humbert Humbert od pierwszego wejrzenia zakochuje się w nimfiątku, w końcu postanawia ożenić się z jej matką, by móc być bliżej swojej miłości. Bohater snuje różne plany i rozważania nad pozbyciem się coraz bardziej uciążliwiej Charlottey, ponieważ jednak z natury jest marzycielem i poetą, wszystkie plany pozostają w sferze fantazji.

Fatum jednak znów daje o sobie znać. Pewnego dnia ciekawska Charlottea odkrywa pieczołowicie skrywany dziennik Humberta Humberta, w którym to znajduje się między innymi opis miłości do dziewczynki. Zrozpaczona, zraniona, z krwawiącym sercem, Charlottea postanawia uciec od Humberta. Wcześniej jednak pisze listy, których nie udaje się jej już wysłać – biegnąc w amoku przez jezdnię do skrzynki pocztowej, poślizgnęła się i runęła prosto w objęcia śmierci, która przyjechała samochodem jednego z mieszkańców. Humbert, który nie mógł wyśnić lepszego scenariusza, zabiera małą Lo z Kolonii Q, na której aktualnie przebywała i rozpoczyna roczną włóczęgę po szosach i autostradach Stanów Zjednoczonych. Dolores, jak się jednak okazuje, nie jest już taka niewinna, w sprawach seksu jest całkiem doświadczona. W końcu opuszcza Humberta, uciekając z innym pedofilem.

Przejdę jednak do kwestii, która najbardziej mnie interesuje. Humbert Humbert w końcu odnajduje swoją ukochaną. Ma już 17 lat, jest w ciąży, okres jej młodości, nimfięcia dawno przeminął. Nie jest to już mała dziewczynka, która mogłaby pobudzić trzewia jakiegokolwiek pedofila. A mimo to, okazuje się, że Humbert Humbert nadal ją kocha i proponuje jej wspólną ucieczką oraz życie. Z psychiatrycznego punktu widzenia, nie jest to prawdopodobne, ponieważ „prawdziwy” pedofil, mimo iż może przejawiać uczucia wyższe, nie jest w stanie wyleczyć się ze swojego zboczenia. Czy zatem stworzona przez autora fikcja literacka miała by prawo zdarzyć się kiedykolwiek w świecie rzeczywistym?

Zagadnienie niegasnącej miłości Humberta można spróbować wyjaśnić to fragmentem książki, w którym snuje on śmiałe plany, że spłodzi ze swoją Lolitą drugą, małą Lo, która jak tylko dorośnie i dokwitnie, ponownie będzie dostarczać mu rozkoszy. Na horyzoncie zamierzeń, nieśmiało pojawiła się nawet trzecia Dolores, można jednak odnieść wrażenie, że sam Humbert nie podchodził do tych rojeń zbyt poważnie. Aby wyjaśnić ten przypadek, wydaje mi się, że konieczne są dwie rzeczy. Po pierwsze, co jest chyba najtrudniejsze, odrzucić opcję, że Humbert jest pedofilem. Dlaczego? Wytłumaczenie w czynności drugiej. Wróćmy zatem na sam początek książki, gdzie Humbert opisuje swoją jedyną, nieszczęśliwą młodzieńczą miłość do Annabel. Oboje, pochodzący z porządnych, arystokratycznych rodzin, próbują przeżyć romans, jednak ich działania są tak nieporadne, niezdarne, że nic nie może z tego wyjść. Po raz ostatni, Humbert spotyka się z Annabel w ogrodzie, przy świetlistym firmamencie gwiazd, próbując odbyć stosunek. Jednak ich miłosne gruchania zostają brutalnie przerwane. Annabel odjeżdża i młodzi zakochani nigdy już się nie zobaczą, bowiem dziewczynka rok później umiera. Żyję w przeświadczeniu, że w tym wydarzeniu należy szukać obsesji Humberta na punkcie młodych panien. Wydaje się, że Humbert Humbert próbuje odnaleźć swoją Annabel i dokończyć z nią to, czego mu się wtedy nie udało. Oczywiście, nie chodzi tu jedynie o kontakt fizyczny – pisząc, dokończyć, mam na myśli, dokończenie całej miłosnej historii, tzn. wspólne życie, aż po grób. Humbert, aż do momentu poznania Lolity, żyje z piętnem wspomnień o Annabel. Wlekąc się po burdelach, poznając kobiety, próbuje odszukać swoją pierwszą miłość. Dopiero Dolores Haze wypiera z jego umysłu wspomnienie o Annabel. Mam wrażenie, że po Lo po prostu zajmuje jej miejsce, a Humbert, świadomie, czy też nie, pragnie żyć z nią na wieki wieków. Stąd też o żadnej pedofilii nie może być tu mowy.

P. S.
Ostatniego, napisanego w dość kategorycznym tonie, zdania proszę sobie nie brać do serca. Jeśli znajdzie się tylko interlokutor, to o pedofilii rzekomej czy też nie, mowa może być jak najbardziej.

Apsara



Kiedy dostałem do ręki pierwsze wydanie Apsary, coś mnie tknęło. Wiedziałem już, iż to nasz rodzimy debiut literacki, więc spodziewałem się lżejszej formy; mniejszej objętościowo, gdyż takie właśnie dominują od jakiegoś czasu wśród naszych twórców, nie tylko początkujących. A tu kompletne zaskoczenie - 764 strony bez podziękowań! Od pierwszej chwili przeczuwałem, że ta książka będzie odmienna od wielu, wielu innych.


- Ma faceta jaja! – pomyślałem pewien obaw, gdyż z twórczości polskich prozaików, z jaką miałem możność się zetknąć ostatnimi czasy, zdecydowanie bardziej przypadały mi do gustu dzieła krótsze. Opowiadania, nowelki lub mini powieści, gdzie najważniejszy jest pomysł, gdzie wystarczy odkrywczy punkt widzenia, celna puenta lub jeden inny wybitny rys, by całości nadać sznyt, który zachwyci czytelnika - w tym chyba nasi młodzi, niekoniecznie wiekiem, twórcy czują się najlepiej. Tutaj trafiłem na wiele prawdziwych brylancików. Na dużą nową i dobrą powieść polskiego autora nie trafiłem niestety już od dość dawna. A tu taki debiut; prawdziwa waga ciężka. Prawdziwa odwaga. A może świadomość własnej wartości i tego, co się ma do powiedzenia?

Pomimo wspomnianej niepewności zabrałem się do lektury z dziwną, niczym nie uzasadnioną nadzieją, iż może w końcu trafiłem na coś naprawdę wartego przeczytania.

Apsara jest powieścią dość niekonwencjonalną, co może być pewnym utrudnieniem dla mniej otwartych odbiorców. Nie mamy tu klasycznego, hollywoodzkiego schematu, gdzie wszystko kręci się w nieustającym korowodzie strzelanin, mordobicia i trupów, wokół jednego nieśmiertelnego herosa, lub też wokół pary stworzonej z głównego bohatera i jego wybranki. Zamiast tego autor przygotował nam cztery wiodące postacie; czterech mężczyzn. Ginekolog, pianista, agent muzyczny i zawodowy morderca. Każdy odmienny od pozostałych, a zarazem podobny. Wszyscy czterej uwikłani w wielkie uczucie, wszyscy stający przed wyborami ostatecznymi. Jak się zachowają, jakie podejmą decyzje i jak się potoczą losy ich związków z kobietami, z którymi zetknie ich przeznaczenie, nie będę zdradzał. Jest to bowiem jeden z elementów budujących napięcie i atmosferę Apsary.

Powieść zaczyna się mocnym akordem – jeden gentleman podrzyna drugiemu gardziołko. Przez moment zapowiada się na sensację lub kryminał, szybko jednak się przekonujemy, iż na szczęście nie mamy do czynienia z kolejnym sztampowym bestsellerem akcji na modłę zza Wielkiej Wody. Wątek sensacyjny jest owszem, nawet obecny do samego końca, ale nie stanowi głównego motoru akcji, nie jest osią fabuły. Wszystkim kręci miłość i nieodłączny od niej seks. Napięcie, które towarzyszy czytelnikowi do samego końca lektury, nie jest budowane tylko przez spektakularne zamachy terrorystyczne i działania służb ścigających ich sprawców, przez zemstę i fanatyczną nienawiść, choć to wszystko przecież też znajdziemy w Apsarze, lecz przez uczucie, które zmusza tych, tak różnych przecież, mężczyzn do podjęcia wyzwań, o jakich wcześniej nigdy nie myśleli, do rozstrzygnięcia ogromnych dylematów i podjęcia decyzji nieodwracalnych.

Jeśli już wspominamy o seksie; mam wrażenie, iż co poniektórym będzie on przeszkadzał, gdyż takie głosy krytyki już słyszałem. Większość relacji damsko-męskich w tej powieści jest co najmniej przyprawiona seksem; pożądaniem lub odrzuceniem. Takie jest subiektywne ujęcie autora i żal mi tych, którzy nie potrafią nie tylko odczuwać w ten sposób, ale nawet wyobrazić sobie, iż istnieją ludzie obdarzeni większym temperamentem niż ten, który im przypadł w udziale. Żal mi osób, które nigdy nie narzekają na nadmiar przemocy, a narzekają na nadmiar seksu. W moim odczuciu nie ma go w tej powieści aż tak dużo. Ot – w sam raz dla pokazania tego, co autor chciał opisać.

Debiutancka książka Marka R. Litmanowicza jest trudna do zaklasyfikowania. Mnie osobiście najbardziej kojarzy się z najlepszymi powieściami szwedzkiej szkoły kryminału społecznego. Jak już wspomniałem, kryminału, czy raczej sensacji, jest w Asparze mniej, więcej natomiast gwałtownego romansu. Wszystko to jednak w moim odczuciu jest, podobnie jak w niedoścignionej trylogii Larssona, tylko pretekstem do ukazania problemów społecznych i przemyśleń autora. Podobnie jak skandynawscy mistrzowie, nasz debiutant pokazuje się jako niezwykle bystry obserwator, który potrafi doskonale ukazać odmienność indywidualności na tle przeciętności stereotypów. Jednocześnie trzeba docenić lekkość jego pióra, która potrafi równie lirycznie oddać rozterki bohaterów i malownicze scenerie, co dosadnie odmalować sceny zbrodni i erotykę, jednak bez popadania w pornograficzne szczegóły, co zwłaszcza w zbrodni, jak w głośnym American Psycho, zawsze pachnie mi raczej chorobą psychiczną twórcy i znajdujących w tym upodobanie czytelników, niż artyzmem i przeżywaniem sztuki. Niestety, nie jest to powieść dla każdego. Jeśli ktoś nie potrafił przebrnąć przez szkolne lektury, gdyż "były dla niego nudne", jeśli klasyków zna tylko z bryków, to i tym razem się zawiedzie, podobnie jak czytelnicy będący w stanie strawić tylko jeden gatunek i oczekujący od powieści zalet reportażu, co też już zdarzyło mi się spotkać w recenzjach dotyczących Apsary.

Autor jest uznanym lekarzem, rozmiłowanym w muzyce, brydżu i podróżach. I to się czuje. Jeszcze nigdy nie spotkałem powieści, w której tak plastycznie, wręcz namacalnie, można przeczytać o muzyce. Nasuwa się, absolutnie pozytywne, skojarzenie z Ręką mistrza (oryg. Duma Key), gdzie King, z podobnym wyczuciem, dzieła pędzla wyczarowuje słowem w wyobraźni czytelnika. Te nasuwające się od razu porównania jednoznacznie stawiają Apsarę wśród najlepszych polskich powieści. Również wątek z pogranicza medical thriller, który napotkamy w powieści Marka Litmanowicza jest najwyższej klasy, choć po polsku specyficzny i odmienny od reszty świata. W całej opowieści widać również wyraźną fascynację pisarza krajami Dalekiego i Bliskiego Wschodu, jakkolwiek jego sympatia zdaje się leżeć bardziej po stronie tego pierwszego.

Pomimo cudownych opisów pozwalających się przenieść odbiorcy w swej imaginacji i do największej świątyni świata*, i w środek fanatycznego, dyszącego nienawiścią tłumu Arabów, pomimo przekonującego oddania psychiki zakochanego, uczciwego i wrażliwego mężczyzny (tak, tak, nawet killer może być takim, w pewnym zakresie oczywiście), pomimo umiejętnie utrzymywanego do samego końca napięcia, nie jest Apsara, o czym już wcześniej wspomniałem, ani sensacją czy powieścią podróżniczą, ani romansem czy erotyką. Jest powieścią społeczną. Niczym w moim ulubionym Millenium, pod łatwo strawną warstwą rozrywki drzemią tematy trudne, bolesne i aktualne. Tematy, które niejednemu, zwłaszcza Polakowi, uniemożliwią docenienie tej książki.

Powieść Litmanowicza z wyrazistością lśniącego ostrza unaocznia tym wszystkim, którzy tego w Polsce widzieć nie chcą, iż moherowy katolicyzm wcale nie jest lepszy niż fundamentalizm islamski. Oba głoszą piękne hasła, ale oba są wykorzystywane do zniewolenia ludzi, do szerzenia ciemnoty, nietolerancji i nienawiści. Co prawda katolicy w chwili obecnej nie wysadzają synagog i nie kamieniują nierządnic, ale w historycznej skali wcale nie tak dawno dokazywali równie ochoczo jak ekstremiści w imieniu Allacha**, co można zresztą równie dobrze powiedzieć i o judaiźmie, i o wielu innych religiach, choć oczywiście nie wszystkich***. Obnażeniu prawdziwego oblicza Kościoła Katolickiego służy w Apsarze najwyraźniej wątek przerywania ciąży. Widzimy jak Kościół próbuje zmusić całe społeczeństwo do niewolniczego posłuszeństwa dla swych dogmatów, co samo w sobie byłoby może wybaczalne, gdyby dotyczyło tylko wiernych. Nie można natomiast przymykać oczu na takie praktyki, jeżeli dzieją się one z rażącym naruszeniem prawa i kiedy do posłuszeństwa wierze jednych ludzi zmusza się również tych, którzy wierzą w co innego, którzy mają inne poglądy, a taka jest właśnie nasza polska rzeczywistość. Kościół tylko dlatego nie wysyła ludzi na stosy, że w chwili obecnej nie ma takiej możliwości. Zarówno historia, która pokazuje, iż tak robił w przeszłości, nawet stosunkowo niedawnej, jak i teraźniejszość, która ostrzega nas, że cały czas dąży do jak największej władzy, również nad tymi, którzy w Boga nie wierzą, obliguje nas, byśmy nie dali potworowi fanatyzmu dorosnąć do rozmiarów tego z wersji islamskiej. I dlatego, co już widać w niektórych polskich recenzjach, książka jest oceniana źle przez tych, którzy nie potrafią przeboleć wspomnianych prawd. Inna sprawa, że krytyk, który chwali tylko dzieła zgodne z jego linią ideologiczną, bardziej przypomina mi kościelnego (ewentualnie islamskiego lub partyjnego) cenzora, niż krytyka.

Właśnie. I tu dochodzimy do sedna. W moim odczuciu głównym przesłaniem Apsary jest to, iż wszelka wiara od momentu, gdy dostanie do ręki karabin, prawo lub inny środek przymusu, staje się złem ostatecznym. Głosi miłość i w jej imieniu ją właśnie morduje. U Litmanowicza mamy Koreę z jej Pol Potem (notabene byłym mnichem) i wiarą w stworzenie nowego społeczeństwa, bezduszną polityczną poprawność Zachodu, islamistów ze swym nienawistnym wobec wszelkich innych światopoglądów fundamentalizmem, a także nasz rodzimy katolicyzm, póki co próbujący drobnymi kroczkami wtrącać się coraz bardziej nie tylko w życie wiernych, ale i ludzi innego światopoglądu. Tuszujący pedofilię i pederastię we własnych szeregach, ale tym chętniej zaglądający w łona cudzych żon i córek, dosłownie i w przenośni. Katolicy wytykają muzułmanom, iż ci zakazują nawet europejskiej muzyki, ale sami nie chcą pamiętać, o czym przewrotnie przypomina Apsara, iż żyjący do 1914 roku papież uznał, iż tango jest haram****. Przygaduje więc kocioł garnkowi. Oczywiście, że w chwili obecnej największym zagrożeniem dla indywidualnej wolności jest wojujący islam. Ale tylko w chwili obecnej.

Wiara jest piękna, dopóki nie stoi za nią przymus, który może w imię szczęścia i miłości pozbawiać na początku właśnie tych wartości, a potem nawet życia. Wiara jest piękna, gdy wierzą ludzie piękni. Jednak jacy ludzie są – każdy wie. Potworów więcej niż aniołów, co dziwne, skorośmy na podobieństwo Pana uczynieni. I właśnie te potwory, gdy skryją się pod płaszczykiem gorliwej wiary, nabierają nietykalności i mocy, gdyż wiary kalać nie wolno. Nawet uczciwi ludzie, pierwotnie dobrzy i miłujący bliźnich, pod ich wpływem stają się armią przepojonych nienawiścią demonów, gdyż nie potrafią oddzielić swej wiary od tego, co z nią robią ich współwyznawcy. Jak tłum kamieniujący grzesznicę wyzbywają się swego własnego sumienia i stają się marionetkami monstrów obleczonych w liturgiczne szaty.

Temat bardzo ciężki, ale pokazany przez naszego debiutanta po mistrzowsku, delikatnie i z wyczuciem, a nie tak jak ja o nim mówię. W problem najcięższy wplecione i inne, między innymi pozycja kobiety w społeczeństwie; w naszym jego modelu i w innych kulturach. Znajdziemy wiele celnych spostrzeżeń, jak choćby to, iż wydawać się zaczyna, że kobiety przesadziły trochę w tym europejsko-amerykańskim równouprawnieniu. Najbardziej nawiedzone tak się zaczynają z samcami równać, że chyba tracą kobiecość. Może zresztą to tylko mężczyźni już nie czują się przy nich męscy, co zresztą na jedno wychodzi. Wszystkim tym przeszkodom do szczęścia Litwinowicz przeciwstawia Miłość. Czy uczucie czterech naszych bohaterów do ich wybranek pokona ortodoksów i fanatyków, różnice kulturowe i złą karmę? Tego Wam nie zdradzę. Przekonajcie się o tym sami.

Powieść udała się bardzo. Mam wrażenie, iż w Polsce jej pozytywny odbiór będzie dość ograniczony, choćby z tego powodu, że dostało się co nieco i moherowym beretom, i polskim środowiskom antyaborcyjnym. Jednak nawet dla katolików, za wyjątkiem pozujących na fanatyków, czytanie jej to wspaniała rozrywka pełna wzruszeń i najróżniejszych tematów do przemyśleń, o czym szczerze i gorąco Was zapewniam


Wasz Andrew



* Kompleks Angkor na brzegu rzeki Siem Reap, nie wdając się w szczegółowo w rankingi wielkości, zawiera zabytki być może dla Polaka najbardziej szokujące spośród całego światowego dziedzictwa, gdyż stworzone przez kulturę równie mało znaną, co powszechnie pogardzaną, a jednak przywracające o zawrót głowy i nie mające odpowiednika w naszym kraju o bądź co bądź tysiącletniej ponad tradycji.
** Można przytoczyć choćby wyczyny księży w Jasenovacu, nigdy nie potępione przez Kościół, jak również zamachy na kliniki aborcyjne w USA.
*** Konsekwentnie odmawiają używania przemocy przykładowo Świadkowie Jechowy. Jenakowoż potwierdza to tylko, że do takiej postawy są zdolne jedynie wyznania, które nie podpierają swego istnienia przymusem państwowym, które nie sprzedały swych pryncypiów w zamian za udział w sprawowaniu władzy.
**** haram – arab. zakazany

Apsara [Marek R. Litmanowicz]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

niedziela, 29 kwietnia 2012

Potop



O „PotopieSienkiewicza napisano w Polsce już tyle, że więcej chyba nie można. Co roku rzesze uczniów męczą ten temat. Jest on pewnikiem również przedmiotem niejednej pracy naukowej. Dlaczego i ja postanowiłem się z nim zmierzyć?


Kiedy słyszę lub czytam opinie dotyczące tej powieści, mam wrażenie, że mówi się o całkiem innej książce niż ta, którą czytałem. Ja ją widzę zdecydowanie inaczej.

Powieść o szwedzkiej nawale, jak wie chyba każdy Polak, jest drugą, po „Ogniem i mieczem”, częścią Trylogii Henryka Sienkiewicza, którą kończy „Pan Wołodyjowski”. „Potop” jest znany w naszym kraju powszechnie, z racji umieszczenia na liście lektur, jak również ze względu na ekranizację pod tym samym tytułem, systematycznie odgrzewaną we wszystkich polskojęzycznych kanałach telewizyjnych. Z powodu wspomnianego zaliczenia do lektur, wersja filmowa jest poszukiwana w pewnych okresach roku szkolnego przez uczuloną na słowo pisane część naszej populacji. Tylko tym bowiem można tłumaczyć jej sezonową popularność ograniczoną zasięgiem terytorialnym naszego systemu oświaty. W związku z tą popularnością i głębokim zakorzenieniem dzieła w świadomości społecznej narodu, opisywanie tutaj fabuły nie ma sensu. Mgliste o niej pojęcie mają nawet analfabeci.

W kraju nad Wisłą podkreśla się, jako najważniejszy element oceny „Potopu” i Trylogii, patriotyczny wydźwięk dzieła napisanego właśnie z zamiarem pokrzepienia serc Polaków pozbawionych wówczas państwowości. I tu właśnie po raz pierwszy moja ocena zdecydowanie rozmija się z lansowaną przez urzędniczą doktrynę. W moim odczuciu Sienkiewicz, prawdopodobnie wbrew swojej woli, pokazał nam prawdziwe oblicze społeczeństwa Rzeczpospolitej Obojga Narodów, z którego uważny czytelnik odczyta znamiona przyszłych klęsk i upadku. Głupota mężnych, tchórzostwo mądrych, słabość prawych i potęga zdrajców wyzierają z każdej stronicy i tylko nieuważny czytelnik mógłby się krzepić taką oceną narodu. Jak widać jednak, tych uważnych jest jak na lekarstwo.

Jak mówi Weyhard Wrzeszczowicz, którego rozmowę z posłem cesarskim Lisolą podsłuchał Kmicic, główny bohater Potopu: „... jest-li na świecie drugi kraj, gdzieby tyle nieładu i swawoli dopatrzyć można?” i dalej: „Jeno szaleni, swawolni, źli i przedajni tę ziemię zamieszkują!”. A Kmicic, świeżo nawrócony zdrajca ojczyzny, nie wie jak, choćby we własnej duszy, obronić swój kraj przed tą oceną. Później znajduje odpowiedź: jedyną wartością, jaka pozostała Polakom, jest wiara. Większość czytelników, zaznaczmy – polskich czytelników, jest tą odpowiedzią zadowolonych. Mamy Wiarę! Jesteśmy lepsi od innych! Co tymczasem naprawdę oznacza ta odpowiedź znaleziona przez Kmicica zmierzającego do Częstochowy? Ano znaczy tyle, że jak to opisał Sienkiewicz, gdy Szwedzi targną się na Częstochowę, Polacy powstaną i zwyciężą. Tylko Sienkiewicz nie napisał, a Polacy nie chcą zauważyć, iż nikt już nigdy błędu Szwedów nie powtórzył. No i mieliśmy zabory, brak państwowości, potem, po krótkim oddechu niepodległości i samodzielności, okupację i dziesiątki lat komuny. Nikt się na Częstochowę nie połaszczył, gdyż w przeciwieństwie do nas, inni w Europie uczą się pilnie i szybko. Każdy kto ma chrapkę na Polskę wie, że można w niej robić co się chce, byle nie kalać świętości. Mam podejrzenia, że gdyby nie historyczny paradoks, który ostatnie lata podległości Moskwie połączył z ateizacją Rosji, być może nigdy byśmy się już spod władzy wielkiego brata nie wyrwali. Gdyby nie było ZSRR tylko Rosja, gdyby istnienie Kościoła w Polsce nie kolidowało w sposób oczywisty z linią partii, kto wie, jak by to wszystko wyglądało. Kościół był w latach komuny główną siła scalającą dysydentów, jeśli pominąć pieniążki z USA. Gdyby Rosja nie była radziecka, gdyby mogła jak w czasach zaborów mieć Watykan po swojej stronie, wszystko mogłoby się rozegrać inaczej. Pamiętajmy, że trzeba było aż wojny światowej, by Polska wypłynęła po zaborach. Kościół jako całość, który tylko wówczas ma siłę potężnej organizacji, nie robił sobie niczego z polskich dążeń niepodległościowych. Działania pojedynczych duchownych były tylko czynami prywatnych osób. Choć niejednokrotnie bohaterskie i pełne całkowitego poświęcenia nie bolały zaborców bardziej niż działalność innych dysydentów.

Wróćmy do Kmicica, polskiego herosa z Potopu. Głupi jak but. Przygłup po prostu. Odważny, ale tak głupi, iż zdradził kraj, nie wiedząc nawet, że zdradza. Oczywiście potem się poprawia, ale tylko dlatego, że książę Bogusław Radziwiłł przypadkiem, mając go za swego, odkrył przed nim karty. Gdyby nie to, nigdy by nie zmienił swego postępowania, choć próbowali go do powrotu na drogę cnoty namówić i przyjaciele, i ukochana. A przynajmniej nie poprawiłby się, dopóki nie byłoby za późno. Inna sprawa, to fakt strat, jakie Kmicic przyniósł Polsce. Gdyby od razu stanął po właściwiej stronie, nie zginęłoby wielu prawdziwych patriotów. Jego nawrócenie życia im nie przywróciło. Nie przywróciło siły, która bezpowrotnie uciekła z zasobów państwa. A ilu takich Kmiciców było i jest w naszym kraju?

Kmicicowi wszystko wybaczono. Jako usprawiedliwienie, poza późniejszą poprawą, podniesiono fakt, że zdradził z głupoty, a nie z wyrachowania. Bardzo ciekawe zjawisko. Mam wrażenie, iż w innych krajach aż takiej głupoty nie tolerowano. Któż bowiem może zaręczyć, że coś takiego się nie powtórzy? Jeszcze inny aspekt tego problemu; społeczeństwa trzeźwo myślące, jak choćby Niemcy czy Rosja, nigdy nie wierzą komuś, kto raz zdradził. Niezależnie od tego, jak bardzo się rehabilituje. Mogą takie osoby wykorzystywać, opłacać, ale nigdy już nie obdarzą ich zaufaniem, o chwale jakiejkolwiek nie wspominając.

Spójrzmy też na obraz ogólnej umysłowości wszystkich Polaków z Potopu. Polak to katolik. Każda inna wiara, nawet odłamy chrześcijaństwa, to dla nich „psia wiara”. Każda inna nacja to, z tego czy innego powodu, dziwacy godni co najmniej prześmiewek, jeśli nie jawnej pogardy. I, co bardzo symptomatyczne, ten specyficzny pogląd na miejsce Polaków i Polski w Europie trwa nadal. W zdecydowanej większości opracowań, recenzji, bryków i streszczeń made in Poland miejscem, w którym rozgrywa się akcja „Potopu” jest Polska. Tymczasem w opracowaniach zagranicznych, jest to Unia Polski i Litwy. Tak jakbyśmy do dziś uważali, że Unia Obojga Narodów była tak naprawdę Polską, a Litwa to tylko takie jakby województwo, coś jak Małopolska albo Śląsk. To świetnie pokazuje nasz specyficzny szacunek dla innych, który do dziś, pomimo górnolotnych deklaracji, nie tak znowu wiele odbiega od zadufania i ciemnoty pokazanej w „Potopie”. W większości z nas, gdzieś tam głęboko, pod warstwami większej lub mniejszej ogłady, nadal drzemie Zagłoba, jeśli nie wręcz Kmicic lub Zbrożek.

Potop”, podobnie jak cała Trylogia, jest poza Polską praktycznie nieznany. Nawet Nagroda Nobla przyznana autorowi za całokształt twórczości nie jest w stanie tego zmienić. Dlaczego? Nie wiem. Odpowiedź na to pytanie jest bardzo złożona, o ile w ogóle możliwa do jednoznacznego sformułowania. Przypuszczalnie, jeśli Trylogia dotąd nie przebiła się na światowych rynkach wydawniczych, poza środowiskami polonijnymi, to jest już na to za późno na drodze promocji literatury jako takiej. Zwłaszcza, jeśli pojawiają się w niej hasła podobne do tych z opracowań szkolnych, które są całkowicie niezrozumiałe i nieinteresujące dla zagranicznego odbiorcy, o ile w ogóle czasem nie są sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem. Jedyną drogą do popularyzacji tego dzieła Sienkiewicza byłaby ekranizacja. Mam jednak wrażenie, że nie taka, jaką mamy obecnie. Oglądając dzieła naszej kinematografii, mam wrażenie, że tylko hasła patriotyczne i polska zasada, iż świętości kalać nie wolno, powstrzymują wielu przed określeniem tego mianem totalnej chały. Zwłaszcza „Potop”, który jest w moim odczuciu najlepszym elementem Trylogii, został w ekranizacji wręcz zbezczeszczony. Główna bohaterka, powszechnie uznawana piękność – Oleńka. Wytnijmy kadr z filmu i pokażmy naszą Oleńkę jakiemukolwiek facetowi. Różne padną określenia, ale by usłyszeć „piękna” musielibyśmy zajść do okulisty, do poczekalni dla tych, co jeszcze bryli nie nabyli. To jednak tylko detal, jeden z wielu. Najgorsze jest to, iż film jest sieczką złożoną z niepowiązanych ze sobą scen. Ktoś, kto zna pierwowzór literacki jest mniej lub bardziej zniesmaczony, ale ktoś, kto go nie poznał i kto nie zna polskich realiów, w których świadomości elementy Trylogii istnieją na wielu płaszczyznach odniesień, raczej tego filmu pozytywnie nie odbierze, o ile cokolwiek z niego zrozumie. Potwierdzają to zresztą bardzo mierne efekty promocji filmowych wersji Trylogii za granicą. A szkoda.

Potop” Sienkiewicza, podobnie jak cała Trylogia, jest bowiem majstersztykiem literackim. Nie ma znaczenia, że odbiega od prawdy historycznej. Fikcja i przeinaczenia z niedościgłą biegłością zostały wplecione w prawdę historyczną tworząc świat pełen życia, zaludniony mnóstwem wyrazistych, niezapomnianych postaci. Całość napisana przepięknym, stylizowanym językiem, może służyć za wzór po wsze czasy. Ja osobiście przedkładam Potop nad inne części cyklu. Nie ze względów językowych jednakże. Na tym polu wszystkie części są równie doskonałe. Chodzi o inne rzeczy. „Pan Wołodyjowski”, pozbawiony happy-endu, nie tylko w wydźwięku osobistym (śmierć głównego bohatera), ale i moralnym, społecznym, jest dla mnie po prostu dołujący. Z kolei powieść „Ogniem i mieczem”, pełna posągowych postaci (zwłaszcza dominująca postać Skrzetuskiego), jest sztuczna i dęta przez te postacie właśnie. Większość osób podświadomie czuje nierealność konstrukcji psychologicznej wspomnianego rycerza i stosunkowo rzadko jest on wymieniany wśród ulubionych bohaterów Trylogii. „Potop” jest pod tym względem najlepszy. Mamy amerykańskie zakończenie; nasi zwyciężają a potem żyją długo i szczęśliwie. Mamy najlepsze postacie z poprzedniej części (Zagłoba, Wołodyjowski) i nową postać numer jeden: Kmicica. Niezbyt rozgarniętego, ale odważnego aż do przesady (może pierwsze jest warunkiem drugiego) i zakochanego do szaleństwa (coś nie tylko dla kobiet). Idol mężczyzn i bożyszcze kobiet. Niesamowita akcja godna ekranizacji Hollywood. Pełne heroizmu czyny, zdrady i rozterki sumienia, podstępne knowania i siła wiary dokonująca niesłychanych czynów, pełne epickiego rozmachu sceny batalistyczne i sympatyczne, tryskające specyficznym humorem dialogi. Namiętności i walka. Uczciwość przeciw podłości, miłość przeciw nienawiści. Jest w tej książce wszystko. Przeczytałem ją około trzydziestu razy i za każdym znajdowałem w niej nowe smaczki i inny odcień mistrzostwa. Gdyby napisał to Anglik, a sfilmował Amerykanin, byłby to przebój list bestellerów i rankingów oglądalności. Niestety. Nawet w Polsce, tylko nieliczni czytelnicy potrafią przezwyciężyć odium lektury, obciążenie patriotyzmem i wiarą, obrzydzenie wersją kinową. Szkoda, że dla tak niewielu jest „Potop” tym, czym byłby dla dzisiejszego czytelnika bez tych wszystkich dawno zmurszałych zaszłości: świetną powieścią na pewno wartą przeczytania. Jeśli jeszcze nie czytaliście, spróbujcie odrzucić to wszystko, co wiecie na temat tej lektury, zapomnijcie o tym, że to szkolna cegła, i przeczytajcie to tak, jak choćby Krzyżowców Guillou. Na pewno się nie zawiedziecie


Wasz Andrew

Potop [Henryk Sienkiewicz]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
Potop [Henryk Sienkiewicz]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE


Potop [Henryk Sienkiewicz]  - KLIKAJ I SłUCHAJ ONLINE

"Pamiętnik znaleziony w wannie" Stanisław Lem - Z gmachu życia wyjścia szukanie

Okładka książki Pamiętnik znaleziony w wannie 

Pamiętnik znaleziony w wannie

Stanisław Lem

Wydawnictwo: Agora
Seria: Dzieła Stanisława Lema
Liczba stron: 212








W przedostatnim wpisie wspominałem o konkursie „Książka za recenzję”, związanym z twórczością Stanisława Lema, w którym kiedyś brałem udział. Regulamin polegał na napisaniu recenzji wybranego dzieła pana Lema oraz opublikowaniu jej na oficjalnym forum (http://forum.lem.pl). W przypadku przewagi ocen pozytywnych nad negatywnymi, zebranych od użytkowników forum, zyskiwało się jedną wybraną pozycję z bogatej twórczości naszego genialnego futurologa. Ponadto zwycięzca, tj. osobnik który uzyskał najwięcej przychylnych opinii otrzymywał komplet 33 książek z wydawnictwa Gazety Wyborczej.