Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.

wtorek, 3 kwietnia 2012

Eden



Eden Stanisława Lema przeczytałem po raz pierwszy kilkadziesiąt lat temu. Niedawno odświeżyłem znajomość z tą powieścią i okazało się, iż znów jestem pod wrażeniem. Inaczej, ale na pewno nie mniej intensywnie.


Powiedziałbym, że na pierwszy rzut oka mamy w tej książce do czynienia z klasycznym science fiction. Ziemski pojazd kosmiczny z załogą złożoną z sześciu osób przypadkiem ląduje, zdecydowanie awaryjnie, na planecie o wielce obiecującej nazwie Eden. Jak się niebawem okazuje, taki raj to to nie jest.

Naszych sześciu dzielnych chwatów rychło trafia na pierwsze ślady inteligentnego życia. Równie rychło, na podstawie dokonanych obserwacji, dochodzą do wniosku, że spotkanie z miejscowymi niekoniecznie będzie miało przyjazną atmosferę. Rozdzielają swe wysiłki pomiędzy uruchomienie systemów obronnych, zbieranie informacji o tubylcach i przygotowanie rakiety do startu na wypadek, gdyby trzeba się było z Edenu wynosić w trybie awaryjnym. Lem z niezwykłym wyczuciem buduje napięcie i głód informacji w umyśle czytelnika, który czuje się jakby sam był zaangażowany w poznawanie obcego świata.

Co dalej nie będę opisywał, gdyż czytanie tej książki po raz pierwszy dostarcza niesamowitych wrażeń czytelnikowi próbującemu, na podstawie zbieranych przez bohaterów okruchów wiedzy, odkryć jaki naprawdę jest świat nowej planety i jakie prawa rządzą zamieszkującymi go istotami.

Język jakim rzecz jest napisana, jest najwyższej klasy. To chyba wyznacznik całej twórczości Lema. Obcowanie z nim można porównać, i postawić na jednym poziomie, choćby z prozą Sienkiewicza. Opisy tajemniczej planety są prawdziwym rajem dla naszej wyobraźni, co zarazem stawia jej dość duże wymagania.

Można się spierać, czy Eden, wydany po raz pierwszy w 1959 roku, był komentarzem Mistrza do ówczesnych wydarzeń politycznych w Europie i zajęciem wobec nich stanowiska. Ja bym ten temat pominął, choć oczywiście takie skojarzenia same się nasuwają. Myślę, że wydźwięk tej powieści jest zarazem znacznie szerszy, niż odniesienie do aktualności politycznych i znacznie głębszy, niż rozważania o niemożności porozumienia pomiędzy społeczeństwami oddzielonymi od siebie zbyt wielkimi różnicami cywilizacyjnymi.

Już sam fakt, iż nasi kosmiczni śmiałkowie nie mają imion i konsekwentnie określani są przypisanymi im w strukturze załogi funkcjami*, daje nam do zrozumienia, że chodzi o jakiś schemat, o ogólniejsze rozumienie przesłania tej powieści. Zaryzykowałbym wniosek, iż przez główny problem, jakiego Eden dotyka, należy rozumieć niemożność bezpośredniej pomocy jakiemukolwiek znacznie odmiennemu od naszego społeczeństwu. Wsparcie mające charakter ingerencji z zewnątrz zawsze jest możliwe tylko z pozycji siły i jako takie nie może być skuteczne. Społeczeństwo będzie się przed nim bronić i zmusi do jego zanegowania nawet te grupy, do których było adresowane. Może nawet spowodować, iż adresaci pomocy będą tymi, którzy na konflikcie stracą najwięcej. Jak pokazuje nasza obecna rzeczywistość, z zewnątrz można pomagać tylko konkretnym ludziom, choćby ofiarom klęsk żywiołowych, ale nigdy niewydolnemu systemowi, który się neguje. Jedyna ewentualna droga do ingerencji w system to wspomaganie tych jego elementów, które popieramy. Należy mieć jednak wielką wiedzę o danym społeczeństwie, by nie przekroczyć progu, poza którym nastąpi wrogość panującego w nim systemu, gdyż wtedy pozostanie już tylko rozwiązanie siłowe, które więcej zniszczy niż zbuduje. Taka wiedza jest jednak w praktyce czymś wyjątkowym i dlatego wszelkie próby obalenia źle przez nas ocenianych stosunków społecznych w innych społeczeństwach w końcowym rozrachunku kończą się pogorszeniem, a nie polepszeniem sytuacji.**

Wielu zarzuca Edenowi, iż w warstwie technologicznej trąci myszką. Ja bym tego tak nie widział. Jedne rzeczy się minęły z, obserwowaną jako nasza teraźniejszość, przyszłością, a inne wręcz przeciwnie. Choćby drugi główny problem tkwiący w tle powieści, czyli biotechnologie; granice ich stosowania, problem hodowania lepszych pokoleń, selekcji i moralności w tej dziedzinie. To przecież jeden z wiodących dylematów naszych czasów. Również z nanotechnologią stosowaną przez dubeltów, jak Ziemianie nazwali miejscowych z Edenu, Lem trafił w dziesiątkę; wszak dziś brzmi to jak pieśń przyszłości. A lampy elektronowe? Cóż. Kto wie jak będzie w przyszłości. Wielu miłośników najnowszych technologii rodem z Media Marktu nawet nie wie, że najbardziej wyrafinowane wzmacniacze muzyczne są często oparte na lampach, podobnie jak część sprzętu wojskowego***. A słownictwo techniczne? Cóż. To taki smaczek. Jak patyna na starym dachu. Nie świadczy o tym, że zły albo dziurawy, tylko że ma swoje lata.

Biorąc wszystko pod uwagę, mogę z całą pewnością powiedzieć, iż Eden jest dziełem wybitnym. Poza warstwą przygodową w stylu klasycznego sf ma wątki zmuszające do naprawdę poważnych przemyśleń. Jedno nie kłóci się z drugim i cały czas możemy się cieszyć świetną rozrywką. Wszystko to doprawione piękną polszczyzną. Jest tylko jedno ale. To powieść dla ludzi z otwartym umysłem i wyobraźnią. Jeśli czytając inne książki, niekoniecznie nawet z gatunku fantastyki, widzieliście w Waszym umyśle postacie znane z ekranu lub życia, zamiast tworzyć absolutnie nowe, to będziecie mieli problem. Eden pokazuje nam świat całkowicie oryginalny i aby w niego wejść, trzeba zmusić swój umysł do większej kreatywności niż przy przeciętnej lekturze. Taka jest cena za obcowanie z dziełem, a zarazem warunek pełnego jego przeżywania, ale naprawdę warto, o czym z przekonaniem Was zapewniam


Wasz Andrew


* wyjątek to Inżynier - Henryk
** Przykładem choćby zaangażowanie USA w Afganistanie, gdzie Amerykanie najpierw wspomagali miejscowych o orientacji antyradzieckiej, a teraz muszą walczyć z wyhodowaną przez siebie armią partyzantów, która okazała się zarazem antydemokratyczna. Co będzie, gdy już wygrają? Czy nowa wyszkolona przez nich armia afgańska znów się przeciw nim nie zwróci? Zobaczymy.
*** Sprzęt wykorzystujący lampy jest bardziej odporny na impuls elektromagnetyczny.

Eden [Stanisław Lem]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

poniedziałek, 2 kwietnia 2012

Okiem psa



John Fisher

Okiem psa
Poradnik psiej psychologii

Trafiłem na tę książkę przed wielu laty; kiedy kupiłem pierwszego mojego psa. Wcześniej miałem już do czynienia, zarówno w teorii, jak i w praktyce, ale raczej biernie, z klasyczną tresurą psów, głównie ras „obronnych”. Te klasyczne metody od zawsze uważałem za mocno niedoskonałe. Owszem, sprawdzały się w układaniu psów służbowych i pracujących, ale doszedłem do wniosku, że dla mnie, chcącego mieć psa towarzysza, a nie psa narzędzie, są mocno niedoskonałe. No i nie podobało mi się bicie i inne podobne „środki wychowawcze”. Poza tym zauważałem ograniczenia „tresury” jako metody na ułożenie psa. Pies, nawet nauczony najbardziej wyszukanych sztuczek, nie gwarantował prawidłowego zachowania bez komendy.

Lektura książki Johna Fishera od samego początku okazała się fascynująca. To było jak objawienie. W opozycji do klasycznego ujęcia tematu, zamiast tresury proponuje wychowanie. Zamiast kar nagrody. Coś podobnego do nowoczesnego, godnego wychowania dzieci. Wychodząc od historii gatunku autor przybliża nam podstawowe informacje o psychice psa i przytaczając rozwiązania typowych problemów pokazuje, jak tę wiedzę stosować w praktyce. Zaczyna od samego początku, od wyboru szczeniaka. Potem prowadzi nas przez kolejne etapy psiego rozwoju aż do pełni psiego żywota – dojrzałości i ustalenia hierarchii w stadzie.

Pewnie nie ze wszystkim w tej książce można się zgodzić, ale krytycznie wykorzystując znajdującą się w niej wiedzę teoretyczną i praktyczne przykłady możemy wychować psa, który będzie naszym wspaniałym towarzyszem. Musimy oczywiście pamiętać o tym, że każdy pies, tak jak każde dziecko, jest niepowtarzalną indywidualnością. Nie zaszkodzi też zaglądnąć do innej, zwłaszcza nowszej literatury tematu, gdyż pewne elementy teorii stanowiącej motyw przewodni w Okiem psa są już mocno nieaktualne.

O ile niegrzeczny, rozkapryszony, agresywny mały pies nie jest wielkim problemem i co najwyżej źle świadczy o właścicielu, o tyle dla właścicieli dużych psów jest to pozycja wręcz obowiązkowa. Znajdą tam wiele rozwiązań konkretnych problemów, jak i szerszą wiedzę pozwalającą na twórcze podejście do wychowania swoich psiaków. Szkoda tylko, że nie ma w tej, ani w innych książkach, wyraźniejszego ostrzeżenia, że nawet najlepiej ułożony pies jest tylko zwierzęciem. Nie myśli jak człowiek a jego działaniem kierują instynkty. Jeśli, przykładowo, rozbudzimy w psie rodzinnym silny popęd do obrony dzieci, to ryzykujemy, że zaatakuje każdego, kto przez swe nietypowe zachowanie stworzy pozór zagrożenia dla nich. Pies nie zawsze odróżni udawane straszenie od rzeczywistego ataku. No, ale im groźniejszy pies, tym większej odpowiedzialności wymaga od właściciela. I to trzeba podkreślać zawsze i wszędzie. A i tak wszystkiego nie da się przewidzieć.

Reasumując: Okiem psa, jako chyba pierwsza tego typu książka na naszym rynku, godna jest i dzisiaj, mimo upływu czasu, przeczytania przez każdego, kto ma lub chce mieć psa. Nie można do niej podchodzić bezkrytycznie, ale warto posiąść zawartą w niej wiedzę teoretyczną i praktyczną. Na pewno się przyda, o czym Was zapewniam


Wasz Andrew

niedziela, 1 kwietnia 2012

Nuda w samolocie




W celu rozproszenia nudy podczas długiego lotu:

1. Wyjmujemy laptopa z torby i kładziemy na kolanach
2. Powoli i spokojnie otwieramy go
3. Włączamy
4. Upewniamy sie, ze osoba obok nas patrzy na ekran
5. Włączamy przeglądarkę internetową
6. Zamykamy oczy, wznosimy głowę ku niebu i poruszamy bezgłośnie wargami
7. Bierzemy głęboki wdech i klikamy na następujący link:
http://www.thecleverest.com/countdown.swf
8. Mina osoby obok - bezcenne!

sobota, 31 marca 2012

Jaskra analna





Kobieta z rana dzwoni do swojego szefa i mówi mu, że nie przyjdzie do pracy, bo jest chora.
- A co pani jest ? - pyta szef.
- Mam jaskrę analną.
- Że co?! Czym to się objawia?!
- Po prostu nie widzę dziś możliwości przytoczenia swojej dupy do pracy

piątek, 30 marca 2012

Klara



Iza Kuna

Klara


Sięgając po debiutancką książkę Izabeli Kuny Klara miałem nadzieję na coś nowego, świeżego, odmiennego od mojej zwykłej męskiej linii lektur. Nie powiem, żebym wiedział czego się spodziewać. Izy w ogóle nie kojarzyłem dopóki nie zajrzałem do Wikipedii. Po prostu do jej teatru mam za daleko, nie gustuję w serialach a la Brasiliana ani w debilnym humorze typu Daleko od noszy. Można więc powiedzieć, że nazwisko autorki niczego mi nie mówiło poza tym, że nie należy w moim odczuciu do czołówki polskich aktorów, którym z kolei, poza kilkoma świetlanymi wyjątkami, dość daleko do czołówki światowej. Zacząłem więc czytać bez uprzedzeń i bez sympatii, tylko z nadzieją na coś niespodziewanego. Bo to debiut. Bo napisała kobieta.

Zacząłem czytać z niezłym tempem, gdyż literek na każdej stronie bardzo skąpo, a i rozdziały króciutkie. Niestety, od połowy zwolniłem. Ale wróćmy do początku.

Powieść Izy Kuny, bo to jednak powieść chyba, choć bardzo skromna jeśli o ilość tekstu chodzi, napisana jest językiem prostym i wulgarnym. Prostym i prostackim, podobnie jak beznadziejnie prostacka i beznadziejna jest jej główna postać. Klara; nie do końca samotna, bo ma kochanka. I przyjaciółkę. I matkę. I może z kilku znajomych. A, i ma jeszcze gorzałkę. I leki. A potem nawet kota. I samotność. Bo komu kilka prawie obcych osób może wystarczyć za wszystko, za cały świat? A jej cały świat i całe życie to sporadyczne spotkania z kochankiem, alkohol i prochy. Pijackie pogaduchy z przyjaciółką i z kotem. I marzenia. Pseudomarzenia.

Słowo praca ani raz chyba nie pada w tej książce. Ani hobby. Ani pasja. Bo taki jest świat Klary. Ubogi w sposób niewyobrażalny, prawie zwierzęcy. Nie do uwierzenia, gdyby nie to, iż takich ludzi jest wokół nas całe mnóstwo. Niby czegoś pragną, ale tak naprawdę do niczego nie dążą. I ich słownictwo jej odbiciem papki jaką mają zamiast mózgu. Co drugie słowo to wulgaryzm. Ciągle ten sam, bez żadnego polotu i sensu. Jak ich marzenia. Po pewnym czasie zaczyna to nużyć. Wiadomo, iż nic nowego się nie zdarzy. Jak te kobiety bite przez mężów alkoholików. Uciekające i wciąż wracające. Jak poszukujący miłości ciągle w tym samym gronie kilku znajomych. Jak przesiewanie piasku z kupki na kupkę w tej samej piaskownicy i nadzieja, iż odkryje się złotodajną żyłę.

Klara chce być kochana. Chce się przytulać jak pies do swego faceta i z nim kopulować. I z nim być. Bo dla niej miłość poza to uczuciowe kalectwo i ubóstwo nie wykracza. I jej marzenia od tych psich możliwości niewiele odbiegają. Ale nie ma nawet tego, co dobry pies. Pasji. Odwagi. Wierności aż do ostatniego tchnienia. Jest beznadziejna tak, jak tylko człowiek może być. Jak tylko może być człowiek, który mógłby mieć wszystko, bo ma lepszą niż inni pozycję startową, ale który nie osiągnie niczego, gdyż nawet nie potrafi wyartykułować swych pragnień. Bo ma w mózgu coś nie tak.

Takich ludzi widzimy dookoła setki, jeśli tylko nie odwracamy głowy. Czasami któryś z nich próbuje się wyzwolić z tego piekiełka swoich znajomych i swojego otępiałego umysłu. Ale bardzo niewielu się to udaje. I dla mnie książka Izy jest właśnie o takich ludziach. O takich umysłach. Niezrozumiałych i niepojętych dla „normalnych” ludzi.

Nie wiem, czy to właśnie było zamiarem autorki, ale tak ja to odbieram. Tak to wyszło. I choć nie znajdziemy w tej lekturze pięknego języka ani żadnej akcji, to ma ona jakiś sens. Tylko kto ma to czytać? Żadnych w niej myśli, poza surowym obrazem pewnej prawdy, nie znajdziemy. Mogłaby powstać z przelania na papier dialogów z mikrofonu ukrytego w mieszkaniu patologicznej postaci; nieszczęśliwej kochanki, pijaczki i lekomanki, w dodatku rokującej na poważniejszą chorobę psychiczną. No, trochę przesadziłem. Poza kulawymi od prochów i alkoholu dialogami mamy jeszcze kilka zdań narracji przypominającej rozmydlone, zamglone wspomnienia pijanej lekomanki. Podobne to do zdjęć zrobionych teleobiektywem detektywa z dolnej półki; niestre, pełne szorstkiego ziarna, fragmentaryczne, wyrwane z nieokreślonej całości. I to wszystko. Obraz prawdziwy ale jednocześnie niepełny. I nic ponad to. Niczego się nie dowiemy. Żadnej rozrywki tu nie znajdziemy. Chyba, że chcemy się zdołować i sprawdzić, czy mamy zadatki na umysłowego masochistę. A mogło z tego być coś całkiem niezłego. Ale tylko mogło. Można powiedzieć, że jaka główna bohaterka, takie i dzieło.

Kiedyś mówiłem, iż każda książka, nawet najgorsza, jest warta przeczytania, gdyż inteligentnemu czytelnikowi coś da. Ale to było bardzo dawno temu. Zdanie zmieniłem właśnie z powodu takich rzeczy jak Klara. Przykro to mówić, ale absolutnie odradzam jej zakup. Jeśli nie wierzycie, to sobie ją wypożyczcie z biblioteki. Jak ją zmęczycie i dalej będziecie chcieli ją mieć, by do niej wracać, to dajcie znać. Będę szczerze zdziwiony


Wasz Andrew

czwartek, 29 marca 2012

Tajna sankcja



Brian HAIG
Tajna sankcja
(Secret Sanction)

motto:

„... w słowniku języka angielskiego wyraz „współczucie” znajduje się pomiędzy słowami „gówno” a „syfilis”...”

Tajna sankcja trafiła do mnie przypadkiem. Podrzuciła mi ją moja druga połówka, by mnie podstępem odciągnąć od mojej ulubionej gry komputerowej. Miał to być mój pierwszy kontakt z prozą Briana Haiga, a ponieważ tytuł wydał mi się jakiś taki nijaki, więc nie spieszyłem się specjalnie. W końcu sięgnąłem po książkę, zacząłem czytać i...

Znacie serial telewizyjny JAG*? To taki sympatyczny serial kryminalno-prawniczy, którego akcja rozgrywa się w realiach amerykańskiego wojska, a głównymi bohaterami są wspaniali prawnicy w mundurach. W pierwszej chwili miałem wrażenie, iż trafiłem na coś podobnego. Potem jednak się okazało, że to inne zwierzę, choć tej samej maści.

Centralną postacią Tajnej sankcji jest major Sean Drummond, były oficer sił specjalnych a obecnie prawnik JAG. Przełożeni zlecają mu wybranie najlepszych kolegów po fachu i stworzenie zespołu na którego czele ma stanąć aby udać się na Bałkany. W areszcie wojskowym w Albanii przebywa bowiem cały oddział amerykańskich komandosów podejrzewanych o dokonanie masowego mordu na kilkudziesięciu Serbach w Kosowie. Sprawa jest śmierdząca, gdyż uniewinnienie może spowodować burzę medialną na skalę międzynarodową, a uznanie za winnych może skrzywdzić niewinnych żołnierzy. Oczywiście prawie nikt nie chce ze śledczymi współpracować. Wszyscy kłamią i mataczą albo wręcz odmawiają pomocy. Nic nie jest takim, jakim się wydaje. Jak dojść prawdy, skoro na podjęcie decyzji jest mało czasu? Jak się dowiedzieć, co się naprawdę wydarzyło w serbskim Kosowie? Jak działać, skoro wszystko jest tajne, a naciski idą ze wszystkich stron, nawet z Białego Domu?

Akcja jest wciągająca, bardzo dynamiczna i naprawdę trudno się oderwać od lektury. Na szczęście rozdziały są krótkie i w dodatku dobrze dopasowane do fabuły. Każdy oznacza koniec jakiegoś wątku; zdarzenia, zdobywania informacji, pojawiania się wątpliwości. To daje szansę na w  miarę bezbolesne przerwanie lektury w celu chwilowego powrotu do rzeczywistości. Ale tylko szansę, bo w pierwszej wolnej chwili znów nas przyciągnie i pochłonie.

Jak powieść jest napisana? Zdecydowanie. Język „męski”, idealnie zgrany z osobą narratora i głównego bohatera; zarazem twardziela i inteligenta. Haigowi idealnie udało się oddać klimat nowoczesnego wojska i sposób w jaki sam o sobie myśli osobnik pokroju Drummonda, w jaki widzi świat i ludzi. Książkę czyta się jednym tchem od początku do samego końca. Brian Haig pokazał się jako wirtuoz sensacyjnego pióra nie ustępujący największym mistrzom suspensu. Książkę można zaliczyć do kryminałów, beletrystki wojskowej, thrillerów prawniczych czy czegokolwiek innego (w granicach rozsądku oczywiście) i w każdej z tych kategorii zajęłaby miejsce na szczycie lub w jego pobliżu. Nawet gdybyśmy znali zakończenie i tak połykalibyśmy ją w tempie ekspresowym, ale nie będę zdradzał szczegółów fabuły ani tym bardziej zakończenia, by nie psuć tej uczty, jaką jest czytanie Tajnej sankcji po raz pierwszy.

Tajna sankcja to wspaniała rozrywka, ale nie tylko. Porusza ona ważkie tematy dzisiejszej rzeczywistości, z którymi tak naprawdę nie wiemy co zrobić, jak choćby problem czystek etnicznych. Dokonują ich z reguły mniej lub bardziej suwerenne państwa na swoim terytorium, więc jak im przeciwdziałać; kto i jak ma się tym zajmować?

Powieść Briana Haig poleciłbym gorąco każdemu, lecz wiem, że nie każdy ją strawi. Jest napisana realnie aż do bólu, ze znajomością rzeczy i z pozycji faceta, który wie o czym pisze**. No właśnie. Po pierwsze; od razu widać, że to powieść napisana przez faceta z jajami. Po drugie przez zawodowego żołnierza. Po trzecie - przez zawodowego amerykańskiego żołnierza. Część ludzi dobiera sobie na lektury książki pisane tylko z punktu widzenia osób podobnych sobie. Nie potrafią się przestawić w inną mentalność, inną moralność, inne poglądy i priorytety. To nie jest książka dla nich. Bowiem to książka typowo „męska”, co nie znaczy wcale, iż wielu kobietom się nie spodoba, a wszystkim mężczyznom podobać się musi. Ponadto to książka zawodowego żołnierza. Nie szweja z poboru, patrzącego tylko jak przetrwać. I nie oficera-urzędnika, jakich większość w naszym wojsku. Zaangażowani amerykańscy żołnierze muszą się czuć w sposób specyficzny, podobnie jak rzymscy w czasach cesarstwa, radzieccy w czasach wielkiego imperium czy niemieccy po pierwszych zwycięstwach Hitlera. W innych armiach tą postawę można spotkać chyba tylko w najbardziej elitarnych jednostkach, a i to w nieco innym wydaniu. I to się czuje. I nie każdy może to przełknąć. Wielu powie, że to sztuczne, nieprawdziwe i dęte. Ale tak nie jest. Są ludzie, którzy myślą i działają właśnie w ten sposób jak Sean Drummond. I są tak jak on zaangażowani, gdy coś zagrozi ich wartościom. Jednak dzisiaj nawet tacy zawodowcy spotykają na swej drodze przeszkody, których nie mieli ani triarii rzymscy, ani żadni wcześniejsi od współczesnych członkowie elitarnych formacji i wszelkich służb w ogóle. To problemy wynikające z samej natury nowych wojen i zagrożeń. Wojen, w których coraz trudniej odróżnić dobro od zła. Coraz trudniej podjąć dobrą decyzję, bo coraz częściej pozostaje tylko wybór pomiędzy złymi. Coraz więcej odcieni szarości, a coraz mniej czerni i bieli. Coraz więcej problemów moralnych. Najgorsze, że te rozterki, wraz z zagrożeniem terroryzmem i innymi problemami społecznymi, zaczynają przenikać „do cywila”. I tu dochodzimy do sedna. Jest sprawa bohaterów i sprawa patriotyzmu.

Amerykańska tradycja różni się od naszej. Oni swych bohaterów prześwietlają, wywlekają ich na lewą stronę***. Wciąż drążą ku prawdzie. Dlatego ich bohaterowie są prawdziwi znacznie częściej niż nasi. Wielu jest głupkami, cwaniakami, szujami, tchórzami i innymi wcale nieciekawymi kreaturami. Ale nie boją się o tym mówić. U nas nie ma tchórzy. U nas wszyscy są z brązu. U nich można dobrze wybrać przypadkiem, u nich można zostać bohaterem ze strachu. U nas każdy jest bohaterem i wodzem (szkoda tylko, że zwykle przegranym) świadomie. U nas wszyscy wiedzą jaką podjąć decyzję, jak być herosem, gdyż bezbłędnie wiedzie nas Bóg, Honor i Ojczyzna.

„ Czasami obowiązek, honor i patriotyzm zderzają się ze sobą w paskudny sposób. Nie zawsze można je pogodzić, dopasować do siebie. Trzeba zdecydować, co się odrzuci.” Ten cytat doskonale charakteryzuje Tajną sankcję. Bo wszystko w niej się wokół tego kręci. Świat jest coraz bardziej skomplikowany i coraz trudniej przeciwdziałać złu nie czyniąc zła samemu. Świat Czterech pancernych już nigdy nie wróci. Choć istniał tylko w mentalności nasi-wrogowie, my-obcy, dobro-zło, to i tak już nigdy nie wróci. Nie jest to pocieszające, ale właśnie to widzimy w Tajnej sankcji. Coraz częściej nie wiemy nawet, czy dobro wygrało, bo nie jesteśmy pewni co jest dobre a co złe. Cała sztuka, iż te dość pesymistyczne przemyślenia zostały podane w sensacyjnej, rozrywkowej i absolutnie nie dołującej formie. W dodatku wszystko to zaprawione dużą porcją autoironii i szczyptą czarnego, wojskowego humoru. Pychota!

Na koniec jeszcze drobiazg, który bardzo mi się spodobał. Jedna z głównych postaci Tajnej sankcji jest Cajunem. To ten smaczek, który choć mało ważny, bardzo mi się spodobał. Kajuńska społeczność, choć tak niedzisiejsza i odmienna od naszej, wydaje się jakoś dziwnie pokrewna mojej duszy. Choć tak odległa i obca, a jakoś dziwnie znajoma. I cieszę się, że coraz częściej w amerykańskiej prozie się do niej nawiązuje****.

Reasumując - muszę stwierdzić iż Tajna sankcja to świetna książka z podtekstem do przemyślenia. I choć wiem, iż nie jest to lektura dla każdego, to gorąco ją każdemu polecam. Warto spróbować


Wasz Andrew



* JAG - Wojskowe Biuro Śledcze – amerykański serial sensacyjny, mający swą premierę w 1995 roku. W Polsce po raz pierwszy wyemitowany w marcu 1997
** autor był zawodowym oficerem Armii USA
*** jak choćby w prześwietnej parze filmów z 2006 roku w reżyserii Clinta Eastwooda Listy z Iwo Jimy (ang. Letters from Iwo Jima) i Sztandar chwały (Gwiaździsty Sztandar w wersji TVP, ang. Flags of Our Fathers)
**** Choćby FAŁSZYWY ALARM (Wolf Cry) TAMI HOAG, którego akcja toczy się praktycznie w całości w tym środowisku
  
Cykl z Seanem Drummondem*

  1. 2001 Secret Sanction (Tajna sankcja) 
  2. 2002 Mortal Allies 
  3. 2003 The Kingmaker (Spisek) 
  4. 2003 Private Sector (Koń trojański) 
  5. 2005 The President's Assassin (Zabić prezydenta) 
  6. 2007 Man in the Middle (W matni) 
  7. 2015 The Night Crew

środa, 28 marca 2012

Geniusz



DAVID BALDACCI
GENIUSZ

(Simple Genius)

Szpiedzy, tajni agenci, szaleni naukowcy i zagadkowe szyfry – kolejny doskonały thriller jednego z najpoczytniejszych autorów na świecie.

Takiej treści notatka na okładce kusi nas do sięgnięcia po Geniusza. Jest to trzecia z kolei powieść o przygodach Seana Kinga i jego niesamowitej partnerki Michelle Maxwell*. Dla mnie jednak miał to być pierwszy kontakt z twórczością Davida Baldacciego, dlatego też do lektury przystąpiłem zarazem pełen nadziei i obaw.

Powieść napisana jest barwnym, celnym i łatwym w odbiorze językiem. Czyta się ją więc szybko i z przyjemnością. Akcja jest od samego początku wartka i pełna dynamicznych zwrotów oraz, co trzeba zaliczyć na duży plus w świecie amerykańskich bestsellerów, można się w niej doszukać namiastki wielowątkowości, choć do liderów ze Szwecji nie ma porównania. Postacie bohaterów są przekonujące, ze spójnie skonstruowaną psychiką korespondującą z podejmowanymi przez nie decyzjami. To jedna z mocnych stron Geniusza. Nie wiem tylko skąd w notce wydawcy stwierdzenie, iż Viggie Turing jest autystyczną dziewczynką. W tekście nie znalazłem niczego, co by to potwierdziło.

Fabuła jest ciekawa, ale nie będę zdradzał więcej niż notka z okładki. Fascynujący jest też świat w którym rzecz się dzieje; bardziej niesamowita niż science-fiction kraina matematyki i fizyki kwantowej, szyfrów i komputerów. Rozrywka jest świetna a zarazem dotyka dwóch poważnych problemów, które mają moc zniszczyć nasz świat, świat, który znamy. Pierwszy to walka z terroryzmem, w imię której coraz dalej odchodzimy od ideałów demokracji i posuwamy się do rzeczy, do których nie dochodziło nawet w czasach Zimnej Wojny. Totalna inwigilacja, łamanie praw obywatelskich, porwania, tortury i wyłączenie tajnych służb spod kontroli organów nadzorujących przestrzeganie prawa** coraz bardziej zmieniają państwa zwane demokratycznymi w państwa policyjne. Ta zmiana dokonuje się niczym drążenie skały przez spadające krople wody – nieustannie, ale niezauważalnie. Dostrzec ją można tylko porównując stany odległe w czasie, a to jest poza zasięgiem umysłowym przeciętnego Kowalskiego. Drugi problem odwrotnie – jest niewidoczny i społeczeństwo nie zdaje sobie z niego sprawy. Nabrzmiewa i dopiero gdy pęknie, dowiedzą się o nim wszyscy. Tylko, że to będzie totalna katastrofa i skończy erę cywilizacji w naszym dzisiejszym rozumieniu – cywilizacji komputerów, internetu i komunikacji. To problem całkowitego uzależnienia od szyfrowania danych gwarantującego określone bezpieczeństwo. Nawet jeśli wykładniczy wzrost mocy komputerów się nie zatrzyma, to zgodnie z Prawem Moore'a można prognozować czas potrzebny do złamania algorytmu o określonym poziomie zabezpieczeń i zwiększać bezpieczeństwo szyfrowania uwzględniając możliwości techniczne dostępne w określonej przyszłości. Tym samym można zapewnić sobie realne bezpieczeństwo w dającym się wyliczyć okresie. Jeśli jednak możliwości deszyfrażu zwiększyłyby się skokowo, przykładowo w wyniku skonstruowania komputera o skokowo większych możliwościach (tutaj kwantowego) lub dałoby się odkryć nowy sposób łamania szyfrów, to żegnaj świecie komputerów, internetu i komórek. Znów wróciłyby czasy papieru i długopisów. Kurierów, posłańców i zalakowanych kopert.

Jak widać wszystko jest świetnie i książka jest zdecydowanie interesująca. Jednak wydaje mi się, iż autor za dużo „namieszał” w celu zwiększenia tempa, napięcia i zagęszczenia akcji, a od połowy jakby stracił impet. Z takiej matni za wszelką cenę chciał uratować wszystkie główne postacie stojące z dobrej strony mocy, by uzyskać pełny American Happy End. No i wyszło na koniec jakoś miałko. Jednocześnie jest to powieść jednorazowa. Nie postawiłbym jej u siebie na półce, gdyż nie przewiduję powrotu do niej. Polecam więc ją jako wybór z biblioteki dla tych, którzy pragną rozrywki z lekkim wtrętem o problemach naszych czasów. Rozrywka będzie dobra. Ale nic ponadto i dlatego zakup odradzam


Wasz Andrew



* Na serię składają się: 1. Split Second 2. Hour Game 3. Simple Genius 4. First Family
** Temat: "kto będzie kontrolował tych, którzy kontrolują" staje się w demokracji coraz bardziej dostrzegalny. Poruszono go m.in w Cyfrowej Twierdzy.

wtorek, 27 marca 2012

Tajemnica Ekskalibura



Bohaterka ŁOWCÓW ATLANTYDY, bestsellera nr 1 w Wielkiej Brytanii wydanego w 18 krajach, w kolejnym najbardziej ekscytującym przygodowym thrillerze lata

ANDY McDERMOTT
TAJEMNICA EKSKALIBURA
(The Secret of Excalibur)

Legendarna broń

Legenda głosi, że ten, kto dzierży Ekskalibur, jest niepokonany w bitwie. Miecz króla Artura zniknął z kart historii ponad tysiąc lat temu. Lecz wciąż jest obiektem pożądania...

Niewiarygodny sekret

Niemiecki historyk wierzy, że wpadł na trop Ekskalibura - klucza do nieprawdopodobnej potęgi. Wie, że ktoś jeszcze szuka bezcennej broni. Zakodowane wyniki swoich badań przesyła doktor Ninie Wilde. I naraża ją na śmiertelne niebezpieczeństwo.

Mordercze polowanie

Od syryjskiej pustyni po austriackie Alpy, od angielskiej prowincji po pustkowia Syberii Nina i jej narzeczony Eddie Chase muszą walczyć o życie. I być szybsi w rozgrywce z bezwzględnym wrogiem, który zamierza wykorzystać potęgę miecza, by pogrążyć świat w wojnie...

Takim właśnie opisem kusi nas okładka Tajemnicy Ekskalibura. Nadmiar reklamy zawsze budzi me podejrzenia, więc po powieść Andy McDermotta sięgnąłem bez wielkiego przekonania. Nie miałem jeszcze dotąd kontaktu z twórczością tego pisarza, ale przeczucie mi mówiło, iż szału nie będzie, choć z drugiej strony miałem nadzieję przynajmniej na przyzwoitego pożeracza czasu w stylu pierwszego Indiany Jonesa. Co z tego wyszło?

Pierwsze minuty lektury były bardzo obiecujące. Styl świetny, wciągający i obrazowy, zapowiadający pochłonięcie książki jednym tchem. Jednak dalej nie było już tak wesoło. A szkoda.

Powieść zaczyna się typowo dla gatunku, czyli od zabójstwa popełnionego przez czarne charaktery w celu zdobycia pierwszego elementu łamigłówki. Od razu wiemy o co chodzi, czyli że chodzi o zdobycie miecza króla Artura. Od razu wiemy, kto będzie nam towarzyszył do końca, bo w tym kanonie dobro zawsze zwycięża, tak czy inaczej, a jego bohaterowie muszą przeżyć i co najmniej zaliczyć gorący sex (szkoła Jamesa Bonda). Niestety Nina Wilde to nie Indiana Jones, a Eddie Chase to nie agent 007, choć wszyscy są równie niezniszczalni.

W konwencji gatunku dopuszczalne są super bronie i nieśmiertelni bohaterowie. Uchodzi też naginanie faktów historycznych i legend. Można nawet przeboleć płytkość sylwetek psychologicznych postaci, schematyzm fabuły i inne prostackie zagrywki. Jednak ewidentnych nielogiczności i totalnych bzdur wybaczyć nie można, podobnie jak wpadek w oczywistych szczegółach, a styl „zabili go i uciekł” to za dużo jak na moje możliwości.

Czytając powieść McDermotta już po pewnym czasie zacząłem nabierać podejrzeń, iż tłumaczem jest kobieta. Niestety. Zajrzałem do informacji redakcyjnych i stoi jak wół – popełnili to do spółki dwaj faceci: Jan Hensel i Miłosz Urban. Jak widać znane imię i znane nazwisko, choć każde z innej strony barykady, niczego nie gwarantują. Mamy więc tekst napisany przez mężczyznę i przez mężczyzn tłumaczony, a znajdujemy tam takie kwiatki jak choćby „pistolet kaliber 50 milimetrów”!* Chyba na kamienne kule mógłby mieć taki kaliber! Nawet jeśli w oryginale było takie faux pas, to rolą tłumacza jest poprawienie tego typu wpadek. Można to od biedy wybaczyć blondynkom, ale żeby faceci takie błędy zaliczali, to wstyd.

Niedoróbki jakie znajdujemy w Tajemnicy Ekskalibura nie ograniczają się tylko to braków w wiedzy wojskowej czy policyjnej, dla tego typu literatury jednak niezbędnej. Idą dalej i przekraczają wszelkie granice, nawet wiedzy na poziomie podstawówki. Typowy kwiatek to choćby taki cytat: „...okręt był przechylony o czterdzieści pięć stopni, ściany stały się podłogami i sufitami...”. O tempora! O mores! To właśnie przykład cywilizacji badziewia której jesteśmy uczestnikami. Kto choć raz widział kątomierz ten wie, że potrzeba circa 90 stopni obrotu by ściana stała się sufitem a podłoga i sufit ścianami. Nie wiedzą tego jednak ani tłumacze, ani korektorzy (Katarzyna Pietruszka i Anna Tenerowicz). Na pewno wszyscy są wykształceni i mają się za ludzi inteligentnych, choć jak widać nie ogarniają nawet wiedzy przewidzianej dla absolwentów wiejskich szkół podstawowych. Totalny brak kompetencji i rzetelności pomimo posiadanych dyplomów i zaświadczeń oraz pochlebnych ocen płatnych krytyków jest coraz częstszym zjawiskiem, podobnie jak rozdźwięk między posiadanym wykształceniem, a wiedzą i inteligencją. To jednak temat na osobne rozważania. Powracając do naszej powieści; z pełną odpowiedzialnością, pierwszy raz w historii użyję tego określenia: muszę stwierdzić, że jest to totalne badziewie. Nie postawiłbym tej książki na swej półce, nawet gdybym ją dostał za darmo. Z żalem Was o tym informuję, ale Tajemnica Ekskalibura jest jedną z niewielu książek, po którą absolutnie nie warto sięgać. Darujcie sobie tego gniota i weźcie się za cokolwiek innego. Nawet M jak Miłość będzie lepszym wyborem


Wasz Andrew


* Oczywiście powinno być kaliber 0,5 (cala). 50mm to klasyczne działko.