Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.

piątek, 23 marca 2012

SEKRET GENEZIS



Tom Knox

SEKRET GENEZIS
(The Genesis Secret)

Na spalonej słońcem pustyni we wschodniej Turcji archeolodzy odkrywają najstarszy kompleks sakralny świata, pochodzący sprzed dwunastu tysięcy lat. W trakcie prac okazuje się, że to niezwykłe miejsce zostało celowo zakopane przed dziesięcioma tysiącami lat. Kto to zrobił i dlaczego?
W tym samym czasie w Wielkiej Brytanii dochodzi do serii brutalnych zabójstw przypominających rytualne mordy, z jakich słynęły niektóre starożytne cywilizacje.
Tylko jeden człowiek zna sekret – sekret tak szokujący, że może zagrozić strukturze społecznej całej ludzkości – i nie cofnie się przed niczym, żeby zniszczyć dowody, zanim ujrzą światło dzienne.
Prowadząc akcję od zamków Irlandii po wymarłe pustkowia Kurdystanu, Tom Knox po mistrzowsku splata autentyczny materiał historyczny, teorie naukowe i biblijne tajemnice w elektryzującą opowieść, która trzyma w napięciu od pierwszej do ostatniej strony.

Tyle notka wydawcy na okładce powieści, którą do poczytania wybrała mi żona. Pseudonim autora, podobnie jak prawdziwe nazwisko – Sean Thomas – nic mi nie mówił. Miał to być mój pierwszy kontakt z twórczością tego Anglika. Po przeczytaniu przytoczonej wyżej zajawki miałem nieśmiałą nadzieję na coś w rodzaju Kodu Leonarda da Vinci Dana Browna. Nadzieję przytłumioną świadomością, iż często takie fajerwerki w reklamach bestsellerów zapowiadają płytką, sztampową produkcję obliczoną na masowego odbiorcę i wysokie notowania na listach sprzedaży. Jak było tym razem?

Powieść zaczyna się interesująco, jednocześnie w Europie i Turcji. Akcja momentalnie nabiera tempa i trzeba przyznać, że aż do końca nie zatrzymuje się nawet na chwilę. Słownictwo jakim posługuje się autor (chyba to też zasługa tłumacza – Aleksandra Górska) jest bardzo bogate i nawet oczytany odbiorca nie obejdzie się bez słownika lub internetu, jeśli chce wiedzieć dokładnie wszystko nie zadowalając się przybliżonym, kontekstowym rozumieniem wielu wyrazów i zwrotów. Czytelnictwo powinno poszerzać słownictwo i na tym polu Sekret wypada bardzo dobrze. Momentami jest jednak tego chyba nawet trochę za dużo, a poza tym, czytając raczej dość szybko, wychwyciłem jednak jedną ewidentną wpadkę. Może nie ma ona większego znaczenia, ale zawsze.

Jak już wspomniałem, powieść połknąłem błyskawicznie, gdyż da się ją czytać przysłowiowym jednym tchem. Po równi dzięki dobremu stylowi, jak i prostemu zabiegowi, jakim jest podzielenie całości na rozdziały o objętości do kilku stron każdy i kończących się w sposób rodzący natychmiastową ciekawość czytelnika: - Co dalej? Przeczytam jeszcze tylko następny rozdział. Ty tylko dwie kartki...

Język Toma Knoxa jest barwny, plastyczny i klimatyczny. Kiedy czytamy o wydarzeniach w spalonym słońcem Kurdystanie w wyobraźni możemy się tam przenieść tak, jakbyśmy już kiedyś tam byli. Postacie również są wyraziste i udatne. Jest i wielka miłość. Wszystko czego trzeba. Niestety, jest też i dużo więcej.

Duża część tekstu to opisy zbrodni. Zbrodni okrutnych i wynaturzonych. Zbrodni, które nie były chore, gdy je popełniali nasi przodkowie, gdyż uważali je za niezbędne, a nawet za dobre, podobnie jak myśleli chrześcijanie mordujący w imię Chrystusa i jak dziś myślą islamscy fanatycy. Były UZASADNIONE i ZROZUMIAŁE, co oczywiście nie znaczy, iż nie należy ich potępiać. Tutaj jednak są udziwacznieniem. Opisy tak długie i szczegółowe, że zamiast przerazić czy stworzyć klimat, mnie osobiście zniesmaczały i męczyły. Nudziły po prostu, przez swą rozwlekłość w stosunku do całej reszty. Stały się osią powieści i przesłoniły to, co mogło być fascynujące; proces rozwiązywania zagadki historycznej i kryminalnej. Kanon gatunku: pytania i odpowiedzi, detektyw, uczony i zagadki, myślenie. Nie mam nic przeciwko krwi, flakom i kanibalizmowi w literaturze, jak choćby u Tami Hoag. Tom Knox ma jednak do niej baardzo daleko. To inna liga.

W książce znajdziemy wiele ciekawostek historycznych, ale dla mało obeznanego z nauką czytelnika nie będzie możliwości, by odróżnił fikcję od prawdy naukowej. Szokujący sekret wokół którego kręci się cała powieść, łącznie z tytułem, moim zdaniem nikogo by nie zszokował i niczego nie zmienił, wbrew temu co czytamy w notce wydawcy. Zawsze znajdą się ludzie, którzy będą chcieli w coś wierzyć i w imię tego czegoś zabijać innych. Chrystus, Allach, Lenin, sekty, ideologie, do wyboru, do koloru. Wiar jest w bród. Choć nauka obala kolejne „niepodważalne” prawdy przez nie głoszone, nic się nie zmienia. Na miejsce starych znikających powstają nowe. Duże się dzielą. Zawsze jest w czym wybierać.

Wracając do Sekretu Genezis; naciągane jest nie tylko znaczenie, jakie mogłoby mieć odkrycie i udowodnienie takich rewelacji, jak te, które są esencją powieści. Równie naciągane jest zakończenie, podobnie jak i sylwetka psychologiczna głównego czarnego charakteru. Kiedy skończyłem lekturę, westchnąłem ciężko i z nostalgią wspomniałem moje lektury z czasów szkolnych; choćby Pan Samochodzik i templariusze Zbigniewa Nienackiego. W historii jest tyle trupów i tajemnic, że nie potrzeba dodawać nowej makabry i ton keczupu, by ją uczynić bardziej interesującą. Nie trzeba też przenosić akcji na drugi koniec świata, gdyż i w naszej starej Europie (i Polsce) jest dosyć zagadek do rozwiązania.

Podsumowując, muszę z żalem stwierdzić, nie po raz pierwszy niestety, iż zdecydowanie odradzam lekturę przeczytanej właśnie książki. Zwłaszcza przeciętnemu polskiemu czytelnikowi, niezbyt wykształconemu i oczytanemu, skłonnemu do spiskowych teorii, ksenofobii, uproszczeń i podatnemu na indoktrynację. W wyrobionym odbiorcy lektura ta wzbudzi tylko niesmak i zawód, pomimo ewidentnie dobrego warsztatu literackiego autora. Najgorzej, że może ta książka trafić do młodego czytelnika, ogłupionego już wstępnie szkołą, religią i telewizją, który nie wykształcił jeszcze dystansu i krytycyzmu do atakujących go zewsząd informacji. Sekret Genezis może w takim wypadku przynieść poważne szkody i dziwią mnie „krytycy”, którzy wstawiają tej szmirze pozytywne opinie. Czyżby wszyscy aż tak siedzieli w kieszeni u wydawców i księgarzy?


Wasz Andrew

czwartek, 22 marca 2012

Książki wybrane



KSIĄŻKI WYBRANE

Reader’s Digest Przegląd Sp. z o.o.
Pierwsze polskie wydanie 2004

Eleganckie wydanie zawierające cztery nowele, a właściwie skrócone powieści:

  • ZNIKAJĄCY CZŁOWIEK Jeffery Deaver
  • ŻYCIE PO WYPADKU Barbara Delinsky
  • DRUGA SZANSA James Patterson
  • DZIWNY INCYDENT Z PSEM NOCNĄ PORĄ Mark Haddon

ZNIKAJĄCY CZŁOWIEK, wydany w Polsce również w pełnej wersji pod tytułem Mag (oryg. The Vanished Man), to jedna z lepszych książek mistrza kryminału, sensacji i horroru jakim jest Jeffery Deaver najbardziej znany w naszym kraju z ekranizacji powieści Kolekcjoner kości (The Bone Collector), w którym Denzel Washington zagrał sparaliżowanego detektywa Lincolna Rhyme, a Angelina Jolie policjantkę Amelię Donaghy. Znikający człowiek to inny odcinek przygód tej samej pary, chyba nawet lepszy niż Kolekcjoner. Akcja jest jeszcze szybsza, a nastrój bardziej tajemniczy. Tym razem Lincoln i Amelia muszą się zmierzyć z seryjnym mordercą, który na dodatek jest mistrzem magii. Trzeba przyznać, iż rzecz czyta się świetnie. Fabuły nie będę zdradzał, tym bardziej, iż zakończenie i motywy sprawcy nie współgrają z charakterem oraz psychiką tej postaci. Po prostu, kolokwialnie rzecz ujmując, koniec kupy się nie trzyma.

ŻYCIE PO WYPADKU; powieść Barbary Delinsky wydana w Polsce w pełnej wersji pod tytułem Kobieta znikąd (oryg. An Accidental Woman), to kolejna część przygód Poppy Blake. Tym razem jej przyjaciółka Heather Malone zostaje nagle aresztowana przez FBI. Wszyscy w małym miasteczku myśleli, że wiedzą o niej wszystko, a teraz zastanawiają się, czy faktycznie jest poszukiwaną morderczynią. To kryminał dla pań i panów. Dynamiczna historia miłości, mrocznej przeszłości i dziwnych przypadków losu. Nie będę opisywać fabuły, bo w tym wypadku smaczki leżą w pierwszych wrażeniach, pierwszych podejrzeniach, pierwszych faktach. Powieść czyta się świetnie i jedyne co jej można zarzucić, to jej oryginalność, świeżość. Jest to zaleta przy pierwszym kontakcie z lekturą. Przy drugim wszystko już wiemy, więc nie ma po co drugi raz po nią sięgać.

DRUGA SZANSA w pełnej wersji w Polsce została wydana pod tym samym tytułem, który zresztą jest wiernym tłumaczeniem oryginału (2nd Chance). James Patterson jest maszyną do produkcji bestsellerów, a najbardziej kojarzony jest z tymi, które trafiły na ekran – Kolekcjoner, W sieci pająka. Druga szansa nomen omen to drugi cykl powieści z charyzmatyczną porucznik policji Lindsay w roli głównej, która zarazem jest nieformalną szefową Kobiecego Klubu Zbrodni. Tym razem prowadzi śledztwo w sprawie seryjnego zabójcy, wybierającego swoje ofiary na chybił trafił. Fabuły nie będę streszczał, gdyż to typowy amerykański bestseller w negatywnym znaczeniu. Świetnie się czyta, nawet można powiedzieć, iż rewelacyjnie. Akcja dynamiczna, miejscami zaskakująca, a i klimat niczego sobie. Jednak to wszystko jest tak głębokie, jak brodzik. Na drugi raz absolutnie nie wystarczy. Przez tą jednorazowość nie wyobrażam sobie Drugiej szansy na mojej półce, ale do biblioteki warto się po nią przespacerować.

DZIWNY INCYDENT Z PSEM NOCNĄ PORĄ Marka Haddona (oryg. The Curious Incident of the Dog in the Night-time) jest rewelacyjną powieścią kryminalną. Jest tak odmienna od wszystkiego, co można spotkać w tym gatunku, iż mogę ją z pełnym przekonaniem polecić nawet osobom omijającym książkowy świat zabójstw, przestępstw, policji i detektywów. Nie wiem czy i na ile ta wersja jest skrócona w stosunku do oryginału, gdyż nie miałem możliwości ich porównać, ale to rzecz, która zmusza do myślenia na różne tematy. Tolerancja, człowieczeństwo, inteligencja – co znaczą te słowa? Co się naprawdę za nimi kryje? Kto jest naprawdę mądry, a kto głupi? Kto jest człowiekiem? Pytania najcięższego kalibru, a powieść czyta się świetnie, smakując po równo jej formę i treść. Bohaterem i narratorem jest autystyczny chłopiec, Christopher Boone ,który na własną rękę prowadzi nietypowe śledztwo. Czytając przenosimy się w jego świat; widząc wszystko jego oczami i obejmując jego umysłem. Ten świat jest diametralnie różny od naszego, ale czy aby nie bardziej ludzki niż nasz? Absolutnie polecam każdemu. Bez dwóch zdań i bez żadnego ale.

Reasumując. Gdyby nie Dziwny incydent dałbym temu zbiorkowi dobrą ocenę i powiedział, iż można to wypożyczyć z biblioteki, ale są bardziej wartościowe pozycje do wyboru nawet w skromnych księgozbiorach. Opowieść Christophera Boone jest jednak perłą dla której warto mieć ten tomik na półce, by czasem sobie przypomnieć choćby tylko jego ostatnią ćwiartkę. Przypomnieć to, co czuliśmy w trakcie lektury. Przypomnieć refleksje, które nas wtedy naszły. Finis coronat opus; w przypadku tego zbiorku prawdziwe do końca...


Wasz Andrew

środa, 21 marca 2012

Tajni egzekutorzy



Tajni egzekutorzy. Polowanie na Ariberta Heima, nazistowskiego Anioła Śmierci.

(The Secret Executioners: The Amazing True Story of the Death)
Danny Baz
tłumaczenie: Ewa Umińska
wydawnictwo Replika 2011
ISBN: 978-83-7674-097-3

Spotkałem się z zarzutami, iż moje recenzje są ostatnio zbyt krytyczne. Sięgając po Tajnych egzekutorów miałem nadzieję, iż odwrócę tę złą passę. Nie spodziewałem się arcydzieła literackiego, ale miałem nieśmiałą nadzieję przynajmniej na interesującą lekturę, gdyż temat losów zbrodniarzy hitlerowskich po drugiej wojnie światowej jest fascynujący*.

Po skończeniu książki zajrzałem do kilku recenzji i niektóre były dla mnie totalnym szokiem. Drugim, gdyż pierwszym była sama lektura. Całe szczęście, iż nie dostałem zawału. Ale po kolei.

O fabule nie ma co wspominać, gdyż tematykę aż nadto wyjaśnia tytuł. Książka jest reklamowana przez wydawcę i niektórych recenzentów jako opowieść oparta na faktach, tchnąca autentyzmem, wciągająca i w ogóle kontrowersyjnie rewelacyjna. Dla mnie tymczasem to po prostu gniot. Jeśli został oparty na prawdziwej historii, to tym większa hańba, gdyż nic z niej nie pozostało.

Jeśli ktoś twierdzi, iż w świecie tajnych operacji wystarczy zmienić nazwiska, by ochronić osoby, którym może coś grozić, to albo nie ma pojęcia o czym mówi, albo też ma odbiorców swoich opowieści za idiotów. Z powyższego wynika między innymi praktyka utajniania różnych materiałów na okres niejednokrotnie dłuższy niż czas życia zwykłego śmiertelnika. Nie tylko nazwiska, ale modus operandi, miejsca, daty, ślady operacji finansowych, użytych środków i dziesiątki innych nitek mogą doprowadzić do kłębka. Z tego powodu, jeśli chce się zachować w tajemnicy prawdziwą tożsamość uczestników podobnych przedsięwzięć, należy w opowieści zmienić wszystko poza tym, co się chce głównie przekazać. W tym wypadku poza faktem, że Heima zabili Żydzi. Nie można opowiedzieć jak się to odbyło, przynajmniej nie przed upływem dwóch, trzech pokoleń, jeśli sprawcy mają pozostać osłonięci nimbem tajemnicy. A czy zabili go Żydzi? Tego nie wiem. Ale z tego wszystkiego wynika, że tak czy siak, zabili, czy nie, i tak mamy do czynienia nie z dokumentem, ale z powieścią. I tak ją należy oceniać.

Literacka wartość Polowania jest w moim odczuciu żadna. Proste, skąpe słownictwo, bezbarwne opisy, postacie składające się tylko z imion, nazwisk i kilku fragmentów rysopisu. Żadnej psychiki, konfliktów wewnętrznych. Jedynym plusem jest szybka akcja. Plusem, gdyż dzięki temu szybciej można skończyć lekturę.

Nie wiem jak można uznać klimat Polowania za chociaż zbliżony do autentyzmu. Książka napisana jest w pierwszej osobie, ale jednocześnie główny bohater wie wszystko, co się dzieje z innymi członkami jego organizacji w dowolnym miejscu i czasie. To sprawia wrażenie, iż mamy do czynienia z wygładzonym, oficjalnym raportem, a nie świadectwem zdarzeń, które się przeżywało. Tak nie robią nawet ewidentni fantaści. Rambo wygląda bardziej realnie! Nawet jeśli ten potężny feler zwalimy na błąd warsztatu (pisarza lub tłumacza), inne elementy ewidentnie wskazują nawet nie na fikcję, a na brak znajomości tematu.

Każdy profesjonalista ma bardziej osobisty stosunek do swych narzędzi, niż pozostała część społeczeństwa. Szczególnie dotyczy to profesji, w których używa się broni, a zwłaszcza broni przeznaczonej z założenia do zabijania ludzi. Widać to ewidentnie w wypowiedziach żołnierzy, policjantów i przedstawicieli innych podobnych grup zawodowych. Im wyższy poziom profesjonalizmu, im bardziej zakorzenione w umyśle przekonanie, iż od tego przedmiotu zależeć może czyjeś, a zwłaszcza moje, życie, tym częściej myśli się o tym kawałku złomu nie jako o karabinku, ale przykładowo jako o kałachu, raku, tetetce, itp. Nie myśli i nie mówi się pistolet, karabin czy granat, tylko konkretnie o danym modelu i jego nazwy się zawsze używa. Widać to w większości wspomnień, pamiętników i powieści dbających o klimat**, zaś w Polowaniu ewidentnie tego brak.

Jeśli już jesteśmy przy realiach, to wspomnę o jednej scenie, która pięknie pokazuje brak wyobraźni autora i jego kompletną ignorancję w sprawach, o których pisze. Podczas pierwszej próby pojmania Heima, żydowskie komando ślizgaczem staranowało jego łódkę, którą jednocześnie ostrzelało. Łódź nazistów się rozpadła, Heim wpadł do wody, ale przeżył, gdyż miał kamizelkę ratunkową i schował się pod resztkami łodzi, a Żydzi pomimo poszukiwań i ostrzeliwania miejsca katastrofy, nie zdołali go zauważyć. Żydzi pływali ślizgiem tam i z powrotem, a nie widząc niczego na powierzchni, strzelali w wodę. Sęk w tym, że wyporność i stabilność kamizelki jest tak duża, iż raz znalazłszy się w stabilnej pozycji, praktycznie uniemożliwia zmianę orientacji. Znane są wypadki, iż żołnierze, którzy w oporządzeniu wpadli do wody głową w dół, nie byli w stanie się odwrócić i się utopili. Heim albo musiał natychmiast wypłynąć na powierzchnię, a zanurkować w kamizelce nie zdołałby nawet James Bond, albo musiał być pod szczątkami łodzi. W takiej sytuacji nigdy by już sam nie wypłynął, bo to by znaczyło, że szczątki go przytrzymywały od góry. W dodatku nazista został trzykrotnie postrzelony, a woda lodowato zimna. Pociski z nowoczesnej broni palnej w wodzie błyskawicznie hamują, więc albo pływał tuż pod powierzchnią wody, gdyż inaczej byłby bezpieczny, albo został trafiony przed wpadnięciem do niej, czyli w wodzie znalazł się w stanie co najmniej uniemożliwiającym jakiekolwiek aktywne działanie. Bajeczki po prostu.

Napiętnowany za ostre recenzje, starałem się wciąż od nowa dać tej książce szansę. Po każdym dysonansie robiłem głęboki wdech i znów w wyobraźni starałem się przenieść na miejsce akcji. Okazało się to jednak zbyt ryzykowne. Miałem wrażenie, iż książka była pisana lub tłumaczona z doskoku i zabierając się za następny fragment ktoś zapominał, co napisał przed chwilą. Oto nasz żydowski heros leci helikopterem ponad zimowym krajobrazem. Staram się to sobie wyobrazić, ale jak tego dokonać, skoro za chwilę dowiaduję się, że to jednak samolot. No cóż, przestawiam się i lecę samolotem. Nie muszę długo czekać i znów się dowiaduję, że jednak lecę helikopterem. Pełen realizm! – ukłon w stronę recenzentów określających tak ten chłam. Tyle, że czuję się nie jak komandos importowany z Izraela, a jak Fantomas.

Kiedyś myślałem, że wszyscy pisarze i tłumacze są ludźmi inteligentnymi, podobnie jak recenzenci. Skoro jednak ktoś uważa, iż wodolot może latać ponad górami i lasami, to polecam wycieczkę do pierwszego lepszego miasta nad morzem, albo choćby do sięgnięcia po encyklopedię. Nie jest to chochlik wydawniczy, gdyż tego środka lokomocji nasz główny bohater trzyma się konsekwentnie w końcowej części książki od momentu, kiedy do niego wsiadł, aż do momentu, gdy wylądował za górami, za lasami. I nie przesiada się w trakcie lotu, jak pomiędzy helikopterem a samolotem. Nierozróżnianie wodolotu i wodnosamolotu świadczy o braku wiedzy, braku oczytania również, ale o niczym więcej i nie jest niczym nagannym. Używanie natomiast słów, których znaczenia kompletnie się nie zna, nieświadomość własnej niewiedzy, to brak dużo poważniejszy; prawdziwa jazda po bandzie. Inna sprawa, iż to chyba znak naszych czasów, że ta przypadłość jest coraz powszechniejsza. Widać to w licznych teleturniejach, w których uczestnikom wydaje się, iż wiedzą, przez co podejmują złe decyzje i przegrywają.

Od początku powieści, aż do jej końca, miałem nadzieję na coś, co mogło choć częściowo uratować książkę. Wątek miłosny. Dwie kobiety i główny bohater. Nieśmiały początek zapowiadał się obiecująco, zwłaszcza od momentu, gdy objawiła się da druga . Niestety, również ten aspekt został potraktowany per noga. Szkoda.

Nie mam już siły dalej. Kończąc, z żalem muszę stwierdzić, iż w moim odczuciu mamy do czynienia z totalnym kiczem, tym gorszym, iż pozującym na opowieść prawdziwą. Nie polecam nikomu, chyba że ktoś chce zobaczyć, do czego może doprowadzić niekompetencja i fałszywa ocena własnej wiedzy


Wasz Andrew



* Zainteresowanym polecam w szczególności pracę Marka Aaronsa i Johna Loftusa AKCJA OCALENIE
** W specyficznym rodzaju powieści jakim jest marynistyka, błędy w nomenklaturze morskiej są piętnowane co najmniej tak mocno, jak brak wartości literackich. Podobnie powinno być w kryminale, sensacji i innych.

wtorek, 20 marca 2012

Podwójna gra





Sięgając po powieść Jamesa Pattersona Podwójna gra (Double Cross) wiedziałem mniej więcej czego powinienem się spodziewać, gdyż miałem już wcześniej do czynienia z jego prozą. Nawet ludziom, którzy książki omijają z daleka i którym jego nazwisko z niczym się nie kojarzy, nie jest obca jego twórczość. Prawie każdy, nawet jeśli nie przepada za kryminałami i thrillerami, kojarzy ekranizacje dwóch z jego powieści emitowane już wielokrotnie w naszej telewizji, czyli W sieci pająka i Kolekcjoner. Może nie tyle utrwala nam się w pamięci fabuła tych filmów, co tytuł i skojarzenie, iż film był dobry.

Podwójna gra to trzynasta powieść z cyklu książek o przygodach łowcy seryjnych morderców Alexa Crossa. Nie będę ujawniał fabuły, gdyż odarcie tego typu książki z zagadki „co dalej” w ogóle przekreśliłoby celowość sięgnięcia po nią. Nadmienię tylko, iż rzecz jest schematyczna. Nieudolna policja i biedne społeczeństwo jest terroryzowane przez seryjnego mordercę, a nasz bohater musi stanąć do walki w obronie prawa i niewinnych.

Gdyby Podwójna gra była scenariuszem, film pewnie byłby niezły. Akcja jest wartka, pełna zwrotów. Zbrodnie obowiązkowo okrutne, wynaturzone i krwiste. W zamyśle szokujące. Ponieważ to jednak nie film, więc zamiast szokować, najpierw nuży, a potem po prostu nudzi.

Od początku, zarówno ze stylu narracji, reputacji autora jak i wspomnianych ekranizacji, domyślamy się iż to kolejny „amerykański bestseller”. Musi więc, jak na kanon przystało, skończyć się happy endem. Może nie dla wszystkich. Może autor poświęci którąś z osób bliskich głównemu bohaterowi aby podnieść napięcie. Na pewno jednak Alex Cross przeżyje. Nie jest to żadne zdradzanie zakończenia. To samo wrażenie miałem przed laty czytając pierwszą powieść Pattersona. To się po prostu czuje już od połowy książki co najmniej, jeśli nie od samego początku.

Schematyzm polega również na stopniowaniu napięcia poprzez coraz okrutniejsze czyny sprawców. Sprawców całkowicie nieuchwytnych, prawdziwych herosów i przy tym geniuszy. A potem trzeba jakoś sprawę załatwić, by dobro zwyciężyło. Nagle herosi zmieniają się w nieudaczników i przegrywają. To uchodzi w filmie, gdzie absorbuje nas obraz i muzyka, a nie tylko treść. W książce to nie przechodzi.

Nie dość, że postacie, zwłaszcza czarnych bohaterów, są mało przekonujące, to jeszcze na koniec jakby raptownie się zmieniały nawet pod względem konstrukcji psychicznej. Od początku jest jakiś dysonans pomiędzy ich charakterami, konstrukcją psychiczną, a ich motywami i podejmowanymi działaniami. W dodatku na koniec nawet schemat podejmowanych decyzji się w nich zmienia, chyba po to, by ułatwić wspomniane szczęśliwe zakończenie. Po prostu porażka.

Nawet jak na zwykły, pozbawiony głębszych treści kryminał lub jak kto woli thriller (gdzie przebiega granica?) jest on dla mnie po prostu nudny. Do tego te przesadzone, wydziwnione na siłę zbrodnie. Wydumane i bezsensowne. Tak jakby „zwykłe” zabójstwo nie mogło być wystarczającym motorem powieści. Tak jakby tony krwi i flaki na dywanie były niezbędne, by stworzyć napięcie. Prawdziwi mistrzowie potrafią stworzyć grozę bazując na tym czego nie widać, a nie na prostackich, w dodatku infantylnych obrazach makabry. Producenci sztampowych hitów chyba zapominają, iż obozów koncentracyjnych i gułagów nie przebije żaden masowy morderca. Zapominają, że największą grozę budzą nie obrazy setek ciał, a zbliżenie na psychikę oprawcy lub ofiary.

Łatwo się domyślić, dlaczego powieści J.P. tak dobrze się sprzedają. Są proste, o ile nie prostackie, ich ekranizacje, w przeciwieństwie do książek, są dobre, reklama jest potężna. Prawdziwa masówka dla mas. Taki garbus wśród książek. Literatura dla pospólstwa. W ilości siła.

Jest tyle lepszych rzeczy w tej branży, że aż mnie dziwi, jak można się taką powieścią zachwycać. Jeśli do tego dodać liczne przykłady pokazujące, iż możliwe jest udane połączenie w tym kanonie świetnej rozrywki z dobrym gustem, stworzenie rzeczy oryginalnych, świeżych i odkrywczych, a zarazem pełnych wartości moralnych, wychowawczych i w dodatku aktualnych, to widzę Podwójną grę jako totalny chłam. Nie mogę wyszukać żadnego powodu by to coś kupować ani nawet wypożyczyć z biblioteki. Na pewno jest w niej całe mnóstwo książek o niebo lepszych pod każdym względem, nawet w ramach tego samego gatunku. I nie trzeba wcale sięgać do literatury szwedzkiej, która mnie ostatnio zafascynowała. Również w literaturze amerykańskiej jest w czym wybierać, o czym z przekonaniem Was zapewniam


Wasz Andrew

poniedziałek, 19 marca 2012

Moja twoja urwać ręka




czyli

Wspomnienia niemieckiego snajpera
(oryg. Grandfather’s Tale – The tale of a German Sniper)
by Timothy Erenberger

Kiedy dorwałem tę publikację byłem zachwycony... Przez moment. Przez jedną chwilę trwającą tyle, ile potrzeba na obrócenie książki i rzucenie okiem na notkę wydawcy.

Znacie to uczucie, gdy już na początku bójki zaliczacie cios, który nie miał prawa dotrzeć do celu? Tym było zdanie z okładki nazywające snajperów „żołnierzami-zabójcami”. Tak jakby nie byli nimi strzelcy obsługujący karabiny maszynowe, zwiadowcy, saperzy lub piloci bombowców, myśliwców i przedstawiciele wielu innych wojskowych specjalności. Już wtedy miałem przeczucie, że chyba nie będzie tak wspaniale, jak miałem nadzieję. Pocieszyłem się jednak, że to tylko notka reklamowa i rozpocząłem lekturę.

O czym książka opowiada nie będę wyłuszczał, gdyż tytuł mówi sam za siebie. Ważniejsze jednak, kto wręcz zgnoił świetnie zapowiadający się temat. Zacznę od wydawcy i tłumacza. W dawnych czasach takich wyrobników taczano by w smole i pierzu tudzież batogami gnano nagich po śniegu na rynku ku uciesze czytelników tudzież innej gawiedzi. Byłaby to zasłużona nagroda dla twórców wydania*, z którym miałem okazję się zapoznać. Rzadko zdarza się zobaczyć w naturze tak modelowy przykład brakoróbstwa. Mało powiedziane, iż książka roi się od błędów wszelkiej maści, od literówek począwszy, przez koszmarne wręcz błędy stylistyczne i na ortograficznych bykach skończywszy. Szokuje wręcz radosna twórczość w sferze odmianów i końcówków. Polszczyzna rodem z powiedzenia „moja twoja urwać ręka”. Gdyby uczeń w podstawówce, że o dalszych etapach edukacji nie wspomnę, w ten sposób przelewał myśli na papier, marny byłby jego koniec, nawet gdyby legitymował się żółtymi papierami, dysleksją i ADHD jednocześnie. Błędy są tak uciążliwe, iż czytelnikowi wyżej wspomniany styl bardzo poważnie uważnie utrudnia percepcję i skupienie się na treści. A jest się na czym skupiać.

Od pierwszych stron wspomnień, które podobno są autentyczne, widać masę błędów merytorycznych równie przytłaczającą, co ilość błędów edytorskich. Od początku mamy do czynienia choćby z teleskopami(!) snajperskimi zamiast lunet. Gdyby chcieć wszystkie te wpadki wypunktować zabrakłoby mi miejsca. Nie jestem w stanie rozstrzygnąć, czy to wszystko jest winą przekładu, czy pisarza. Niemniej jednak poddaje w wątpliwość kompetencje obu** i podważa autentyczność opowieści. Podważa, ale nie pozwala o niej rozstrzygnąć.

Tutaj dochodzimy do najważniejszego: prawda to, czy fikcja?

Pomijając nieścisłości dotyczące realiów wojennego życia snajperów, które najprawdopodobniej niejednokrotnie jednak można zwalić na tłumacza, widzimy tutaj charakterystyczny błąd perspektywy. Szeregowy żołnierz, nawet wybitnie uzdolniony i należący do elitarnej formacji, ma określony horyzont wiedzy o działaniach, w których uczestniczy; dużo węższy od możliwości swego przełożonego, który z kolei wie mniej od tego, który jest wyżej w hierarchii służbowej i tak dalej, aż do Sztabu Generalnego, Naczelnego Dowództwa, czy co tam w danym kraju jest na szczycie. Im mniej się ma na pagonach, tym mniej się wie. Widać te zależności prześwietnie choćby w ociekających krwią wspomnieniach z frontu wschodniego Przez wojenną zawieruchę. Tego autentyzmu punktu widzenia we Wspomnieniach niemieckiego snajpera brak. Działając jako szeregowy żołnierz, a potem odpowiednik dowódcy drużyny, ma on wiedzę o wszystkim, co działo się na frontach Drugiej Wojny; co robiły dywizje i armie. Jest świadomy wszystkiego, o czym niekoniecznie powinien mieć jakiekolwiek pojęcie, a jednocześnie nie wie, że jednostka, w ramach której podobno brał udział w ataku na Eben-Emael, nie używała wówczas spadochronów tylko szybowców. Wylądował, tylko nie na tym, co mu się zdawało! Sam opis belgijskiej twierdzy i okolicy, w której jest położona, również nie przystaje do rzeczywistości. Podobne błędy można mnożyć długo na różnym poziomie wiedzy historycznej, szczegółów uzbrojenia, umundurowania, itd. Początkowo notowałem wpadki, ale po zapisaniu już na początku lektury całej stronicy, zniechęciłem się. To było jak bezczeszczenie zwłok. Podejrzewam, iż gdyby chcieć wszystkie sprostowania i erratę dołączyć do książki, podwoiłaby objętość.

Być może u podstaw naszej opowieści leżały jakieś rzeczywiste wspomnienia, gdyż pewne momenty mają posmak prawdziwości. Nie ma to jednak już żadnego znaczenia, skoro większość stanowi totalna fikcja, w dodatku niedbała; rozmijająca się nie tylko z autentyzmem, ale momentami nawet ze zdrowym rozsądkiem. Cztery karabiny może ze sobą targać po polu walki bohater gry komputerowej, i to raczej gry pośledniejszego sortu, a nie człowiek z krwi i kości! Mimo wszystko, gdyby nie błędy stylistyczne, dałoby się książkę przeczytać, choć i wtedy pod względem wierności realiom nawet Czterej pancerni i pies wypadliby chyba lepiej. Tak, jak jest, książka jest prawie bezwartościowa, o czym z żalem muszę Was poinformować. Na szczęście w tym kanonie jest w czym wybierać i tym pocieszającym stwierdzeniem zakończę


Wasz Andrew



* Wydawnictwo XXL, przekład Marek Skierkowski, ISBN 978-83-62381-00-5
** Dobry tłumacz powinien poprawiać ewidentne błędy autora, a jeśli z jakichś względów tego nie czyni, przynajmniej powinien być konsekwentny. W omawianym wydaniu ten sam typ broni bywa nazywany to pistoletem, to karabinem, tak jakby nie było nimi zasadniczej różnicy.

niedziela, 18 marca 2012

Cross




James Patterson
CROSS

W początkach swojej kariery w waszyngtońskiej policji Alex Cross przeżył wielką osobliwą tragedię - na oczach detektywa niezidentyfikowany snajper zastrzelił jego ciężarną żonę Marię, pozostawiając go z trójką małych dzieci. Minęło kilkanaście lat; Alex awansował, zrobił karierę w FBI, stał się jednym z najbardziej cenionych specjalistów od tropienia seryjnych zabójców. Po jednej z niebezpiecznych akcji decyduje się opuścić FBI i otworzyć własną praktykę psychiatryczną. Kiedy o pomoc prosi go dawny partner, John Sampson, Alex nie odmawia. Nie potrafi. W sprawie, którą prowadzi Sampson - seryjnego gwałciciela i mordercy Michaela Sullivana, który terroryzuje kobiety pokazując im zdjęcia swoich ofiar - pojawił się trop na wskazujący na nierozwiązane zabójstwo Marii sprzed 12 lat. Czy tym razem sprawiedliwość zatriumfuje?

Tyle notka na okładce książki Jamesa Pattersona CROSS. Po powieść tą sięgnąłem z braku czego innego. Po prostu leżała na biurku syna, wypożyczona z biblioteki i czekająca na zmiłowanie boskie.

James Patterson jest uznawany za reprezentanta ścisłej czołówki najpopularniejszych pisarzy amerykańskich, a Cross jest kolejną, okrzyczaną bestsellerem, powieścią z cyklu przygód wspomnianego w notce wydawcy policjanta i psychologa Alexa Crossa. Muszę przyznać, iż rzecz czyta się świetnie. Akcja dynamiczna, opisy plastyczne. W łatwości odbioru pomaga też prosty zabieg polegający na podzieleniu tekstu na rozdziały o objętości maksymalnie kilku stron. To sprawia, iż czytelnik powieść wręcz połyka. I to by było na tyle jeśli chodzi o pochwały.

Absolutnie nie zgadzam się z polskimi recenzjami Crossa brzmiącymi jak peany. Powieść jest płytka jak kałuża sików na trotuarze w gorący letni dzień. Epatuje wydumanymi, do przesady okrutnymi zbrodniami i niczym więcej. Nie porusza żadnych problemów i nie prowokuje żadnych przemyśleń. Sylwetki psychologiczne bohaterów aż rażą płytkością i brakiem realizmu, a w dodatku działania postaci są niejednokrotnie sprzeczne z ich charakterystyką wewnętrzną. Nie ma w Crossie mowy o żadnej wielowątkowości, suspensie czy napięciu. Od początku wszystko jest wiadome tym bardziej, iż jawnie głównym bohaterem jest przedstawiciel sił dobra, Alex Cross, co ewidentnie wskazuje, że właśnie on musi przetrwać do końca książki i zwyciężyć tak czy inaczej.

Powieść Pattersona jest najlepszym przykładem tego, co kojarzy mi się z negatywnym znaczeniem określenia „amerykański bestseller”; powieści, która tak się ma choćby do czołówki szwedzkiej* jak Dorato do szampana Grande Cuvée z dobrego rocznika. Bestseller znaczy bowiem, iż dobrze się sprzedaje, co można osiągnąć albo jakością, albo przystępnością. Masowość w literaturze nie jest zaś, jak w świecie trunków, funkcją ceny, ale prostoty i wybrania plebsu za grupę docelową, co wiąże się z płytkością, a czasami wręcz tępotą odbiorców.

Jeśli już wspomnieliśmy o winach; jest jeszcze jedna analogia między Crossem i winami patykiem pisanymi. Forma zewnętrzna. Tandetna i beznadziejna, zbliżająca się do celowego poniżenia odbiorcy poprzez okazanie własnej nonszalancji i braku szacunku wobec konsumenta, a tutaj czytelnika. Już na frontowej okładce na górnym pasku straszy literówka (nagroźniejszym)**. W dawnych czasach szanujący się wydawca po czymś takim brał pistolet i szedł nad Wisłę, by już nikt go więcej nie oglądał. We wnętrzu książki nie jest lepiej. Nie chodzi nawet o literówki, ale o ewidentne błędy różnego rodzaju***. Nie będę się nad nimi rozwodził, gdyż i tak nie wpłynęły one na końcową ocenę tej powieści w moich oczach. Choć świetnie się ją czyta, jest absolutnie bezwartościowa. Jeśli idziecie do księgarni albo biblioteki macie wybór, więc po co tracić na nią czas?


Wasz Andrew


**Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz, Warszawa 2008
***Nie wiem kto zawinił; czy wydawca, czy tłumacz (Anna Kołyszko), czy autor, czy też wszyscy po trochu, ale nie zmienia to faktu, iż od błędów wszelkiej maści w książce aż się roi.

sobota, 17 marca 2012

DAWNE DOBRE CZASY




TESS GERRITSEN
OGRÓD KOŚCI
(The Bone Garden)

Ogród kości zawitał do mnie przypadkiem – podobnie jak wiele innych powieści. Żona wypożyczyła go dla mnie z biblioteki. Jak w przypadku wszystkich książek trafiających do mnie w ten sposób, przystąpiłem do lektury bez sprawdzania mojego spisu publikacji i autorów, bez poszukiwań informacji w internecie, nawet bez rzucenia okiem na notkę wydawcy na okładce książki. Wszystko to, niekoniecznie w tej kolejności, uczyniłem po przeczytaniu powieści od deski do deski. Zawsze tak robię z publikacjami, które trafiają do mnie może nie przypadkiem, ale bez mojego udziału w dokonywaniu ich wyboru. Chcę im dać szansę nieskażoną uprzedzeniami. Albo mieć szansę słusznie je skrytykować nie sugerując się wcześniej przyswojonymi peanami. Może nie jestem typem fana*? Chyba większość twórców ma dzieła najlepsze i najsłabsze, a reszta to średniaki. Niech każde ma swoją szansę...

Akcja Ogrodu kości rozgrywa się w dwóch światach: teraźniejszości i w wieku XIX. Miejsce jest jedno: Stany Zjednoczone. Fabuła jest nieskomplikowana. Dwa główne wątki; jeden w przeszłości, a drugi dzisiaj. Oba rozpoczynają się równocześnie. Pomijając prolog, można powiedzieć, iż w pierwszym rozdziale poznajemy Julię Hamill, główną bohaterkę z naszych czasów, a od razu w drugim Rose Connolly i Norrisa Marshalla, najważniejsze postacie wątku sprzed prawie dwustu lat. Julia Hamil, która właśnie pożegnała się z mężem, funduje sobie na nową drogę życia uroczy staruteńki drewniany domek niedaleko od miasta, czyli inaczej drewnianą ruderę na wiosze. Już podczas pierwszych prac, w ogródku wykopuje czaszkę. Ekipa Biura Medycyny Sądowej przekopuje miejsce znaleziska i okazuje się, że nieopodal domku ktoś zakopał kiedyś dziewczynę i że bynajmniej nie zmarła ona z przyczyn naturalnych. Co dalej nie będę zdradzał. Nie lubię psuć innym frajdy, jaką sam mam czytając coś po raz pierwszy i próbując przewidzieć zawartość następnego rozdziału.

Powieść jest napisana potoczystym, dynamicznym językiem sprawiającym, iż mimo ciągłych przeskoków w czasie czyta się ją jednym tchem. Język barwny i obrazowy sprawia, że w wyobraźni bez trudu przenosimy się nie tylko do Stanów dnia dzisiejszego, ale i do tych sprzed prawie dwóch stuleci. Do Bostonu dam i gentlemanów oraz do Bostonu plugawego i brudnego. Do wystawnych domów elit i do dzielnic biedoty gorszych niż najgorsze slumsy. Wątek teraźniejszy jest spokojny i mało się w nim dzieje. Jest tylko przywołaniem wydarzeń sprzed lat i na nich wszystko się koncentruje. Mamy w Ogrodzie kości ilość trupów wystarczającą by uznać go za kryminał. Mamy również sporo opisów drastycznych zabiegów medycznych i innych praktyk wykonywanych zarówno na zmarłych, jak i na tych jeszcze żywych, co uzasadnia zaliczenie tej powieści do thrillerów medycznych. Jeszcze inni określają tę książkę jako (dla mnie określenie dziwaczne) romans medyczny. Ja jednak położyłbym ją na całkiem inną półkę.

Po przeczytaniu Ogrodu kości sprawdziłem w kajeciku i stwierdziłem, iż jest to już czwarta powieść tej autorki, którą zaliczyłem**. No właśnie. Poprzednie zaliczyłem. Choć całą trójkę poprzedniczek oceniłem po przeczytaniu jako bardzo dobre, to dziś, bez sięgania do recenzji, nie potrafiłbym o nich powiedzieć niczego. Dosłownie ani słowa. Dlatego takich powieści nigdy nie polecam. Po co czytać coś, czego absolutnie nie pamiętamy już po roku czy dwóch? Ogród kości jest jednak inny. Choć to powieść raczej jednorazowa, czyli nie przewiduję potrzeby powrotu do niej w dającej się przewidzieć przyszłości, to na pewno jej nie zapomnę.

W Ogrodzie kości Tess Gerritsen udało się osiągnąć coś, co nieczęsto i niewielu się udaje. Połączyła z typowo rozrywkowymi gatunkami, jakimi są romans, kryminał i thriller, szczegółowo oddane realia i klimat lat 30-tych XIX wieku. Zawarła w swej powieści niesamowicie dużo z ducha epoki i z wiedzy o życiu w tamtych czasach. Wiedzy, która boleśnie, momentami wręcz obrzydliwie, obala mit o dawnych dobrych czasach. Wiedzy podanej z takim wyczuciem i mistrzostwem, iż czytając aż czuje się smród tamtych czasów.

Dla mnie Ogród kości to po prostu powieść obyczajowa. Podobnie jak inny niezrównany mistrz gatunku, Jeffrey Archer, który wplata w swe powieści wątki ekonomiczne i czasami kryminalne, by nadać im dynamizm i magnetyzm, tak Tess Gerritsen użyła kanonu kryminału i thrillera, by szerokiej liczbie czytelników przybliżyć prawdę o dawnych czasach i dawnej medycynie. Czasach, które w powszechnym mniemaniu były dobre, ale tak naprawdę wcale nie były lepsze od naszych. Nie były lepsze nawet dla tych najbogatszych, uprzywilejowanych. Naprawdę okrutne i tragiczne były zaś dla pozostałych. Dla kobiet i dla ubogich. A zwłaszcza dla ubogich kobiet.

Tess Gerritsen w Ogrodzie kości nieco przypomina mi szwedzką szkołę kryminału społecznego. Choć główny ciężar jej powieści został położony na realia sprzed dwóch wieków, to jednak problemy o których traktuje nadal są aktualne. Największy to chyba przywiązanie do dogmatów i opór przeciwko wszelkim nowym rozwiązaniom, choćby było oczywiste, iż wszystko jest lepsze niż stan obecny. W Ogrodzie mamy sprawę gorączki połogowej, jej przyczyn i zwalczania, ale i w naszej rzeczywistości mamy aż za dużo przykładów na upór skostniałych umysłów i kurczowe trzymanie się ewidentnie negatywnych dogmatów. Również sprawa biedy nie jest nam aż tak daleka. Wystarczy przez chwilę nie odwracać wzroku od kloszardów snujących się po naszych ulicach i wygrzebujących posiłki z naszych śmietników. Wystarczy popatrzyć na statystki udziału dzieci z biedniejszych rodzin w wyższych etapach naszego systemu edukacji by zauważyć, że problem wyrównywania szans wcale jeszcze nie został wyeliminowany. Choć odeszliśmy daleko od piekła XIX wieku, to nie aż tak daleko, jak nam się na co dzień wydaje, a nawet ostatnio zaczęliśmy się cofać. I dlatego może ta książka nie wszystkim się podoba. Jak na kryminał za dużo w nim informacji i za dużo daje do myślenia. Jak na thriller za dużo prawdy. Jak na romans za mało szczęścia. Dla mnie jednak właśnie taka literatura jest wartościowa. Pod wabikiem łatwego w odbiorze, wciągającego gatunku przemycić trochę wiedzy, trochę pytań bez odpowiedzi, kilka tematów do refleksji. A przy tym dać dużą porcję wspaniałej rozrywki. I to się pani Gerritsen jak najbardziej udało o czym szczerze Was zapewniam i zachęcam do lektury


Wasz Andrew



* Fan to dla mnie słowo pejoratywne, podobnie jak fundamentalista, fanatyk i oszołom. Jak można słuchać tylko jednego gatunku muzyki albo tylko jednego zespołu? Czyż to nie dowód ograniczenia umysłowego? To tak jakby jeść całe życie tylko schabowe, bo są najlepsze. Niczego więcej nie spróbować i jeszcze się z takim dziwactwem obnosić.
** Chirurg (The Surgeon), Grawitacja (Gravity), Grzesznik (The Sinner)

piątek, 16 marca 2012

Zimny pokój



Czy można czytać cykle powieściowe nie po kolei? Oczywiście, że można, przynajmniej niektóre. Zwłaszcza wtedy, gdy odstęp czasowy między kolejnymi powieściami jest znaczny i wypełniony innymi ciekawymi lekturami. Taki właśnie los spotyka w moim przypadku serię o bezwzględnym szkockim policjancie Loganie McRae. Znajomość z tym twardzielem stworzonym przez Stuarta MacBride rozpocząłem od Otwartych ran, trzecich w kolejności*, a teraz w łapki wpadła mi powieść szósta, czyli Zimny pokój (oryg. Dark Blood). Skąd taki tytuł? Polska wersja nijak się ma do treści, a przynajmniej wydźwięk jest całkowicie inny, niż tytuł oryginału, który budzi wyraźne, choć niezbyt apetyczne, skojarzenia. Denerwuje mnie już to wymyślanie na siłę polskich tytułów różniących się od oryginałów. Czy jeśli się nie ma dobrego pomysłu, jak to zrobić, nie lepiej pozostawić tytuł w oryginalnym brzmieniu?


Od pierwszych stron rozpoznałem urzekający i niepowtarzalny styl, który urzekł mnie w poprzednio poznanej książce z cyklu. Prawdziwy tartan noir. Pięknie oddana charakterystyka klimatu, w którym zmuszona jest działać grampiańska** policja. Specyfika samego Aberdeen, które leży ponad dwa stopnie dalej na północ niż Moskwa, i choć jest cieplejsze, to za to mroczniejsze, bardziej wilgotne i depresyjne, została oddana po mistrzowsku, podobnie jak obraz regionu, który jest słabo zaludniony i kontrastuje z innymi częściami Wielkiej Brytanii. Malowniczy język, jeśli malownicze może być coś, co pokazuje szarość, pleśń i zimno. Wyraziste postacie i relacje między nimi. Podkreślone grubą kreską wady ludzi, przedmiotów i wszystkiego, co tylko się nawinie. Brutalność, realizm stapiający się w jedno z cynizmem. Nawet osoba głównego czarnego bohatera jest jakby dopełnieniem kanonu gatunku; podstarzały homoseksualista lubujący się w brutalnym analnym gwałceniu starców.

Fabuła jest ciekawie pomyślana, wielowątkowa, z niebanalnym zakończeniem, niestety aż nazbyt realistycznym. Tutaj muszę wspomnieć o rzeczy, która woła o pomstę do nieba. NIE CZYTAJCIE NOTKI WYDAWCY umieszczonej na okładce książki, dopóki nie skończycie lektury powieści! Zdradza ona zdecydowanie zbyt wiele, wymieniając zdarzenia, które będą miały miejsce dopiero pod koniec. KARYGODNE!!!

Pomimo tego, iż popełniłem ten błąd i zacząłem od przeczytania wspomnianej reklamy, już od pierwszej strony zostałem wciągnięty przez Zimny pokój, który nie wypuścił mnie z tego potrzasku, jakim staje się fantastyczna lektura, aż do samego końca. Jak wspomniałem, powieść jest wielowątkowa. Dzielny Logan jest dosłownie zasypany ilością postępowań, które musi prowadzić, choć tak naprawdę czasu wystarcza mu ledwie na część. W dodatku wielu przełożonych to lenie bądź idioci. Sam też zresztą nie jest całkiem bez winy, gdyż ma kłopoty z dogadaniem się z wieloma kolegami w pracy. Ta sytuacja świetnie pokazuje prawdziwy obraz brytyjskiej policji, nie wolnej również od korupcji oraz różnego rodzaju innych szwindli i zarazem podkreśla tym ogólną atmosferę przytłoczenia, będącą jednym z wyznaczników szkockiego kanonu kryminałów. Inna sprawa, że daleko Szkotom do tak złej sytuacji w policji, jaka ma miejsce u nas.

Pozornie w powieści nie znajdziemy problemów społecznych. Pozornie. Ograniczenia wymiaru sprawiedliwości, które wnikliwie i prawdziwie przedstawiono, też są takim problemem, podobnie jak przenikanie zorganizowanej przestępczości w coraz to nowe dziedziny życia, czy zalewanie rynku podrabianymi towarami, co zresztą się jedno z drugim wiąże.

Właśnie. Z powieści dowiadujemy się, jaką wagę w Wielkiej Brytanii przywiązuje się do ścigania wszelkiej maści fałszywek. Bynajmniej nie tylko papierosów i alkoholu, ale wszystkiego; od i-podów i filmów począwszy, a na suszarkach do włosów skończywszy. Są do tego wydzielone specjalne służby, które mają uprawnienia analogiczne do policji kryminalnej, i są to realnie działające instytucje, a nie tak magiczne twory, jak polski dzielnicowy, którego niejeden przez całe życie nie widział. Kary przewidziane za taki proceder też są podobne do tych za poważne przestępstwa. Kontrast w porównaniu do sytuacji w Polsce jest ogromny, co pokazują choćby ostatnie afery; solna i jajeczna. Chciałbym zobaczyć minę naszego rodzimego policjanta, zwłaszcza z małej miejscowości, do którego zgłosiłby się ktoś, by sprawdzić, czy świeżo nabyta w sklepie prostownica do włosów jest oryginalna. Dobrze by było, jakby petent nie obudził się na dołku albo w wariatkowie.

To była tylko taka dygresja, od której nie mogłem się powstrzymać, gdyż temat jest coraz bardziej aktualny, problem coraz poważniejszy. Jeszcze innym zagrożeniem, na które wprost wskazuje MacBride, jest wypaczenie elitarnych i tajnych służb, które tym bardziej czują się bezkarne, im większą mają osłonę w swej tajności. Które, co staje się normą, zamiast tym bardziej dbać o czystość swych szeregów, kryją czarne owce w swym stadzie i zamiatają wszystko pod dywan.

Ciekawostką dla polskiego czytelnika jest też brytyjski sposób i forma nadzoru nad zwolnionymi z zakładów karnych dewiantami seksualnymi, który ma się tak do polskiego braku wszelkiego nadzoru, jak dzień do nocy.

Wydźwięk powieści w głównym nurcie fabuły też nie jest optymistyczny. Podważa on wiarygodność badań psychiatrycznych i psychologicznych mających decydować o dalszym postępowaniu z przestępcami. Całkowicie zgadzam się z autorem, iż ktoś choćby tylko średnio inteligentny, po przeczytaniu kilku odpowiednich książek, może wywieść w pole takich specjalistów, a jeśli badany jest bardziej inteligentny od badających, co pewnie zdarza się nader często, to szkoda słów. Podpisuję się obiema rękami pod tezą autora, iż stopień resocjalizacji może zweryfikować tylko czas dany przestępcy na wolności. Nie dokona tego żaden lekarz ani urzędnik. Tylko czy w przypadku niektórych rodzajów zbrodniarzy nie jest to zbyt ryzykowny eksperyment?

Te pesymistyczne przemyślenia idealnie wbijają się w schemat gatunku, podobnie jak nasz główny bohater, który mimo wszystko, bez uśmiechu i radości, ale z zimnym, zaciekłym uporem, idzie naprzód, by co dzień od nowa robić swoje. Dla miłośników kryminałków, a w szczególności tartan noir, lektura jest więc prawdziwą ucztą. Innym również polecam Zimny pokój z pełnym przekonaniem, choć radzę nie zabierać się do pierwszego kontaktu z tym kanonem, jeśli akurat jesteśmy w dołku psychicznym


Wasz Andrew


* Cykl o Loganie McRae:
  1. Chłód Granitu (Cold Granite)
  2. Zamierające Światło (Dying Light)
  3. Otwarte Rany (Broken Skin)
  4. Dom krwi (Flesh House)
  5. Ślepy zaułek (Blinde Eye)
  6. Zimny pokój (Dark Blood)
  7. Połamać kości (Shatter the Bones)
** Grampiany – góry w Szkocji, region Grampian – region, którego centrum jest Aberdeen