Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.

poniedziałek, 12 marca 2012

Synowie fortuny



Jeffrey Archer


SYNOWIE FORTUNY

Synowie fortuny (Sons of Fortune) Jeffreya Archera to dokończona w więzieniu powieść ukazująca współczesną* Amerykę poprzez losy dwóch braci bliźniaków, rozdzielonych zaraz po urodzeniu, pod koniec lat czterdziestych XX wieku w Hartford, w stanie Connecticut. Fletcherowi Davenportowi przypada los syna milionera; jego brat, Nat Cartwright, dorasta jako syn nauczycielki i agenta ubezpieczeniowego. Nat odznacza się w Wietnamie, kończy przerwane studia i zostaje wybitnym finansistą. Fletcher robi błyskotliwą karierę prawniczą...

Dalszy ciąg notki z okładki pozwolę sobie pominąć, gdyż moim zdaniem zdradza ona zbyt dużo. Ujawniając główne kierunki rozwoju akcji odbiera część radości, którą ma czytelnik z pierwszego obcowania z tą książką. Na szczęście część niewielką, gdyż fabuła jest rozbudowana, z kilkoma pośrednimi punktami kulminacyjnymi poprzedzającymi wielkie zakończenie.

Jak w wielu innych powieściach Archera, mamy tutaj do czynienia z dwoma wątkami głównymi odpowiadającymi dziejom dwóch głównych bohaterów. Równie charakterystyczny dla tego autora jest także rozdźwięk między pozycjami startowymi tych najważniejszych postaci, z których rozpoczynają one swój wyścig we wspinaczce po drabinie społecznej. Nie jest to prawdziwa przepaść między nędzą a bogactwem, jak choćby w prześwietnej sadze Kane i Abel, ale wyścig między Fletcherem i Natem nie traci przez to niczego ze swego dynamizmu.

W Synach fortuny znajdziemy to, co nieodmiennie jest wyznacznikiem prozy Archera. W pierwszym rzędzie prześwietny styl sprawiający, iż jego powieści, niejednokrotnie bardzo znacznej objętości, czyta się jednym tchem. Choć poczynania Cartwrighta i Davenporta w trakcie walki o władzę zawierają, jak prawie zawsze w powieściach Mistrza, wątek sensacyjny, ja zaliczyłbym tę powieść do obyczajowych z wiodącym wątkiem ekonomicznym. To kolejny rys charakterystyczny dla Jeffreya Archera, który potrafi sprawić, iż o robieniu pieniędzy i walce politycznej czyta się z równym zaciekawieniem i napięciem, jak o seryjnych morderstwach czy bohaterskich czynach wojennych. Ten aspekt zawsze podkreślam jako bezcenny dla polskiego czytelnika, gdyż nasza rodzima literatura jawi się w tematach ekonomicznych jako ugór jeśli nie zgoła pustynia. Archer i w tym przypadku daje się poznać jako znawca realiów, niezwykle bystry obserwator i czarodziejskie pióro. Ukazuje prawdy, których nie znajdziesz w prozie znad Wisły, która mami tym, co pieniądze mogą dać, ale nie mówi o tym, jak je zdobyć i jaką cenę trzeba zapłacić. A płacić trzeba słono, i to zawsze, niezależnie od drogi, którą się wybierze. Obojętnie, czy wstąpi się na ciemną czy jasną stronę mocy; im większe pieniądze chce się zrobić, tym więcej trzeba zapłacić. W wytężonej pracy, braku życia rodzinnego, wolnego czasu i hobby, w upodleniu i zagrożeniu zemstą... Tak czy inaczej zapłacić trzeba. W dodatku zapłacić musi każdy a nie każdy sukces odniesie. O tym niestety wielu dowiaduje się za późno. Może gdyby wiedzieli wcześniej, daliby sobie spokój już na poziomie klasy średniej i smakowali życie zamiast bez końca walczyć o następnego dolara lub złotówkę. Książki Archera dają nam pretekst, by przemyśleć co w życiu chcemy osiągnąć i zastanowić się, czy jesteśmy gotowi za to zapłacić.

Zaryzykowałbym stwierdzenie, iż większość powieści tego autora jest na jedno kopyto i Synowie fortuny właśnie do tej grupy należą. Nie jest to jednak w żadnej mierze stwierdzenie pejoratywne. To po prostu znak firmowy Jeffreya Archera. Sięgając po książkę z jego nazwiskiem wiemy czego możemy się spodziewać i wiemy, że się nie zawiedziemy. Wszystkich, którzy jeszcze nie czytali Synów fortuny gorąco namawiam na tę lekturę; bo warto. Nawet niechlujstwo edytorskie charakterystyczne dla wydawcy (Prószyński i S-ka)** nie jest w stanie w najmniejszym stopniu zepsuć przyjemności płynącej z lektury i wpłynąć na ocenę tej powieści jako naprawdę rewelacyjnej, o czym ze szczerą satysfakcją Was zapewniam


Wasz Andrew



* Powieść opublikowana w 2002 roku.
** W książce roi się od brakujących liter i końcówek, a szkoda. Gdyby była staranniej wydana, może bym ją kupił. Ponieważ jest jak jest, więc pozostanę przy korzystaniu z oferty biblioteki.

sobota, 10 marca 2012

Nad Genezaret



Organizowane są przejażdżki łodzią po jeziorze Genezaret. Bilet kosztuje 500 dolarów.
- To strasznie dużo - dziwi się zbulwersowany turysta.
- Owszem, ale to przecież po tym jeziorze Jezus piechotą chodził!
- Nie dziwię się, przy takich cenach!

piątek, 9 marca 2012

Martwy cel



Martwy cel (oryg. Necrochip) jest trzecią* powieścią z serii opowiadającej o życiu i pracy inspektora brytyjskiej policji Billa Slidera, której autorką jest Cynthia Harrod-Eagles. Tym razem zagadka, z którą przyjdzie się zmierzyć naszemu bohaterowi, rozpoczyna się w jednym z londyńskich barów rybnych, w którym młoda klientka okrywa ludzki palec pośród zakupionych właśnie frytek. Co dalej nie będę zdradzał, gdyż fabuła jest jedną z niezaprzeczalnych zalet tej książki.


Mamy do czynienia z klasycznym kryminałem. Jak zwykle u tej autorki - bardzo dobrym. Oryginalny pomysł leżący u podstaw fabuły jest wielką zaletą tej odsłony przygód dzielnego inspektora. Tradycyjny w cyklu jest również realizm w oddaniu kolorytu pracy policji, który ukazuje uwarunkowania nie tylko brytyjskie. Wspaniale odmalowano instytucję, w której cały czas trwa próba sił pomiędzy policjantami uważającymi się za gliniarzy i tymi, którzy raczej widzą samych siebie jako urzędników, dla których wyznacznikiem sukcesu i własnej wartości są statystyki oraz awanse, a nie zadośćuczynienie poczuciu sprawiedliwości.

Nie znajdziemy w Martwym celu szaleńczych pościgów, strzelanin i niezapomnianych nocy w wesołych lokalach. Mamy za to przekonująco odmalowane szare życie i żmudną pracę w wydziale zabójstw, bardziej przypominającą pod wieloma względami pracę śmieciarza, niż wyczyny herosa.

Ciekawym aspektem powieści są bardzo celnie ukazane dylematy moralne Slidera; starzejącego się faceta, który będąc uczciwym do szpiku, nie potrafi się odnaleźć, gdy stwierdza, iż nie może już dłużej żyć z kobietą, z którą ma dzieci, i która jest jego żoną, a w dodatku zakochuje się w kimś, bez kogo nie potrafi żyć. Autorka musi być naprawdę bystrą obserwatorką, by stworzyć tak sugestywne charaktery postaci i osadziwszy je w sytuacji konfliktów moralnych przekonująco nimi pokierować w labiryncie zdarzeń.

Małą łyżeczką dziegciu może być chochlik drukarski, który tym razem** największy sukces osiągnął chyba w zdaniu: „Srał zaparkowany na zewnątrz”.

To była tylko taka mała dygresja dla śmiechu. W powieści bowiem niczego do śmiechu nie ma. Samo życie. Polecam więc ją z pełnym przekonaniem, ale raczej miłośnikom gatunku


Wasz Andrew

* po powieściach Symfonia Śmierci (Orchestrated Death) i Ognisty Anioł (Death Watch)
** Przedsiębiorstwo Wydawnicze Rzeczpospolita S.A. Wydanie pierwsze Warszawa 2008

* cykl Bill Slider:

  1. Orchestrated Death (1991) Symfonia śmierci
  2. Death Watch (1992) Ognisty anioł
  3. Necrochip (1993) aka Death to Go Martwy cel
  4. Dead End (1994) aka Grave Music Ślepy zaułek
  5. Blood Lines (1996)
  6. Killing Time (1996)
  7. Shallow Grave (1998)
  8. Blood Sinister (1999)
  9. Gone Tomorrow (2001)
  10. Dear Departed (2004)
  11. Game Over (2008)
  12. Fell Purpose (2009)
  13. Body Line (2011)
  14. Kill My Darling (2011)
  15. Blood Never Dies (2012)
  16. Hard Going (2013)
  17. Star Fall (2014)
  18. One Under (2015)
  19. Old Bones (2016)

czwartek, 8 marca 2012

Kandydat



KANDYDAT 
(The Manchurian Candidate), 2004


Jakiś czas temu miałem okazję obejrzeć film Kandydat (oryg. The Manchurian Candidate) w reżyserii Jonathana Demme. Jest to amerykański thriller z 2004 roku oparty z kolei na powieści Richarda Condona – The Manchurian Candidate i uznanym filmie Przeżyliśmy wojnę (oryg. również The Manchurian Candidate – thrillerze z 1962 rok w reżyserii Johna Frankenheimera.

W czasie wojny w Zatoce oddział Bena Marco (Denzel Washington) wpada w zasadzkę. Marco doznaje kontuzji i zostaje wyłączony z walki. Dwóch innych żołnierzy ginie i wszystkim pozostałym grozi zagłada. Na szczęście sierżant Raymond Shaw (Liev Schreiber) okazuje się bohaterem i ratuje całą paczkę. Za ten czyn Shaw zostaje wyróżniony Medalem Honoru. To oraz pomoc mamusi (Meryl Streep jako Eleanor Shaw) pozwala mu kandydować na urząd wiceprezydenta USA. Marco tymczasem spotka jednego ze swych żołnierzy i słucha jego opowieści o dziwnych snach, o lukach we wspomnieniach. Z czasem sam zaczyna mieć problemy. Męczą go koszmary i dochodzi do wniosku, iż ktoś grzebał w jego mózgu oraz w głowach jego towarzyszy broni, a wspomnienia ich wszystkich zostały spreparowane. Rozpoczyna się rozgrywka między Benem Marco a nieznanym wrogiem.

Wbrew wielu opiniom w internecie technologie użyte przez tych, którzy wykorzystali biednych amerykańskich żołnierzy, nie są tak znowu s-f. Znane są eksperymenty polegające na wywoływaniu określonych stanów umysłu poprzez stymulowanie różnych części mózgu, a poddani takim procedurom pacjenci–ochotnicy byli przekonani, że ich wywołane sztucznie wizje były rzeczywistymi zdarzeniami (do erotycznych ekscesów i spotkań świętych włącznie). Nawet pokazywanie filmów, na których nagrano ich samych w trakcie eksperymentów, nie dawało zadowalających rezultatów. Wiadomo również o konstruowaniu implantów wykonanych w nanotechnologiach, oficjalnie celem identyfikowania i namierzania osób, którym miałyby być wszepiane. Są również doniesienia o użyciu próbnych serii takich implantów, m.in. w armii amerykańskiej. Choć najbardziej agresywne próby ingerencji w ludzkie ciało i mózg pewnie są okryte głębokim cieniem ścisłej tajemnicy, to jednak sprawowanie ścisłej, permanentnej kontroli nad człowiekiem na styl zdalnego sterowania samochodzikiem na baterię z jednoczesnym zachowaniem naturalności jest, przynajmniej w chwili obecnej, czymś co raczej śmieszy niż budzi grozę. O wiele straszniejsza, bo prawdziwa i wciąż się odnawiająca jest wizja żołnierzy zaprogramowanych przez pranie mózgu i fanatyczną ideologię. Nie ma takiego świństwa i takiej zbrodni, której nie popełniliby ludzie innym ludziom w imię Hitlera, Mahometa czy Jezusa, w imię czystości rasowej, tępienia niewiernych, walki o sprawiedliwość, prawo do Raju czy o cokolwiek innego . Małe, indywidualne zbrodnie nie mogą być bezkarne, o ile wyjdą na światło dzienne sprawcy i ich czyny, natomiast ideologie i wiara umożliwiają popełnianie zbrodni na masową skalę nie tylko w poczuciu bezkarności, ale wręcz w glorii chwały.

Wbrew zdaniu krytyków zachwyconych Kandydatem, te dwa powody, brak realizmu naukowo-technicznego i historyczno-socjologicznego, powoduj,ą iż widz nawet nie potrafiący wyartykułować swych zastrzeżeń, trzyma cały czas dystans do filmu i nie „wczuwa się”. Całość mogliby uratować aktorzy, gdyby nie jedna wpadka najlepszego z nich.

Kiedy, mniej więcej w połowie filmu, Ben Marco zamyka się w łazience, by nożem wydłubać sobie implant, który wszyto mu pod skórę, zdarza się katastrofa. Świeżo wyłuskany z ciała kawałeczek metalu (czemu metalu skoro lepszy byłby z tworzywa?) wysuwa mu się ze śliskiej od własnej krwi dłoni i wpada do umywalki. Ponieważ wojak zapomniał umyć ręce i nie odkręcił wody, gadżet wpada do umywalki; czystej i suchej. Przez chwilę z brzękiem odbija się od jej gładkiej powierzchni po czym wpada do odpływu. I co robi nasz dzielny wojak w obliczu utraty koronnego dowodu? Zachowuje się gorzej niż blondynka. Próbuje przez otwór odpływowy w umywalce sięgnąć implantu palcami, a potem nożem. Kiedy to się nie udaje, rezygnuje i film może trwać dalej. Każdy debil odkręciłby syfon i wyjął z niego utracony skarb albo po prostu w kilka sekund, w stylu Rambo, rozwalił hydraulikę, a może i umywalkę na dokładkę, ale swojego Graala by od razu odzyskał. Tak się jednak nie stało i od tego film był dla mnie męką. Cały czas, aż do napisów końcowych, zamiast śledzić akcję i wczuwać się w nieistniejące napięcie, zastanawiałem się; jak aktor taki jak Dezel Washington mógł zagrać aż tak kretyńską scenę? Wątpię, by ktoś jego kalibru mógł ulec reżyserowi w takiej sprawie. Może po prostu nie zauważył tej gafy? Może jest tak świetnym aktorem, że wygląda zawsze inteligentnie, choć inteligentnym nie jest? A może do tego ostatniego wcale nie trzeba być wielkim aktorem?

Przypomniało mi się, jak kiedyś brałem udział w teleturnieju, którego nazwy z wiadomych względów nie wymienię, i prowadzący, nawiasem rzecz biorąc występujący często w reklamach jako synonim inteligencji, którego nazwisko też z litości pominę, wszystko musiał powtarzać po kilka razy pomimo słuchawki z głosem suflera w uchu. Nawet przez drzwi na scenę wchodził kilka razy, zanim udało mu się zrobić to porządnie.

Nie wiem czy wszyscy w show-biznesie są tacy inteligentni, ale przecież tą kretyńską scenę z umywalką zawdzięczamy nie tylko Denzelowi i Jonathanowi, ale całej grupie osób od scenarzysty i kamerzystów począwszy, przez wszystkich innych z listy płac, aż po montażystów i niewymienionych. Każdy mógł zwrócić uwagę na to faux pax. Ale nikt nie zwrócił uwagi. Albo zwrócił. Scena jednak jest i albo pozostawiono ją, gdyż ani jeden sprawiedliwy i odważny się nie znalazł, albo postanowiono, że widz i tak wszystko zniesie. A przecież wystarczyło mocno odkręcić krany i wtedy faktycznie nawet demolka kanalizacji mogłaby nic nie dać. Implant spłynąłby aż do oceanu...

Tak czy siak niesmak jest potworny, tym bardziej iż krytycy nie tylko pisali o filmie dość dobrze, ale nawet dostało mu się trochę nagród. Jeśli nie chcecie znielubić D. Washingtona i tak dalej, to odpuście sobie. Nawet bez zlewu film byłby poniżej przeciętnej, a z nim to po prostu porażka. Tyle jest innych rzeczy do obejrzenia. Szkoda czasu na Kandydata...


Wasz Andrew

środa, 7 marca 2012

Związek Żydowskich Policjantów



Nie wiem czemu po lekturze Cudownych chłopców, którzy nie do końca mnie zachwycili, uparłem się przeczytać Związek Żydowskich Policjantów (The Yiddish Policemen's Union), również pióra Michaela Chabona. Dziś nie pamiętam już nawet przyczyn tej decyzji, w każdym bądź razie byłem konsekwentny i skorzystałem z akcji „zaproponuj książkę” w naszej powiatowej bibliotece, a potem wytrwale czekałem. W międzyczasie niechcący, gdyż unikam przeprowadzania takich „wywiadów” przed lekturą, dowiedziałem się, iż powieść, na którą oczekuję, została uhonorowana poważnymi nagrodami, a także, że autor jest notowany wysoko nie tylko w rankingach sprzedażowych, co niekoniecznie jest dobrą rekomendacją, ale także w ocenach krytyków i czytelników. W końcu książka zastała zakupiona i trafiła w moje ręce.


Związek Żydowskich Policjantów moim zdaniem, wbrew opinii wielu teoretyków literatury, do czego jeszcze zresztą powrócę, ewidentnie należy zaliczyć do kryminałów. Pierwszoplanową postacią powieści jest Mejer Landsman, gliniarz z krwi i kości. Zagadką kryminalną, która w naszej opowieści stanie się wyzwaniem dla Landsmana, będzie sprawa zabójstwa dokonanego w pokoju hotelowym Zamenhof, w którym i on sam zamieszkuje, a więc przypadek zbrodni po sąsiedzku. Morderstwo dokonane nie tylko z ewidentną premedytacją, ale i profesjonalizmem.

Terenem wydarzeń, o których mowa jest Alaska. Zimny i przez dużą część roku pogrążony w ciemności półwysep, gdzie na mocy umowy z rządem Stanów Zjednoczonych czasowo osiedlili się wyznawcy judaizmu wygnani z ogarniętej Drugą Wojną Światową Europy i żydowscy uchodźcy z Palestyny po przegranej wojnie o własne państwo. Nasz główny bohater, jak i zdecydowana większość wszystkich występujących w powieści postaci, jest więc Żydem, podobnie zresztą jak i twórca powieści. Zobaczymy też kilku Indian, którzy mieszkają za miedzą, obok żydowskiej enklawy, oraz – jak to w Ameryce – pojawią się i Amerykanie. Czas, w którym rozgrywa się akcja, jest szczególny, gdyż dobiega końca okres, na jaki USA przyznała Żydom prawo do pobytu na Alasce. Jak ma wyglądać ten koniec, większość nie wie. Część, jak na przykład niektórzy policjanci, być może dostanie zgodę na pozostanie w USA, ale reszta prawdopodobnie będzie się musiała wynieść.

Dlaczego Michael Chabon umieścił fabułę swej książki w alternatywnej rzeczywistości, tego nie wiem. Nie uważam jednak, by to, iż rzecz odbywa się w innej wersji historii wystarczyło, żeby nadać powieści etykietkę fantastyki. Fikcji naukowej nie ma w tym żadnej, poza polityczo-historyczną. Na tej zasadzie, którą przyjęto honorując Związek Żydowskich Policjantów nagrodami, które są kojarzone jeśli nie ściśle z s-f, to z ewidentną fantastyką, można by do tego gatunku literatury zaliczyć nawet Jamesa Bonda , Stawkę większą niż życie i Czterech Pancernych, gdyż i one pokazują wydarzenia i tło, które nie zaistniały. Ta etykietka fantastyki czyni naszej powieści nieco złego, gdyż utrudnia z nią kontakt ludziom ograniczonym, którzy nie potrafią wyjść poza stworzone przez innych szufladki, schematy i stereotypy. Jedni po nią nie sięgną, gdyż „nie lubią fantastyki”, a fani s-f odwrotnie – sięgną i mogą być zawiedzeni, gdyż Chabon tak się ma do Sapkowskiego, jak Szekspir do Tolkiena. Problem ograniczeń umysłów ludzkich i postaw typu „kocham muzykę, ale muzyki poważnej nie znoszę”, to jednak osobny temat i nie czas tu ani miejsce na jego rozwijanie.

Jeśli ktoś zdecyduje się na lekturę tej powieści o dość dziwnym tytule, podejdzie do niej bez uprzedzeń i założonych z góry koncepcji, jeśli zacznie ją czytać tak, jak powinno się smakować życie – pełną piersią i zarazem bystrym okiem obserwatora, to wtedy Związek odwdzięczy mu się niezapomnianymi wrażeniami.

Z pozoru mamy do czynienia z czarnym kryminałem. Tartan noir w pełnym tego słowa znaczeniu, przynajmniej co do stylu, i oczywiście gdyby Chabon był Szkotem, a nie Żydem.. Klasyczny dla kanonu główny bohater; nie do końca zdegenerowany, nie do końca wypalony, ale pozbawiony złudzeń, nadziei i przyszłości. Pogmatwane związki, szorstki język, mroczny klimat i nastrój wyczekiwania na nieuchronne. Przeszkody, których na pozór nie sposób ominąć, siły, którym nie można się przeciwstawić, ale zarazem trzeba robić swoje. Wszystko to współgrające z alaskańskim mrokiem, z ciemnymi żydowskimi zaułkami, z brudnym, podupadłym hotelem. Brutalność; w słowie, myśli i uczynku. Powszechne uwikłanie w nieczyste postępki. Ludzie przypominający chińskie trzy mądre małpy; oczy, które uczyniły sztukę z niewidzenia, niesłyszące uszy i usta, które nie mówią.

W przeciwieństwie jednak do klasycznej beznadziei, charakterystycznej dla innych współczesnych kryminałów w nucie noir, w Związku Żydowskich Policjantów znajdziemy sporo barwnych postaci kontrastujących z tłem i nastrojem. Jest też i humor, który ożywia mroczne tło i iskrzy niczym brylanciki na czarnym suknie. Akcja na starcie bardzo powolna, stopniowo przyspiesza, w miarę jak śledztwo rusza z początkowego, martwego punktu, który zarazem miał być jego końcem. Jak się rozwinie, nie będę zdradzał, gdyż fabuła jest naprawdę oryginalna i żal byłoby zepsuć komuś przyjemność z lektury.

Na początku wspomniałem, iż nie wiem, dlaczego autor stworzył alternatywne tło historyczne dla swej historii. Skłamałem i zarazem nie skłamałem. Musiał je stworzyć, jeśli chciał zakończyć śledztwo prowadzone przez swego głównego bohatera w taki sposób, w jaki je zakończył. Musiał też tak postąpić, jeśli chciał pokazać to, co pokazał; Żydów przepędzanych z miejsca na miejsce po całym świecie i Stany jako dyktatora naszego świata, bez którego nic się nie może zdarzyć, który o wszystkim wie i który macza łapy w każdym większym spisku. Dla mnie jest to obraz całkowicie fałszywy i wciąż się zastanawiam, czy Chabon świadomie, czy też niechcący, zmontował to krzywe zwierciadło, w którym wykorzystał elementy ewidentnie fikcyjne, by mniej krytyczny odbiorca jako prawdziwe odebrał i przyswoił te, przemycone tu i ówdzie, zafałszowane elementy naszej autentycznej rzeczywistości.

Jestem daleki od antysemityzmu i spiskowych teorii dziejów. Uważam naród żydowski za jeden z najbardziej tragicznie doświadczonych w dziejach świata. Gdy jednak czytałem o tych biednych Żydach, którzy przegrali swą wojnę o Izrael i musieli szukać tymczasowego domu w Stanach, wtedy mi się od razu przypomniało, jak naprawdę wyglądała ich rzeczywista wojna o swe państwo. Nadają coraz to nowym ludziom tytuły Sprawiedliwego Wśród Narodów Świata niczym my uprawnienia kombatanckie, gdy tymczasem ich bojownicy zachowywali się podczas działań zmierzających do powstania państwa izraelskiego jak skrzyżowanie SS z Al-Kaidą, a winni popełnionego wówczas ludobójstwa i innych zbrodni nigdy nie zostali ukarani ani nawet napiętnowani. Końcowy wydźwięk powieści, którego jednak konsekwentnie nie zdradzę, stanowi dla znających historię powtórkę, czy też raczej wariację, na temat tego, co już było. Tylko tym razem bez winy Żydów, a przynajmniej z winą w głównej mierze przypisaną komu innemu, tak jakby się fikcją chciało ze świadomości historycznej świata wyprzeć nie tylko odpowiedzi, ale i pytania o to, jak wyglądały działania przyszłych Izraelczyków podczas tworzenia ich nowej ojczyzny.

Ufff... Ale się rozpisałem... Czemu? Z tego powodu, iż Związek wymyka się jednoznacznej ocenie. Styl jest świetny, fabuła ciekawa, akcja w tempie najlepszym z możliwych, czyli jak w lokomotywie; najpierw powoli jak żółw ociężale, a dalej każdy wie. Lektura jest prawdziwą ucztą, nie tylko dla miłośników tematyki kryminalnej czy sensacyjnej. Z drugiej strony jest to książka, którą trzeba czytać uważnie, krytycznie i najlepiej choć z podstawową wiedzą o prawdziwej historii powstania państwa Izrael. Inaczej fikcja może w pod- i świadomości zastąpić prawdę. Denerwująca jest też maniera wydawcy*, który moim zdaniem popełnił karygodną zbrodnię na czytelniku i w ogóle nie tłumaczył słów obcych, czyli żydowskich, od których w tekście aż się roi. Nawet jeśli by sam był Żydem, chyba nie uważa, iż każdy w Polsce jest znawcą ichniej grypsery, albo też będzie uskuteczniał lekturę z powieścią w jednej i słownikiem w drugiej ręce. Gdzie te czasy, gdy korzystano z przypisów tłumaczących, a w ostateczności dodawano słownik na końcu książki? O tempora, o mores!

Pomimo jednak karygodnego postępowania wydawcy, pomimo wszystkich tych krytycznych uwag, które wyżej zamieściłem, w końcowej ocenie muszę przyznać uczciwie, że dla mnie jej lektura była prawdziwą przyjemnością. Czyta się ją świetnie, wręcz wspaniale, a refleksje przychodzą dopiero później. I na tym zakończę pozostawiając Wam decyzję, czy sięgnąć po tą niepowtarzalną w pełnym znaczeniu tego słowa powieść i wiedząc, iż ilu będzie czytelników, tyle różnych wrażeń, zależnie od płaszczyzny odbioru, osobistych zapatrywań czytelnika, a może nawet i biometu przewidywanego na czas lektury. Jeszcze raz jednak podkreślam, że książka to wspaniała oraz podstępna zarazem i od czytelnika głównie zależeć będzie, jak ją odbierze


Wasz Andrew


* Wydawnictwo W.A.B.

wtorek, 6 marca 2012

Tożsamość, a wielokulturowość



Czym jest tożsamość człowieka? Jaki wpływ mają na nią nasze korzenie i kultura, z której wyrastamy? Czy tożsamość kulturowa jest wartością, którą powinniśmy pielęgnować, czy raczej, skoro różnice kulturowe mogą być powodem podziałów społecznych, lepiej pozbyć się jej na rzecz ujednoliconej, globalnej kultury?

Zwierzęta stadne mają swoją tożsamość*. Sprawdzają, czy osobnik posiada określony zespół cech niezbędnych do uznania za swego. Jeśli jakiejś brakuje, identyfikacja negatywna powoduje odrzucenie, które przybiera różne formy, od obojętności i porzucenia, aż do agresji i pozbawienia życia. Warto podkreślić, że taka cecha, niezbędna w procesie rozpoznawania, może zostać usunięta w trakcie życia osobnika, a ponieważ stado systematycznie dokonuje weryfikacji, odrzucenie może nastąpić w każdym momencie. Przeprowadzono wiele szokujących eksperymentów z różnymi gatunkami. Mając wiedzę o hierarchii cech używanych do identyfikacji można spowodować wyobcowanie zabierając zwierzęciu tylko jedną, ale za to kluczową zmienną identyfikacyjną. Może to być przykładowo zapach** lub kolor, zależnie od procedury rozróżniania u danego gatunku. Dla nas nic się nie zmieni, dalej będzie to to samo zwierzę, tylko przemalowane lub poperfumowane, ale dla stada nie będzie to już swój, tylko obcy. Wiedzą o tym nie tylko uczeni, ale choćby uważni posiadacze psów, którzy mogą zauważyć, iż psy potrafiące nawiązać przyjacielskie lub neutralne stosunki z pierwszy raz napotkanymi innymi osobnikami, nagle padają ofiarami agresji w podobnych sytuacjach, jeśli z powodu leków zmieniony zostanie ich zapach. Po ustaniu przyczyny sytuacja wraca do normy.

Człowiek jest zwierzęciem stadnym, więc i on zawsze miał swoich i obcych. Od zawsze dokonywał identyfikacji i podziału. Pierwotnie stadem była rodzina (ród) i plemię. Człowiek jest jednak istotą społeczną, a nawet ultraspołeczną, więc wymyślał sobie coraz to nowe stada, a proces ten trwa nadal. W przeciwieństwie do zwierząt, które mogą przynależeć tylko do z góry zdeterminowanych zbiorów (np. rodzina***, stado, gatunek), człowiek może należeć jednocześnie do nieskończenie wielu grup, z którymi się identyfikuje i z którymi jest identyfikowany. Można być członkiem jakiegoś narodu, wyznawcą jakiejś religii, obywatelem państwa, członkiem rodziny, rodu, kibicem lub kibolem, działaczem ruchu, przedstawicielem rasy. Warto zauważyć, że ludzie, analogicznie do innych zwierząt, do niektórych grup są przypisani od urodzenia i niezależnie od swej woli (państwo, naród, wyznanie, rodzina, ród), a do innych muszą sami przystąpić. Z tych drugich z reguły łatwiej, przynajmniej teoretycznie, się wypisać, natomiast w przypadku tych pierwszych najczęściej można co najwyżej zamienić jedną grupę na drugą (porzucając religię dla ateizmu też tak naprawdę tylko zmieniamy wyznanie, gdyż ateizm jest tak samo irracjonalny, jak każda inna wiara). Ciekawym jest też, iż jedne grupy dopuszczają dowolne połączenia z innymi na innych poziomach społecznych podziałów, a inne nie, z czego niejednokrotnie większość nie zdaje sobie sprawy, uważając iż wszędzie jest tak samo. Można być przykładowo Polakiem (obywatelem polskim) i jednocześnie Czechem (narodowości czeskiej) oraz muzułmaninem, ale nie można być Polakiem (obywatelem polskim) narodowości czeskiej i wyznania mojżeszowego. Bycie Żydem, w odróżnieniu od innych wyznań, zasadniczo oznacza jednocześnie przynależność do wiary i narodowości.

Dlaczego tak długi wstęp? Ano dlatego, iż większość ludzi odczuwa najpierw przynależność do jakiegoś narodu, do grupy wyznaniowej, do wielu innych grup, a dopiero potem do bycia człowiekiem. Nie różnią się od pozostałych zwierząt, które też przynależność gatunkową identyfikują jako mniej ważną niż przynależność do stada czy rodziny. A wielka to szkoda, gdyż większość grup, z którymi zawsze wiąże się jakaś kultura (nawet firmy wykształcają tzw. kulturę korporacyjną), związana jest również ze stereotypami, a te służą do tworzenia negatywnych podziałów i szerzenia nienawiści.

Poczucie tożsamości narodowej czy wyznaniowej aż nazbyt często jest wykorzystywane do dzielenia ludzi na lepszych i gorszych. Dobrze o tym wiemy, gdyż z jednej strony Polak w wielu krajach jest etykietką prawie równoznaczną z imigrantem; pijakiem, złodziejem i kombinatorem, nie całkiem bezpodstawnie zresztą, a z drugiej strony sami często używamy słowa Rumun i innych w podobnym znaczeniu, w celu poniżenia lub pejoratywnej oceny. Podobnie jest z wiarą, a nawet z kibicowaniem piłce nożnej (Legia pany, itd.). Na podstawie tych ostatnich można najłatwiej obserwować ciekawe zachowania, jak na przykład przypisywanie sobie pozytywnych cech kojarzonych z grupą, do której przynależność deklarujemy, ale zarazem odżegnywanie się od negatywnych cech przynależnych tej grupie. Zwróćcie uwagę na język komentatorów sportowych: wygrywamy my, a przegrywa nasze reprezantacja, konkretny klub, ale nie my. Zwróćmy uwagę, jak większość Polaków śmieje się z młodej kultury USA, gdy tymczasem to my czerpiemy garściami z ich dorobku, a o ruchu w drugą stronę ciężko mówić. Ruch mózgów i rąk do pracy to coś całkowicie odmiennego od ruchu osiągnięć cywilizacyjnych czy kulturalnych. Widać to choćby w języku. Ile w polskim jest słów pochodzenia angielskiego, niemieckiego czy francuskiego, a ile jest u nich naszego pochodzenia? Przykłady nagannych zachowań, których usprawiedliwieniem czy natchnieniem jest przekonanie o własnej odrębności i wyższości kulturowej można mnożyć i stopniować w nieskończoność, aż dojdziemy do czystek etnicznych i wojen.

Dlaczego więc ludzie tak kurczowo trzymają się tych podziałów, tworzą peany na ich cześć i gotowi są zabijać w ich obronie? Dlaczego się z nimi afiszują? Ano dlatego, iż większość ludzi niewiele odeszło od zwierząt, przynajmniej w tej dziedzinie. Potrzebują silnego poczucia przynależności do grupy i łatwej z nią identyfikacji. Duża część potrzebuje wręcz zatracenia się w takiej grupie, zaprzedania własnej indywidualności, chyba głównie z powodu jej braku. Dlatego tak łatwo o fanatyzm w każdej podobnej zbiorowości, od największych poczynając (wyznanie, rasa, państwo, naród), aż na najmniejszych kończąc (kibice i kibole zaściankowych klubów piłkarskich, ludzie, którzy żyją tylko dla rodziny, a rodzina jest ich całym światem, itd.).

Z drugiej strony należy podkreślić, co większości ludzi umyka, iż stereotypy i podziały nie muszą być w ogóle oparte na żadnych ważkich przesłankach. Można wywołać nienawiść równie wielką jak etniczna, rasowa czy religijna pomiędzy grupami osób, które nigdy się ze sobą nie spotkały, nie mają żadnych sprzecznych interesów, co wykazano w trakcie licznych eksperymentów. Tematyka fascynująca, tylko jaki procent społeczeństwa cokolwiek o niej słyszał? Gdyby ta wiedza była powszechniejsza, mniej byłoby chętnych, by pod hasłami "Bóg, Honor, Ojczyzna", "Jihad Legia" lub jakimkolwiek innym realizować cudze interesy zabijając lub samemu dając się zabić. 

Niedaleko w rzeczy samej odeszli od zwierząt ci, którzy aby czerpać z dobrodziejstw dorobku kulturalnego i innych osiągnięć danych grup, muszą do nich przynależeć. Muszą się z nimi identyfikować tak daleko, że zapominają niejednokrotnie o człowieczeństwie. Jeśli zaś nawet deklarują, iż o nim pamiętają, to w rzeczywistości nie potrafią wyjść poza stereotypy, uprzedzenia, zadawnione waśnie i historyczne zaszłości. Załamują mnie młodzi ludzie, którzy zamiast cieszyć się z najdłuższego okresu pokoju w historii naszej części Europy, pielęgnują urazy pokolenia, które już prawie wymarło. Gdyby ich zapytać, czy syn może ponosić karę za grzechy dziadka, pewnie powiedzą, iż oczywiście nie, ale swym postępowaniem dają wyraz czemuś dokładnie przeciwnemu.

Byłoby śmieszne, gdyby nie było żałosne i tragiczne, iż ci, którzy nawołują do patriotyzmów wszelkiego rodzaju, z reguły mniej wiedzą o swych korzeniach, nie mówiąc o innych kulturach, niż ci, którzy takich haseł na sztandarach nie mają. Wystarczy wspomnieć naszych polityków, którzy innych chcieli uczyć hymnu, sami nie znając jego słów.

Może tak jest, iż im szersza wiedza, im większa kultura, tym większy dystans do identyfikacji z daną grupą? Dawna arystokracja, wielcy kapitaliści, artyści, uczeni, nawet jeśli nie byli ponad takimi szaleństwami, to mieli z reguły do nich pewien dystans, co pozwalało im w pełni czerpać z dorobku nie tylko własnej kultury narodowej, ale i innych. I chyba tędy właśnie droga.

Symptomatyczne jest, iż bardzo często ci, którzy nawołują do obrony własnego dziedzictwa i narzekają na jego niszczenie przez innych, sami przodują w podobnym procederze. My Polacy i katolicy jesteśmy w tym chyba mistrzami.

Kiedy słyszę twierdzenia, iż należy pielęgnować nasze dziedzictwo i być z niego dumnym, to dziękuję Bogu, iż ja myślę inaczej. Pielęgnować owszem, ale nie tylko swoje, a każde. Aż mi wstyd słuchać o tym, jak źli sąsiedzi traktują ślady polskości na swoich terytoriach, gdy widzę nasze zachowania u siebie. W Polsce zaorane cmentarze żydowskie, niemieckie i radzieckie, gdy dla porównania nawet w Niemczech, więcej jest pomników ku pamięci poległych z faszystami Rosjan, niż u nas. Okazuje się, iż poza paroksyzmem hitleryzmu, nasi zachodni sąsiedzi wobec nas okazują się dużo bardziej tolerancyjni dla innych kultur i materialnych świadectw ich dorobku.

Dumnym można być z tego, co się samemu osiągnęło, a nie z tego, co stworzyli przodkowie. Jeśli chce się być ocenianym za osiągnięcia innych, to należy się również przyznawać do klęsk i wad. Kiedy słyszę, iż inni mogą nas oceniać po tym, jakie wartości mieli nasi przodkowie, to współczuję tym, którzy w to wierzą i tym, którzy tak ludzi oceniają.

Czuję się przede wszystkim człowiekiem, potem dopiero Europejczykiem, Polakiem, itd. Fascynuje mnie historia nasza i innych, nasza kultura i inne. Dzięki temu widzę nie tylko ich świetlane elementy. Gdyby inni mieli tak samo, gdyby priorytetem było człowieczeństwo, a dopiero potem wiara, narodowość i inne, gdyby poza pamięcią o dniach chwały każda grupa przechowywała również pamięć o dniach hańby, to pewnie nie byłoby tyle nienawiści, wojen i niesprawiedliwości. Łatwo odmówić komuś prawa do godnego życia, a nawet do życia w ogóle, jeśli nazwie się go jakoś; Żydem, masonem, nieudacznikiem, komuchem, kułakiem, kapitalistą... Łatwo, bo ja nim nie jestem. Jeśli nazwie się go przede wszystkim człowiekiem, to już nie jest tak łatwo myśleć o nim w sposób przedmiotowy.

Globalizacja. To kolejny straszak ludzi, którzy dla własnych interesów pogłębiają stare podziały i mnożą nowe. Z tego, co mówi historia, najwięcej kultur, narodów i państw upadło, przestało istnieć, w wyniku parcia swych konkurentów na tym samym poziomie identyfikacji (podziału). Państwa niszczyły inne państwa, narody inne narody, kultury inne kultury. Powstały nawet takiej pojęcia jak wojny religijne, konflikty etniczne.

Kultura globalna. A co to takiego? Czy coś takiego w ogóle istnieje? Przecież kultura globalna, jeśli w ogóle istnieje, to jest made in USA & UE. Nie jest przecież chińska ani indyjska, choć te narody (państwa) mają największe populacje. To oni najbardziej nad tym powinni dyskutować, a nie my, bo przecież ta globalna kultura, jeśli naprawdę istnieje, to jest naszej właśnie produkcji.

Jako ciekawostkę warto przytoczyć fakt, że ciężko o produkty naprawdę globalne, nie tylko duchowe, lecz i materialne. Nawet Coca-Cola ma inny smak w Europie, a inny w Stanach, o innych regionach nie wspominając. Jest więc globalną marką, ale nie do końca globalnym produktem. O co więc tak naprawdę chodzi? Czy ktoś zmusza nas do oglądania MTV? Przecież możemy przełączyć się na inną stację albo sięgnąć po radio i włączyć Radio Maryja. Możemy iść na spotkanie Światków Jehowy albo na wiec przeciw ACTA. I chyba właśnie tego boją się ci, którzy chcą być władcami umysłów i dusz. Boją się, iż za mało ludzi wybierze to, co daje im władzę nad innymi, bogactwo i życie ponad prawem. Dlatego nawołują do zasklepienia się w tym lub tamtym niczym żółw w skorupie.

A osobiście? Osobiście bardzo czarno widzę przyszłość. Nie na lata, ale w dłuższym przedziale czasowym. Mam obawy, iż potencjalne dobrodziejstwa globalizacji nie zostaną wykorzystane, również w dziedzinie tożsamości ludzkiej. Mankamenty zaś, jak zawsze, same się zrealizują. Widać to choćby po dyskusjach na temat tożsamości. I co ciekawe, niewiele ma tu do powiedzenia poziom wykształcenia czy obycia w świecie.

Tożsamość oparta na tradycji narodowej, religijnej, czy innej, powinna być przyprawą do dania, którym jest bycie człowiekiem. Człowiekiem myślącym, ciekawym wszystkiego i wobec wszystkiego zarazem krytycznym. Taki model człowieczeństwa jest mi najbliższy. Niestety, zbyt wielu ludzi pamięta o przyprawie, a zapomina o głównym składniku. Nie dziwi mnie to, gdyż tak niewielu jest prawdziwie głodnych informacji i na tyle tolerancyjnych, by być ją gotowym przyjąć niezależnie od tego, czy jest oczekiwana, czy nie. Wielokrotnie przytacza się przykłady różnych faux pas, jakie wciąż zdarzają się na styku różnych kultur. Mówi się o niemożności zrozumienia jednych przez drugich. Dla mnie są to tylko dowody na zamknięcie większości umysłów w każdym społeczeństwie. W każdym znajdą się na szczęście i tacy, którzy bez żadnego tłumaczenia są w stanie zrozumieć, iż ktoś może być inny i wykazać się tolerancją wobec popełnianych wzajemnie niezręczności. Tolerancją wobec innych, a nie „tolerancją” wobec takich samych jak my.

Tak patrzę na to, co piszę, i widzę, iż nieskładne to jakieś i przydługie. Chyba temat taki. Bardziej się nadaje na filozoficzną dyskusję przy kawie lub piwku, niż na jedną wypowiedź, w której nie da się zawrzeć wszystkiego. Zwłaszcza o sprawie, która tak wiele ma odcieni, powiązań z innymi tematami, tak wiele różnych aspektów. Tylko kto teraz ma czas na takie rzeczy?


Wasz Andrew


* W naukach ścisłych tożsamość to, najkrócej rzecz ujmując identyczność. W naukach społecznych jest tak samo, co przewrotnie znaczy coś pozornie odwrotnego. Tożsamością człowieka określmy zespół tych wszystkich jego cech, które pozwalają go zidentyfikować, wyróżnić spośród wszystkich innych przedstawicieli naszego gatunku. Wybierając niektóre z tych cech jako kryterium wyszukiwania jednostek w społeczeństwie, otrzymujemy zbiór osobników połączonych posiadaniem wspomnianych cech. Jeśli cechy te są znane ludziom należących do takiego zbioru i mają oni świadomość przynależności, mówimy o tożsamości w odniesieniu do społeczności, grup społecznych, etc.
** Z tego powodu nie wolno brać w ręce młodych dzikich zwierząt, zwłaszcza jeśli nie mamy dogłębnej wiedzy o nich i procesach identyfikacji w ich gatunku.
*** w sensie rodzice i młode

tekst napisany na konkurs w serwisie LubimyCzytać.pl

poniedziałek, 5 marca 2012

Młodzieńcze marzenia




Jeśli naprawę czegoś pragniesz, możesz to osiągnąć. To jeden z najbardziej wyświechtanych sloganów. Totalnie prawdziwy i fałszywy jednocześnie. Wykorzystywany w nieskończonej liczbie wariantów, by namówić ludzi do robienia tego, czego ktoś od nich oczekuje i jednocześnie wykorzystywany przez wielu, aby wyrwać się z okowów narzucanych przez społeczeństwo i los. Wszystko zależy. Zależy od tego czego pragniesz.


Większość ludzi (w naszej kulturze) pragnie pieniędzy, bogactwa, a przynajmniej tak im się wydaje. Niezliczone przypadki, jak choćby dzieje wielu, którzy zgarnęli milionowe wygrane, pokazuje, iż pieniądze szczęścia nie dają, iż ludzie tak naprawdę sami nie wiedzą, czego chcą, skoro nie są szczęśliwi po osiągnięciu celu. Nieco inaczej ma się sytuacja tych, którzy chcą pieniędzy jako środka do realizacji jakiegoś innego celu lub zdobywanie pieniędzy uznali za swój styl życia, tak jak inni uznali choćby grę w szachy. Oni czasami mogą liczyć na osiągnięcie szczęścia, jeśli od początku znają cenę, jaką zapłacą, i się na to godzą. Szkoda, że w polskiej literaturze brak tej tematyki i dlatego propaguję prozę Jeffreya Archera, który nie raz przeszedł drogę od zera do milionera, który wie jaką cenę trzeba zapłacić na tej drodze, niezależnie od obranej metody, i który potrafi to opisać.

Na szczęście nie wszyscy pragną pieniędzy. Są tacy, którzy pragną władzy, i ci niewiele się od poprzednich różnią, ale są i tacy, którzy pragną szczęśliwej rodziny, wykształcenia, wiedzy czy świętego spokoju. Są maniacy szachów i sportów motorowodnych, dla których życie bez tego nie istnieje. Jedni mają szansę zaspokoić swe pragnienia, inni skazani są na porażkę. Wszystko zależy.

Sukces. Jedni odnoszą sukces w oczach innych, a inni w swoich własnych. Jedni się cieszą i są szczęśliwi, gdy inni im zazdroszczą, a inni, gdy sami dla siebie czują się szczęśliwi. Najważniejsze to znać siebie i wiedzieć, gdzie jest twoje szczęście. To podstawa.

Druga gwarancja sukcesu to umiejętność oceny szans, by nie próbować skakać przez zbyt wysokie mury, a potem konsekwencja i odwaga, by rzucić serce za przeszkodę, którą już zdecydowaliśmy się pokonać.

Jeśli mamy te wszystkie atuty, to faktycznie nic nie jest dla nas niemożliwe. Trzeba jednak mieć świadomość, że cena może być niesamowita i nie każdy potrafi ją zapłacić. Przychodzą mi od razu dwa oparte na faktach filmy pokazujące drogę od zera do... Do milionera – W pogoni za szczęściem i do wiedzy oraz wykształcenia - Ze slumsów na Harvard.

Do szczęścia i sukcesu jest jeszcze inna droga, choć ta wymaga elastyczności pragnień. Idealnie charakteryzuje ją opowieść przedstawiona w filmie Cast Away - poza światem i cytat z niego: "Nigdy nie wiadomo, co przyniesie przypływ". Ludzie, którzy nie zakładają z góry wszystkiego, którzy nie planują od razu całego swego życia, tylko próbują maksymalnie wykorzystać to, co oferuje los, by żyć zgodnie z samym sobą, mają być może łatwiej, zwłaszcza jeśli wobec napotkania przeciwnych wiatrów zmuszeni są lawirować.

Życzę więc wszystkim wystarczającej samoświadomości, by wiedzieli, co uczyni ich szczęśliwymi i wybrania drogi, która pozwoli im spełnić marzenia


Wasz Andrew

tekst popełniony na konkurs ogłoszony przez serwis LubimyCzytać.pl