Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.

niedziela, 3 października 2010

Kryzys w Polsce



Ulica biedoty w Królewskiej Hucie. Lata 30-e.


Nie popieram wykorzystywania cudzych tekstów, nawet jeśli się nie narusza praw autorskich. Jak się nie ma nic do powiedzenia, to lepiej siedzieć cicho. Niedawno trafiłem jednak na tekst wyjątkowy. Gdybym miał pewność, iż nie zniknie on z sieci, dałbym sobie spokój. Zauważyłem jednak, iż większość serwisów co pewien czas czyści swe serwery i z usuwa stare felietony. Ponieważ artykuł, o którym mowa, jest bardzo ważny i nie straci niczego ze swej aktualności nawet za lat dziesięć czy dwadzieścia, więc przytoczę go w całości.

Rzecz jest o kryzysie w Polsce w latach międzywojennych. Część z nas nie wie o nim niczego. Inni, bardziej oczytani mają jakie takie pojęcie o temacie, jednak w ujęciu międzynarodowo-państwowym. Bardzo niewielu wie, jak wyglądał kryzys dla przedwojennej polskiej rodziny. Nieliczne informacje na jakie zwykle się trafia, jeśli już to dotyczą mieszkańców dużych miast. Problem w tym, iż przed wojną większość Polaków mieszkała na wsi lub w małych miasteczkach, a o tym jak tam wyglądało życie w kryzysie nie pamięta prawie nikt.

Artykuł, który zaraz przytoczę, jest wart zachowania w pamięci, gdyż echa tamtych lat wpływają na naszą Polską rzeczywistość aż do dzisiaj, choć nie zdajemy sobie z tego sprawy. Nieraz zastanawiamy się nad tym, dlaczego Polska w tak wielu aspektach negatywnie odstaje od innych krajów Europy. Nie podejrzewamy, iż u podłoża wielu naszych patologii stoi między innymi spuścizna tamtych lat. Choć oczywiście nie tylko to.

A teraz zapraszam do lektury:

Krach w Polsce, lud w sławojce


Włodzimierz Kalicki


Kryzys. Kobiety trują się esencją octową. Samobójcy skaczą z mostów. Bezrobocie sięga nawet i 50 procent. A rząd? Podnosi cła i nakazuje chłopom budować sanitariaty.

Rozmowa z prof. Jerzym Tomaszewskim

Dlaczego kryzys zawsze zjawia się nieoczekiwanie?

- Bo za każdym razem inna jest jego natura i inne zjawiska go zapowiadają. Trudno rozpoznać te symptomy. Zapowiedzi krachu pojawiają się z reguły bardzo wcześnie, tylko nikt nie potrafi ich właściwie zinterpretować. Wielki kryzys międzywojenny formalnie wybuchł w Polsce pod koniec 1929 roku. Tymczasem już rok wcześniej pojawiły się zaburzenia, które były zwiastunem ciężkich czasów.

W branży odzieżowej handel lwią część obrotów uzyskiwał wtedy na Gwiazdkę i na Wielkanoc. Tymczasem w Polsce sprzedaż tekstyliów na wsi w okolicach końca 1928 roku zupełnie się załamała. Nikt się tym nie przejął, tłumaczono to silnymi śniegami i mrozami, które ograniczyły ruchliwość drobnych hurtowników i detalistów. A trzeba pamiętać, że w województwach wschodnich znaczna część drobnych handlarzy odzieżą wędrowała od wsi do wsi pieszo.

Odbicia sprzedaży oczekiwano na Wielkanoc 1929 roku, ale wieś nadal nie kupowała. I znów nikt się nie przejął, bo zima trzymała dłużej, na drogach leżał śnieg, łapał mróz. Znów wytłumaczono sobie, że kupcy towaru nie dowieźli, a klienci zniechęcili się fatalną pogodą. Ale potem przyszło lato, handlarze przemierzali wioski, a gospodarze nadal nie kupowali. Parę miesięcy później kryzys uderzył z całą siłą.

Co oznaczała ta niechęć chłopów do kupowania nowej odzieży?

- Gospodarze wyczuli, że ze wsi znika gotówka, że coraz trudniej o pieniądz. I przestali go wydawać. To był wyraźny sygnał, że w gospodarce dzieje się źle. Ale nikt tego tak nie postrzegał. W innych krajach Europy Środkowo-Wschodniej, na przykład w Czechosłowacji, kryzys na dobrą sprawę też zaczął się rok wcześniej, niż wówczas sądzono. I też nikt tamtejszych symptomów załamania nie rozpoznał.

Przewidywanie kryzysu jest trudną sztuką także dlatego, że w gospodarce nieustannie pojawiają się drobne fluktuacje, mikrozałamania, korekty koniunktury. Rynek sam je likwiduje, znikają bez śladu. Odróżnienie takich lokalnych korekt od początków krachu jest tym trudniejsze, że kryzys w znacznej mierze jest zjawiskiem psychologicznym. Kryzys to stan umysłów - ludzie boją się, więc zaczynają zachowywać się, jakby zaraz miało nadejść najgorsze - i także dzięki temu najgorsze nadchodzi. Trafne przewidywanie terminu kryzysu i jego rozmiarów wymaga zatem także umiejętności prognozowania przyszłych zachowań zbiorowości.

Jest coś, co się w kryzysach nie zmienia: ludzka bieda, głód, upokorzenie, rozpacz.

- Obywatele Rzeczypospolitej doświadczyli tego na ogromną skalę w czasie wielkiego kryzysu lat 30. Najdotkliwsze było wówczas bezrobocie. Wedle oficjalnych danych w najgorszym okresie kryzysu sięgnęło ono 700 tys. zdolnych do pracy. Na wschodzie kraju bezrobocie przekraczało 50 proc.

Przy tym oficjalne dane były poważnie zaniżone. Rejestrowano tylko poszukujących pracy, otrzymujących zasiłki. Tymczasem każda rejestracja jest niedokładna, m.in. dlatego, że bezrobotny, który przez dłuższy czas nie znajduje pracy, w pewnym momencie rezygnuje z rejestrowania się.

Ale nie tylko rezygnacja z rejestrowania się bezrobotnych prowadziła do urzędowego zaniżania rzeczywistej stopy bezrobocia.

W 1932 roku u starosty łańcuckiego odbyła się narada w sprawach bezrobocia. Byli na niej przedstawiciele największych pracodawców, przede wszystkim z dóbr Potockich. Wicestarosta zagaił ją tak: "U nas w powiecie problemu bezrobocia nie ma, ponieważ nie ma przemysłu, natomiast bardzo wielu rzemieślników w ogóle nie ma zarobku".

Tu był pies pogrzebany: rzemieślnik formalnie nie był bezrobotny, bo sam się zatrudniał, a że od miesięcy w ogóle nie pracował, bo nie było żadnych zamówień, to już w statystyce pokazywane nie było.

Tymczasem w przedwojennej Polsce z rzemiosła utrzymywały się, czy raczej usiłowały się utrzymać, licząc z rodzinami rzemieślników - setki tysięcy osób.

W istocie więc sytuacja była o wiele gorsza, niż pokazywały oficjalne statystyki.

Na fotografiach z lat 30. widziałem mężczyzn spacerujących po ulicach Warszawy z przyczepionymi do pleców marynarki kartkami: "Przyjmę każdą pracę".

- Praca była wielkim dobrem, nawet praca opłacana podle, poniżej minimalnych kosztów utrzymania zatrudnionego. Każdy grosz pomagał przetrwać.

W kogo wielki kryzys uderzył najsilniej?

- Prócz bezrobotnych i rzemieślników najbardziej poszkodowani byli robotnicy. Ich płace zależały od faktycznie przepracowanego czasu, a liczba zamówień dla przemysłu, a tym samym czas pracy zakładów przemysłowych, spadała. Robotników niezbyt wtedy chroniły negocjacje i umowy płacowe związków zawodowych z przemysłowcami, gdyż w czasie kryzysu siła przetargowa związków słabła.

Poszkodowani byli też przedsiębiorcy, i ci drobni, i wielcy. Firmy odcięte od kredytu, ze zmniejszającym się portfelem zamówień, tonęły w długach, plajtowały. Ich właściciele i udziałowcy tracili nieraz dorobek całego życia.

Osobliwa sytuacja wytworzyła się na wsi. O ile kryzys w przemyśle przejawiał się spadkiem produkcji, w rolnictwie wystąpił spadek cen, przy minimalnym wzroście produkcji zbóż. Spadek był drastyczny - cena zbóż, ziemniaków, wieprzowiny spadła o 66 proc., mleko i wołowina staniały niewiele mniej. W domach bogatszych gospodarzy głodu nie było - katastrofa zaczynała się, gdy przychodziło do płacenia podatków czy do tak banalnych zakupów za gotówkę jak zapałki czy sól. Wskutek spadku cen na produkty rolne na wsi rozpaczliwie brakowało pieniądza.

W czasie kryzysu na Wileńszczyźnie przeprowadzono badania ankietowe, ile gotówki było w gospodarstwie chłopskim pewnego konkretnego dnia. Często było to zaledwie 20 groszy - w Warszawie równowartość najwyżej czterech bułek.

Kryzys i brak gotówki na wsi spowodował też pojawienie się drastycznej różnicy w rzeczywistej wartości pieniądza na wsi i w dużym mieście. W Warszawie praktykant w banku zarabiał około 50 zł.

Mógł się za to utrzymać?

- Z najwyższym trudem, mocno nie dojadając. Tymczasem na wsi, w województwach wschodnich, 50 zł było dla chłopa ogromnym, niewyobrażalnym wręcz majątkiem.

Dlatego też, choć wieś produkowała mnóstwo żywności, w chłopskich domostwach często gościł głód. Wszystko, co tylko nadawało się do sprzedania, nawet dosłownie za grosze, niesiono na targ, a gdy tylko było to możliwe - prosto do miasta. Z chłopskich stołów znikło zupełnie mięso, masło, smalec, a zwłaszcza jajka, najmocniejsza waluta wsi.

Chłopi, żeby oszczędzić mąkę żytnią, piekli chleb z dodatkiem ziemniaków i łubinu.

Badacz polskiej wsi Jerzy Michałowski pisał w 1935 roku: "Cukier na wsi nie istnieje. Większość dzieci w powiecie rzeszowskim nie widziała go nawet nigdy, chyba że w formie cukierków na odpustach. Sól używa się obecnie szarą, nieraz nawet czerwoną bydlęcą; na wiosnę w okresie przednówka z braku gotówki nawet na te najgorsze gatunki stosuje się kilkakrotne gotowanie ziemniaków w tej samej osolonej wodzie".

Gdy brakło pieniędzy na zakup nafty, chłopi oświetlali chałupy łuczywami. Kryzys oznaczał dla wsi zapaść cywilizacyjną, w skrajnych przypadkach cofnięcie się o stulecie.

A jak radziło sobie ziemiaństwo?

- We dworach stoły uginały się od jedzenia jak za dobrych czasów - w końcu żywność pochodziła z własnego, wielkiego gospodarstwa. Ale sytuacja z gotówką była równie trudna jak w chłopskich domach. Gdy przychodził czas płacenia podatków, ziemianie nierzadko musieli wyprzedawać się z ruchomości i brali pożyczki. Efektem kryzysu było znaczne zadłużenie majątków ziemskich.

Czy ktoś na kryzysie zyskał?

- Jak zawsze w trudnych czasach świetnie miewali się spekulanci - ludzie dysponujący sporym kapitałem, zaradni, pomysłowi. Zarabiali oni na odsetkach od pożyczek, nieraz zabójczych dla pożyczkobiorców, i na różnicach cen.

Była jednak jeszcze jedna grupa, która paradoksalnie na kryzysie zyskała. To pracownicy państwowi i sfery publicznej, którzy mieli stałe, gwarantowane płace. Doświadczyłem tego na własnej skórze, gdyż mój ojciec był powiatowym inspektorem Powszechnego Zakładu Ubezpieczeń Wzajemnych - najpierw w Radomsku, potem w Przasnyszu i w końcu w Mińsku Mazowieckim - i z racji swej posady należał do powiatowej elity towarzyskiej, a i finansowo w naszym domu było całkiem nieźle. Z tym że trzeba mieć świadomość, co w latach kryzysu znaczyło, że komuś się nieźle powodzi. W tamtych latach zamęczałem rodziców o dziecięcy rowerek. I oni chcieli mi używany rower kupić, ale do wybuchu wojny nie wystarczyło pieniędzy.

Jak Polacy radzili sobie w ciężkich czasach?

- Każdy chciał się jakoś ratować. Skala tego, co dziś nazywamy szarą strefą, była ogromna. Bardzo rozwinął się handel obnośny, którego dziś prawie nie ma, ostały się tylko jego relikty na bazarach. Praktycznie na każdym rogu stał sprzedawca z koszem bułek, często z nielegalnego wypieku.

Nadzwyczaj popularny w latach kryzysu był tak zwany handełes, drobny żydowski handlarz sprzedający i kupujący wszystko, czym dało się handlować. Najubożsi żydowscy domokrążcy skupowali za grosze stare ubrania i szmaty.

W centrum i na wschodzie kraju na wsiach pełno było wędrownych kupców i rzemieślników. Dla pejzażu wiejskiego klasyczną figurą stał się żydowski krawiec wędrowny, który zatrzymywał się u chłopów, by za nocleg i wyżywienie dokonać napraw chłopskiego przyodziewku. Prócz krawców po wsiach krążyli wędrowni szewcy, znachorzy, kołodzieje, druciarze.

Druciarze?

- Spece od drutowania starych, rozlatujących się garnków. To był kiedyś bardzo popularny fach. Pola Negri była córką słowackiego druciarza.

Charakterystycznym zjawiskiem dla lat kryzysu były nieprzebrane rzesze małych pośredników. Czytałem opowiadanie Abrahama Rajzena, bodaj nieprzetłumaczone na polski. To świetny obraz doli małomiasteczkowego handlarza, który najpierw musi pożyczyć parę złotych od miejscowego lichwiarza, potem, skoro świt, idzie kilka kilometrów przed miasto, by łapać tam idących z towarem chłopów. Cała sztuka polega na tym, że chłopi nie znają jeszcze aktualnych cen na jarmarku, i handlarz stara się kupić od nich żywność nieco taniej, by potem sprzedać na targu, oddać procenty lichwiarzowi i utrzymać rodzinę.

Ale z drugiej strony zbiedniali producenci i konsumenci robili wszystko, by pośredników uniknąć. Pamiętam, jak do naszego domu przychodziła ze wsi kobieta z jajkami. Po domach krążyły też kobiety z serem, kobiety z mlekiem. W Warszawie na Marymoncie były słynne krowiarnie, dokąd gospodynie chodziły po najtańsze mleko prosto od krowy.

Dla chłopów ratunkiem była spółdzielczość - pod warunkiem że znalazł się dobry organizator. W latach kryzysu miał miejsce rozwój spółdzielczości. Ale spółdzielczość pomagała chłopom kosztem interesów drobnych handlarzy i sklepikarzy.

Pamiętniki bezrobotnych i chłopów z lat kryzysu pokazują ludzi w trudnej, wręcz rozpaczliwej sytuacji, ale niepoddających się, twardo walczących o przetrwanie.

- Trzeba jednak podchodzić do nich, jak do każdego źródła historycznego, krytycznie. Jeden z tych pamiętników, który zresztą w latach 30. otrzymał nagrodę, bodaj 50 zł, wznowiono po wojnie, w PRL-u, w reedycji pamiętników bezrobotnych. Wydawcom udało się dotrzeć do autora. W trakcie rozmowy nieoczekiwanie przyznał się on, że pamiętnik był fikcją. W czasie kryzysu od dłuższego czasu był bez pracy, głodował i przymuszony potrafił wymyślić tak dramatyczną sytuację, że jego fikcyjny pamiętnik dostał nagrodę.

Powodzenie konkursów na pamiętniki czasów kryzysu nie brało się z przemożnej chęci przegranych opowiedzenia o swym losie, lecz z szansy zdobycia nagrody. Skromnej, ale w gotówce.

O tych zaradnych wiemy więcej, bo pozostawili po sobie ślad w pamiętnikach, we wspomnieniach innych ludzi.

Na Żoliborzu, w pobliżu dzisiejszej galerii handlowej Arkadia, za torami kolejowymi, w latach kryzysu wybudowano prymitywne baraki dla bezdomnych, wyrzuconych z mieszkań. Prasa z tamtych lat pełna jest notatek o samobójcach skaczących z mostów do Wisły czy kobietach w beznadziejnej sytuacji życiowej, które truły się esencją octową.

Przegrywający byli zostawieni samym sobie?

- Tak powiedzieć nie można. Państwo, samorządy starały się dożywiać głodujących, zapewnić jakiś dach nad głową, przede wszystkim rodzinom z małymi dziećmi. Stałym elementem miejskiego pejzażu były w tamtych latach długie kolejki przed garkuchniami wydającymi darmową zupę. Najbardziej ceniona była pożywna tzw. zupa rumfordzka, od imienia jej angielskiego wynalazcy, który skomponował ją tak, by zapewniła ona przetrwanie bezrobotnym pozbawionym innego pożywienia. Jeszcze do niedawna rozmaite warianty tej zupy serwowane były w stołówkach, ale nikt już nie pamiętał, jakie były jej początki.

Bardzo silne poczucie odpowiedzialności za tych, co spadli na dno, było wśród lewicowej inteligencji. Pamiętam, że moja matka aktywnie działała w Kropli Mleka, organizacji społecznej starającej się zapewnić najuboższym dzieciom choć jedną szklankę mleka dziennie.

W czasach kryzysu przychodziła do naszego domu żona bezrobotnego, by nam zrobić pranie. Przychodziła z córeczką, z którą bawiłem się cały dzień, bo wtedy pranie to była operacja trwająca wiele godzin. W czasach kryzysu utarło się, że kobiety robiące pranie prócz wynagrodzenia dostawały obiad. Obiad dostawały także dzieci, z którymi przyszły. To był taki popularny gest pod adresem ludzi głodnych, bez stałego zatrudnienia.

Mówiąc o pomocy, trzeba jednak stale pamiętać, że organizacji pozarządowych, charytatywnych było przed wojną nieporównanie mniej niż dzisiaj i pomoc mogły świadczyć nielicznym.

Jak z kryzysem walczyło państwo?

- Zaczęło od prób prowadzenia protekcjonistycznej polityki celnej. Niektóre towary wręcz obłożono administracyjnym zakazem przywozu. Następnym krokiem było szybkie wprowadzenie ograniczenia swobodnych rozliczeń dewizowych. Odtąd przedsiębiorca musiał uzyskać urzędowy przydział dewiz na opłacenie importu. Wszystkie rozrachunki importowe i eksportowe musiały iść przez specjalnie do tego celu powołaną instytucję rozliczeniową. Za tym krokiem poszły dalsze restrykcje: zakaz wywozu pieniędzy za granicę bez zezwolenia, wprowadzenie bardzo wysokich opłat za paszporty, by zniechęcić do podróży zagranicznych i wydawania cennych dewiz.

O hojnym wspomaganiu publicznym groszem upadających firm prywatnych, jak to dzieje się dzisiaj po obu stronach Atlantyku, nie było mowy.

- To było wręcz nie do pomyślenia. Przeciwnie, państwo bezwzględnie zaostrzyło politykę fiskalną. Nowych form opodatkowania raczej nie wprowadzano, ale podatki ściągano z całą surowością, nie bacząc na kondycję finansową podatnika.

Bardzo energicznie zabrano się też do walki z przemytem. Fascynująca jest w tej mierze lektura nieznanych tekstów Wańkowicza. Był on w latach kryzysu szefem komisji propagandy konsumpcji cukru, która także zajmowała się zwalczaniem przemytu do Polski sacharyny. Pierwsze sprawozdanie tej komisji znajduje się w bibliotece Szkoły Głównej Handlowej, kolejne - w Archiwum Akt Nowych. To jest doprawdy literatura sensacyjna. Jej obszerne fragmenty wyszły spod pióra Wańkowicza: o technice przemytu, o jego rozmiarach, o funkcjonowaniu firm rozprowadzających na rynku nielegalną sacharynę, wreszcie o technikach wykrywania nielegalnych fabryczek pastylek sacharynowych. W skład pastylki prócz sacharyny wchodziły jeszcze jakieś wypełniacze, więc nie opłacało się przemycać gotowych pastylek, lecz sacharynę czystą, sproszkowaną. Dopiero w kraju z proszku produkowano pastylki. Jedna z większych wpadek nielegalnych fabryk sacharyny miała miejsce w Wilnie.

Inną drogą zwiększania przychodów państwa było drenowanie kieszeni obywateli poprzez państwowe monopole: zapałczany, spirytusowy, solny.

Państwo generalnie nie mieszało się do sektora prywatnego gospodarki. Nacjonalizacja była niewyobrażalna z powodów prawnych. Był jednak pewien istotny wyjątek - wielka własność niemiecka na Górnym Śląsku. Tam administracja państwowa prowadziła skoordynowaną akcję przejmowania niemieckiego przemysłu. Wielki kryzys zadanie to ułatwił. Skrupulatnie wyszukiwano niezapłacone podatki, tropiono opóźnienia w płatnościach wszelkich należności publicznych i nadużycia finansowe w firmach, w których większość miał kapitał niemiecki. Każdy powód był dobry dla ich upaństwowienia.

Dlaczego rząd nie próbował uruchomić wielkich programów robót publicznych, jak budowa autostrad w Niemczech?

- W Europie Środkowej brakowało środków finansowych na takie programy. Polski rząd uważnie śledził skuteczność wielkich robót w zwalczaniu kryzysu. Badałem kiedyś raporty konsulów RP w Niemczech. Początkowo, w 1933 roku, donosili, że spadek bezrobocia wskutek hitlerowskiego programu robót publicznych jest tylko statystyczną fikcją na użytek propagandy. Z czasem jednak polscy dyplomaci zaczęli potwierdzać wchodzenie niemieckiej gospodarki na wyższe obroty wskutek militarnej mobilizacji społeczeństwa, rozbudowy autostrad i przemysłu zbrojeniowego. W 1936 roku informowali już, że w niemieckiej gospodarce zaczyna brakować fachowców.

Ta droga pobudzania koniunktury była dla Polski zamknięta.

Budowy takie jak Gdynia, Centralny Okręg Przemysłowy nie mogły stać się kołem zamachowym gospodarki?

- Gdynia, której budowę z przyczyn politycznych przyspieszono znacznie już w roku 1926, to tylko pojedyncze przedsięwzięcie.

Budowa Centralnego Okręgu Przemysłowego, która została rozpoczęta bardzo późno, miała znaczenie gospodarcze raczej w skali regionalnej niż całego kraju. Czteroletni plan inwestycyjny Eugeniusza Kwiatkowskiego został opracowany dopiero w 1935 roku.

Polska była za biedna, żeby skutecznie przyspieszyć wychodzenie z kryzysu. A zagraniczny kapitał prywatny omijał Europę Środkową szerokim łukiem, uważając ją za obszar wysokiego ryzyka inwestycyjnego. Słusznie zresztą, jak się wkrótce miało okazać.

Polskim wkładem w łagodzenie skutków kryzysu miał być koncept płacenia podatków w naturze. W prasie pojawiły się rysunki przedstawiające wydekoltowane damy lekkich obyczajów, które oświadczają, że czekają na pana ministra finansów, by zapłacić mu podatek w naturze.

- To nie była głupia koncepcja, lecz próba uruchomienia programu robót publicznych w warunkach braku pieniędzy. Nie chodziło o to, aby chłopi płacili podatki koszami jaj i pękami marchwi, piekarze - świeżym, czy raczej jednak czerstwym, pieczywem, żołnierze - niewystrzelanymi na poligonie nabojami, a panie lekkich obyczajów - swoimi wdziękami. Podatek miał być płacony przez obywateli w naturze, czyli w formie robocizny. To umożliwiłoby na początek choćby naprawę znajdujących się w fatalnym stanie dróg. Ale ponieważ koncepcję tę wysunął któryś z Potockich, to chłopi zaczęli się awanturować, że próbuje się w Polsce przywrócić pańszczyznę. Wybuchł skandal i wszystko, z polskimi drogami na czele, zostało po staremu.

Jakie były polityczne skutki kryzysu?

- W II Rzeczypospolitej opozycja wszelkiej orientacji próbowała politycznie wygrać kryzys, ale nie odniosła istotnych sukcesów. Odpowiedzią obozu rządowego na społeczne frustracje i niepokoje nie były ustępstwa, lecz przykręcenie śruby. To były przecież rządy autorytarne, przeciwników zwalczano wszelkimi metodami, prawnymi i pozaprawnymi. Gdy pojawiało się prawdziwe zagrożenie polityczne, na przykład masowe strajki chłopskie, policja strzelała ostrą amunicją jak na wojnie.

Tam, gdzie sytuacja ludności była najcięższa, na wsi i w małych miasteczkach, policjant był władzą absolutną. Dwa lata temu prof. Śleszyński z uniwersytetu w Białymstoku opublikował ciekawe dokumenty międzywojennej policji państwowej z archiwów białoruskich. Była tam m.in. relacja inspektora policji z Warszawy, który przyjechał skontrolować sytuację w Brześciu po pogromie. Inspektor ten donosił do Warszawy, że w budynku komendy policji spotkał funkcjonariusza, który prowadził jakiegoś Żyda na smyczy, jak psa.

Tadeusz Szturm de Sztrem, który zawsze to, co widział, relacjonował sumiennie, w najdrobniejszych nawet szczegółach, opowiadał o swym pobycie w malutkim miasteczku na Kresach, w którym policjant zakazywał Ukraińcom chodzenia po, nielicznych po prawdzie, chodnikach.

Na głębokiej prowincji policjant mógł wszystko, mógł bezkarnie pobić, mógł nawet strzelić. Świadomość tego paraliżowała ludzi zastraszonych, niepiśmiennych. Ten strach i niewiara w możliwość zmiany stabilizowały sytuację polityczną.

Czy kryzys spowodował radykalizację społeczeństwa?

- Byłbym ostrożny w stawianiu takiej tezy. W przeszłości z powodów politycznych lekką ręką rzucane były oskarżenia, że w czasie kryzysu spora część społeczeństwa uległa komunizacji, lub - przeciwnie - nieledwie faszyzacji. Wydaje się jednak, że większość Polaków była pochłonięta walką o przeżycie i skrajnie zmęczona trudami codzienności; na rzeczywiste, aktywne zaangażowanie polityczne nie miała siły ani czasu.

Oczywiście nędza i brak perspektyw powodowały złość i agresję. Na komunistyczne wiece przychodziły tłumy, ale przecież tylko niewielka część ich uczestników akceptowała komunistyczne pryncypia i głosowała w wyborach na kandydatów popieranych przez komunistów. Chodziło raczej o protest, o danie ujścia swej frustracji i bezsilności. Ludziom w kryzysie bardzo odpowiadała gwałtowna retoryka komunistów.

Nie tylko zresztą ich. Na skrajnej prawicy retoryka też była nad wyraz gwałtowna, ale nie szedł za nią prawdziwy radykalizm działania.

Antysemickie rozruchy na uczelniach wyższych, ranni studenci i profesorowie, nawet nieliczni zabici - czy to nie działania radykalne?

- W ocenie moralnej - tak. Ale nie w kontekście stabilności obozu władzy. W istocie rzeczy awantury antysemickie były wyrazem politycznej bezsilności formacji endeckiej, która nie potrafiła wykorzystać kryzysu do zagrożenia monopolowi władzy piłsudczyków. Rasistowskie sympatie na głębokiej prawicy były odrażające, ale realnej możliwości dokonania prawicowego przewrotu w latach kryzysu nie było.

Ale mniejszości narodowe niewątpliwie się zradykalizowały.

- I tak, i nie. Bez wątpienia miały one więcej powodów, by czuć się pokrzywdzonymi. Kryzys szczególnie silnie uderzył w mniejszości, które, może z wyjątkiem mniejszości niemieckiej, były relatywnie niezamożne. W mniejszościach niski był też odsetek zatrudnionych na stałych, państwowych etatach, dających niezłą ochronę przed kryzysem. Mniejszości ratowały się m.in. organizowaniem spółdzielni. Wielkie sukcesy mieli na tym polu Ukraińcy.

Uważam, że stopień politycznej radykalizacji mniejszości nie był wielki. Wbrew potocznym wyobrażeniom Ukraińcy i Białorusini zdali wtedy egzamin państwowy. I egzamin z odporności na kryzys.

A mniejszość niemiecka?

- Tę kryzys zradykalizował w dwojaki sposób. Słabość państwa polskiego w zwalczaniu depresji i sukcesy III Rzeszy w tej materii pomogły Hitlerowi w zawładnięciu emocjami i umysłami mieszkających w Polsce Niemców.

Kiedy II Rzeczpospolita wydobyła się z wielkiego kryzysu?

- Polska z kryzysu nie podźwignęła się aż do września 1939 roku.

Jeśli chodzi o produkcję przemysłową, to można ostrożnie szacować, że pod koniec lat 30. osiągnęliśmy poziom z czasów przed I woj-ną światową, oczywiście ze zmienioną strukturą. Podupadły przemysły tradycyjne, jak włókienniczy, cukrownictwo, także górnictwo węgla, rozwinęły się zaś gałęzie nowoczesne: chemia, elektrotechnika, na niewielką skalę produkcja samochodów i samolotów.

Nie zdołało natomiast podnieść się z zapaści rolnictwo.

Wielki kryzys pozostawił głębokie ślady w cywilizacyjnym rozwoju społeczeństwa. Lata gospodarczej zapaści to czas powszechnego przyzwolenia na prowizorkę, na bylejakość, brud, brak elementarnej higieny. Trzeba przyznać władzom, że problem dostrzegały i starały się z nim walczyć. Na nieszczęście tak, jak potrafiły - nakazami i zakazami. Stąd w latach 30. słynne akcje przymuszania do budowy wiejskich sanitariatów, szybko ochrzczonych przez lud "sławojkami", od imienia forsującego je ministra, stąd urzędowe akcje malowania płotów w województwach wschodnich czy rozbiórki domów, które wedle urzędniczych ocen nie spełniały standardów estetycznych.

Tragiczny był stan higieniczny sklepów. Władze aż do końca lat 30. próbowały ucywilizować handel. W 1938 roku wydano przepisy określające minimum wyposażenia sklepu spożywczego. Masło miało być trzymane pod kloszem, by nie łaziły po nim muchy, i w wodzie, która zapewnić miała namiastkę chłodzenia. Nieopakowane produkty spożywcze trzeba było trzymać w szafkach szklanych, także z powodu much. Proszę sobie wyobrazić, że jako pierwsi zaprotestowali kupcy z województwa poznańskiego, najbogatszego. Prosili o odroczenie wprowadzenia tych przepisów w życie z powodu braku pieniędzy na kupno kilku szklanych szafek i kloszy.

Społeczeństwo, mimo małej skuteczności władz w zwalczaniu kryzysu, nie odwróciło się od państwa.

- Pod koniec lat 30. nastroje były bardzo złe, ale na pewno nie było rozczarowania do państwa jako takiego. Przecież społeczeństwo wspaniale odpowiedziało na apele o zbiórkę pieniędzy na armię. Pamiętam, jak zanosiłem do szkoły, na zbiórkę Funduszu Obrony Narodowej, rosyjskie srebrne ruble odłożone przez ojca na czarną godzinę. Mnóstwo moich kolegów przynosiło oszczędności rodziców, biżuterię czy jakieś wartościowe drobiazgi. Co ważniejsze, nikt nie traktował tego jako wielkiego wyrzeczenia, wielkiej ofiary, lecz jako oczywistą powinność.

Skoro społeczeństwo tak ciężko zostało doświadczone przez wielki kryzys, dlaczego zniknął on ze zbiorowej pamięci Polaków? Przecież w obrazie II Rzeczypospolitej jest on praktycznie nieobecny.

- W porównaniu z okupacją największa kryzysowa bieda wyglądała całkiem atrakcyjnie. Tak zaczął się fałszywy mit szczęśliwych lat II Rzeczypospolitej.

Czy lata 30. służą nam dziś jakąś nauką?

- Na pewno tamto doświadczenie pokazuje, że czekanie, aż sytuacja ekonomiczna jakoś sama się oczyści, wiara, że wszystko kiedyś przecież i tak musi ruszyć z kopyta w dobrym kierunku, jest taktyką najgorszą z możliwych. Wielki kryzys wymaga wielkiej aktywności, wielkiej pracy - zarówno władzy, jak i społeczeństwa. Można bardzo złagodzić społeczne dolegliwości depresji i przyspieszyć moment wyjścia z niej.

A drugi wniosek z tamtych czasów jest taki, że wszelkie formy protekcjonizmu są bardzo niebezpieczne, także dla stosujących go. Kryzys najłatwiej przełamać we wspólnym działaniu. To bardzo źle, że nie mamy jeszcze euro. W tym sensie ostatnie lata zostały w Polsce zmarnowane. Ale i tak sytuację w obliczu wielkiego kryzysu mamy, w porównaniu z położeniem II Rzeczypospolitej, komfortową.

Do dziś nie potrafimy przewidzieć krachu . A pewne zjawiska zdają się nieuchronnie zapowiadać kryzysy. Gdy narasta wielka bańka spekulacyjna, która jak wir porywa oszczędności całych społeczeństw, nietrudno przewidzieć, że katastrofa jest już blisko. Tak było już przed wiekami - i w czasie słynnej bańki spekulacyjnej w handlu cebulkami tulipanów w połowie XVII wieku w Holandii, i w roku 1720 w Anglii, w czasie spekulacyjnej bańki w przypadku akcji angielskiej Kompanii Mórz Południowych, oraz we Francji, gdzie bańka spekulacyjna wywindowała nieprzytomnie akcje Kompanii Missisipi.

- To wszystko wiemy jednak dziś, setki i dziesiątki lat po pęknięciu tamtych i późniejszych baniek spekulacyjnych. Nawiasem mówiąc, nawet wybitni myśliciele nie byli stanie obronić się przed pokusą udziału w spekulacyjnej bańce. Isaac Newton, który w aferze Kompanii Mórz Południowych stracił 20 tys. funtów, poniewczasie zauważył gorzko, że może przewidzieć ruchy gwiazd, ale nie szaleństwo tłumów.

W czasie narastania bańki, gdy pieniądze włożone w nią dają ogromne zyski, wszyscy starają się racjonalnie tłumaczyć nieprzytomne wzrosty cen. Tak było przecież i na naszych oczach. Gdy w ostatnich latach w Polsce ceny mieszkań rosły i rosły, domorośli eksperci przekonywali, że w Hiszpanii nieruchomości drożeją dużo dłużej niż u nas i osiągnęły znacznie wyższe poziomy cen, licząc od punktu startu, zatem do końca budowlanej hossy jeszcze w Polsce daleko. Proszę zwrócić uwagę, że załamania rynku nie przewidzieli nawet doświadczeni przedsiębiorcy, którzy w ostatniej fazie hossy kupowali po wyśrubowanych cenach grunty i rozpoczynali nowe projekty budowlane.

Pękanie baniek spekulacyjnych w jakichś segmentach rynku nie musi zresztą prowadzić do generalnego krachu. Przed ośmiu laty na światowych giełdach pękła bańka akcji firm internetowych i poza sporymi, ale przejściowymi korektami notowań akcji nic strasznego się w światowej gospodarce nie stało.

Dawne dzieje to raczej historia postępujących krótko po sobie katastrof wszelkiego rodzaju. Skąd zatem bierze się to niezłomne przekonanie, że skoro sprawy zaczęły iść w dobrym kierunku, to będzie już tylko lepiej?

- Z czasem wielkie epidemie wygasły, sztuczne nawozy zapobiegły klęskom nieurodzaju i wielkiego głodu, zmiany w budownictwie sprawiły, że pożary przestały niszczyć do fundamentów całe metropolie. Naturalne przyczyny kryzysów zostały w nowożytnej Europie wyeliminowane, bo przecież wielki głód na Ukrainie był zjawiskiem politycznym, a nie naturalnym. Wielkie kryzysy XX wieku są zjawiskami czysto ekonomicznymi, rozgrywają się wewnątrz gospodarki i społeczeństwa. Może to powoduje, że uważamy je za bardziej oswojone, że żywimy nadzieję, iż uda się nad nimi zapanować i przegnać je do historii.

Ale to nadzieja złudna?

- Zdecydowanie tak. Przecież źródła kryzysu zawsze tkwią w szybkim rozwoju gospodarki spowodowanym przez wcześniejsze otwarcie się nowych możliwości inwestowania i osiągania zysków. To się nie zmieni. Po globalizacji, gdy w przyszłości otworzą się jakieś nowe bramy do ekonomicznego raju, znów świat będzie się szybciej rozwijać i zapewne znów pojawi się jakaś groźna nierównowaga.

I znów nikt nie rozpozna na czas symptomów nadchodzącego kryzysu?

- Zapewne. Doświadczenie poprzednich kryzysów ma dość ograniczoną wartość przy prognozowaniu przyszłego krachu, bo za każdym razem inna jest rzeczywistość ekonomiczna i społeczna.

Pierwszy europejski kryzys ekonomiczny w XX wieku zaczął się w 1900 roku. A właściwie o rok wcześniej w Rosji, od bankructwa wielkich finansistów Derwisa i Mamontowa, które stało się bezpośrednią przyczyną kryzysu finansowego. Kursy akcji, zawyżone w spekulacyjnej bańce, zaczęły spadać, banki ograniczyły akcję kredytową. Z Rosji kryzys finansowy rozlał się na całą Europę i Amerykę. Spadała produkcja przemysłowa, konsumpcja, rosło za to bezrobocie.

To wszystko brzmi dziś dla nas dziwnie znajomo. Gdyby zmienić nazwy państw, byłoby tak, jakbyśmy czytali gazetę sprzed kilku tygodni. Ale to złudzenie. Pod tymi samymi nazwami kryje się zupełnie inna rzeczywistość. Banku sprzed stu lat ze współczesnym konglomeratem bankowym nie łączy właściwie nic, no, może poza wielką chęcią zysku.

Oczywiście można powiedzieć, że i dziś, i przed stu laty kryzys rozpoczął się od krachu sektora bankowego. Tylko że to niczego nie wyjaśnia. Teraz załamanie sektora bankowego wynikło ze złego oszacowania ryzyka wprowadzenia instrumentów finansowych, o których przed stu laty nie śniło się nawet fantastom.

Jest taka żydowska anegdota, że synowie umierającego bardzo mądrego rabina pytają go: co nam zostawisz, ojcze, ze swojej mądrości? A on długo myśli i wreszcie mówi: wszystko jest inaczej. Tak właśnie jest z wielkimi kryzysami.

Źródło: Duży format; Gazeta Wyborcza
Fot. ADM/NAC

niedziela, 19 września 2010

Po kazaniu



Dawno już nie tykałem się tematyki klerykalnej ale tym razem już nie wytrzymałem. Na niedzielnym kazaniu myślałem, iż się zagotuję. Gdyby jego autorem był jakiś wioskowy proboszczyna, może bym to jakoś przełknął, bo nie ma instytucji, w której szeregach głupków by się nie znalazło. Ale to były wynurzenia biskupa. Nazwiska nie wymienię, bo chwały mu jego działalność w żadnym razie nie przynosi. A biskup, bądź co bądź, jest kościelnym dostojnikiem i jeśli on tak się publicznie wyraża, to czego można się spodziewać o innych.

Główną osią kazania teoretycznie nawiązującego do odczytanej wcześniej przypowieści o nieuczciwym rządcy (Łk, 16, 1-13) było narzekanie na coraz gorsze czasy. Dla kogo? Chyba tylko dla kościelnych hierarchów. Bo dla szarego człowieka w Polsce. Po raz pierwszy w całej historii Polski mamy szansę doczekać momentu, gdy w całym społeczeństwie nie będzie już nikogo, kto pamięta jakąś wojnę, która by dotknęła nasz kraj. Nikogo, kto z tego powodu stracił bliskie lub ukochane osoby. Tylko że to oczywiście nie obchodzi kościelnych bonzów, którzy opływają jak zawsze w złoto i drogie tkaniny*. Oni marzą o tym, by ludzie dla wiary ponosili ofiary, możliwie największe.

Wracając do tych „coraz gorszych czasów”; ciekawe jakie czasy kler uważa za te lepsze niż dzisiejsze? O tym jakoś nigdy się nie mówi. Bo chyba nie czasy komuny, okupacji czy rozbiorów? A może wspominają w głębi serc czasy wojen krzyżowych?

Za to panoszące się zło kler wini bezbożników i niewierzących. I to akurat w czasie, gdy jego przywódca, czyli papież z rodowodem z Hitler Jugend przeprasza w Wielkiej Brytanii za pedalstwo i pedofilstwo w szeregach facetów w czarnych sukienkach. Łącząc jedno z drugim nasuwa się pytanie: jak niewierni i bezbożnicy mogą za to odpowiadać?

Zamiast zająć się zgnilizną w szeregach kleru i wyznawców za wszelkie zło wini się tych, którzy nie chodzą do kościoła. Widzi się problem, któremu biskup dał odpór całą mocą swego autorytetu, w tym, iż ktoś klęka na jedno kolano a nie na dwa i zmusza się ludzi uczonych przez pokolenia do modlitwy z dłońmi złożonymi by nagle zaczęli się modlić niczym kapłan, z rękami uniesionymi i rozłożonym niczym skrzydła orła naszego Białego. Każdy kto ma choć trochę oleju we łbie wie, że modlić się można nawet z rękami pod kołdrą**. Kiedyś kapłan odprawiał twarzą do ołtarza i ile razy przed nim przechodził oddawał hołd Bogu. Teraz stoi do niego tyłkiem i wszyscy uważają to za normalne. Każdy rozsądnie myślący wie, iż sposób trzymania rąk czy zadka, styl klękania, itd. nie wpływa na zbawienie i są to zwykłe ludzkie wymysły. Jeśli coś jest ważne to nie bieganie do kościółka a wewnętrzna wiara, przestrzeganie przykazań i życie w duchu swej wiary. Tragiczne jest to, iż polski kler zamiast do tego namawiać swą trzódkę bawi się w politykę a za wszelkie zło wini innych. Tych innych; ateistów, wyznawców innych imion Boga, wszelkiej maści racjonalistów, jest w naszym kraju może kilka procent. Nie mogą oni więc mieć znaczącego wpływu na moralność narodu, gdyż po prostu giną w masie katolików. Jeśli złapiemy złodzieja, cudzołożnika, pedofila czy innego degenerata, to najczęściej będzie to mniej lub bardziej praktykujący katolik. Ze względów statystycznych oczywiście. Jest ich po prostu najwięcej. To katolicy sprawiają, iż nasz kraj jest jaki jest. Jeśli chcą coś naprawić, to powinni zacząć od siebie. Kler wbrew zapewnieniom papieża albo tego nie rozumie w swym zacietrzewieniu albo udaje, iż nie rozumie. Inna sprawa, że to woda na młyn niekatolików. Parafrazując powiedzenie śp. prof. Józefa Tischnera powiedziałbym, iż kler podcina gałąź na której siedzi, gdyż żaden bezbożnik nie zdoła odwieść prawdziwie wierzącego od Boga ale ksiądz a tym bardziej biskup ma w tym zakresie o wiele większe możliwości. Efekty tego widzimy zwłaszcza w miastach, gdzie kościoły powoli ale systematycznie pustoszeją niewielkimi ale pewnymi kroczkami zmierzając w kierunku totalnego pustostanu znanego z większości krajów rozwiniętej Europy.

W trakcie tego samego nabożeństwa naszło mnie jeszcze jedno pytanie. Dlaczego kościół większą wagę przywiązuje do ślubu z człowiekiem płci przeciwnej niż do ślubu z Bogiem? Wszak najpierw uznaje się człowieka za dojrzałego do zawarcia przymierza z Bogiem (bierzmowanie) a dopiero gdy jest dużo starszy i dużo mądrzejszy, wzbogacony o nową wiedzę i doświadczenie życiowe, uznaje się go za dojrzałego do zawarcia kontraktu z drugim człowiekiem. Jakaś dziwna sprzeczność między priorytetami w teorii i praktyce. Ale to już tylko taka dygresja ważąca tyle co pyłek przy ciężarze pierwszego tematu.



* Zamiłowanie różnych organizacji do dziwacznych ubiorów i rytuałów pięknie zracjonalizował i wyjaśnił nasz rodak, śp. prof. Marian Mazur w swym wiekopomnym dziele Cybernetyka i charakter.
** W tradycyjnym wychowaniu katolickim dziecko musiało spać z rękami na kołdrze by uniknąć podejrzeń o zabawy własnymi genitaliami.

sobota, 19 czerwca 2010

Paetz, pedofile i Koścół



abp Juliusz Paetz (pierwszy z lewej) z Janem Pawłem II podczas spotkania z młodzieżą w Poznaniu na pl. Adama Mickiewicza (3 VI 1997 r.) - foto: Luca

Casus Paetza znów został odgrzebany przez media,które poinformowały, iż abp Paetz został przez Stolicę Piotrową przywrócony dołask, w związku z czym obecny metropolita poznański arcybiskup StanisławGądecki zrezygnował z urzędu w proteście przeciwko takiemu posunięciu. Watykanjednak dementuje:

RzecznikWatykanu ksiądz Federico Lombardi oświadczył, że nie zdjęto restrykcji,nałożonych na arcybiskupa Juliusza Paetza, zdymisjonowanego w 2002 roku wzwiązku z zarzutami molestowania seksualnego seminarzystów.(...) Watykańskirzecznik podkreślił, że całkowicie bezpodstawne są również doniesienia o tym,jakoby obecny metropolita poznański arcybiskup Stanisław Gądecki zrezygnował zurzędu lub rozważał taką możliwość*

A dalej czytamy

W 2002roku dziennik "Rzeczpospolita" w tekście "Grzech w PałacuArcybiskupim" napisał, że abp Paetz molestował seksualnie kleryków iksięży. Według dziennika, o skłonnościach homoseksualnych hierarchy wiadomobyło wtedy od co najmniej dwóch lat. Metropolita ustąpił ze stanowiska, alepozostał w Poznaniu jako biskup senior. Nigdy nie potwierdził stawianych muzarzutów. Żaden z rzekomo pokrzywdzonych kleryków nie złożył zawiadomienia wsprawie molestowania, więc sprawa nie była badana też przez prokuraturę.(...)

Dla mnie nie jest najważniejsze, czy Paetz jest pedofilem,czy nie. W końcu, pomimo wysokiego stanowiska, jest tylko jednostką. Gdyby jegoprzypadek był jednostkowy, nie zajmowałbym się nim. Jednak postępowanieWatykanu w tej sprawie pokazuje mechanizmy, które sprawiają, iż w wielu krajachKościół Katolicki jest traktowany co najmniej jak podejrzana sekta, jeśli niewręcz jako organizacja przestępcza zinfiltrowana przez międzynarodową szajkępedofilów.

Nie wiem czy niesławny arcybiskup był winny czy niei absolutnie nie wypowiadam się na jego temat. Nie mam ku temu żadnychpodstaw.  Zwróćmy jednak uwagę nadziałania, jakie podejmuje Kościół Katolicki, gdy jeden z jego najwyższychhierarchów zostaje oskarżony o pedofilię. Kościół karze go (nakłada na niegowspomniane we wstępie sankcje) a jednocześnie nie chce przyznać, iż jest onwinny. Czy tak postępuje organizacja, której jedynym rozsądnym argumentem nawłasne istnienie jest umiłowanie prawdy? Jeśli Paetz jest winny to dlaczegoograniczono się do tak błahej kary? Czemu go nie wykastrowano a przynajmniejnie oddano w ręce prokuratury? Jeśli zaś jest niewinny to dlaczego w ogóle goukarano, hańbiąc go przez to publicznie?

Widać tutaj typowe działanie Kościoła Katolickiegozmierzające nie do wyjaśnienia sprawy, ukarania sprawcy i wykluczenia czarnychowiec ze swych szeregów ale do zatuszowania incydentu jak najmniejszym kosztem.W Wielkiej Brytanii i innych „normalnych” krajach Watykan smaruje grubą forsą au nas, jako w kraju pod umysłową okupacją Stolicy Piotrowej, jak widać uznanolekki prztyczek w nos arcybiskupa za wystarczający, by zamknąć ustaspołeczeństwu. W czasie gdy papież przeprasza świat za nagminność pedofilskichpraktyk w kościele i za tuszowanie takich występków, w Polsce temat nadal jestbagatelizowany.

Zwróćmy również uwagę na samoświadomośćprokuratury, która wobec braku zawiadomienia nie podjęła w tej sprawie działań.Jest to oczywiste kłamstwo, które przejrzy każdy w miarę oczytany człowiek zawyjątkiem nowego pokolenia dziennikarzy. Podstawa faktyczna zarówno dochodzeniajak i śledztwa wynika z art. 303 kpk („Jeżeli zachodzi uzasadnione podejrzeniepopełnienia przestępstwa, wydaje się z urzędu lub na skutek zawiadomienia o przestępstwiepostanowienie...”) i jest nią uzasadnione podejrzenie popełnienia przestępstwaco należy rozumieć jako zdarzenie bądź skutek któremu towarzyszą okolicznościstwarzające wysokie prawdopodobieństwo, że miało miejsce naruszenie przepisówustaw karnych. Nigdzie nie wymaga się, by złożono zawiadomienia o przestępstwie.Przykładem choćby katastrofa smoleńska, gdzie żadne zawiadomienie nie byłopotrzebne. Prokuratura wiedziała co robić bez żadnego zawiadomienia. Podobnie wprzypadku Paetza, tylko że odwrotnie. Tu prokuratura wiedziała, że nie należyniczego robić. Czemu?

Dlaczego ani Kościół ani Prokuratura niewyjaśniły tej sprawy. Dlaczego nie oczyściły dobrego imienia arcybiskupa? Możenie wiedząc jakie byłyby wyniki postępowania nie chciały ryzykować. Czego? Anochoćby zakłócenia procesu beatyfikacyjnego Jana Pawła II. Już teraz naZachodzie podnosi się wiele głosów, iż wiedział on o pedofilskich praktykach naszczytach kościelnej hierarchii. Próbuje się je przemilczać, zwłaszcza wPolsce, ale gdyby nie daj Boże Paetz zamiast zostać oczyszczony pogrążyłby się,czy dałoby się dalej twierdzić, iż znający go dobrze Wojtyła o niczym niewiedział? Powstałoby pytanie, czy święty może być głupi. To jednak temat naosobne rozważania...




Watykan:abp Paetz nie został zrehabilitowany (wiadomościonet.pl za PAP, POg/11:34)

poniedziałek, 7 czerwca 2010

ślub z teściową



O teściowych napisano chyba już wszystko. Krążą o nich tysiące, jeśli nie dziesiątki tysięcy dowcipów, na ogół mocno zjadliwych, do tego we wszystkich chyba językach świata. Teściowa na ogół przedstawiana jest jako jędza zatruwająca życie; najczęściej młodemu, choć w praktyce równie często, a za to na pewno mocniej, daje się we znaki młodej.

Myślałem do dzisiaj, że w temacie „mamusi” nic mnie już nie zaskoczy. Jakże się myliłem. A wszystko za sprawą naszego Jaśnie Oświeconego Prawodawcy.

Okazało się, że o ile żony można się legalnie pozbyć w drodze rozwodu lub unieważnienia małżeństwa, to biorąc ślub dostajesz teściową gratis NA ZAWSZE. Nawet gdy się rozwiedziesz i wstąpisz w nowy związek małżeński, to stara teściowa w świetle prawa będzie nie byłą teściową a teściową, podobnie jak ta nowa. Oczywiście w normalnym życiu nie ma to żadnego znaczenia i mało kto o tym wie, ale gdyby ktoś nagle zapałał ognistym uczuciem do byłej teściowej lub teścia, to nagle się dowie, że to nie Ameryka. Może uprawiać z nią/nim seks i prowadzić życie jakie chce, bo są dorośli, ale ślubu nie dostaną[i]. Nie będzie polskiej Dynastii.

Na ogół prawnicy mądrze rozwodzą się nad tym, co autor przepisu prawa miał na myśli, o duchu prawa i innych podobnych mądrościach. Jest oczywistym, że w przypadku zakazu małżeństw wśród krewnych chodzi o uniknięcie znanych od wieków zagrożeń chowu wsobnego. Podobne zakazy są we wszystkich systemach prawnych i we wszystkich normalnych systemach moralnych[ii]. O potrzebie takiego ograniczenia wie każdy, kto zajmował się hodowlą czegokolwiek[iii]. Ale co artysta miał na myśli pisząc zakaz poślubienia teściowej?

Wyobraźmy sobie, że facet koło pięćdziesiątki bierze za żonę dwudziestolatkę. Tuż przed konsumpcją oboje trzeźwieją i zaraz się rozwodzą za obopólną zgodą. Facet dochodzi jednak do wniosku, iż teściowa jest jeszcze bardziej interesująca niż córka, a że i ona nie jest od tego, więc... Stop, nie wolno. Można poślubić siostrę czy brata byłej żony ale nie teściową/ teścia, bo oni nigdy nie będą eks.

Dla mnie to trochę dziwne, tym bardziej, że jak widzimy w filmach, na świecie nie ma z tym problemu a poza tym w życiu jak to w życiu. Nawet u nas różnie bywa. O co więc chodziło naszemu światłemu ustawodawcy? Kolejny przykład niewolenia jednostki przez państwo?[iv]


[i] No chyba, że wyjątkowo za zgodą sądu.
[ii] Oczywiście i tutaj są wyjątki bo jak wiadomo moralne jest to, czego chce władza. Przykładem mogą być choćby dzieje wielu dynastii od starożytności po czasy wcale nie tak dalekie.
[iii] Oczywiście czasem świadomie stosuje się chów wsobny ale właśnie dla uzyskania nietypowych osobników a nie w celu uniknięcia takich dziwolągów. W świecie ludzi coś takiego budzi odrazę choć i tutaj pewnie można by znaleźć przypadki podejmowania takich prób. Pokusa wyprodukowania nadczłowieka bywa czasem silniejsza od rozsądku.
[iv] Polska jest krajem w Europie, który przoduje w kwestii ograniczania swobód jednostki. Na przykład w kwestii wolności gospodarczej jesteśmy na pierwszym miejscu. Bardzo restrykcyjne Niemcy, gdzie około 50 rodzajów działalności podlega zezwoleniu lub koncesjonowaniu są niby na drugim miejscu, ale daleko, daleko za nami. U nas idzie to w setki! Nawet sobie nie zdajemy jak bardzo jesteśmy zniewoleni przez własne państwo. Dlatego właśnie napisałem o teściowych jako o jednej z tysięcy cegiełek, z których państwo buduje nam więzienie, jakiego drugiego w Europie nie znajdziesz. I nie jest to bynajmniej tendencja wywodząca się z komuny. W 1989 roku, po Okrągłym Stole były tylko dwa rodzaje reglamentowanej działalności gospodarczej. Parafrazujac Bismarcka: daj Polakom wolność a sami się zniewolą.

artyleria we wsi


czyli wsioki święte krowy


Wsi spokojna, wsi wesoła pisał poeta*. Do dziś schemat zawarty w tych słowach jest pryzmatem przez który wieś postrzegają wszystkie mieszczuchy a więc, co by nie mówić, zdecydowana większość społeczeństwa. Jest to jednak obraz o tyle wyrazisty, co nieprawdziwy.

Miastowi z reguły mylą wieś z miejscowościami wypoczynkowymi, rzeczywiście mającymi często status terenów wiejskich, choć nierzadko również miasteczek. Fałszywy obraz wsi utrwalają również media i krótkie wypady z miast do obiektów agroturystycznych, które tyle ze wsią mają wspólnego  co warszawskie zoo z życiem w Amazonii. Może jeszcze gdzieś w Polsce uchowały się wioski żyjące tempem opiewanym w literaturze, ale osobiście wątpię. Wsie popegeerowskie albo upadły i są enklawami zamieszkałymi przez osowiałych ludzi bez przyszłości albo w mniejszym lub większym stopniu dołączyły do reszty. A jaka jest ta reszta?

Może jaki taki spokój można odnaleźć jeszcze na wsi prowadzącej tradycyjną produkcję zbożowo-ziemniaczaną. Tam bowiem z natury rzeczy są okresy mniejszej intensywności życia regulowanego cyklem rolno-produkcyjnym. Jednak z drugiej strony rzecz biorąc te właśnie tereny są ostoją hodowli, więc tak naprawdę znalezienie tej wsi spokojnej, gdzie ludzie po pracy mają czas na chwilę odpoczynku i refleksji, jest raczej niemożliwe. Bydlęta ciągle mają swoje potrzeby.

Najgorzej jest oczywiście na wsi nowoczesnej, bogatej i dochodowej, której symbolem jest sad, przechowalnia i niemiecki samochód przed domem. Jeśli ktoś z miastowych, skuszony poetycką wizją lub wspomnieniami z letniej wycieczki do gospodarstwa agroturystycznego, zechce zamieszkać w takim miejscu, to czeka go srogi zawód.

Przez cały rok wszyscy są zabiegani i tak zatyrani, że na kogoś, kto ma czas wolny, patrzy się podejrzliwie, jak na jakieś obce zwierzę po którym nie wiadomo czego się spodziewać. Nie ma gdzie iść, bo wszystko co tylko można zajmuje się pod sady. Wycina się co tylko można a często i to czego nie wolno. Nie ma co zjeść, bo po wszystko trzeba jeździć do miasta. W wiejskich sklepach wszystko dużo droższe niż w mieście, wędlina cięta razem ze sznurkiem, ser razem z plastikową osłonką, którą potem trzeba w domu wybierać spomiędzy plasterków, a o owocach czy warzywach można zapomnieć. Owoce jak są to w chłodniach albo przez krótką chwilę na drzewach. W wiejskich sklepach ich nie uświadczysz. To wszystko można jakoś przeżyć, ale najgorsze przychodzi właśnie w obecnej porze roku. Wieśniacy rychtują artylerię.

Żywią i bronią. Chcą, by tak ich widziano. Jednak czy przypadkiem nie od nich psuje się ten naród? W Polsce obowiązuje przepis o ciszy nocnej. Jakież jednak zdziwienie czeka miastowego, który zakupił domek wśród kwitnących sadów, gdy którejś nocy w czerwcu obudzi go huk dział. To nie wojsko. I tak będzie aż do zbiorów. Dzień w dzień, noc w noc, świątek, piątek i niedziela.

Sadownicy mają takie sprytne urządzenia na gaz, które co pewien czas samoczynnie oddają strzał podobny do wystrzału z armaty. Ma to płoszyć ptaki buszujące w sadach, co chyba jednak jest tylko pobożnym życzeniem, bo ptaszyska już dawno się przyzwyczaiły. Świetnie natomiast te armatki wkurzają normalnych ludzi, bo walą zwykle od czwartej rano do późnych godzin nocnych. Każdy udaje, że mu to nie przeszkadza, bo malkontenta pozostali by zaszczuli. Policja udaje że o tym nie wie i że przepis o ciszy nocnej na wsi nie obowiązuje. I nikt nie ma ochoty się wychylić. Zresztą co to da? Policja i tak z tym nic nie zrobi a odważnego, który domagałby się przestrzegania prawa, życzliwi sąsiedzi opluliby jako wroga społeczności.

Dlaczego o tym piszę? Po pierwsze by ostrzec nieświadomych, którzy marzą o kupnie spokojnego domku na wsi. Po drugie, co ważniejsze,  by pokazać mechanizm, który ze wsi przenika do miast wraz z migrującą ludnością. To mechanizm rozumowania.

Rozumowanie gospodarza zasadza się na prostych zasadach: moja chata skraja i co je moje to nie twoje, a co twoje to je moje – miedza je moja.

Wyznacznikiem tych postaw jest totalna pogarda dla prawa i powszechne przyzwolenie dla jego łamania. Oczywiście nie można okradać sąsiada, bo on okradnie nas albo kosę ożeni. Ale inne rzeczy? Walić z armat prawie przez całą dobę? A kto mi zabroni? Strzelać do ptaków pod ochroną? A kto mi zabroni w moim sadzie robić co zechcę? Spuszczać szambo do rzeki? A kto mi zabroni, skoro nawet wiejscy nauczyciele, wiejskie szkoły i urzędy tak robią. Przykłady można mnożyć w nieskończoność. Również przykłady bezkarności. Jak już się trafi ktoś ambitny, kto zadenuncjuje wiejskiego nauczyciela wywalającego śmieci po lasach, polach i za przystankami, to mu tylko policja paluszkiem pogrozi a wójt schowa pod dywan każdą skargę na wylewanie szamba obok placu zabaw dla dzieci. W końcu zawsze kiedyś są jakieś sprawy do załatwienia, jakieś zbliżające się wybory. Po co zadrażniać. Ziemia jeszcze nie zginęła to i przez te kilka lat też nie zginie.

Innym charakterystycznym objawem, po którym można poznać gospodarza, jest mniemanie, iż wszystko mu się należy. Każdy z rodziny powinien mu pomagać, choć on pomagać nikomu nie musi. Ta postawa wynika z czegoś, co w dawnych czasach było podstawą wiejskiej współpracy, z pradawnej zasady wzajemności. Ja ci pomogę, to ty pomożesz mnie. Została jednak wykoślawiona i obecnie jest karykaturą samej siebie. Gospodarz, czyli przykładowo ten, który został na gospodarce, ciągle żąda od członków swej rodziny (żony, rodzeństwa, ich małżonków i kogo tylko zna), by mu pomagali. Nie prosi, tylko uważa to za naturalne i tego żąda. Jakakolwiek odmowa kończy się wojną. Jemu zaś nawet do zakutej pały nie przyjdzie, by się czymkolwiek zrewanżować. A nawet gdyby przyszło, to niby w czym może pomóc bratu, który pracuje w fabryce albo siostrze, która uczy w szkole? W wymiarze państwowym, niespotykanym nigdzie pomnikiem takiej postawy jest KRUS, który daje wsiowym to samo co ZUS miastowym, tylko za inne pieniądze.

Te dwa przekonania, o własnej wyższości nad innymi i o wyższości nad prawem, co najciekawsze funkcjonują nie tylko w umysłach gospodarzy ale i w głowach tych, którzy dają się im wykorzystywać. Kobiety na wsi znoszą znacznie częściej bez skargi traktowanie, które w mieście skończyłoby się sprawą w prokuraturze. Wynika to z tego, że gospodarz rządzi a reszta słucha i to przekonanie jest zakorzenione we wszystkich głowach. Nie można gospodarzowi powiedzieć, iż kobieta jest zmęczona, gdyż właśnie wróciła z pracy. Przecież praca inna niż na roli to nie jest praca. Nie ma co próbować takich wymówek jak złe samopoczucie czy potrzeba zrobienia czego innego. Kobieta zaś tak naprawdę w ogóle nie jest człowiekiem. W te wszystkie wykoślawienia pięknie wpisuje się nasz kochany Kościół. Kiedy będziecie na mszy w wiejskim kościele zwróćcie uwagę nie tylko na treść kazań, za które w mieście proboszcza by wygwizdano, ale również na wypracowany przez wieki i nadal wspierany przez kościół sposób dzielenia ludzi. Osobne ławki bliżej Boga dla bogatych, na ogół nawet nie przodem do ołtarza. Osobna strona nawy dla gospodarzy i osobna dla kobiet. Nawet większość małżeństw rozdziela się wchodząc do kościoła. Tak jak do sikania: panie na prawo, panowie na lewo. Z czego to wynika? Zamieńcie się miejscami z kapłanem. Po prawicy, a więc po ręce Pana ma mężczyzn, a po lewicy, po stronie ręki niegodnej, baby.

Do tego wszystkiego dochodzi totalny brak tolerancji, posunięte do granic absurdu plotkarstwo i totalna negacja szczęścia. Ludzie na wsi są teraz bardziej zatyrani i zabiegani niż w mieście. Nawet ci, którzy mają naprawdę duże pieniądze, nigdy nie mają czasu na wolne, na chwilę zabawy. No chyba, że jest to wesele, chrzciny lub pogrzeb. Plotkują dużo więcej niż mieście, gdyż nie mają poza pracą żadnych zainteresowań ani horyzontów szerszych niż własne pole i jest to ich jedyna forma rozrywki i dyskusji intelektualnych. Z tego powodu każdy, kto ma jakieś hobby czy zainteresowania inne niż tyranie w polu i robienie kasy, kto w ogóle ma czas wolny, jest pod totalnym ostrzałem. Całkowity brak anonimowości, na której nadmiar wielu w mieście narzeka, wymaga odporności psychicznej od jednostek, które chcą się wyłamać z tego schematu wiejskiej egzystencji polegającej tylko na pracy, kościele i liczeniu pieniędzy. Zresztą, wieśniacy każdemu przypną łatkę. Gdy idziesz z żoną pod rękę – pantoflarz. Gdy idziesz pod humorkiem – pijak. Gdy idziesz z kolegą – pedał. Gdy idziesz z psem – nie układa mu się z żoną albo jeszcze gorzej. I tak dalej. Najbardziej zaś wsiowym przeszkadza szczęście. Cudze szczęście, bo własnego się boją. Być szczęśliwym to jakieś takie grzeszne. Od urodzenia tyrają czy muszą czy nie, nigdy nie pomyślą o tym, by się czymś zainteresować, dlatego najbardziej są zawistni, gdy ktoś ma inaczej, czyli lepiej niż oni, choćby to lepiej właśnie jeszcze cięższe było i wymagało większego wysiłku niż ich prawie roślinna egzystencja. Gdy ktoś pójdzie na studia, to mu zazdroszczą, choć sami iść nie chcą. Gdy jest szczęśliwy w małżeństwie, gdy ma fajny sposób spędzania wolnego czasu, gdy ma cokolwiek. Nawet coś czego sami nie chcą. Sami tego nie chcą ale innym zazdroszczą. Tak jak w tej anegdocie, gdzie chłop nie prosi Boga, by mu dał krowę, tylko by sąsiadowi zdechła. Jest to postawa tak powszechna, że nawet na lekcjach religii co porządniejsi księża ją piętnują, ale trudno zanegować coś, co się wynosi z domu rodzinnego.

Jednak nawet w najgorszej wsi nie wszyscy są tacy. Zawsze jest kilku odmieńców, którzy od tego piekiełka odstają na dobrą stronę mocy. Jedni jawnie a inni nieco bardziej potajemnie. Jest ich mniej niż w miastach ale są i w tym, a nie w Bogu, nadzieja. Może kiedyś, gdy minie wiele, wiele pokoleń, tak jak w normalnych krajach ludzie zaczną zwracać uwagę, by nie szkodzić drugiemu. Sąsiadowi, przyszłym pokoleniom. Może dzwony kościelne po wsiach przestaną bić dzień w dzień i noc w noc wydzwaniając godziny jakby zegarków nie było. Może artyleria wiejska bić będzie tylko o przyzwoitej porze i z dala od zabudowań. Może wsioki będą czyścić koła od zabłoconych maszyn nim wyjadą na asfalt i tak drogi zapaćkają, że nawierzchni nie widać. Może nie będą wylewać szamba za płot a śmieci wywalać do lasu. Może. Ale ja ani nikt z Was tego nie zobaczy. No chyba, że pojedzie do Niemiec albo innych Czech....



* Jan Kochanowski Pieśń Świętojańska o Sobótce 

niedziela, 6 czerwca 2010

ekolodzy winni powodzi



Dwa główne ugrupowania startujące do wyborów prezydenckich, PiS i PO, przez lata, które minęły od ostatniej powodzi nie zrobiły niczego, co mogłoby zapobiec powtórce. Urzędnicy z ich namaszczenia dopuszczali do praktyk, które w normalnym kraju stałyby się obiektem zainteresowania prokuratury, jak choćby wydawanie nowych zezwoleń na budowę na terenach zalewowych. Ponieważ obie w tym czasie rządziły krajem, nie mogą zwalać winy jedne na drugich. Wymyśliły więc sobie kozła ofiarnego w postaci ekologów. Ja osobiście nie bardzo identyfikuję się z ekooszołomami, którzy pod mianem ekologów chcą zabronić noszenia futer i zajmują się innymi podobnymi bzdurami, ale uważam, iż poważne inicjatywy ekologiczne i głos tego środowiska w ogóle powinny być bardzo mocno wspierane, gdyż kraj mamy już silnie zdewastowany i trzeba zacząć coś robić by ocalić resztki tego, czego nam kiedyś zazdrościła cała Europa. Dlatego zachęcam do przeczytania poniższego tekstu i podpisania petycji niezależnie od sympatii czy awersji politycznych.
http://petycja.otop.org.pl/


W związku z pojawiającymi się coraz częściej w mediach opiniami obarczającymi środowiska ekologiczne za stan polskiej infrastruktury przeciwpowodziowej, Ogólnopolskie Towarzystwo Ochrony Ptaków, we współpracy z innymi organizacjami pozarządowymi, wystosowało list otwarty do władz i mediów. List stanowi protest przeciw wykorzystywaniu środowisk ekologicznych jako "kozła ofiarnego" tragedii powodziowej i przedstawia ich stanowisko.

W dniu 1 czerwca do Rządu, Parlamentu, władz samorządowych oraz mediów wystosowany został list otwarty środowisk ekologicznych przedstawiający fakty w sprawie Wału Zawadowskiego, wałów w Oświęcimiu, zbiornika Kamieniec Ząbkowicki oraz zbiornika Racibórz. Wyjaśnia on także w szczegółach stanowisko sygnatariuszy w sprawie oskarżeń skierowanych pod adresem organizacji ekologicznych w sprawie powodzi w Polsce oraz formułuje ich postulaty odnośnie bezpieczeństwa powodziowego.

Na początku listu czytamy: „Setki tysięcy hektarów pod wodą, tysiące zalanych domów i ewakuowanych ludzi, kilkanaście ofiar śmiertelnych, miliardowe straty. Zdajemy sobie sprawę, że w tak tragicznej sytuacji mogą rządzić nami emocje. Trudno uwierzyć jednak, że obserwowana ostatnio bezprecedensowa nagonka na środowiska ekologiczne, m.in. z udziałem prominentnych polityków i niektórych mediów, może odbywać się w demokratycznym kraju europejskim na początku XXI wieku. Jesteśmy oburzeni tym procederem szukania kozła ofiarnego i stygmatyzacji. Atak na ruch ekologiczny – element społeczeństwa obywatelskiego – do złudzenia przypomina haniebne praktyki odwracania uwagi od istoty problemu, rodem z PRLu.”

Sygnatariusze listu domagają się:
podjęcia konkretnych kroków w kierunku ograniczenia ryzyka powodzi i zmniejszenia strat powodziowych, zgodnych z Dyrektywą Powodziową i Ramową Dyrektywą Wodną UE, skoncentrowanych na działaniach nietechnicznych, których istotą jest zarządzanie ryzykiem, prewencja i planowanie przestrzenne, a nie budowa nowych wałów i kolejnych zbiorników;
zweryfikowania, wzorem naszych zachodnich sąsiadów, wszystkich planowanych i realizowanych inwestycji hydrotechnicznych pod kątem ich wpływu na zwiększenie ryzyka i zasięgu powodzi oraz potęgowania strat powodziowych;
szczegółowego raportu, odpowiadającego na pytanie, na jakie działania w ostatnich 10 latach były wydawane środki budżetowe, pomocowe UE oraz kredyty banków europejskich i Banku Światowego dedykowane ochronie przeciwpowodziowej.


Poniżej publikujemy pełen tekst listu. Na stronie internetowej OTOP można wyrazić swoje poparcie dla postulatów środowisk ekologicznych.


Ekolodzy a powódź
List otwarty środowisk ekologicznych do Rządu, Parlamentu i władz samorządowych oraz mediów

Setki tysięcy hektarów pod wodą, tysiące zalanych domów i ewakuowanych ludzi, kilkanaście ofiar śmiertelnych, miliardowe straty. Zdajemy sobie sprawę, że w tak tragicznej sytuacji mogą rządzić nami emocje. Trudno uwierzyć jednak, że obserwowana ostatnio bezprecedensowa nagonka na środowiska ekologiczne, m.in. z udziałem prominentnych polityków  i niektórych mediów, może odbywać się w demokratycznym kraju europejskim na początku XXI wieku. Jesteśmy oburzeni tym procederem szukania kozła ofiarnego i stygmatyzacji. Atak na ruch ekologiczny – element społeczeństwa obywatelskiego – do złudzenia przypomina haniebne praktyki odwracania uwagi od istoty problemu, rodem z PRLu.

Nie będziemy udowadniać, że nie jesteśmy wielbłądem. Nie wskazujemy też winnych. Przedstawiamy fakty i stawiamy pytania.

Ochrona przeciwpowodziowa a priorytety w gospodarce wodnej

Po powodzi 1997 powstał Program dla Odry 2006. Ekolodzy go krytykowali, nie tylko z uwagi na zagrożenia środowiskowe, ale wskazując m.in. na niejasne, a czasem wewnętrznie sprzeczne cele. Program nadal realizuje takie przedsięwzięcia, jak regulacja rzek i potoków, podczas gdy działanie to, jako przyspieszające spływ powierzchniowy, jest uznawane za szkodliwe i zwiększające ryzyko powodziowe na niżej położonych terenach. W ramach Programu finansowane są z publicznych środków kosztowne przedsięwzięcia, zupełnie nie związane z ochroną przed powodzią, np. żeglugowe. Nawet nie określono precyzyjnie ich wpływu na bezpieczeństwo powodziowe.

Służby odpowiedzialne za gospodarkę wodną i ochronę przeciwpowodziową narzekają na brak funduszy. Równocześnie setki milionów złotych inwestowane są w stopień wodny Malczyce na Odrze, mający służyć wyłącznie żegludze. Utrzymanie drogi wodnej Górnej Wisły kosztuje wielokrotnie więcej niż wpływy z żeglugi. Za kwoty przeznaczane na te rozwiązania hydrotechniczne można by przygotować i udostępnić mapy ryzyka powodziowego dla całej Polski.

Zbiornik Racibórz nie powstał dotąd nie dlatego, że ekolodzy protestowali przeciw jego budowie, ale dlatego, że przez kilkanaście lat odpowiedzialne służby gospodarki wodnej nie potrafiły przygotować porządnej dokumentacji, uwzględniającej uwarunkowania społeczne i środowiskowe, oraz zignorowały potrzebę prowadzenia wczesnego profesjonalnego dialogu z mieszkańcami miejscowości, które muszą zostać wykupione pod czaszę zbiornika. Skutek jest taki, że inwestycja, co do której panuje dość powszechna akceptacja, również środowisk ekologicznych, i która ma duże szanse na dofinansowanie ze środków Banku Światowego czy Funduszu Spójności Unii Europejskiej, nie została jeszcze rozpoczęta. Nawet nie uzyskano dla niej niezbędnych decyzji.

Czy Rząd pokusił się o profesjonalną, niezależną ocenę dotychczasowych planów i programów? To z inicjatywy i na zamówienie jednej z organizacji ekologicznych powstało w 2006 roku opracowanie „Planowanie ograniczania skutków powodzi w Polsce – Ocena dotychczasowych programów, planów i strategii w dorzeczu Wisły”. Praca została opublikowana w nr 22 Materiałów badawczych IMGW w serii „Gospodarka wodna i ochrona wód” i każdy zainteresowany mógł się zapoznać zarówno z samą analizą, jak i wnioskami i zaleceniami. Potrzebie planowania działań w skali całych zlewni oraz konieczności zaprzęgnięcia planowania przestrzennego w ochronę przeciwpowodziową poświęcono tam sporo uwagi. Nie słyszeliśmy o jakimkolwiek odzewie na tę publikację ze strony służb odpowiedzialnych za gospodarkę wodną.

Nowatorska, wypracowana przez interdyscyplinarny zespół ekspertów, strategia gospodarowania wodami, uwzględniająca zintegrowane podejście do ochrony przeciwpowodziowej i proponująca reformę niewydolnego systemu, została odrzucona przez decydentów. Wskazuje ona m.in. na znaczenie naturalnych obszarów w zwiększaniu retencji i ograniczaniu ryzyka powodziowego.

Nie słyszeliśmy, by Rząd zrealizował działania, mające na celu znaczące zwiększanie naturalnej retencji. Wiemy jednak, że to jedna z organizacji ekologicznych, w ramach projektów realizowanych od kilku lat, doprowadziła do odtworzenia szeregu mokradeł, gromadzących kilkanaście milionów m3 wody. Ta woda pozostała bezpiecznie w torfowiskach, nie dokładając się do fali powodziowej zagrażającej naszym domom.

Powstrzymanie zabudowy terenów zalewowych i opracowanie map ryzyka

W czasie powodzi na Wiśle w 2001 roku głośno mówiliśmy o konieczności zrewidowania anachronicznej ochrony przeciwpowodziowej, wskazując m.in. na konieczność powstrzymania zabudowy terenów zalewowych i opracowania map zagrożenia powodziowego. Rozmowy z mieszkańcami zalanych domów w rejonie Kępy Gosteckiej i Braciejowic spowodowały, że zaczęliśmy apelować do władz o organizacyjne i finansowe wsparcie dla tych, którzy na stałe chcą się przenieść w bezpieczne miejsce. Nasze stanowisko z tamtego okresu można znaleźć np. w biuletynie sejmowym nr 5(49)03 po seminarium „Ochrona przeciwpowodziowa w Polsce”. Ta dyskusja w Sejmie odbyła się 7 lat temu, a żaden z naszych postulatów nie doczekał się realizacji.

Jedyne mapy ryzyka powodziowego, jakie trafiły do gmin, to mapy przygotowane przez organizację ekologiczną.  W 2007 roku organizacja ta we współpracy z RZGW we Wrocławiu opracowała i przekazała gminom nadodrzańskim województwa dolnośląskiego dokładne mapy ryzyka powodziowego wraz z wnioskami dotyczącymi  konieczności dalszego powstrzymywania zabudowy terenów zalewowych. Symboliczna nazwa tego projektu „Bezpieczna gmina nad Odrą” dobrze oddaje cel działania organizacji pozarządowych.

W opublikowanej w 2003 roku „Koncepcji zrównoważonego rozwoju i ochrony doliny środkowej Wisły” wskazywaliśmy na konkretne niezamieszkane tereny pomiędzy Puławami a Warszawą, na których można było zlokalizować poldery zalewowe. Gdyby je zbudowano, mogłyby pomieścić kilkaset mln m3 wody, a Warszawa byłaby bezpieczniejsza. Koncepcja zapewne do dziś zalega na półkach w urzędach gmin nadwiślańskich i w Urzędzie Wojewódzkim. Polecamy ją szczególnie służbom Pani Prezydent Warszawy.

Przestrzeń rzekom, ludziom bezpieczeństwo

Przyznajemy się - w połowie lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku ekolodzy protestowali  przeciwko budowie obwałowań w dolinie środkowej Warty  pomiędzy Pyzdrami a Koninem. Gdybyśmy wtedy mieli takie narzędzia prawne jak obecnie (udział w procedurach oceny oddziaływania na środowisko), to pewnie bylibyśmy skuteczniejsi i nie zbudowano by na tamtejszych terenach zalewowych zagrożonych dziś domów, a Poznań mógłby spać spokojnie, bo woda zamiast w mieście, rozlałaby się na łąkach w dolinie. Jej pierwotna pojemność dorównywała pojemności zbiornika Jeziorsko.

Kilka lat temu  w ramach „Kampanii na rzecz przyjaznych środowisku metod ochrony przeciwpowodziowej” jedna z organizacji ekologicznych rozesłała do gmin kilka tysięcy broszur dotyczących m.in. zawodności technicznych środków ochrony przeciwpowodziowej, przyjaznych środowisku metod ochrony przed powodzią oraz map terenów zalewowych. W ramach tej kampanii zorganizowano wizytę studyjną w Niemczech dla przedstawicieli RZGW oraz WZMiUW z całej Polski. Ponadto, w różnych miejscach kraju odbyło się kilkadziesiąt wystaw posterowych, dotyczących problematyki powodziowej. Wystawy te odwiedzali m.in. przedstawiciele samorządów oraz posłowie. Inna organizacja, przy współpracy z „Przeglądem Komunalnym”, przesłała do wszystkich gmin i powiatów ulotkę zatytułowaną. „Przestrzeń rzekom, ludziom bezpieczeństwo”, z apelem o ograniczanie dalszej zabudowy terenów zalewowych oraz ochronę i zachowanie naturalnej retencji.

Jak dotąd jedyną koncepcję odsunięcia obwałowań dla stworzenia dodatkowej przestrzeni dla rzeki zainicjowała organizacja ekologiczna. Ze środków własnych, współpracując merytorycznie z samorządami i służbami gospodarki wodnej, przygotowuje obecnie projekt odsunięcia wałów od koryta Odry w rejonie Domaszkowa-Tarchalic.

Pieniądze należy wydawać z sensem, uwzględniając wiedzę naukową i doświadczenia innych krajów

Wielokrotnie wskazywaliśmy na marnotrawienie środków publicznych (polskich, unijnych, kredytów np. z Europejskiego Banku Inwestycyjnego - EBI), wydawanych na ochronę przeciwpowodziową. Poświęcono temu zagadnieniu kilka publikacji . Z opracowań tych, powstałych przy udziale hydrologów,  wynika, że środki wydawane pod hasłem ochrony przeciwpowodziowej, najczęściej nie tylko tej ochronie nie służą, ale często zwiększają ryzyko i zasięg powodzi oraz straty z nią związane.

Przywołamy dwa znamienne przykłady. Pierwszy to pożyczka, jaką nasz kraj otrzymał po powodzi 2001 r. z EBI. Do 250 mln euro pożyczki dołożyliśmy ponad 130 mln z budżetu, co daje niebagatelną kwotę ponad 380 mln euro. Część tej sumy posłużyła likwidacji skutków powodzi i tego nie kwestionujemy. Natomiast pozostałe środki zostały wydane bez żadnego kompleksowego planu, w znakomitej większości na prace regulacyjne, w tym betonowanie rzek i potoków górskich. Skutki tych „przeciwpowodziowych” działań mieliśmy okazję zaobserwować w tym roku, kiedy woda zamiast pozostawać bezpiecznie w górnych partiach zlewni, szybko spływała wyprostowanymi korytami kumulując się i powodując powódź w dolinach głównych rzek.

Drugi przykład dotyczy, wspomnianego już, budowanego na Odrze stopnia Malczyce. To część „Programu dla Odry 2006”. Absolutnie nie służy on ochronie przeciwpowodziowej – to stopień żeglugowo-energetyczny. Ma kosztować według ostatnich szacunków 800 ml zł. Niezależne analizy hydro-morfologiczne, wykonane na zamówienie organizacji ekologicznej, udowadniają, że bez ogromnych inwestycji i kaskadyzacji całej Odry, nie mamy szans nie tylko na międzynarodową drogę wodną, ale nawet na drogę o randze regionalnej. Co więcej, uregulowanie rzeki na te cele jest sprzeczne z celami ochrony przeciwopowodziowej. Wyniki wspomnianych analiz oraz ekspertyzy na temat społeczno-ekonomicznych skutków rozwoju Odrzańskiej Drogi Wodnej od kilku miesięcy znane są Prezesowi Krajowego Zarządu Gospodarki Wodnej. Dlaczego zatem ta inwestycja jest forsowana? Czy stać nas na wydanie takiej kwoty?

Nie jesteśmy odpowiedzialni za podejmowane decyzje

Poruszamy się w określonym porządku prawnym - decyzje podejmują kompetentne organy administracji publicznej, nie ekolodzy. A jeśli jesteśmy winni, to w jednym szeregu z nami należałoby postawić członków samorządowych kolegiów odwoławczych i sędziów sądów administracyjnych, którzy przyznają nam rację i uchylają złe, sprzeczne z prawem decyzje. Jak w państwie prawa urzędnik może oskarżać kogokolwiek, że nie pozwolił mu działać wbrew przepisom i dobrym praktykom, i spotykać się z poklaskiem?

Fakty medialne a rzeczywistość

1)    Pod koniec lat 90-tych ubiegłego wieku Małopolski Zarząd Melioracji i Urządzeń Wodnych podjął temat wzmocnienia oraz podwyższenia wałów Wisły i jej dopływów w rejonie Oświęcimia. Cały program dotyczył modernizacji kilkudziesięciu kilometrów obwałowań. Towarzystwo na rzecz Ziemi zaaprobowało tę koncepcję, zgłaszając uwagi najpierw do 2-kilometrowego odcinka na terenie Gminy Oświęcim, a ostatecznie do 700 metrów (w sumie w gminie i mieście było planowanych 23 km). Aby przyspieszyć wydawanie zezwolenia na wycinkę drzew w związku z inwestycją, z inicjatywy TnZ w styczniu 2004 roku podzielono ją na dwie części - tę, która dotyczyła fragmentu ostatecznie zaakceptowanego przez Towarzystwo (22,3 km) i pozostałą (700 m). TnZ, nie kwestionując konieczności remontu, zaproponowało, aby na tym 700-metrowym odcinku z cennymi siedliskami (Natura 2000) zastosować technologię, która zapewni taki sam stopień bezpieczeństwa jak pozostała część obwałowania, a równocześnie pozwoli na ochronę siedlisk przed zniszczeniem. Ponad rok temu WZMiUW zadeklarował zlecenie analizy dotyczącej proponowanych rozwiązań alternatywnych. Nie wiadomo czy została zlecona i jakie są jej wyniki. Wiadomo natomiast, że z 22,3 km obwałowań planowanych do modernizacji w technologii tradycyjnej i nie kwestionowanych przez TnZ nie zrealizowano około 6 km (ponad 1/4).

2)    Planowany do modernizacji przez  Wojewódzki Zarząd Melioracji i Urządzeń Wodnych w Warszawie 12-kilometrowy odcinek Wału Zawadowskiego na południu Warszawy położony jest w 2 gminach – Konstancin Jeziorna i Warszawa. W dwóch niezależnie prowadzonych postępowaniach Ogólnopolskie Towarzystwo Ochrony Ptaków zgłosiło takie same zastrzeżenia do decyzji środowiskowych. Towarzystwo nie domagało się zaprzestania modernizacji, tylko przeprowadzenia tych prac w sposób zmniejszający możliwe szkody środowiskowe. Były to bardzo proste do realizacji zalecenia dotyczące: prowadzenia wycinki drzew poza okresem lęgowym ptaków (co jest zapisane w polskim prawie i powinno zostać automatycznie przeniesione do decyzji), zakazu prowadzenia robót od strony koryta (bo są tam cenne siedliska, ale też przemawiają za tym względy bezpieczeństwa), założenia szlabanów na przejazdach przez wały (żeby wyeliminować ich rozjeżdżanie przez quady), pobierania materiału do budowy wałów poza obszarami chronionymi (bo takie są wymogi prawne określone dla tych obszarów). Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie podzielił zdanie ekologów i w 2008 r. uchylił decyzje obu organów. Burmistrz Konstancina Jeziornej w ponownej decyzji uwzględnił uwagi i nowa decyzja uprawomocniła się w 2009 roku. Na odcinku wilanowskim postępowanie zostało zawieszone na wniosek inwestora i dlatego decyzji nie ma do dziś.

3)    Media doniosły, że po wysiedleniu mieszkańców z terenu projektowanego Zbiornika Kamieniec Ząbkowicki zamiast zbiornika utworzono „rezerwat ptactwa”. Tymczasem to inwestor (RZGW Wrocław) odstąpił od jego realizacji ze względu na niską skuteczność zbiornika w redukcji fali powodziowej. Wykazało to studium wykonalności, zlecone przez Pełnomocnika Rządu do spraw Programu dla Odry 2006 w roku 2003, już po wysiedleniach i wykupie gruntów. Informację o tym można znaleźć na stronie internetowej Sejmu w dziale interpelacje poselskie.

Przypominamy tym wszystkim, którzy zapomnieli, że żyjemy w społeczeństwie obywatelskim, a ruchy ekologiczne miały swój znaczący udział w budowie i kształtowaniu nowego Państwa po roku 1989.
Domagamy się:podjęcia konkretnych kroków w kierunku ograniczenia ryzyka powodzi i zmniejszenia strat powodziowych, zgodnych z Dyrektywą Powodziową i Ramową Dyrektywą Wodną UE, skoncentrowanych na działaniach nietechnicznych, których istotą jest zarządzanie ryzykiem, prewencja i planowanie przestrzenne, a nie budowa nowych wałów i kolejnych zbiorników;
zweryfikowania, wzorem naszych zachodnich sąsiadów, wszystkich planowanych i realizowanych inwestycji hydrotechnicznych pod kątem ich wpływu na zwiększenie ryzyka i zasięgu powodzi oraz potęgowania strat powodziowych;
szczegółowego raportu, odpowiadającego na pytanie, na jakie działania w ostatnich 10 latach były wydawane środki budżetowe, pomocowe UE oraz kredyty banków europejskich i Banku Światowego dedykowane ochronie przeciwpowodziowej.


Pod listem podpisali się dotychczas:
Towarzystwo na rzecz Ziemi
Ogólnopolskie Towarzystwo Ochrony Ptaków
Klub Gaja
Greenpeace Polska
Związek Stowarzyszeń ‘Polska Zielona Sieć’
Polskie Towarzystwo Ochrony Przyrody „Salamandra”
Pracownia na rzecz Wszystkich Istot
Fundacja EkoRozwoju
Klub Przyrodników
Instytut na rzecz Ekorozwoju
Stołeczne Towarzystwo Ochrony Ptaków
Stowarzyszenie Wędkarzy Internautów
Polski Klub Ekologiczny Okręg Mazowiecki
Towarzystwo Przyjaciół Słońska "Unitis Viribus"
Stowarzyszenie Magurycz
Grupa Badawcza Ptaków Wodnych KULING
Warszawski Ośrodek Ekonomii Ekologicznej
Prof. Tomasz Żylicz – Dziekan Wydziału Nauk Ekonomicznych, Uniwersytet Warszawski
Jacek Engel – Przewodniczący Komisji ds. ochrony wód, mokradeł i obszarów wiejskich Państwowej Rady Ochrony Przyrody
Dr Jacek Betleja, Dział Przyrody, Muzeum Górnośląskie w Bytomiu
Dr Monika Bukacińska, Centrum Badań Ekologicznych PAN
Dr Dariusz Bukaciński, Centrum Badań Ekologicznych PAN
Dr Agnieszka Czajka, Wydział Nauk o Ziemi, Uniwersytet Śląski
Dr Grzegorz Hebda, Stowarzyszenie Ochrony Przyrody BIOS
Dr Marek Kucharczyk, Zakład Ochrony Przyrody, UMCS Lublin
Zieloni 2004, Rada Krajowa

1 czerwca 2010

Źródło: OTOP

poniedziałek, 24 maja 2010

Kawa i szkiełko



Tym razem nie będzie o szkiełku mędrca, choć na pewnoniejeden uczony kawą właśnie się wzmacnia w trakcie nocy wypełnionej pracąnatężonego aż do granic umysłu. Nie będzie też o szkiełku z zawartościąprocentów, którymi też często się wzmacnia małą czarną, aby zmieniła się wirlandzką lub jeszcze inną dystyngowaną kawę dla smakoszy.

Wpiątek, 21 maja 2010, we wszystkich portalach internetowych, od wielkiej trójcypocząwszy (onet, interia, wp) a na niszowych skończywszy, na pierwszej stronierozpisywano się o tym, że Nescafe wypuściła na polski rynek kawy rozpuszczalnez domieszkami szklanych odłamków. Nie dość, że Nesca jest jedną z najdroższychkaw rozpuszczalnych dostępnych w naszych sklepach, to jeszcze problem dotyczyłtopowych cenowo produktów tej marki, a więc kaw Alta Rica, Cap Colombie orazEspresso, pakowanych w charakterystyczne słoiki 100 g. Można więc powiedzieć,że największym badziewiem okazały się produkty najdroższe na rynku, po którymkażdy by się raczej spodziewał najlepszych cech. W dodatku przerażające jestto, że nie chodzi tu o złą jakość, która grozi co najwyżej zniesmaczeniem lub wnajgorszym wypadku rzadką sraczką, a o zagrożenie dla zdrowia, co wobeckondycji polskiej służby zdrowia może łacno przerodzić się w poważne zagrożenieżycia.

Przeglądnąwszykilkanaście różnych serwisów zauważyłem, że niefrasobliwość Nestle (producentNescafe) idzie w parze z podejściem internetowych dziennikarzy do wykonywanejprzez nich pracy. Co prawda podali tą bulwersującą informację do publicznejwiadomości, ale to żadna zasługa bo znając życie zrobiliby wszystko byzwiększyć ilość odsłon na swych stronach. Wymowa tych artykułów daleka byłajednak od potępienia tak gorszącej wpadki firmy pretendującej do miananajlepszej w branży. Mało tego, nie tylko w żadnym wypadku nie podanoproducenta tych kaw, ale nawet nie pokazano zdjęć ich opakowań! Zamiast nichjako ilustrację tekstów umieszczano zdjęcia typowo reklamowe, raczejzachęcające do kupna tych kaw niż do ostrożności. Może o to chodziło, by wpadkęprzerodzić w nową reklamę? No bo ilu ludzi nie pijących namiętnie drogich kawzapamięta wymienione w tekście nazwy i zdoła je sobie przypomnieć stojąc przedpółką na której do wyboru będą mieli kilkadziesiąt różnych kaw w wielu wzorachsłoików i słoiczków? Każdy kto by zobaczył zdjęcie charakterystycznych wzorówpodpadniętych kaw na pewno by je zapamiętał. Czemu więc nigdzie tych zdjęć niebyło? Lenistwo i głupota kolegów dziennikarzy czy może bardziej świadome„przeoczenie”?

Nawetkarygodne postępowanie Nestle i bulwersujące podejście dziennikarzy niezmusiłoby mnie do napisania tego artykułu. Może dlatego, że Nestle oświadczyłoiż wycofuje z rynku felerne opakowania. W końcu Polska jest pośmiewiskiemświata w wielu dziedzinach a poziom poszanowania konsumenta wcale od tegoobrazu naszego kraju nie odstaje, więc cieszyć się tylko, że kawy znikną zrynku.

Nowłaśnie. Znikną. Chyba gdy wszystkie zostaną wykupione przez nieświadomychklientów. Temu chyba miał służyć brak zdjęć ostrzegających przed zakupem niebezpiecznychproduktów. Dzisiaj wieczorem w supermarkecie widziałem wszystkie trzy kawki wtradycyjnym zestawie, czyli te potencjalnie ze szkiełkiem w środku. Dzięki ciNestle i niech żyje polskie dziennikarstwo.