piątek, 29 maja 2020

Elif Şafak "Araf" - Obczyzna jako czyściec

Elif Şafak

Araf

Tytuł oryginału: The Saint of Incipient Insanities 
Tłumaczenie: Jerzy Kozłowski
Wydawnictwo: Znak
Liczba stron: 416




Chociaż statystyczna ludzka jednostka to istota dbająca przede wszystkim o interes własny i swoich najbliższych, to zdarzają się okoliczności, które powodują iż pomiędzy obcymi sobie ludźmi zawiązuje się całkiem trwała nić porozumienia. Taką sytuacją, za sprawą której osoby bliżej sobie nieznane odczuwają dość silną solidarność jest wspólnie doświadczana emigracja. Zatopienie się w środowisku innej kultury błyskawicznie uświadamia nam, że wspólne braki – słaba znajomość języka czy wrażenie wyalienowania – okazują się niebagatelnymi podwalinami, na których zbudować można mocne relacje. Bardzo umiejętnie pokazuje to Elif Şafak (ur. 1971), turecka pisarka, felietonistka, nauczycielka akademicka i działaczka feministyczna, autorka powieści Araf.

Bohaterowie książki to grupa młodych ludzi, którzy w różnych okolicznościach i z najróżniejszych zakątków świata, trafiają do domu z pokojami do wynajęcia w Bostonie. Pochodzący z Turcji Ömer to doktorant nauk politycznych, który burzliwe lata edukacji przeplatające się z polityczną działalnością pragnąłby ukoronować tytułem naukowym na renomowanym Massachusetts Institute of Technology, w czym przeszkadzają mu niechęć do urządzeń odmierzających czas oraz słabość do płci przeciwnej. Abed, papla i gaduła, doktorant tej samej uczelni, to Marokańczyk specjalizujący się w biotechnologii, a przy tym przykładny muzułmanin, stroniący od alkoholu (w przeciwieństwie do swojego tureckiego przyjaciela). Do grona współlokatorów zalicza się też Hiszpan Piyu, student stomatologii, osoba w równie wielkim stopniu miłująca ład i porządek, co lękająca się wszelkich ostrych narzędzi, właściciel łakomego i głuchego psa o imieniu Arroz. Wokół tego męskiego towarzystwa orbitują żeńskie pierwiastki – Alegre to Amerykanka, będąca przedstawicielką piątego pokolenia Meksykanów, którzy zdecydowali się opuścić rodowitą ziemię. Dziewczyna, która od najmłodszych lat otaczana jest opresyjną miłością ze stroną ciotek, będącą formą rekompensaty za wczesne sieroctwo, przejawia bulimiczne skłonności. Z kolei Sarpanitu, obecnie używająca imienia Gail, to amerykańska Żydówka, która ma za sobą depresyjne epizody, ale i spektakularną metamorfozę. Wszyscy z tej gromady miotają się między młodością a dorosłością, usiłując zdefiniować swoją kształtującą się osobowość w kontekście własnej przeszłości i pochodzenia. Cały zaś skomplikowany proces odbywa się w USA, państwie powszechnie uchodzącym za najlepsze możliwe miejsce do realizacji swoich wielkich planów i marzeń (w duchu kultu american dream).

Utwór Elif Şafak porusza szereg zagadnień istotnych dla współczesnego świata coraz bardziej przypominającego globalną wioskę. Na pierwszym planie znalazły się kwestie dotyczące codzienności ludzi, którzy decydują się podjąć egzystencję na obczyźnie. Turecka pisarka z wprawą zdradzającą niemałą eksperiencję kreśli przekonujący portret osób, które zostają wyrzucone z biegu dotychczasowego życia i ciśnięte w zupełnie odmienną rzeczywistość. Autorka uzmysławia nam, że migracja to nie tylko samotność, wrażenie niedopasowania czy wyalienowanie, które z biegiem czasu można zredukować bądź przezwyciężyć. Şafak podkreśla, że pozostawienie za sobą ojczyzny to również w metaforycznym sensie porzucenie części samego siebie – to odcięcie się od rozdziałów naszych wspomnień, nierozerwalnie wiążących się z określoną grupą ludzi czy miejscami, do których tracimy dostęp. Ciekawym symbolem tego wyrzeczenia się cząstki własnego ja są znaki diakrytyczne, z których w ramach kompromisu rezygnuje Ömer przemianowując się na Omara, tak by (…) lepiej połączyć się z nowym otoczeniem (…) [1] (Gdy imiona dostosowują się do obcego kraju, coś zawsze ginie – a to kropka, a to litera, a to znowu jakiś akcent. (…) Głównym wymogiem zamieszkania w obcym kraju jest udziwnienie czegoś najbardziej do tej pory własnego – swojego imienia [2]).

Problematyka migracji nierozerwalnie łączy się z tożsamością, i przyznać należy, że i w tej materii Şafak radzi sobie bardzo sprawnie. Turczynka w różnorodny sposób, bo poprzez ukazanie losu kilku protagonistów, przedstawia momentami bardzo jałową walkę o to, by pozostać sobą i być traktowanym przede wszystkim jako istota ludzka, nie zaś jako reprezentant danej społeczności, narodu czy grupy etnicznej, na których spogląda się przez pryzmat uprzedzeń, stereotypów, uproszczeń i uogólnień (Będąc cudzoziemcem, nie można już być skromnym sobą. Jesteś swoim narodem, swoim miejscem urodzenia. Jesteś wszystkim, tylko nie sobą [3]). Tym samym autorka sygnalizuje, jak wiele tracimy, gdy zaczynamy kogoś postrzegać głównie jako Araba, Żyda, Turka, Hiszpana czy Polaka – z pola naszego widzenia znika charakter, mentalność czy indywidualność, zamiast których pojawia się rozrastająca się obcość, mogąca wzbudzić w nas lęk, poczucie zagrożenia i nieufność.

Książkę, szczególnie z racji przybliżenia młodości Sarpanitu, można rozpatrywać też na płaszczyźnie stricte psychologicznej, w której motywem przewodnim pozostaje konieczność przywdziewania masek w kontaktach z innymi ludźmi. Poprzez kłopoty z chorobliwą nieśmiałością, z jakimi boryka się Sarpanitu, Şafak interesująco zaznacza, że obecnie nieustannie wymaga się od nas zajmowania stanowisk, wyrażania swojego zdania, głoszenia opinii, ustosunkowywania się do podsuwanych tez, nawet gdy dane zagadnienie nieszczególnie nas interesuje. Jednocześnie, gdy zdecydujemy się przystąpić do gry, tak jak się tego od nas oczekuje, nierzadko skazujemy się na zaszufladkowanie poprzez bycie kimś o ustalonym światopoglądzie, kogo działania, decyzje i ruchy można racjonalnie wytłumaczyć, a więc i w pewnym stopniu przewidzieć. Niedostosowanie się do tych reguł grozi wykluczeniem i ostracyzmem. W przypadku Sarpanitu odruchową reakcję obronną na te żądania staje się potrzeba udawania i wcielania się w kolejne role (Ale za każdym razem gdy zanurzam łyżkę w zupie alfabetowej, mam nadzieję wyłowić z niej nowe litery, by przearanżować swoje imię, a jednocześnie przearanżować swój los. Marzę o tym, aby „nie być więcej i nawet imię własne odrzucić jak połamaną zabawkę” [4]).

Godna uwagi jest także ta warstwa dzieła, która odnosi się do języka – turecka pisarka mocno skupia się na systemie znaków i dźwięków, za pomocą których możliwe jest porozumiewanie się z bliźnimi, prezentując przy okazji jak pełną sprzeczności i przeciwieństw istotą jest człowiek. Z jednej bowiem strony uważamy, że pełne zrozumienie drugiego nie jest możliwe, ponieważ mamy problem zarówno z formułowaniem własnych myśli i odczuć, jaki i z prawidłowym odczytywaniem emocji innych ludzi, w rezultacie czego w międzyludzkich relacjach zawsze pozostaje choćby odrobina niedopowiedzenia i niewiedzy. Z drugiej zaś, dysponując całym tym niedoskonałym aparatem jesteśmy zdolni do współegzystencji czy nawiązywania kontaktów, nawet gdy nasze słownictwo nie jest zbyt bogate (Wśród osób prowadzących rozmowę w języku obcym słowa rozwijają tajemniczą zdolność przemawiania poprzez ciszę, istnienia w swej nieobecności [5]). Tym samym Şafak zdaje się twierdzić, że fundamentem efektywnej komunikacji jest umiejętność deszyfrowania uczuć, jakie kryją się za poszczególnymi wyrazami.

Książka z uwagi na grono intrygujących postaci, ale i dzięki trzecioosobowemu narratorowi skłonnemu do dygresji i dykteryjek, jest też kopalnią ciekawostek. Şafak serwuje szereg czytelniczych smaczków, począwszy od spostrzeżeń poświęconych szeroko pojętej translacji (Każdy tłumacz jest bowiem, bez względu na to, czy podejmuje się drobnego czy gigantycznego zadania, wspólnikiem w pewnego rodzaju złodziejstwie [6]), poprzez przemyślenia dotyczące natury czasu, małżeństw z różnych kręgów kulturowych (Tak się jakoś dzieje, że małżeństwo dwóch osób z różnych światów wzbudza w ludziach strach przed tragedią, pierwotną trwogę, niemal religijną, jak gdyby – nawet jeśli para żyje w idealnej zgodzie – co noc, gdy każde oddzielnie zapada w głęboki sen, ich bogowie do świtu toczyli ze sobą bój [7]) czy różnicy pomiędzy chęcią czynienia dobra a czynieniem dobra, a na obserwacjach z zakresu bulimii skończywszy. Sama końcówka książki to z kolei niesamowita podróż po Stambule, w którym piękno i szpetota harmonijne nie ze sobą współtrwają.

Efektem finalnym tych wszystkich klocków, którymi z wprawą i gracją żongluje Elif Şafak jest bardzo dobra powieść, będąca złożonym studium mentalnych aspektów życia na obczyźnie. Za sprawą pióra Turczynki migracja jawi się jako kompleksowy proces, którego podmiot – człowiek bytujący z dala od ojczystej ziemi – ulega ciągłym, a przy tym wielowarstwowym przemianom.



[1] Elif Şafak, Araf, przeł. Jerzy Kozłowski, Wydawnictwo Znak, Kraków 2017, s. 10

[2] Tamże, s. 10

[3] Tamże, s. 135

[4] Tamże, s. 72

[5] Tamże, s. 16

[6] Tamże, s. 220

[7] Tamże, s. 325


P.S. Araf to druga książka Elif Şafak, jaka zagościła na łamach naszego bloga. O Uczniu architekta bardzo interesująco pisał wcześniej Adrew.


8 komentarzy:

  1. Inaczej wyobrażałam sobie tę książkę, wydaje mi się nieco odmienna od tych, które dotychczas czytałam (a przeczytałam prawie wszystkie: Pchli pałac, Bękart ze Stambułu, Sufi, Honor, Uczeń architekta). Przyznam, że uwielbiam jej styl, umiejętność snucia historii, rzetelne przygotowanie historyczne.
    W Twoim tekście zwróciłam uwagę zarówno na problemy emigracji, jak i (a może przede wszystkim) na rozważania o języku, możliwości porozumiewania się (cytaty - arcyciekawe!). Z tym większym zainteresowaniem sięgnę po tę książkę. Interesuje mnie literatura turecka, przeczytałam wiele naprawdę dobrych książek.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chociaż "Araf" to moje pierwsze spotkanie z Şafak, to za sprawą wspomnianej recenzji "Ucznia architekta" oraz wrażeń mojej dziewczyny po przeczytaniu kilku powieści Turczynki, również byłem nieco zaskoczony treścią, w której brak baśniowych nawiązań. Ale przyznaję, że Şafak w wydaniu realistycznym bardzo przypadła mi do gustu. Rozważania dotyczące funkcji języka w międzyludzkiej komunikacji oraz kwestie migracji zostały niezwykle interesująco opisane, dlatego polecam bez wahania.

      Usuń
  2. Ha - tak mi się coś to nazwisko :) Uczeń architekta - już o nim zapomniałem :) Po przeczytaniu Twojego tekstu mam wrażenie, że Elif Şafak bez motywów baśniowych jeszcze bardziej by mi się spodobała :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja z kolei będę musiał przekonać się czy twórczość autorki w wersji mniej realistycznej wciąż będzie dla mnie atrakcyjna.

      Usuń
  3. A dlaczego tłumacz jest wspólnikiem w złodziejstwie? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo tłumacz, szczególnie tłumacz symultaniczny, z różnych względów, dopuszcza się niekiedy fałszerstwa, oszustwa czy właśnie złodziejstwa, np. gdy nie może zbyt dosłownie i zbyt dokładnie przełożyć tego, co zostało powiedziane czy napisane. Czasem niektóre kwestie trzeba wręcz przemilczeć, by kogoś śmiertelnie nie urazić :)

      Usuń
  4. Człowiek to dziwna istota, sprzeczności pełna. Nie da się drugiego człowieka poznać do końca, nawet po latach znajomości, ale bywają chwile, że z osobą niemal obcą łapie się chwile kontaktu dogłębnego, po rdzeń.

    OdpowiedzUsuń

Czytamy wnikliwie każdy komentarz i za wszystkie jesteśmy wdzięczni. Zwłaszcza za te krytyczne. Jeśli chcesz o czymś porozmawiać, zapytać, zwrócić uwagę na błąd, pisz śmiało. Każda wypowiedź, zwłaszcza na temat, jest przez nas mile widziana. Nie odrzucamy komentarzy anonimowych, jeśli tylko nie naruszają prawa. Można zamieszczać linki do swoich blogów i inne, jeśli nie są ewidentnym spamem. KOMENTARZE UKAZUJĄ SIĘ DOPIERO PO ZATWIERDZENIU przez nas :)