środa, 29 lutego 2012

Biała lwica



Henning Mankell, uznany szwedzki pisarz, dziennikarz, reżyser i autor sztuk teatralnych, jest w Polsce kojarzony głównie jako twórca scenariusza do serialu telewizyjnego o przygodach komisarza Policji Kurta Wallandera* emitowanego w naszej telewizji. Ja, po oglądnięciu wszystkich odcinków nadanych w kraju, postanowiłem sięgnąć do źródeł, czyli do prozy Mankella. Znajomość z jego twórczością pisarską rozpocząłem od powieści Chińczyk, którą oceniłem bardzo, bardzo wysoko. Tak wysoko, że zacząłem się zastanawiać, czy książki z serii Wallandera nie są dużo lepsze niż wersja filmowa. Z taką właśnie nadzieją sięgnąłem po trzecią z cyklu powieść opisującą przygody znanego komisarza:


Biała lwica (Den vita lejoninnan).

Najpierw zerknąłem na notkę na okładce:

W spokojnym szwedzkim miasteczku nagle znika agentka handlu nieruchomościami, baptystka, przykładna żona i matka dwojga dzieci. Policja niebawem odnajduje jej ciało, w dodatku nieopodal zostaje znaleziony palec mężczyzny. Czarnego mężczyzny... Pełne napięcia śledztwo zatacza coraz szersze kręgi; akcja przenosi się ze Szwecji do RPA, pokonuje granice czasu i przestrzeni, dotyka spraw osobistych i politycznych. Komisarz Wallander, usiłując zapobiec zbrodni, która może zmienić bieg historii, wędruje przez świat intryg, spisków i płatnych zabójców, równie posępny jak mglisty krajobraz Skanii.

a potem, pełen nadziei płynącej z niedawnej lektury Chińczyka, zacząłem czytać. Od razu zaznaczę, że Lwica to nie jest powieść kryminalna w stylu polskim, francuskim czy amerykańskim, najczęściej płytka i skoncentrowana tylko na zbrodni i jej szerszym lub węższym tle, próbująca zadziwić brutalnością, makabrą i zezwierzęceniem. Nie jest to też opowieść o herosie w stylu przygód Carla Hamiltona. Podobnie jak inne wybitne szwedzkie kryminały, jak choćby niedościgniona trylogia Millennium, Biała lwica jest kryminałem społecznym. Równie wiele wagi i miejsca zajmują w niej problemy społeczne, co zbrodnia i proces wykrywczy.

W tym wypadku oczywiście głównym problemem i tematem do przemyśleń jest rasizm. Nie tylko ten rodem z RPA, choć on jest najbardziej rażący, ale również ten w mniejszym lub większym stopniu nieobcy każdemu z nas. Ten skrót myślowy szufladkujący ludzi i sprawiający, iż przestajemy ich traktować indywidualnie. Każdy z nas ma swoich czarnuchów, żydów, chinoli, pedałów, baby lub inne szufladki do których chętnie wrzuca innych, by nie wysilać mózgownicy drobiazgowym ocenianiem każdego z osobna. To pokusa, której niewielu potrafi się oprzeć i dlatego trzeba zwalczać ją w zarodku. Tym bardziej, iż większość ludzi jest tak głupia, że naprawdę potrafi uwierzyć, iż wszyscy Niemcy to faszyści, a Polacy to złodzieje. Choćby nie wiem ile prawdy było w takich osądach, to nigdy nie są one prawdziwe. Nawet wśród księży nie wszyscy miłują Boga i nawet wśród morderców są porządni ludzie. Coś jednak jest w ludzkiej naturze, że najłatwiejszym sposobem podniesienia własnej wartości, zwłaszcza dla ludzi, którym jej brakuje, jest poniżanie innych, choćby bezzasadne.

W Białej lwicy Mankell porusza również problemy, które wiążą się z napływem obcych do zwartych kulturowo i narodowo społeczeństw. Nowi to nie zawsze aniołki i przynoszą ze sobą problemy nieraz wcześniej całkowicie nieznane. Dla Szwedów jest to napływ ludzi ze wschodu, często obarczonych przeszłością z komunistycznych tajnych służb oraz kryminalną.

Pomimo tych raczej ciężkich tematów, które wymuszają w nas różne poważne przemyślenia, i dużej objętości, rzecz czyta się świetnie. Wartka akcja pełna niespodziewanych zwrotów sprawia, iż połykamy ją jednym tchem. Sympatycznego, swojskiego, choć zarazem bardzo szwedzkiego i pełnego przywar komisarza Wallandera nie sposób nie polubić. Jego bardzo realna konstrukcja psychiczna kompatybilna z reakcjami i podejmowanymi decyzjami każe mi podejrzewać, iż pierwowzorem mogła być jakaś rzeczywista postać. Z drugiej jednak strony wszyscy bohaterowie Mankella tchną autentyzmem, więc może to po prostu jeszcze jeden objaw klasy autora.

Jeszcze innym rysem Białej lwicy, będącym chyba wspólnym trendem czołowych szwedzkich pisarzy, który świetnie podnosi autentyczność występujących w niej postaci i zdarzeń jest coś, co pierwszy raz zauważyłem u Jana Guillou, a co nazwałbym zakatarzonym herosem. Czy zauważyliście, że amerykańscy bohaterowie nigdy nie mają kataru ani sraczki, a ich działań nie może zniweczyć nawet trzęsienie ziemi? W szwedzkiej szkole kryminału i sensacji jest inaczej. Tutaj widać jak wiele zależy od drobiazgów. Od przeziębienia, które przypałęta się nie w porę albo od drobnej pomyłki nic nie znaczącego pracownika najniższej rangi. Mam wrażenie, że ostatnio nawet nasi decydenci w bardzo kluczowych sprawach zaczynają rozumować jakby postrzegali świat przez pryzmat Rambo, gdy tymczasem Szwedzi zaznaczają problem jakim są najniżej opłacani pracownicy, którzy najmniej znaczą i są najmniej zmotywowani, ale mogą wyrządzić równie wielkie straty, jak ci na górze, zwłaszcza w krytycznej sytuacji. Mankell w Białej lwicy pięknie unaocznia nam, jak wiele może zależeć od tak trywialnych rzeczy, jak rzetelność osób wykonujących najprostsze czynności, jak choćby kontrola paszportowa i jakie mogą być konsekwencje niewysłania drugiej strony faksu.

Niestety, polskie wydanie w tłumaczeniu Haliny Thylwe** nie uniknęło drobnych błędów. Czytając przykładowo o nożu nazywanym bronią miotającą mam podobne wrażenie, jak przy wdepnięciu w krowi placek podczas romantycznego spaceru ukwieconą łąką. Na szczęście powieść jest tej klasy, iż niesmak mija już po następnym akapicie.

Nie będę się dłużej rozpisywał, gdyż to po prostu trzeba przeczytać. Nie wiem, czy warto Białą lwicę kupować, gdyż sam raczej drugi raz po nią nie sięgnę, przynajmniej w najbliższym czasie, ale na pewno warto się po nią przejść do biblioteki. Może nie jest to powieść tej klasy co wspomnianej już, kultowe Millennium, niemniej gorąco polecam, nie tylko miłośnikom kryminałów i szwedzkiej literatury


Wasz Andrew


* Mankell jest autorem scenariuszy do wielu filmów nakręconych w Szwecji, w tym trzech seriali o komisarzu Wallanderze
** Nie wiem czy to wina tłumaczki, czy autora; nazwisko podałem by wiadomo było o czyje tłumaczenie chodzi. Nie wiem, czy w oryginale występują wspomniane mankamenty. Jeśli nawet, to dobry tłumacz powinien je poprawić.

Biała lwica [Henning Mankell]  - KLIKAJ I SłUCHAJ ONLINE

Biała lwica [Henning Mankell]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

wtorek, 28 lutego 2012

Władcy Europy




Historia kartelu farmaceutycznego

Die Geschichte des Pharma-Geschäfts
Wie wir wurden
was wir sind


Kiedy znajomy podesłał mi link do filmu z wystąpieniem Dr Ratha „kartel chemiczno-farmaceutyczny-naftowy” nie bardzo się paliłem do jego odpalenia. Już jednak po pierwszych sekundach film, który w rzeczywistości jest utrwaleniem odczytu doktora Matthiasa Ratha z Koalicji w Obronie Zdrowia, bardzo mnie zaciekawił. Nie jest to jednak pogadanka o propagowanej przez niego metodzie walki z rakiem, a o historii. Główna teza filmu jest szokująca: niemiecki kartel przemysłu chemicznego, który dał władzę Hitlerowi, jako swojemu figurantowi, w celu zniewolenia Europy, po przegranej wojnie umieścił swych ludzi, niejednokrotnie zbrodniarzy wojennych, w rządach kluczowych państw Europy i stworzył Unię Europejską, by pokojowo osiągnąć to, czego nie zdołał przy pomocy II Wojny Światowej.

Oglądając film miałem z początku wrażenie, iż to jeszcze jedna odsłona kolejnej z wielu spiskowych teorii dziejów. Okazało się jednak, iż rzecz jest niezwykle interesująca.

Historia to bardzo ciekawa nauka. W opozycji do nauk ścisłych, nie ma jednej historii, choć jest jedna matematyka, fizyka, astronomia. W każdej nauce, poza hipotezami, w które można wierzyć, albo nie, i których wartość przejawia się głównie w użyteczności lub pięknie logicznej konstrukcji, są elementy uznawane za pewne. Twierdzenie Pitagorasa czy Prawo Boyle'a-Mariotte'a są, jakie są. Nikt, ani nic, nie może zmienić ich treści, nawet jeśli ktoś wymusi zmianę ich nazwy. Z historią jest inaczej. Istotą historii, uzasadniającą jej istnienie jako nauki, jest nie tylko ustalanie faktów, ale i związków między nimi. I tu zaczyna się problem. O ile co do gołych faktów różni historycy często się zgadzają, to co do reszty, o ile chodzi o rzeczy mające jakiekolwiek znaczenie, często nie. Tym częściej nie, im bardziej dany temat może mieć związek z aktualną rzeczywistością. Przykładem choćby druga wojna światowa, której wybuch i przyczyny są odmiennie widziane przykładowo przez historyków polskich, rosyjskich czy niemieckich. A mówimy tutaj tylko o historykach prezentujących oficjalną, państwową wersję dziejów, choć przecież są i outsaiderzy, że wspomnę tylko o Suworowie, niegdyś wyśmiewanym za swą koncepcję, według której to ZSRR spowodował wybuch drugiej wojny światowej, a która obecnie ma coraz więcej zwolenników. Nie bez kozery starożytni Grecy uważali historię raczej za sztukę niż naukę i dlatego twory w rodzaju IPN-u, próbujące ustalać wizję historii przy pomocy wyroków parasądowych są dla mnie poronione. Póki trwają badania historyczne, a trwają zawsze, póty kształt historii jest zmienny i nic tego nie powstrzyma. To jednak tylko taka, nieco przydługa, dygresja wprowadzająca, więc wróćmy do tematu.

Choć odczucia z omawianego filmu są tego rodzaju, iż ma się wrażenie, że to obraz nawiedzony i sekciarski, jednak, gdy odetniemy się od formy, od surowego, zarejestrowanego obrazu pozbawionego obróbki, do czego nie jesteśmy przyzwyczajeni, stwierdzamy, iż to, o czym mówi, jest już w dużej części wiadome, naprawdę ważne i coraz bardziej aktualne, a tylko dotąd nie wyartykułowane razem, w jednym miejscu, rozrzucone po wielu różnych tematach. Znajdziemy tu wiele faktów mało znanych i ich logiczne połączenie, które zwolennikom Zjednoczonej Europy powinno dać do myślenia. Choć mam inne zdanie niż autor w kwestii odpowiedzialności za rozpoczęcie II Wojny Światowej, w czym popieram Suworowa, reszta filmu wydaje mi się wiarygodna i przekonywująca. Stwierdzenia, iż Hitler mógł dojść do władzy dopiero po dogadaniu się z niemieckim kapitałem nie są niczym nowym i są zgodne z ogólnymi mechanizmami polityki. Nie miał on bowiem jeszcze takiego oparcia w masach, jak Lenin podczas rewolucji, a poza tym posiadał smutne doświadczenia z nieudanego puczu. Nie ma też niczego, co by przeczyło hipotezie, że radzieckie dążenia do wojny zbiegły się z niemieckimi. To tylko świadczy o tym, że obie strony były za nią odpowiedzialne, a jedynie dyskusyjne jest, kto miał w tym większy udział. Inna sprawa jeszcze, to temat pozostałych uczestników politycznej gry, którzy dolewali oliwy do ognia, ale nie tutaj miejsce i czas na te rozważania.

Jeśli ktoś uważa, iż informacje o zbrodniarzach wojennych z niemieckiego kartelu farmaceutycznego zasiadających we władzach Niemiec i innych krajów, budujących Unię Europejską, by pokojowo osiągnąć to, co im się nie udało za pomocą Hitlera, za naciągane, to niech sobie tylko przypomni amerykański program rakietowo-kosmiczny, w którym zatrudniono ludzi z taką samą legitymacją, zapewniając im całkowitą bezkarność. Poza tym w filmie podany jest adres internetowy http://www.profit-over-life.org, gdzie opublikowano dokumenty na których oparto tezy przedstawione w filmie.

Chcę się też podzielić pewną refleksją. Przed laty, gdy Polska chciała bardzo do Unii, ale nie było wiadomo, czy ją zechcą, trafiłem na takie cytaty:

"Nowa Europa solidarności współpracy międzyludzkiej, Europa nie znająca bezrobocia, kryzysów ekonomicznych i walutowych, Europa planowania i podziału pracy, mająca do dyspozycji najnowocześniejsze technologie oraz wspólnie zbudowany system handlu i komunikacji sięgający po krańce kontynentu, będzie stać na solidnych fundamentach i jak tylko upora się z problemami ekonomicznymi wynikającymi z narodowych barier, czeka ją szybki wzrost gospodarczy".

"W Niemczech w szkole uczymy się, że pierwszy rozbiór Polski był wynalazkiem Polaków, że Wasi magnaci sami zaproponowali to Rosji i Prusom. Dotąd nie chciałem w to wierzyć. Dzisiaj widząc jak Wasza tak zwana elita propaguje przystąpienie do Unii przekonałem się że ta historia może być prawdziwa... Kiedy słyszę powtarzane bezustannie takie hasła jak: "Dla Unii nie ma alternatywy", "Jak nie Unia to Białoruś", zastanawiam się czy ci ludzie są ślepi, łatwowierni czy skorumpowani, a może wszystko razem. "

Wbrew pozorom pierwszy cytat nie jest to wypowiedzią któregoś z aktualnych euroentuzjastów.To ich ideowy poprzednik, a konkretnie dr Artur Seyss-Inquart - hitlerowski gauleiter Holandii, po wojnie skazany w Norymberdze na karę śmierci, we fragmencie tekstu z roku 1940. Drugi cytat to słowa, które wypowiadział Carl Beddermann były doradca i ekspert Unii Europejskiej (fragment wypowiedzi z października 2002).

Jak widać Unia Europejska, pomimo nie mającej precedensu kampanii autopromocyjnej, może budzić różne skojarzenia. Nie bójmy się więc uważnie obejrzeć tego filmu i samodzielnie nad nim pomyśleć, nie oglądając się na powszechnie uznane autorytety, gdyż jak widać, nie do końca są one w czymkolwiek autorytetami. Pomyślmy o tym, jak najpierw Unia, niby krygująca się panna na wydaniu, kazała się prosić i błagać o przyjęcie nowych państw, a teraz nie chce ich wypuścić, choć ją ewidentnie zdradzono i jeszcze musi do nieudaczników dopłacać. Dlaczego i komu zależy na zatrzymaniu w Unii państw, których w ogóle by nie przyjęto, gdyby wcześniej się prowadziły tak, jak teraz? Film, choć nakręcony przed kryzysem, daje do myślenia i na te tematy. Gorąco zapraszam na seans i zachęcam do samodzielnego i krytycznego przemyślenia, gdyż jak już wspomniałem, choć nie ze wszystkimi jego tezami się zgadzam, to uważam go za niezmiernie wartościowy i interesujący. Zapraszam na seans


Wasz Andrew

poniedziałek, 27 lutego 2012

W ciemności



W ciemności
(In Darkness) 2011


Kiedyś, dawno, dawno temu, uwielbiałem chodzić do kina. Te czasy bezpowrotnie minęły w momencie, gdy w kinach pojawiły się fotele z podstawką pod popcorn i napoje, a w domach pojawiło się DVD i dźwięk surround. Tylko świnie jedzą w kinie, bo niczego bardziej nie lubię, niż odgłosu czyjegoś mlaskania i chrupania, gdy na ekranie on i ona, albo gulgotania napoju w czyjejś gardzieli, gdy powinna zalec totalna cisza, gdy na ekranie gasną czyjeś oczy. Wobec powyższego myślałem, iż już nigdy noga moja nie postanie w przytułku bękarta Maelpomeny i Talii. Oczywiście myliłem się, jak większość próbujących przepowiadać przyszłość, gdyż są zaproszenia, którym się nie odmawia. I tak , po kilkunastu chyba latach nieobecności, znowu trafiłem do kina; na seans W ciemności w reżyserii Agnieszki Holland.

Od razu się przyznam do tego, czego się wcale nie wstydzę, a mianowicie do nieznajomości twórczości znanej rodaczki. Nie uważam za konieczne, by oglądać coś tylko dlatego, iż zdobyło uznanie. Wiele filmów uważanych kiedyś, z różnych powodów, za arcydzieła, dziś zalega najbardziej zakurzone kąty. Nie widziałem więc na razie powodu, by specjalnie poszukiwać twórczości pani Holland, choć, z drugiej strony, nazwisko było mi znane i uważałem je za godne szacunku, między innymi za postawę artystki w różnych sytuacjach*.

Początek seansu to był prawdziwy koszmar. Pełny byłem obawy, iż znowu zobaczę kolejny obraz historyczny w polskim moralnie czarno-białym kanonie, gdzie święci są bez grzechu, bohaterowie bez strachu i dziewice bez skazy, gdzie Niemcy to tchórze i idoci, Polacy odważni i rycerscy nie tylko wobec dam, ale nawet i Żydów. Nieco pocieszałem się renomą reżyserki, ale jednocześnie dołowało mnie krzesło dużo mniej wygodne od wersalki, na której zwykle smakuję wytwory sztuki kinematograficznej. Najgorsze były częste zabawy ostrością w kadrze, co w połączeniu z moją wadą wzroku, odległością od ekranu i jego przekątną sprawiało mi mękę, choć miałem najlepsze miejsce z możliwych. Z każdą sekundą pierwszych minut tęskniłem bardziej za powrotem do domu i oglądaniem w warunkach, w których mógłbym bez bólu docenić te artystyczne wyczyny z głębią ostrości.

Po kilku minutach, mimo wszystko, film zaczął mnie wciągać. W ciemności jest opowieścią o czasach pogardy. Opiera się na powieści In The Sewers of Lvov (W kanałach Lwowa) autorstwa Roberta Marshalla oraz na wspomnieniach Krystyny Chiger opisanych w książce Dziewczynka w zielonym sweterku.

Główny bohater opowieści, Leopold Socha, jest lwowskim Polakiem, kanalarzem, a po pracy cwaniaczkiem, który dla kilku groszy na wiele jest gotowy. Handluje z Żydami z getta, ma zamiar szantażować grupę, która chce z niego uciec kanałami. Gdy okupanci przystępują do likwidacji żydowskiej enklawy, za pieniądze pomaga grupie wyznawców judaizmu ukryć się w kanałach. Jednocześnie szabruje gdzie się da, głównie w opustoszałym getcie. Na utrzymaniu ma żonę i małą córeczkę, a „żydki” są dla niego czymś gorszym, może nawet nie kimś gorszym, niż jego rodacy. Przede wszystkim liczą się dla niego swoi: rodzina, kumpel z pracy.

Leci dzień za dniem, miesiąc za miesiącem, a Socha donoszący żarcie mieszkańcom kanałów i obdzierający ich przy tym z kasy ma coraz więcej problemów. Nad głową, niczym miecz Damoklesa, wisi mu kolega Ukrainiec polujący na żydków dla nagrody. Jak się to wszystko skończy nie będę zdradzał.

Film okazał się prawdziwą rewelacją. Nie potrafię powiedzieć, czy należał mu się Oskar, ale zdecydowanie udało się Agnieszcze Holland nakręcić jeden z najlepszych polskich filmów o wojnie. Odpowiednik Gwiaździstego sztandaru w tym sensie, że odzierający z brązu posąg Polaka ratującego Żyda. W niezwykle realistyczny i wyważony sposób udało się ukazać charakterystykę antysemityzmu wynikającego po części z niewiedzy, a po drugie z izolacji, więc po części z winy samych izolowanych. Widać wyraźnie przemianę Sochy, który poznając obcych, zaczyna jednocześnie widzieć w nich ludzi. Realizm sięgający mistrzostwa widać choćby w scenie, gdy Socha daje pieniądze Żydowi, któremu już skończyła się gotówka, by ten udawał, ze nadal mu płaci, a wszystko po to, by kumple Sochy nie mieli go za frajera, który pomaga komuś za darmo. W ciemności nie jest tak naprawdę filmem o Żydach – jest filmem o Polakach. I nie jest to tylko film o holocauście, który jednak miał miejsce już dość dawno temu. Poprzez umiejętne przypomnienie tego koszmaru jest to przede wszystkim film o uprzedzeniach i nienawiści, które tak łatwo wywołać i tak trudno wykorzenić.

Nie czuję się upoważniony, by wypowiadać się o wartościach artystycznych tej produkcji, gdyż jak wiadomo każdemu podoba się to, co mu się podoba, a gentlemani o gustach nie dyskutują. Jednak jako przyczynek do ukazania tego, czym jest wojna, jak wyglądał, i chyba nadal wygląda, stosunek przeciętnego Polaka do Żyda, jest to film świetny. Próbuje też ukazać, jak bezpodstawne w gruncie rzeczy są uprzedzenia rasowe lub wyznaniowe. Realistycznie pokazuje nawet takie aspekty wojennej rzeczywistości, jak pęd do prokreacji w najcięższych nawet terminach, które mogą przyjść na człowieka. Gra aktorów również jest wspaniała. Mnie w szczególności zaskoczył Robert Więckiewicz, który w roli Sochy odnalazł się tak, jakby się do niej urodził. Prześwietnie grał też Benno Fürmann, choć i pozostali aktorzy byli wspaniali i należałoby wielu z nich tutaj wymienić.

Dobrze, że w kinie ludzie nie zaczęli wychodzić, gdy pod koniec, na czarnym już ekranie, pojawiły się pierwsze napisy. Są one bowiem integralną częścią tego opartego na faktach filmu, puentą jedną z najmocniejszych, jakie kiedykolwiek w obrazie kinowym widziałem. Mocna, naprawdę mocna rzecz. Tak mocna, iż uważam za duże przegięcie dopuszczenie tego filmu dla widzów od lat 12, a nie od 18. To jakieś takie schizofreniczne w kraju, w którym Playboy jest zastrzeżony tylko dla dorosłych. Rozumiem, że chodziło o umożliwienie zapędzenia do kin młodzieży szkolnej i innych wycieczek w celu podniesienia oglądalności oraz pobicia rekordu frekwencji. Nie tędy jednak droga.

Jakie będą końcowe oceny dzieła Agnieszki Holland, gdy ucichnie już zamieszanie z szansami na Oskara? Nie wiem. Reżyserka mocno nadepnęła na odcisku wielu polskim środowiskom, a głównie tym powiązanym tradycyjnie z antysemityzmem. Dla mnie jednak, choć całkowicie pozbawiony walorów rozrywkowych, jest to film absolutnie godny polecenia każdemu, z wyjątkiem młodych widzów, o czym gorąco Was zapewniam


Wasz Andrew


* m.in. Agnieszka Holland była jedną z osób, które stanęły w obronie projektu kontrowersyjnego filmu Tajemnica Westerplatte Pawła Chochlewa

niedziela, 26 lutego 2012

Pole krwi



Glasgow, rok 1981. Osiemnastoletnia Paddy Meehan rozpoczyna pracę jako goniec w dzienniku " Scottish Daily News ". Z uporem walczy o pozycję w redakcji. W tym czasie całe miasto obiega wieść o porwaniu i zabójstwie małego Briana Wilcoxa. O zbrodnię oskarżeni zostają dwaj nastoletni chłopcy , jeden z nich jest krewnym narzeczonego Paddy. Dziewczyna podejrzewa, że za śmiercią dziecka stoi ktoś jeszcze. Planuje artykuł, który odsłoni prawdę, a dla niej będzie przepustką do lepszego świata. Aby osiągnąć cel, musi stawić czoła tradycyjnej, pełnej uprzedzeń wspólnocie katolickiej, z której się wywodzi.

Świetnie odmalowane tło społeczno- obyczajowe , surowy , proletariacki język , czarny humor i trafna diagnoza socjologiczna to tylko niektóre atuty POLA KRWI. Galeria wyrazistych postaci i bezbłędnie poprowadzona fabuła nie pozostawiają wątpliwości co do talentu Miny – nowej mistrzyni powieści kryminalnej.

Tyle można wyczytać z notki na okładce książki Pole krwi (The Field of Blood), która niejako przypadkiem wpadła mi w ręce. Jej autorką jest szkocka pisarka Denise Mina i było to moje pierwsze spotkanie z jej twórczością.

Maniera pisarska szkockich autorów (nie tylko kryminałów) musiała być chyba dość specyficzna, skoro ukuto dla ich twórczości osobne określenie – tartan noir. Pola krwi w pełni zasługują na zaliczenie do tego gatunku. Nieustanne wrażenia podczas lektury The Field od Blood to mrok, zimno, beznadzieja, zło. Prawie skazana na przegraną walka o sprawiedliwość, dobro i sukces.

Klimat, niepowtarzalny i niesamowicie plastycznie oddany, to główny walor tej powieści i podstawa jej autentyzmu. Również bohaterowie, choć nie budzą zbytniej sympatii, a może właśnie dlatego, wydają się aż nazbyt realni w tym przegranym środowisku, w którym rozgrywa się akcja, zarówno w wymiarze geograficznym, jak i społecznym oraz duchowym.

Dla polskiego czytelnika bardzo interesujące będzie również to, jak nas widzą Szkoci. Nie nas, gastarbeiterów, ale nas, Polaków z Polski. I nie jest to niestety obrazek budujący:

"... Kiedy potarła zapałkę, odskoczyła główka i upadła na dywan, tworząc niewielki krater w materiale wykładziny. Tracy nadepnęła na zapałkę, przyduszając płomień. – Cholerne zapałki. Robione w Polsce. ...”

Coraz częściej, gdy ktoś uważnie czyta literaturę europejską, zauważyć może, iż tak jak dla nas synonimem tandety i bezmyślnej pracy za grosze jest chińszczyzna, tak dla państw Starej Europy jest nim Polska. Szkoda, że my sami tego nie zauważamy i zamiast starać się to naprawić, butnie głosimy, iż przewodzimy Europie, a w niektórych dziedzinach nawet światu.

Wracając do Pola krwi, to zapewniam, że to powieść warta przeczytania, ale bardzo dołująca. Głównie ze względu na wnikliwe studium katolickiej moralności, która przedstawiona jest jako symbol dwulicowości posuniętej aż do oszukiwania samego siebie, bezmyślnego moralnego lenistwa zamkniętego w klatce bzdurnych dogmatów, bezsensownych uprzedzeń, zawiści i nienawiści. Zaciekłości ukrytej pod miłosierdziem i bezlitosnego uporu skrytego pod płaszczykiem miłości. Zabierając się do tej lektury nie liczcie na doładowanie akumulatorów i rozrywkę. Warstwa kryminalna jest tu raczej tylko pretekstem do pokazania tła obyczajowego. Radzę to wypożyczyć z biblioteki, bo wrócić do Pola krwi to chyba byłby masochizm. Niemniej polecam, bo warto. Warto zobaczyć różne rzeczy oczami Szkotki, o czym z przekonaniem Was zapewniam


Wasz Andrew

sobota, 25 lutego 2012

Chińczyk



W styczniu 2006 roku w małej szwedzkiej wiosce zostaje brutalnie zamordowanych kilkanaście osób. Wybucha medialna gorączka, a dochodzenie grzęźnie w martwym punkcie. Tymczasem sędzia Birgitta Roslin, niezaangażowana w sprawę, odkrywa, że jest spokrewniona z dwiema ofiarami i rozpoczyna prywatne śledztwo. Wpada na trop Chińczyka, który może być odpowiedzialny za masakrę. Ten ślad prowadzi do Pekinu. Okaże się, że rozgrywki polityczne w Chinach wiążą się z tragedią na skandynawskiej prowincji...

Birgitta Roslin, rozwiązując zagadkę masakry, sama znajdzie się w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Mimo że morderca nie usłyszy wyroku na sali sądowej łańcuch zbrodni zostaje przerwany.

Taką notką kusi nas powieść Chińczyk (Kinesen), której autorem jest Henning Mankell, jeden z najpopularniejszych szwedzkich pisarzy, dziennikarzy i ludzi teatru, laureat licznych nagród i wyróżnień. W Polsce najbardziej znany jest jako twórca cyklu powieści kryminalnych o komisarzu Kurcie Wallanderze, na podstawie których nakręcono serial telewizyjny emitowany wielokrotnie w naszej telewizji.

Tomisko jest grube, ale powieść, na co szczerze mówiąc miałem nadzieję, okazała się porywająca. Dosłownie. Porwała mnie w wir wartkiej akcji i nie mogłem się już od niej oderwać. Chińczyk może być zaliczony i do powieści kryminalnych, i do thrillerów, i do sensacji. W moim odczuciu bardzo trafne jest określenie kryminał społeczny, którego najświetniejszym dotąd przykładem jest trylogia Millennium Stiega Larssona.

Fabuła, choć mniej skomplikowana i wielowątkowa niż w Millenium, jest sama w sobie interesująca. Przede wszystkim jednak jest pretekstem do ukazania wielu innych tematów, niż sama tylko płaszczyzna kryminalna i jej otoczenie. Trudno nawet powiedzieć, co jest w tej powieści Mankella najważniejsze. Kryminał czy warstwa społeczna i obyczajowa, a może komentarz do historii i teraźniejszości.

W pierwszej części lektury napędza nas głównie ciśnienie makabrycznej zbrodni niesłychanej w Szwecji, kraju postrzeganym jako bardzo spokojny i bezpieczny. Wczuwamy się w obciążenie jakim takie zdarzenie jest dla psychiki każdego, kto się z nim zetknie. Widzimy zachowania policjantów i prokuratorów oraz, co w literaturze znacznie rzadsze, mamy też okazję spojrzeć na problem przestępczości oczami sędziego.

W pewnym momencie następuje przeniesienie akcji w czasie i miejscu, zmienia się też narrator. Możemy już się domyślić motywów zbrodni i mniej więcej gdzie szukać sprawcy. Mankellowi nie udało się, w przeciwieństwie do Larssona, idealnie zbalansować i spleść w nierozerwalną całość płaszczyzny kryminalnej ze społeczną. W końcu geniusze rodzą się rzadko. Od połowy powieści dreszczyk emocji ogranicza się tylko do tego, czy ktoś jeszcze zginie i jak autor zakończy powieść. Choć napięcie związane z kryminalną zagadką spada, rzecz wcale nie staje się mniej interesująca. Końcówka to właściwie rozważania na różnorodne tematy wplecione w konwencję kryminału. Jednak te rozważania są bardzo poważne i dają świadectwo wielkiej wiedzy autora. Tutaj szwedzka szkoła kryminałów wyprzedza o całe lata świetlne choćby polską reprezentowanąchoćby przez modne ostatnio powieści Marka Krajewskiego, literaturę francuską czy amerykańską, która poza nielicznymi wyjątkami nie porusza żadnych ważnych problemów, a próbuje epatować wydumaną, sztuczną makabrą, dziwacznością i zmyślonymi tajemnicami mającymi pokryć miałkość i płytkość.

Trudno powiedzieć, który poruszony w Chińczyku problem jest najważniejszy. Może to sprawa wzrostu znaczenia Chin, z którego Europa, a Polska w szczególności, nie zdaje sobie sprawy. Chiny już są mocarstwem być może drugim po Stanach, ale z każdym dniem są groźniejsze. Bardzo intensywnie, o czym już kiedyś pisałem, przygotowują się na ekspansję i działanie w przyszłości, która będzie się charakteryzować niespotykanym dotąd brakiem surowców. Niektóre państwa zdają sobie sprawę, że niekoniecznie chodzi tu o ropę naftową i że ten czas może nadejść wcześniej niż kryzys naftowy. Chodzi bowiem o specyficzne metale, bez których nie mogą istnieć nowoczesne technologie. Źródłem wielu z nich jest zaś Afryka i tam Chiny mają, pomimo oporu USA i innych graczy, coraz większe wpływy ekonomiczne. Mankell co prawda nie pisze o surowcach, ale chodzi o coraz większe znaczenie Chin, które umyka pozostałym graczom polityki międzynarodowej, co chyba jest korzystne dla Kraju Środka.

Dużo miejsca położono też na haniebny aspekt historii ikony demokracji, czyli los tysięcy niewolników z Chin, jacy pomarli w zwierzęcych warunkach przy budowie industrialnej potęgi Stanów. To w porównaniu do niewolnictwa Murzynów mało znana, ale nie mniej bulwersująca karta dziejów państwa, które innych chce pouczać o wolności i prawach człowieka.

Interesujące są też rozważania na temat samego niewolnictwa. Niewolnictwa w różnych formach i czasach oraz roli różnych systemów wierzeń, które miały, tak jak i dzisiaj, za zadanie utrzymanie ładu społecznego, a więc powstrzymanie biednych od myślenia o tym, dlaczego inni mają wszystko, a oni nic.

Specjalna łatka przypięta jest chrześcijaństwu, które głosi równość, miłość i braterstwo, ale w praktyce wygląda to trochę inaczej. Większość kleru i wiernych traktuje niewierzących i wyznawców innych bogów nie za zagubionych braci, a za wrogów lub zgoła za gorszy gatunek. Misjonarze z reguły traktują ludy, które mają nawracać, za podludzi, jeśli nie za bydło w ogóle. Sam byłem świadkiem takiego podejścia i choć wiem, że są i świetlane wyjątki, to mam wrażenie, iż są to niestety naprawdę tylko wyjątki i dlatego robi się z nich świętych. Próby chrystianizacji z reguły przynosiły poza Europą więcej strat i cierpień niż pożytku, a i samo podejście do miłości w chrześcijaństwie jest bardzo specyficzne, co Szwedzi widzą dużo wyraźniej niż my i często dają temu wyraz.

Ciekawy jest też temat obcy chyba działaczom Amnesty International, którzy Państwo Środka postrzegają tylko przez pryzmat licznych wyroków śmierci i brutalnych represji. Nie zdają sobie być może sprawy z problemów, z jakimi boryka się władza w tak wielkim, tak gęsto zaludnionym i, w przeważającej części, tak biednym państwie. Państwie, gdzie ewentualny bunt biedoty mógłby przynieść skutki, których krwawych konsekwencji nawet nie możemy sobie wyobrazić, bo nigdy w dziejach Europy ani Stanów niczego takiego w takiej skali nie było.

Te dwa pierwsze tematy łączą się również ze sprawą nietolerancji i rasizmu, które są nadal wielkim problemem. Jak słusznie zauważa autor Chińczyka, „gdy się mało wie, wierzy się w różne rzeczy”. I dotyczy to nie tylko uprzedzeń rasowych. Wiąże się to również ze sprawą presji jaką wywiera grupa na wszystkich jej członków, na ich myśli, wierzenia i postawy.

Jeszcze inny problem, do którego wprowadzenia pretekstem jest profesja głównej bohaterki, to niedomagania systemu demokratycznego w sprawie zapewnienia przestrzegania prawa, a zwłaszcza bezkarność nieletnich, co staje się coraz większym problemem również w Polsce.

Poza świetną warstwą kryminalną i rewelacyjną społeczną, mamy w tej powieści Mankella smaczki charakterystyczne dla szwedzkiej mentalności, tak różnej od naszej. Inne podejście do świata, religii, a nawet pogody: „Minus jedenaście stopni. Na dodatek temperatura dalej spada. Zima, którą mieliśmy do tej pory, była zbyt ciepła”.

Widzimy więc, iż Chińczyk jest klasycznym przykładem udanego szwedzkiego kryminału społecznego, który w opozycji do tradycji kryminału anglosaskiego, a także polskiego daje, nie tylko rozrywkę, ale wzbogaca czytelnika o bardzo poważne wrażenia moralne i zmusza go do przemyśleń na różnorodne tematy. Do tego ich waga i ilość skumulowana w jednej powieści sprawia, że trudno w naszej rodzimej literaturze, nawet tej „poważniejszej” i „pięknej”, szukać czegoś podobnego. Nasze lektury zwykle są monotematyczne i monogatunkowe. Jak rozrywka, to bezmyślna. Jak coś do myślenia, to tylko na jeden temat i z jednego punktu widzenia. Po tym, co napisałem, nie pozostaje mi już nic innego jak tylko zachęcić do lektury tej wyjątkowo wartościowej powieści. Do kupna nie zachęcam, bo jednak chyba nie jest to książka, która równie odkrywcza będzie za drugim razem, czyli zapraszam do biblioteki


Wasz Andrew

Chińczyk [Henning Mankell]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

piątek, 24 lutego 2012

Krystyna córka Lavransa



Krystyna córka Lavransa (Kristin Lavransdatter) pióra laureatki Nagrody Nobla Sigrid Undset jest dla mnie powieścią wyjątkową. Wyjątkową, gdyż, odkąd pamięcią sięgam, jest pierwszą, której nie doczytałem do końca. Wyjątkową, gdyż jednocześnie sprawdziło się na jej przykładzie powiedzonko „do trzech razy sztuka”; dopiero za trzecim razem ukończyłem lekturę w całości. Wyjątkową w końcu, gdyż już za pierwszym razem wiedziałem, że mam w ręku arcydzieło i choć odkładałem je dwa razy na później, to tylko i wyłącznie dlatego, iż chciałem je w pełni smakować od deski do deski, a różne życiowe terminy mi to utrudniały.


Moje szczęście, iż mój kontakt z Krystyną miał miejsce poprzez wydanie z 1973 roku z serii Biblioteka Klasyki Polskiej i Obcej Wydawnictwa Literackiego Kraków. Wspominam o tym nie bez kozery; w trakcie lektury tego dzieła, któremu z racji jego specyfiki trzeba poświęcić zdecydowanie więcej czasu niż innym zbliżonym objętością powieściom, solidność i poręczność wspomnianego wydania okazała się nie bez znaczenia. Wszystkim, którzy chcieliby włączyć dzieło Sigrud Undset do swej domowej biblioteczki sugeruję poszukanie na rynku wtórnym tej właśnie edycji, tym bardziej, iż cenowo może się to okazać dużo korzystniejsze od nowszych wydań.

Krystyna córka Lavransa jest sagą albo, jeśli spojrzeć na to z innego punktu widzenia, powieścią społeczno-obyczajową z silnym wątkiem psychologicznym osadzoną w realiach Norwegii wieku XIV. Ramy czasowe fabuły to zasadniczo pierwsza połowa stulecia, czyli czas życia naszej tytułowej bohaterki. Bytu przeżytego do głębi, wypełnionego uczuciami i przeżyciami. Choć nie są to heroiczne czyny w klasycznym rozumieniu, są nie mniej wielkimi rzeczami pod każdym względem. Każdy poród jest równie odważnym igraniem ze śmiercią co udział w wielkiej bitwie, a ból nie mniejszy niż od ran odniesionych w boju. Krystyna jest bowiem sagą dla kobiet.

W tym miejscu muszę opowiedzieć o skojarzeniu z Krzyżowcami Jana Guillou. Krystyna i Krzyżowcy są jak awers i rewers jednej monety, albo, może nawet bardziej, są niczym obraz i jego lustrzane odbicie. Krzyżowcy są książką o mężczyznach i dla mężczyzn, napisaną przez mężczyznę i pokazują jego widzenie świata, a Krystyna jest opowieścią z tej drugiej strony. Warto przeczytać jedno i drugie, bo wrażenia z porównania są bardzo interesujące.

Wracając do naszej powieści, od razu zastrzec się muszę, iż nie będę przybliżał fabuły. Choć akcja nie jest porywająca niczym górski strumień, ani też tak prędka, to jednak niczym wielka, rozlana wiosną rzeka pod spokojną powierzchnią kryjąca ogromną siłę, wciąga w swój powolny tok, gdzieniegdzie urozmaicony zaskakującymi, potężnymi wirami. Suspens kojarzy nam się głównie z gatunkami o wartkim tempie opowieści, jednak Sigrid Undset pokazuje mistrzostwo między innymi na tym właśnie polu. Zwroty akcji są całkowicie nieprzewidywalne, a wielość przeplatających się wielokrotnie wątków urealnia świat powieści w stopniu niespotykanym. Nigdy nie wiemy, która z nici nagle szarpnie losem Krystyny i jak się dalej potoczy życie jej i jej bliskich.

Silną stroną sagi jest klimat. Norweskie krajobrazy, piękno przyrody, trudy średniowiecznego życia codziennego, przekrój ówczesnego społeczeństwa i mechanizmy jego funkcjonowania – wszystko to na każdej stronie potwierdza, iż pisarka solidnie przygotowała się od strony merytorycznej do swej pracy. Niezwykle przekonująco oddany został również klimat tych lat, w których chrześcijaństwo dopiero umacniało się w Norwegii. Z niedoścignionym wyczuciem udało się noblistce oddać rozdźwięk między hasłami głoszonymi przez wyznawców Chrystusa, a ich czynami i myślami. Jednocześnie pokazała, jak skomplikowane są relacje między nimi i jak trudna jest ocena moralna różnych decyzji podejmowanych w konflikcie pomiędzy różnymi rodzajami miłości; własnej, do Boga, do ukochanej osoby, do rodziny.

Solidne przygotowanie historyczne, o którym już wspomniałem, widać w całej powieści. Pisarka pokazuje się jednak również jako świetna obserwatorka, gdyż postacie, które wykreowała nie mogły powstać inaczej, jak przez przeniesienie charakterów z jej własnego świata. Paradoksalnie, właśnie z tego powodu, niektórzy oceniają różnych bohaterów powieści, najczęściej Erlenda, jako mało przekonujących. Mam wrażenie, że są to głównie głosy ludzi, którzy zostali przez rzemieślników literatury przyzwyczajeni do pewnego schematu tworzenia konstrukcji psychologicznej bohaterów. To podobna reguła jak przy fałszowaniu różnych danych – większość ludzi unika odbiegania od średniej, co zresztą potrafią wyłapać programy komputerowe wiedzące, iż natura nie unika lokalnych ekstremów. Nasza autorka jest o klasę lepsza. Jak na prawdziwą mistrzynię przystało, nie boi się unikatowych sylwetek i zaludnia świat Krystyny mnóstwem postaci. Jest ich tak dużo, iż nieuważny czytelnik rychło się może pogubić wśród postaci drugoplanowych. Każda osoba z powieści, epizodyczna czy nie, ważna czy poboczna, ma swój niepowtarzalny obraz fizyczny i wewnętrzny. Poznajemy każdą postać tak jak w rzeczywistości; im dłużej z nią obcujemy, tym więcej o niej wiemy. U jednych najpierw rzuca się nam w oczy coś charakterystycznego, a u innych pierwszym obrazem jest wrażenie ogólne. Jak w rzeczywistości; żadnych schematów, żadnej sztampy. Pełna zgodność z ogólnymi regułami rządzącymi społeczeństwem i zachowaniami ludzkimi oraz pełna nieprzewidywalność w konkretnym miejscu i czasie.

Krystyna to powieść o życiu i o tym, co dla głównej bohaterki w nim najważniejsze – o miłości. I nie jest to bajeczka, która kończy się schematem wałkowanym w tysiącach odsłon przez całe stulecia – żyli długo i szczęśliwie. Sformułowanie to jest ucieczką przed tym, że mało kto wie, co to naprawdę znaczy to „szczęśliwie”. Tylko nieliczni próbują przejść tę granicę i pokazać co jest dalej po owym wspaniałym happy endzie; jak to szczęście wygląda. Sigrid Undset należy do elitarnego grona tych, którzy z tej próby wyszli obronną ręką. Powieść nie tylko przenosi nas w przeszłość, w nieznaną krainę i ukazuje to w sposób obcy naszemu współczesnemu postrzeganiu, ale zarazem stawia przewrotne pytania. Jakie? Niech każdy ich sam poszuka i odnajdzie na nie odpowiedzi.

Jakkolwiek Córka Lavransa jest zdecydowanie łatwiejsza w odbiorze dla płci pięknej, podobnie jak wspomniani Krzyżowcy są zdecydowanie strawniejsi dla facetów, jakkolwiek większość kobiet na pewno niejedną łzę uroni w trakcie lektury, to i każdemu z nas, twardzieli, zapewni mocne przeżycia. Są w niej głębie, do których warto się dokopać, choć i powierzchowne warstwy wystarczyłyby, by zapewnić świetną lekturę. Prowokuje do przemyśleń; pewnie niejednemu i niejednej otworzy oczy na to, jak różni są ludzie. Jak różne są motory ich działań, które poznać mogą tylko ci, którzy przede wszystkim patrzą na innych zamiast na siebie. Jest tylko jedna uwaga. Krystyna to nie hamburger z ulicznej budki, który wepchniemy w siebie w jak najkrótszym czasie, rozmawiając jednocześnie przez komórkę i myśląc o jeszcze czymś innym. Tak jak każde piękne danie wymaga co nieco od konsumenta i wszystkim tym, którzy są na to gotowi, zdecydowanie i absolutnie ją polecam


Wasz Andrew

Krystyna córka Lavransa cz. 1 [Sigrid Undset]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

czwartek, 23 lutego 2012

Zabójczy wirus



Alex (właściwie Sharon) Kava jest znaną amerykańską autorką bestsellerowych thrillerów. Powieść Zabójczy wirus (Exposed) jest szóstą powieścią z cyklu o przygodach agentki FBI Maggie O'Dell. Sięgając po nią obiecywałem sobie sporo, bo zetknąłem się już wcześniej z prozą tej pisarki i wrażenia były całkiem sympatyczne.


W najnowszym, mrożącym krew w żyłach thrillerze autorki bestsellerów Alex Kavy agentka specjalna FBI Maggie O’Dell poszukuje zabójcy, który wcale się nie ukrywa.

Pewnego dnia do Akademii FBI w Quantico trafia pudełko z pączkami, a w nim list z pogróżkami terrorysty. Maggie O’Dell i dyrektor Cunningham natychmiast przystępują do akcji... i wpadają w pułapkę zastawioną przez zbrodniarza.

Sądząc z taktyki mordercy, jest on zafascynowany zbrodnią doskonałą, pała żądzą zemsty, a jego broń to śmiertelny wirus. Choć ofiary wydają się przypadkowe, w rzeczywistości wybiera je z wielką precyzją.

Agentka O’Dell wie, jak funkcjonuje umysł zbrodniarza, bez względu na to, czy jest on perwersyjnym pedofilem, czy szalonym seryjnym mordercą. Zamknięta w izolatce wojskowego instytutu badawczego stara się znaleźć jakiś trop. Czekając na wyniki swoich badań, usiłuje pomóc agentowi Tully’emu w rozwikłaniu sprawy. Każde kolejne zakażenie grozi wybuchem epidemii. Maggie zdaje sobie sprawę, że ona i jej szef mogą nie doczekać chwili, gdy okaże się, kim jest ten najbardziej niebezpieczny zabójca...

Tyle dowiadujemy się z notki na okładce książki i przy tym pozostańmy jeśli chodzi o fabułę. Nie lubię gdy ktoś odbiera mi radość odkrywania tego, co skrywa następna strona i staram się sam też tego innym nie czynić.

Zabójczy wirus ma wartką szybką akcję i czyta się go jednym tchem. To chyba standard u Kavy. Maggie o’Dell jest sympatyczna i cała powieść wygląda jak typowy amerykański hit powieściowy, od razu gotowy do sfilmowania. Nie spotkamy tutaj zbyt wielu ani zbyt skomplikowanych wątków. Zakończenie jest nie do przewidzenia, i wyskakuje jak królik z kapelusza. Niespodziewane, zaskakujące i jakieś takie mało realne. Postacie głównych bohaterów przekonujące, zwłaszcza zasługuje na uwagę wyraźnie zaznaczony, odbijający się na psychice i życiu osobistym koszt służby w takich formacjach jak FBI czy USAMRIID*. To nie Miami Vice, gdzie postrzały leczą się szybciej niż trądzik i w dodatku bez śladów, a psychika policyjnych herosów po stu odcinkach jest zdrowsza i świeższa niż skóra na pupce niemowlaka. Jednak jeśli chodzi o samą fabułę, osobę sprawcy i jego motywy, a także sam modus operandi, jakieś to takie płytkie i niezbyt przekonywujące. Nie wyobrażam sobie, by ktoś to mógł drugi raz przeczytać mając co innego do wyboru. Niemniej za pierwszym razem czyta się świetnie i chyba o to w amerykańskich bestsellerach chodzi. W sam raz na jeden raz, ale warto. W starej skali ocen piąteczka z małym minusikiem za tą jednorazowość


Wasz Andrew


* The United States Army Medical Research Institute for infectious diseases – Instytut Medyczny Badań nad Chorobami Zakaźnymi Armii Stanów Zjednoczonych

Zabójczy wirus [Alex Kava]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

środa, 22 lutego 2012

Ślepy zaułek



Ślepy zaułek (Dead End) jest kolejną powieścią kryminalną z cyklu o Billu Sliderze, którą zafundowała nam znana londyńska pisarka Cynthia Harrod-Eagles. Bill jest detektywem londyńskiej policji i tym razem zmierzy się z zagadką zabójstwa znanego dyrygenta i szlachcica, notabene rodem z Polski.


O ile inna cześć przygód Slidera, Symfonia Śmierci, wydała mi się całkiem sympatyczna, autentycznie oryginalna i na swój specyficzny sposób wartościowa, to o Ślepym zaułku nie odważyłbym się takich rzeczy powiedzieć. Ot kryminał jakich wiele.

Może oceniłbym tę powieść wyżej, gdyby nie totalna niekompetencja. Nie wiem czyja, bo zebrały się dwie baby do kupy (autorka i tłumaczka; Joanna Grabarek). Jak ktoś nie wie, czym się różnią pocisk, kula i łuska, jak nie potrafi wyjść poza te pojęcia i sięgnąć choćby po takie jak nabój, ładunek i spłonka, gdy miesza je niczym groch z kapustą, to nie powinien pisać (lub tłumaczyć kryminałów). Nie tylko wyjaśniając techniczne aspekty identyfikacji sprawcy przestępstwa z użyciem broni palnej ośmiesza się w oczach znających temat, to na dodatek, i to jest chyba jeszcze gorsze, miesza w głowach tym, którzy o takich sprawach niewiele wiedzą, a być może chcieliby coś zrozumieć. Może nawet przełknąłbym tę wpadkę, w sumie tylko jedną taką rażącą na całą powieść, ale pamiętając wrażenia ze wspimnianej już Symfonii oczekiwałem czegoś lepszego. A może to przeczytane niedawno świetne szwedzkie powieści sprawiły, iż oczekiwałem za dużo? Jakkolwiek by nie było, nie dam Ślepemu zaułkowi więcej niż naciąganą czwórkę w starej skali ocen. Jeśli lubicie Billa Slidera to sobie to poczytajcie, ale jeśli go jeszcze nie znacie, to może sięgnijcie po coś innego


Wasz Andrew

wtorek, 21 lutego 2012

Fałszywy alarm




Sięgając po kolejną powieść Tami HoagFałszywy alarm (Wolf Cry) miałem nadzieję na kawał dobrej rozrywki z dreszczykiem, do czego przyzwyczaiły mnie poprzednie kryminały, jakie wyszły spod jej pióra. Oto czym nęciła notka na okładce:


Laurel Chandler była panią prokurator w hrabstwie Scott. Była, bo kiedy postawiła wszystko na jedną szalę w głośnej sprawie o molestowanie dzieci, przegrana przyniosła jej rozpad małżeństwa i załamanie psychiczne.

Teraz, żeby odzyskać wiarę w siebie, powraca w rodzinne strony, do Luizjany. Tu poznaje Jacka Boudreaux, który także w głuszę uciekł od swoich problemów. Jakich? Nikt w miasteczku nie wie... W tym zaciszu może dla obojga wystarczyłoby czasu i miejsca na odzyskanie spokoju ducha, gdyby nie sprawa "Dusiciela znad Rozlewisk". Właśnie czwarta kobieta stała się jego ofiarą.

Laurel nie chce tej sprawy. Żadnej sprawy. Wolałaby miłość Jacka. Chociaż dookoła mówi się, że to zwykły podrywacz. Najgorzej jednak, że rosną podejrzenia, czy to nie on jest poszukiwanym mordercą młodych kobiet...

Niby nieźle ale zarazem jakoś tak sztampowo i mało makabrycznie w porównaniu choćby do niesamowitej Cienkiej mrocznej linii. Lekturę zacząłem więc zarówno pełen nadziei, jak i obaw.

Jak w większości przypadków, tak i tym razem nie będę streszczał książki, gdyż zwłaszcza w tym dziale literatury odbiera to wiele z przyjemności, jaką powieść oferuje czytelnikowi. Nie chcę Fałszywego alarmu odzierać z suspensu, grozy i mrocznego klimatu.

Właśnie atmosfera zagrożenia złem wylęgającym się z ciemności ludzkiej duszy, która zawsze jest jedną z najmocniejszych stron książek tej autorki, jest również wielkim atutem tej powieści. Nie jest to jednak klimat skoncentrowany tylko na grozie i mroku, jak choćby we wspomnianej Cienkiej mrocznej linii. Niesamowicie mi się spodobało, że Fałszywy alarm, choć jest oczywiście pełen tej niesamowitej atmosfery, która przenika potencjalne ofiary w czasie nocy na bagnach, to jest również pełen aury piękna przyrody jakiej niepowtarzalną odsłoną są wielkie bagniste i zalewowe tereny nie tylko w USA, ale wszędzie tam, gdzie można je podziwiać. Tej miłości do regionu rozumianego jako miejsce, gdzie się żyje i umiera, tak rozpaczliwie brak w polskiej literaturze z półki z sensacją i kryminałami. I nie tylko piękna przyrody. Również piękna i bezcennego kolorytu miejscowego języka, społeczności i obyczajów. Niepowtarzalności wywodzącej się z historii i wspólnoty. W Fałszywym alarmie jednocześnie z grozą jaką napawają nas czyny seryjnego mordercy, możemy smakować klimat Akadii, mało znanego zakątka Luizjanny, gdzie ludzie mówią nie po francusku, a po kajuńsku i myślą też trochę inaczej niż inni. To sprawia, iż nie czujemy się tylko widzami kolejnego odcinka Ojca Mateusza usiłującymi dorównać przenikliwością umysłowi genialnego detektywa i odkryć przed nim kto i dlaczego, iż nie jesteśmy tylko nocnymi słuchaczami Kociego oka, którzy otoczeni ciemnością próbują w świecie swej wyobraźni zwalczyć strach i wytropić zbrodniarza. W tej powieści Tami Hoag mamy możność przenieść się w niesamowity świat Akadii i chłonąć jej kruchy koloryt, choć jak na kryminał przystało pas de bétises*.

Warto też wspomnieć, iż Fałszywy alarm skłania do przemyśleń na kilka ważkich tematów; czy bogactwo lub bieda w domu rodzinnym jednoznacznie determinują sukces lub klęskę następnego pokolenia, czy przemoc w rodzinie, z jaką styka się dziecko, uniemożliwia mu bycie szczęśliwym w przyszłości, co sprawia, że ktoś idzie w tym lub innym kierunku, czy ofiara jest sobie winna i co ma Bóg z tym wspólnego. Jest takich wątków całkiem sporo jak na powieść kryminalną, gatunek przez wielu odsądzany od jakichkolwiek wartości.

Jeśli do tego dodamy ciekawą intrygę, przekonujące konstrukcje psychiczne bohaterów, namiętny romans i wyuzdany seks, szczyptę polityki i nieco kamyczków do ogródka nawiedzonych proroków, w postaci jednego z bohaterów, który mówi wiernym za pieniądze to, co sami mogliby za darmo z Biblii wyczytać, gdyby tylko wierni ją czytać chcieli, to otrzymujemy powieść naprawdę świetną. W starej skali ocen wielka piąteczka a nawet więcej (plusik czy kwiatek, sam nie wiem). Niezależnie od tego, czy kochacie kryminały i thrillery, czy też tych gatunków raczej unikacie, po Fałszywy alarm warto sięgnąć. Nie będzie to czas stracony o czym Was zdecydowanie zapewniam


Wasz Andrew


*bez żartów

cykl Doucet:
  1. The Restless Heart, 1991
  2. Lucky's Lady, 1992
  3. Cry Wolf, 1993, (Fałszywy alarm, 2001)
  4. A Thin Dark Line, 1997 (Cienka mroczna linia, 2001)

poniedziałek, 20 lutego 2012

Kamienna małpa



Kamienna Małpa (The Stone Monkey) to kolejna powieść, której autorem jest Jeffery Deaver, twórca wielu thrillerów i dwóch zbiorów opowiadań, z wykształcenia dziennikarz i prawnik, wielokrotnie nagradzany, w tym pięciokrotnie nominowany do Edgar Awards w kategorii Mystery Writers of America oraz do Anthony Award.


Lincoln Rhyme, sparaliżowany detektyw, którego po raz pierwszy poznaliśmy w Kolekcjonerze kości znów ma przed sobą zagadkę do rozwiązania. Do wybrzeży Stanów Zjednoczonych zbliża się statek z nielegalnymi chińskimi imigrantami na pokładzie. Przemytem tych ludzi kieruje nieuchwytny Kwang Ang, poszukiwany przez policję wielu krajów. Okręt tonie niedaleko brzegu, ale części imigrantów udaje się dotrzeć do lądu. Kwang Ang znika w Nowym Jorku, a Lincoln Rhyme zostaje poproszony o pomoc w poszukiwaniach przestępcy, który nie zawaha się przed zgładzeniem każdego, kto mógłby go zidentyfikować. Wszystkim ocalałym z katastrofy Chińczykom grozi śmierć. Rhyme musi ująć mordercę, zanim ten do nich dotrze.

Tyle notka wydawcy i jak to zwykle czynię, więcej zdradzać nie będę, by czytelnik też miał radość z odkrywania tego, co przyniesie następna strona i następny rozdział. Powiem tylko, że dla mnie osobiście Kamienna Małpa jest raczej z pogranicza kryminału i sensacji niż z krainy thrillerów, czego jednak w żadnym razie nie należy rozumieć jako słowa krytyki. Książkę czyta się świetnie; akcja jest wartka, pełna napięcia i niespodziewanych zwrotów. Język jak zwykle barwny i obrazowy sprawia, iż całość jest chyba jeszcze lepsza niż znany z sukcesu filmowego Kolekcjoner kości. W dodatku, co jest dodatkowym atutem, znaczna część akcji rozgrywa się w świecie Chińczyków, zarówno nielegalnych jak i legalnych imigrantów w USA, w świecie kompletnie dla nas Polaków nieznanym, choć absolutnie wartym poznania. Jest też sporo nawiązań do Chin, ich kultury, mentalności i moralności, tak odmiennych od naszych i zadających kłam bzdurom o „uniwersalnych wartościach”. Wszystko to wraz z pewną dozą humoru wplecione w charakterystyczny dla Deavera klimat poszukiwania i interpretowania dowodów oraz wyścigu z czasem, który decyduje o zwycięstwie sprawiedliwości lub zła. Inna sprawa, że to też obraz nieco jednostronny, który wypacza racjonalizm postępowania przygotowawczego sugerując, iż samymi dowodami rzeczowymi można przygwoździć sprawcę i udowodnić mu winę, mniejszą wagę przykładając do dowodów z zeznań świadków i innych źródeł. W rzeczywistości wielu sprawców skazano bez żadnego dowodu rzeczowego, podobnie jak w wielu przypadkach było odwrotnie. Prawda jak zwykle leży pośrodku i gloryfikowanie jednej metody śledczej i wynoszenie jej ponad inne jest nieco infantylne.

Te szczegóły jednak nie są istotne dla ogółu czytelników. Powieść jest na przysłowiową piąteczkę, choć jak dla mnie jest nieco jednorazowa. Drugi raz po nią nie sięgnę, gdyż nie będzie już zaskoczenia, ciekawości ani niczego, co by to uzasadniało. Z tego też powodu lepiej pożyczyć ją z biblioteki niż kupować. Lepiej dla kieszeni i bardziej ekologicznie


Wasz Andrew

niedziela, 19 lutego 2012

Saper


Najczęściej, gdy zachodzę do biblioteki, szukam czegoś nowego. To tak jak w ciastkarni; szukanie nowych smaków. Zdarzają się jednak dni, kiedy poszukuję czegoś „w stylu”. Są takie książki, które niczym nie zaskakują, nie prowokują do wzniosłych przemyśleń ani moralnych dylematów, ale gwarantują dobrą rozrywkę. Takiej właśnie książki szukałem, gdy sięgnąłem po powieść Duncana Falconera Saper (The Operative) w tłumaczeniu Jarosława Włodarczyka.


Na początek kilka słów o tytule. Nie wiem skąd ta moda niektórych polskich tłumaczy, a może wydawców, na nadawanie dziwacznych tytułów polskim edycjom znanych powieści. Saper nie jest moim zdaniem najlepszym tłumaczeniem słowa the operative, które w tym konkretnie znaczeniu pięknie się tłumaczy na polski jako operator. Saper jest słowem znanym powszechnie i oznacza żołnierza oczywistej dla wszystkim specjalności, działającego przede wszystkim w ramach jawnych jednostek wojska, policji lub innych służb, którego umiejętności są znane i polegają raczej na specjalizacji niż na wszechstronności. Taki tytuł może od książki odrzucić wielu potencjalnych czytelników, gdyż nie o sapera w znanym nam rozumieniu tu chodzi. Tytułowy operator to człowiek najczęściej z niejawnych pionów wojska lub innych służb, lub nawet ze służb całkiem tajnych, typ zawodowca w każdym calu, przeznaczonego do działań w pojedynkę lub w bardzo małych zespołach. Jego zadania nie polegają na rozminowywaniu pól minowych, która to praca choć trudna, niebezpieczna i godna podziwu, nie jest jego domeną. Operator w znaczeniu o jakie tu chodzi to prawdziwy profesjonalista, najczęściej wszechstronnie wyszkolony, o wielkim potencjale fizycznym, psychicznym i umysłowym. Oczywiście posiada specjalizację w tej czy innej dziedzinie, ale najczęściej przewyższa zwykłych żołnierzy i policjantów nawet w tych dziedzinach, które dla nich są specjalnością a dla niego tylko elementem wyszkolenia poza osią głównego zainteresowania. To taki dzisiejszy heros.

Głównym bohaterem Sapera jest John Stratton, komandos brytyjskich służb specjalnych. W trakcie wykonywania misji w Iraku traci najlepszego przyjaciela. Wkrótce wdowa, której również jest bliskim przyjacielem, wyjeżdża do Ameryki, by wyrwać się z militarnego kręgu znajomych nieżyjacego męża i uchronić jedynego syna od pokusy wybrania tej samej drogi w życiu co jego ojciec, przyjaciele i sąsiedzi. Drogi, która tak często prowadzi granicą między życiem a śmiercią.

Niestety, jak to często bywa, w nowym świecie kobieta zamiast odnaleźć spokój, trafia w złe miejsce o złym czasie. Ginie z rąk gangsterów, ale moment przed śmiercią dzwoni do Strattona po pomoc. John pomóc nie może, bo jest na drugim brzegu Wielkiej Wody. Nie odpuszcza jednak i leci do Stanów, by wyjaśnić śmierć żony przyjaciela i zaopiekować się ich synem. Jak łatwo się domyśleć, sprawy się komplikują i Angol musi stanąć do walki z oprychami odpowiedzialnymi za zabójstwo mając jednocześnie na karku policję i FBI. W dodatku musi chronić osieroconego, przerażonego chłopca.

Książka choć nieco schematyczna w fabule, jest napisana naprawdę świetnie. Bądź co bądź autor sam był the operative, więc wie o czym pisze. Wielbiciele gatunku odnajdą w Saperze tą świetną atmosferę realizmu, którą może stworzyć tylko fachowiec. Język jest świetny, tłumacz też sprawił się na piąteczkę. Akcja szybka, pełna napięcia i książkę czyta się jednym tchem, choć do chudych nie należy. Polecam każdemu, nie tylko wielbicielom gunów, wybuchów i Rambo. Jednak jest to wybitnie książka na jeden raz i raczej nie polecam jej zakupu. Sugeruję bibliotekę. A jeśli komuś aż tak się podoba, że po przeczytaniu będzie chciał ją mieć na swej półce, to też dobrze


Wasz Andrew

sobota, 18 lutego 2012

Demony



Kiedyś, dawno, dawno temu, zaczytywałem się literaturą s-f. Potem na długi czas mi ta fascynacja przeszła, by chyba nigdy już nie powrócić w takim natężeniu i formie. Przez długie lata nie byłem w stanie z tej tematyki strawić prawie niczego, poza Diuną Franka Herberta, do której często powracałem. Nie znaczy, że niczego z s-f nie czytałem, ale mało co mi się podobało. Co prawda miałem świadomość istnienia świetnego nurtu tej literatury, który nadal od czasu do czasu poczytywałem, jak choćby prześwietne powieści Orsona Scotta Carda, jednak były to głównie rzeczy z Zachodu. Brak mi było mocnej pozycji polskiej i rosyjskiej s-f z czasów, gdy królował nurt że tak powiem hard s-f, że o Lemie już nie wspomnę. Mierził mnie zwłaszcza zalew fantasy, w zdecydowanej większości tak oryginalnej jak Niewolnica Isaura. Od jakiegoś czasu zauważam, iż sprawy zmieniają się na lepsze. Do hard s-f , jak określam epickie powieści w stylu Asimova, raczej nie będzie powrotu, przynajmniej w najbliższym czasie, gdyż ciężko się zmierzyć z uznanymi tytanami gatunku. Jednak pojawiają się piękne nowe, również polskie, wariacje gatunku; połączenie społecznej i politycznej fiction z domieszką science, fantasy i zwykłej baśni. Pisałem jakiś czas temu o zbiorku opowiadań Jacka Piekary Świat jest pełen chętnych suk, który jest tego trendu najlepszym przykładem.


Demony to zbiorek opowiadań różnych autorów na który składają się:

  • Obol dla Lilith — Jarosław Grzędowicz
  • Valca demona — Eugeniusz Dębski
  • Więzy krwi — Maja Lidia Kossakowska
  • Brzytwą kochanie brzytwą — Paweł Siedlar
  • Zoya — Eva Snihur
  • 36 pięter w dół — Jacek Komuda, Maciej Jurewicz
  • Skrzynia z Zamku Anioła — Artur Szrejter
  • Czytając w ziemi — Andrzej Pilipiuk
  • Akwizytor — Rafał A. Ziemkiewicz
  • Sierotki — Jacek Piekara

Gdybym miał wybrać jedno z nich, które mi się najbardziej podobało, byłbym w wielkim kłopocie. Wszystkie są dobre, a większość z nich to prawdziwe perełki. Ich wspólną cechą jest specyficzny humor, bystra obserwacja dzisiejszej rzeczywistości i barwny, bardzo różnorodny język. Demony są świetną rozrywką a jednocześnie zmuszają do refleksji i poważniejszych przemyśleń. To coś, czego tak brakuje w wielu dzisiejszych bestsellerach.

Opowiadania to krótkie formy, w których puenta i suspens są krytycznymi elementami, dlatego, odmiennie niż w przypadku powieści, nie będę pisał niczego bliższego o treści utworów zawartych w Demonach. Niech każdy z Was sam przeżyje tą lekturę sam na sam z autorami, bez żadnych wtrętów z mej strony. Zdecydowanie polecam.

Choć lektura jest wspaniała, sugeruję raczej udanie się do biblioteki. Demony to chyba nie jest pozycja, którą warto mieć na półce. Jeśli jednak aż tak Wam przypadnie do gustu, zawsze można ją przecież zakupić już po poznaniu treści. Pozdrawiam i życzę świetnej zabawy


Wasz Andrew

piątek, 17 lutego 2012

Przysięga otchłani



Jean-Christophe GRANGE

Przysięga otchłani
(Le Serment Des Limbes)

Przysięga otchłani to trzecia powieść autora Purpurowych rzek, którą miałem okazję przeczytać. Świadomie nie używam zwrotu „miałem przyjemność, a dlaczego, o tym za chwilę.

Paryski policjant Mathieu Durey dowiaduje się, że jego przyjaciel i kolega Luc Soubeyras, również z wydziału zabójstw, próbował popełnić samobójstwo. Otarł się o śmierć kliniczną i w stanie śpiączki leży w szpitalu. Dlaczego posiadający szczęśliwą rodzinę mężczyzna, żarliwy katolik, targnął się na swoje życie? Stres? Nierozwiązana sprawa? Mathieu postanawia pójść tropem ostatniego dochodzenia Luca. Musi sięgnąć w odległą przeszłość. Czternaście lat temu nieznany sprawca utopił w studni małą dziewczynkę. Niedawno bestialsko zabito jej matkę. Przypadek? Ciało kobiety rozłożyło się tylko w połowie, druga połowa została nietknięta. Rytualny mord? Luc odkrywa, że podobną metodą zamordowano także inne osoby. Sprawcy tych zbrodni twierdzili, że popełnili je z podszeptu diabła. A może prawda jest jeszcze bardziej przerażająca i za wszystkimi zabójstwami stoi Szatan w ludzkiej postaci? – Taką właśnie notką kusi nas okładka tej książki. Co w rzeczywistości znajdziemy w środku?

Mój pierwszy kontakt z Jeanem-Christophe GRANGE, podobnie jak wielu innych, miałem za pośrednictwem filmów. Zaczęło się oczywiście od Purpurowych rzek. Zachęcony i przeświadczony, iż powieść jest zwykle lepsza niż film na niej oparty, sięgnąłem po inne powieści tego pisarza. Purpurowe rzeki zostawiłem na później, jak się potem okazało chyba ad calendas Graecas. Na pierwszy ogień, raczej przypadkowo, poszło Imperium Wilków. Potem był Kamienny krąg, a teraz Przysięga otchłani.

Nie będę opisywał fabuły Przysięgi otchłani; musi Wam wystarczyć zacytowana notka wydawcy. Nie chcę odbierać przyjemności rozszyfrowywania tajemnicy tym, który zdecydują się przeczytać tę powieść.

Przysięga otchłani to powieść kryminalna. Można dopatrzyć się w niej też elementów innych gatunków, ale dla mnie jest to jednak kryminał; wydziwniony, wysztuczniony, ale kryminał. Język jest barwny, ale psuje to w znacznym stopniu duża ilość błędów. Nie wiem, kto za nie odpowiada: autor, tłumacz czy wydawca, ale to aż razi. Wiem, iż to bolączka wielu dzisiejszych wydawnictw, które chyba oszczędzają na ostatecznej korekcie i są żałosne w porównaniu z wydaniami z czasów komuny, niemniej jest to wielki minus. Ta powieść, podobnie jak dwie poprzednie, lepiej chyba by się prezentowała po przeniesieniu na ekran, co by ją spłaszczyło, a przede wszystkim skróciło. Jest gruba i długa, ale tak naprawdę niczego ciekawego w niej nie znajdziemy. Motywy kierujące bohaterami, ich konstrukcje psychiczne i realia w których się obracają są tak nierealne, że w trakcie lektury narastała we mnie coraz to większa obawa, jak też w zakończeniu autor to wszystko wyjaśni, rozwikła i uzasadni. Owszem, Grange umie budować nastrój, napięcie i klimat, lecz na tym daleko się nie zajedzie. Gdy się okazuje, że za tym wszystkim nie stoi żadna rzeczywista siła sprawcza, że to epatowanie cudacznymi zbrodniami jest bezsensowne, to po zakończeniu lektury stwierdzamy: - Nuda!!! Gdyby takim piórem dysponował ktoś z sensownymi pomysłami na powieść, to powstałoby arcydzieło. Niestety tak nie jest i jest to chyba ostatnia powieść tego autora, po jaką sięgnąłem – beznadzieja.

Jeśli koniecznie chcecie to przeczytać, skorzystajcie z biblioteki. Kupować Przysięgi otchłani absolutnie nie warto. Dla mnie w starej skali ocen bardzo naciągane cztery z wielkim minusem. To cztery za klimat, a baty za całą resztę. Jeśli macie jakiś wybór, to poszukajcie czegoś innego. Lektura tej powieści, choć jest pewną przyjemnością, zabiera dużo czasu, który na pewno można poświęcić na coś bardziej wartościowego.


Wasz Andrew