Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.

piątek, 7 września 2012

"Antylopa szuka myśliwego" Wojciech Albiński - Afrykańskie Safari w miejskiej dżungli

Antylopa szuka myśliwego 

Antylopa szuka myśliwego


Wojciech Albiński 

Wydawnictwo: Twój Styl
Liczba stron:164










Wojciech Albiński, autor krótkiego zbioru opowiadań Antylopa szuka myśliwego, to z pewnością postać nietuzinkowa. Rocznik 1935, student wydziału geodezji Politechniki Warszawskiej, w latach swojej młodości współredaktor pisma Współczesność, gdzie publikował pojedyncze wiersze i felietony. W roku 1963 opuścił granice Rzeczpospolitej Ludowej. Los skojarzył go najpierw z Paryżem, była jeszcze Genewa, z której to ruszył na podbój Afryki. Albiński pracował jako geodeta, mieszkał w Botswanie, następnie w Republice Południowej Afryki. Jako pisarz zadebiutował w wieku 68 lat, w roku 2004 zbiorem opowiadań Kalahari, który znalazł uznanie w oczach krytyków, o czym świadczą Nagroda Literacka im. Mackiewicza oraz nominacja do Nagrody Nike.

Akcja wszystkich sześciu opowieści ze zbioru Antylopa szuka myśliwego, podobnie jak poprzednie utwory, rozgrywa się na Czarnym Lądzie. Historie napisane piórem Albińskiego zahaczają o różnorakie tematy, znamienne jest jednak, że Afryka, zaprezentowana w tym zbiorze, to kontynent, na którym w pełni zagościła już zdegenerowana, by nie rzec ostrzej – dzika, cywilizacja zachodnia. Cała etniczność przedstawiona w opowiadaniach sprowadza się jedynie do filmów historycznych, czy souvenirów, które sprzedają lokalni mieszkańcy.

Śmierć plantatora to intrygująca historia aktora, który pracuje dla raczkującej wytwórni filmowej w nowym zagłębiu kina, Luluwood. Mimo sławy oraz popularności, artysta, który najczęściej wciela się w rolę okrutnych białych, drży o swoje życie – obawia się linczu prostej społeczności, która pewnego razu może nie rozróżnić fikcji od rzeczywistości.

Kto z państwa popełnił ludobójstwo? to chyba największa perełka całego zbioru. To znakomite studium ukazujące rażącą nieskuteczność wszelakich organizacji działających w Afryce. Rzecz dzieje się w Lobo, w okresie krwawych walk plemiennych pomiędzy klanami Xabu i Wabu. Szybko przekonujemy się, że wraz ze zwycięstwem w demokratycznych wyborach jednego plemienia, równocześnie rozpoczyna się eksterminacja drugiego. Albiński opisał tutaj metodę działania komisji, mającej zająć się zapobieganiem aktom zemsty, świetnie ukazując bezradność europejskich oraz światowych specjalistów, który za nic nie mogą zrozumieć jak głęboki dół niechęci oraz wrogości został wykopany pomiędzy oboma plemionami. Przy okazji autor pokazuje krzywdę, która spotkała cały ogrom plemion afrykańskich w momencie, gdy od linijki wyznaczano granice kolejnych niepodległych państw, tak, że często na obszarze jednego kraju znalazły się ludy, od dawna darzące się szczerą nienawiścią. Niejako mimochodem Albliński zwrócił również uwagę na katalityczny wpływ cywilizacji Zachodu na skuteczność mordowania drugiego człowieka.

Ojciec Izydor to interesująca historia trójki czarnoskórych mieszkańców RPA skazanych za propagowanie komunizmu. Sąd, nie będąc w stanie rozstrzygnąć, czy rzeczywiście oskarżeni dopuścili się zarzucanych im czynów, prosi o pomoc eksperta w dziedzinie ideologii, teologii oraz logiki, ojca Izydora. Duchowny znany jest ze swojego antykomunistycznego usposobienia, zatem prośba o wystąpienie w roli eksperta okazuje się próbą zmontowania pokazowego procesu, w którym siewcy leninowskich idei zostaliby przykładnie ukarani. Los jednak pokaże, że często lubi bywać przewrotny.

Antylopa szuka myśliwego opowiada o losach młodego architekta, karierowicza, który w trosce o stabilne oraz dostatnie życie daje się w końcu skusić na finansowe machlojki. To równocześnie obraz dzikiego kapitalizmu, który zaczyna wdzierać się na Czarny Ląd jak i pustki duchowej nowobogackich dorobkiewiczów, dla których pieniądze oraz luksusy stają się celem samym w sobie.

Nowa, nieoczekiwana kariera to krótka historia doświadczonego i cenionego inżyniera, który na skutek upadku apartheidu, zniesienia embarga, otwarcia się RPA na prądy płynące spoza granic kraju, traci pracę – firma, w której dotychczas był zatrudniony zmuszona została w końcu do zamknięcia działalności, jako, że nie radziła sobie z zagraniczną konkurencją. Biały technokrata nie może pogodzić się ze swoją deklasacją, trudna do zaakceptowania staje się również sytuacja, w której to czarnoskórzy mieszkańcy RPA zaczynają zajmować wyższe, kierownicze stanowiska. Ukojenie przyjdzie z najmniej oczekiwanego kierunku.

Zamykające cały zbiór opowiadanie, Moro i mistrz to rodzaj przypowieści. Tytułowy doktor Moro to początkujący adept czarnoksięstwa. Bazując na doświadczeniach swojego mistrza, po wnikliwych i uważnych obserwacjach, Moro decyduje się przeprowadzić własny seans spirytualistyczny, który kończy się jednak sprawą w sądzie i oskarżeniem o oszustwo. W opresji młodemu człowiekowi, z pomocą oraz życiową radą przychodzi Mistrz.

Proza Albińskiego zaprezentowana w recenzowanym zbiorze opowiadań porusza zagadnienia z szerokiego zakresu tematycznego. Zahacza o ludobójstwa, które regularnie dokonywane są w Afryce (Kto z państwa popełnił ludobójstwo?), przedstawia proces narodzin cywilizacji w wydaniu zachodnim, której cechami szczególnymi są konsumpcjonizm, nie liczenie się z dobrem drugiego człowieka, umiłowanie do zbytku oraz zerwanie z korzeniami kulturowymi (Śmierć plantatora, Antylopa szuka myśliwego). Opisuje także powolny, acz sukcesywny proces zamierania tej prawdziwej Afryki, którego symbolem stają się rdzenni Afrykańczycy, zamknięci w wieżowcach, zatrudnieni do wyrobu na masową skalę podróbek sztuki afrykańskiej (plemiennych masek, figurek, biżuterii, etc.).

Warto zaznaczyć, że wszystkie historie są bardzo krótkie, sprawiają wręcz wrażenie zalążków, z których mogłyby narodzić się naprawdę dobre powieści. Język, którym operuje autor jest suchy, rzeczowy i do bólu oszczędny, przez co niemal w każdym opowiadaniu towarzyszy nam uczucie niedopowiedzenia, nienasycenia. Ze zdziwieniem przyjmujemy fakt, że kolejna kartka książki to już nowe opowiadanie. Narrator, który obdarowuje nas skromną, aczkolwiek bardzo precyzyjną relacją, jest tylko świadkiem wydarzeń, które relacjonuje. Wstrzymuje się od jakichkolwiek ocen, nie wydaje osądów. Wydaje się jednak, że Albiński, poprzez zaprezentowanie takich, a nie innych problemów, z którymi boryka się Afryka, pragnie zwrócić na nie uwagę czytelnika – przy czym często, problemy te przyjmują rangę uniwersalnych, dotyczących także mieszkańców pozostałych części globu.

Antylopa szuka myśliwego to moje pierwsze spotkanie z piórem Albińskiego. Bardzo spodobało mi się spojrzenie polskiego pisarza na Afrykę, z odrobiną dystansu, z perspektywy człowieka z zewnątrz, który dzięki temu posiada szersze spojrzenie na całość zachodzących procesów. Z czystym sumieniem mogę polecić tę pozycją wszystkich fanom krótkiej formy literackiej.

P.S.
Zbiór do nabycia za 2,00 zł w księgarniach Matras!
 
Kto z państwa popełnił ludobójstwo? [Wojciech Albiński]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Ojciec Izydor [Wojciech Albiński]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
 

czwartek, 6 września 2012

Wyznanie



Wyznanie

Roman Gren
wydawnictwo: Czarne 2012


Wielu recenzentów pisze, że Wyznanie to wspomnienia jedenastoletniego polskiego chłopca, który się dowiaduje, iż jest Żydem. Jak wielki jest to dramat możemy zrozumieć tylko, jeśli pamiętamy o jednej z różnic pomiędzy judaizmem a innymi wierzeniami, o której jednak wszyscy zdają się zapominać. Kto jest Żydem, może co najwyżej mieć obywatelstwo polskie. Nie może być narodowości polskiej, bowiem narodowość żydowska jest nierozerwalnie związana z wyznaniem, odwrotnie niż chrześcijaństwo, islam czy inne wielkie religie, które są niezależne od narodowości. Można być Irakijczykiem i zarazem chrześcijaninem, albo Izraelczykiem wyznającym islam. Nie można być jednak Polakiem, w rozumieniu tożsamości narodowej, a nie administracyjnej decyzji nadającej obywatelstwo, będąc wyznania mojżeszowego, gdyż wchodząc w nie, automatycznie uzyskujemy status narodowości żydowskiej*. Dlatego stres jedenastolatka, który uważał się za Polaka, a dowiaduje się, iż jest Żydem, musi być dużo większy, niż gdyby się dowiedział, że jest wyznawcą Proroka, uczniem Buddy czy spadkobiercą wizji Lenina. Zwłaszcza, jeśli jak nasz główny bohater, znajduje się w zdecydowanie antysemickim otoczeniu.

Dramat ten nie jest jednak opowiedziany w sposób przekonujący. Przynajmniej dla mnie. Forma nie jest ani powieścią, ani nowelą, choć tej ostatniej odpowiada objętościowo. To fragment wiru myśli chłopca uderzonego wspomnianą wiadomością, którego umysł kolapsuje i wybucha. Niestety wszystko ubrane jest w słownictwo osoby dorosłej, do tego gruntownie wykształconej, a opowiadane z pozycji chłopca, jeśli jedenastoletniego, to wyjątkowo ciemnego, który nie wie niczego pewnego ani o chrześcijaństwie, ani o komunizmie (socjalizmie), który wówczas panuje, ani w końcu o jak się okazuje dlań najważniejszym – judaizmie. Nie wie nawet kogo przedstawia figura Matki Boskiej. Gdyby to wszystko działo się w głowie przedszkolaka – może byłoby łatwiejsze do przełknięcia. W takiej formie, jaka jest, dla mnie jest niestrawne.

Wyznanie nie jest nowelą ani tym bardziej powieścią. To sztucznie bezładna gonitwa myśli biednego dziecka. Sztuczna, gdyż napisana wygładzonym, poetyckim wręcz, choć do prozy należącym, językiem dorosłego. Językiem, który ma wiele uroku i mógłby zachwycić, gdyby go użyto do czego innego. Sztuczna, gdyż pozbawiona początku i końca. To jakby fragment całości. Wiem, że to zamierzone, ale w moim odczuciu nie wyszło.

Wielkie wrażenie w umyśle naszego głównego bohatera wywarło skojarzenie, iż jest Żydem, a Żydzi zabili Jezusa Chrystusa. Tłucze się w jego głowie jak echo zajmując znaczną część objętości Wyznania, i brak mi oczywistego stwierdzenia, iż Jezus też był Żydem, a to znacząco zmienia wartość emocjonalną wspomnianego już leitmotivu. Kłóci się również ten wątek i waga, jaką przykłada nasz bohater do sprawców śmierci Jezusa z tym, iż nie wie nawet, kto to jest Matka Boska i nie potrafi rozpoznać Jezusa na obrazie.

Reasumując – lektura Wyznania jest interesującym doznaniem, ale nie na tyle, by warto było specjalnie po nie udawać się do biblioteki, gdzie jest wiele innych, wartościowszych książek czekających z utęsknieniem, aż ktoś po nie sięgnie. A szkoda, bo z takim piórem, jakim dysponuje Roman Gren, można osiągnąć wiele


Wasz Andrew



* Oczywiście jest to pewne przybliżenie, gdyż różne podmioty w różnych okresach odmiennie definiowały bycie Żydem, były również różne sposoby stopniowania przynależności do narodowości żydowskiej. Niemniej jednak, na potrzeby niniejszej recenzji, takie uogólnienie uznałem za uprawnione.

Wyznanie [Roman Gren]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

środa, 5 września 2012

Tajemnicza wyspa




Juliusz Verne

Tajemnicza wyspa
oryg. L'île mystérieuse
na podstawie wydania Gebethnera i Wolfa z 1929 roku
opracowała Adriana Pyszkowska-Włoch
autorka opracowania Lucyna Szary
korekta Agnieszka Woźny i Maria Zagnińska



Pamiętając wspaniałe wrażenia, jakie miałem w dzieciństwie z obcowania z tą książką, postanowiłem przeczytać ją ponownie. Pomysł ten okazał się jedną wielką katastrofą. Jak do tego doszło?

Wszystko zaczęło się od tego, iż nie znalazłem starego wydania i musiałem zapoznać się z „nowoczesnym” produktem przemysłu księgarskiego epoki komputerów, czyli inaczej mówiąc wytworem epoki badziewia. Wydanie, o którym mowa, popełnione zostało w 2011 roku przez Wydawnictwo GREG®. Już widok okładki wzbudził moje podejrzenia, a konkretnie widniejące na niej hasła „Lektura z opracowaniem” i „Specjalna czcionka ułatwiająca szybkie czytanie”. Przetłumaczyć to chyba należy jako „Jeśli nie lubisz książek, nie musisz tego czytać; kup i wykorzystaj dołączone opracowanie”. Drugie hasło tym bardziej mnie zdziwiło, gdyż powieścią należy się delektować, a nie mielić z nastawieniem na szybkość. To nie partia wiedzy, którą należy przyswoić, ale coś, co się powinno przeżywać. Swoją drogą, ciekaw jestem, kiedy ktoś wymyśli urządzenia do szybkiego słuchania, by można było szybciej wysłuchać większej ilości muzyki i uchodzić za oblatanego w tej dziedzinie. To tylko jednak taka dygresja, więc wróćmy do tematu.

Na stronie tytułowej czekały na mnie następne stresy. Brak informacji o tym, kto konkretnie dokonał tłumaczenia. Pierwszy raz się z czymś takim spotkałem. W dodatku dziw nad dziwy: autorka opracowania i druga osoba, która opracowała. Co opracowała ta, która opracowała, a nie jest autorką opracowania? Na szczęście zauważyłem, iż aż dwie osoby odważyły się swoim nazwiskiem firmować korektę, więc pocieszyłem się, że przynajmniej wydanie będzie wolne od błędów wszelkiego rodzaju, które są plagą trapiącą nowe, komputerowo składane wydania. Jakże się omyliłem! Ale po kolei.

Nie będę komentował wartości artystycznej ilustracji, powiem tylko, że ja bym nie wziął takich grafik nawet za darmo. Dużo gorsze jest to, iż są one tak beznadziejne merytorycznie, że przeszkadzają w czytaniu. Już na szóstej stronie znajdujemy przykładowo ilustrację zajmującą całą kartkę, na której widzimy trzech mężczyzn siedzących przy ognisku z patelnią w ręku. Taka scenka mogłaby mieć miejsce, choć nigdy nie miała, dopiero pod koniec powieści, gdyż wcześniej bohaterowie nie dysponowali czymś takim jak patelnia. Jest to rzecz karygodna, gdy ilustracje w tak drastyczny sposób kłócą się z tym, co czytelnik właśnie stara się stworzyć w swej wyobraźni. Zwłaszcza zaś czytelnik niewyrobiony, dopiero zaczynający swą przygodę z książką, gdyż Tajemnicza wyspa jest lekturą do klasy szóstej.




Nie wiem czemu, skoro aż dwie osoby zatrudniono do korekty, książka jest pełna błędów, które najbardziej agresywnie atakują czytelnika na szczęście tylko na początku lektury. Zdarzają się nawet całe wyrazy, które chochlik drukarski wtrącił bez sensu we właściwą treść. Na pewno nie ułatwia to nie tylko szybkiego, ale jakiegokolwiek czytania, podobnie jak notatki dla przygłupów znajdujące się w polu zasadniczego tekstu, zamiast na marginesie. Piszę dla przygłupów, gdyż mądry po prostu czyta książkę, która zresztą jest podzielona na rozdziały, z których każdy jest zapoczątkowany wyszczególnieniem tego, co się w nim znajduje – taka maniera autora, która jednak czyni owe notki kompletnie zbędnymi. Jeśli z kolei inteligentny czytelnik ma lenia, sięga od razu do znajdującego się na końcu książki bryka, reklamowanego na okładce, więc te notatki tym bardziej są mu zbędne.

Jakby mało tego wszystkiego, słownictwo jest karygodne. Gdyby takiego użył w swym wypracowaniu nawet uczeń podstawówki, z pewnością bym go zbeształ. Dość podać jeden przykład: „pudło” zamiast „kadłub” jednostki pływającej. I to w powieści, której jednym z głównych bohaterów jest marynarz, a drugim inzynier! Zgroza!

Dość tego znęcania się nad wydaniem. Zajmijmy się samą powieścią.

Tajemnicza wyspa jest opowieścią o dziejach pięciu mężczyzn, którzy w czasie wojny secesyjnej przy pomocy balonu usiłują wydostać się z niewoli. Fabuły nie będę zdradzał, by nie psuć przyjemności z obcowania z tą pobudzającą wyobraźnię książką, o ile jest ona dać przyjemność myślącemu i uważnemu czytelnikowi.

Konia z rzędem temu, kto powie, dlaczego jest to lektura szkolna. Moim zdaniem Verne dał ewidentną plamę, gdyż uważny czytelnik wielokrotnie wyłapie dowody na to, iż się do pracy po prostu nie przygotował merytorycznie. Nie wiem, czy taki knot przeszedłby, gdyby dziś ktoś go spłodził, zwłaszcza ktoś inny niż Francuz. Jedną z głównych, jeśli nie jedyną, wartością powieści jest, infantylna niczym reklama, pochwała pracy, wiedzy, rozumu i wiary. Tym bardziej więc wołają o pomstę właśnie owe wpadki, gdy autor brakiem wiedzy się wykazuje. Wymieniać wszystkich nie ma sensu, ale nie mogę się powstrzymać od najbardziej fascynującego. Cyrus Smith, będący najważniejszą postacią spośród głównych bohaterów powieści, dokonuje bez żadnych przyrządów, wykorzystując duży kamień jako tablicę a mniejszy jako pisak, podziału koła na 360 równych części (stopni kątowych). Konia z rzędem temu, kto potrafi znaleźć nawet wśród matematyków takiego, który bez przygotowania i sięgania do źródeł potrafi z marszu takiej sztuki dokonać. Na kolejne potęgi liczby 2, koło dzieli się łatwo. Sęk w tym, że 360 do nich nie należy. 256 to ostatnia zbliżona do pożądanej wartość, a następna to już 65536. Przy ich pomocy nie można podzielić koła w sposób przydatny do wyznaczenia położenia geograficznego.

Pomijając wiedzę naukową z różnych dziedzin, znajdziemy w Tajemniczej wyspie wiele momentów, które urągają zdrowemu, chłopskiemu rozsądkowi, jak choćby pies wchodzący regularnie po drabinie sznurowej na wysokość ponad dwudziestu metrów, spuszczanie mostów zwodzonych, by nie można z nich korzystać* czy zabijanie gwoździami klapy włazu okrętu podwodnego, by nie przeciekał. Masakra umysłowa!

Dziwna jest sprzeczność konstrukcji umysłowych głównych postaci, szczególnie widoczna zwłaszcza u wspomnianego już inżyniera, który z jednej strony jest symbolem racjonalizmu, a z drugiej zachowuje się momentami całkiem irracjonalnie. Czy racjonalnie myślący człowiek, do którego strzela płatny morderca, który jednakowoż rozmyśliwszy się w ostatnim momencie, „tylko” go ciężko rani, będzie wdzięczny swemu niedoszłemu zabójcy za uratowanie życia? Taka postawa jest pewną formą patologii i ma nawet nazwę syndromu jakiegoś tam. Tymczasem Smith zamiast złorzeczyć Bogu, za to że go mało nie pozbawił życia i rzucił na bezludną wyspę, dziękuje mu za wybawienie. A przecież mógł mu On po prostu pozwolić na udaną ucieczkę balonem. Nawet nie musiał pomagać, wystarczyłoby, żeby nie przeszkadzał. U mnicha z pustelni takie jak u Cyrusa zachowania byłyby zrozumiałe i zgodne z konstrukcją jego psyche, ale nie koresponduje to z postacią będącą ikoną rewolucji naukowo-technicznej i racjonalnego myślenia.

Lektura szkolna powinna dawać wiedzę, pokazywać godny pochwały sposób patrzenia na świat, uczyć myślenia lub prezentować preferowane wartości. Jakie jednak widzenie świata prezentuje lektura, której akcja rozgrywa się na niewielkiej wyspie, na której współistnieje tak wiele gatunków, iż jest to sprzeczne z elementarną wiedzą ekologiczną? Jeśli już przy ekologii jesteśmy, to jakie wartości prezentuje książka, której bohaterowie w pięciu, zamiast przystosować się do wyspy, całą musza przystosować do siebie, a przez jej ucywilizowanie rozumieją między innymi wytępienie wszystkich drapieżników? Sama plastyka opisów przyrody to za mało, by uznać lekturę za wartościową.

Reasumując, uważam tą powieść za nieodpowiednią dla niewyrobionego czytelnika, który nie ma jeszcze umiejętności krytycznego podejścia do informacji, a o innego w szóstej klasie podstawówki raczej trudno. Czemu więc, o czym już nadmieniłem, sam wspominałem dawną lekturę Tajemniczej wyspy jako wspaniałe przeżycie? Ano właśnie dlatego, że nie umiałem jeszcze samodzielnie myśleć. Na szczęście spotkałem później nauczycieli, którzy mnie tego nauczyli. Szkoda, że dzisiaj najlepszy uczeń to nie taki, który myśli samodzielnie, a ten, który daje odpowiedzi wymagane przez nauczycieli. A jacy nauczyciele, takie lektury i wymagane odpowiedzi. Inna sprawa, że myślenie niejednokrotnie boli, o czym po raz któryś przekonałem się przy powtórnej lekturze Tajemniczej wyspy. Jeśli jej jeszcze nie przeczytaliście, możecie ją sobie podarować. Nie jest warta czasu, który trzeba na nią poświęcić. Jest mnóstwo innych, naprawdę dobrych książek, które na Was czekają


Wasz Andrew



* to pewnie akurat nie błąd autora, a tłumacza lub pań, które dokonały opracowania

Tajemnicza wyspa. Tom I [Juliusz Verne]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Tajemnicza wyspa. Tom II [Juliusz Verne]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Tajemnicza Wyspa [Juliusz Verne]  - KLIKAJ I SłUCHAJ ONLINE

poniedziałek, 3 września 2012

Coś więcej niż książka

Książka dla Manuela 

Książka dla Manuela

Julio Cortázar


Tytuł oryginału: Libro de Manuel
Tłumaczenie: Zofia Chądzyńska
Wydawnictwo: MUZA S. A.
Liczba stron: 448
 
 
 
 
Na okładkach książek Julio Cortázara, których kolejna już edycja ukazała się nakładem wydawnictwa Muza S.A., możemy przeczytać, że argentyński pisarz to Wielki Kronopio, patrzący na świat zdziwionymi oczami dziecka, erudyta, meloman, wybitny intelektualista i Obywatel, a zarazem jeden z twórców realizmu magicznego. Śmiało rzec można, że żaden z tych pochwalnych peanów nie jest przesadzony, a jeśli jesteśmy z tych, co to nie wierzą ludziom na słowo, to nic prostszego jak przekonać się o wielkości Cortázar osobiście, np. przez lekturę powieści Książka dla Manuela, o której to słów kilka chciałbym napisać.

Już sam tytuł rodzi pytanie, które w sposób nieskrępowany wypływa z odmętów naszych myśli: kim mianowicie jest/był ów Manuel i cóż takiego wielkiego uczynił, że zasłużył sobie na całą książkę i to w dodatku takiego giganta literatury, jakim niewątpliwie jest Cortázar?

Zanim rozwikłam tę nurtującą kwestię, pozwolę sobie wcześniej wspomnieć czasach, o które zahaczymy w trakcie wędrówki po tej ciekawej lekturze. Akcja powieści rozgrywa się w głównej mierze w latach 70’ XX wieku, a więc w okresie niepokojów, które targały wówczas kontynentem południowoamerykańskim: wzmożona aktywność organizacji lewicowych, liczne manifestacje robotnicze oraz studenckie, nierzadko tłumione siłą, operacja Kondor (prowadzona przez państwa Ameryki Łacińskiej, przy wymiernym wsparciu USA, której celem była eliminacja jednostek buntujących się przeciw rządzącej klasie politycznej, jej bilans to 50 tysięcy ofiar śmiertelnych, 30 tysięcy osób zaginionych oraz 400 tysięcy ludzi, którzy wtrąceni zostali do więzienia, gdzie często byli bici oraz torturowani), etc. Sama fabuła snuta jest w roku 1970, chociaż gęsto poprzecinana jest retrospekcjami, w Paryżu, gdzie mieszkają główni bohaterów, którzy w zdecydowanej większości pochodzą z krajów Ameryki Południowej. Co ciekawe, wśród tej mozaiki osobowości, natrafimy na polski akcent – aktorkę paryskich teatrów, pochodzącą z Krakowa Ludmiłę, zwaną pieszczotliwie Ludlud lub Poleczką. Za sprawą pióra Cortázara śledzimy losy grupy przyjaciół, emigrantów, którzy bezustannie negują zastały porządek rzeczy: światowy system rządów, niesprawiedliwość społeczną, pustą propagandę, prześladowania, które dotykają opozycję w ich ojczystych krajach. W trakcie nieustannych dyskusji, wymian poglądów, spostrzeżeń, gęsto podlewanych mate oraz grappą, przyjdzie nam w końcu poznać Susanę oraz Patricio, rodziców Manuela, dla którego pisana, czy raczej tworzona jest książka. Okazuje się być ona zbiorem wszelakiej maści artykułów, tekstów, reklam, danych statystycznych, wycinanych z gazet i wklejanych do zeszytu. Głównym architektem książki jest Susana, ale dzielnie sekundują jej w tym przyjaciele, dzięki czemu prezent, który w przyszłości otrzyma Manuel charakteryzuje się nieprzeciętną oryginalnością, niepowtarzalnością oraz różnorodnością. Wszystkie wklejki są jednocześnie wycinkami małej części duszy, czy też życia codziennego osoby, który wybrała fragment w danej chwili dla niej najistotniejszy, najważniejszy, najbardziej godny uwagi.

Warto wspomnieć, że opisywani bohaterowie nie prowadzą jedynie pustej retoryki. Swoje poglądy, czy raczej niezadowolenie, starają się manifestować. Stąd organizacja, do której należą – Draka, której celem jest ogólnoświatowa rewolucja. Początkowe akcje przeprowadzane przez buntowników są dość niewinne, by nie rzec naiwne – sprowadzają się do łamania ogólnie przyjętych wzorców zachowań, kontestacji powszechnych norm oraz zwyczajów, jak krzyk w kinie podczas seansu, czy jedzenie w dystyngowanej restauracji na stojąco. Z czasem jednak kaliber działań znacząco rośnie, aż wreszcie dochodzi do draki z prawdziwego zdarzenia, o której opowie już jednak niezrównany Julio Cortázar.

Na uwagę zasługuje również sposób prowadzenia narracji w Książce dla Manuela. Uczciwie trzeba przyznać, że dla czytelnika z pewnością nie jest ona łatwa i wbrew zapewnieniom wydawcy, ociera się jednak o magię oraz oniryzm. Przede wszystkim narrator powieści jest zmienny i mam tu na myśli zarówno formę (uraczymy zarówno pierwszo- jak i trzecioosobową odmianę) oraz samą osobę narratora. Najprościej rzecz ujmując, można stwierdzić, że raz po prostu wchodzimy w myśli kolejnych bohaterów, niekiedy przysłuchujemy się dialogom z perspektywy bezstronnego widza, a czasami jesteśmy świadkami monologu wypowiadanego przez daną postać. Ową zmienność punktu czytania podkreślają też zabiegi pisarza w postaci urwanej myśli, niedokończonej wypowiedzi, równoczesnej percepcji tego samego wydarzenia z odmiennych punktów widzenia, czy płynności w przeskoku z formy pierwszo- w trzecioosobową. Stąd poczucie oniryzmu, o którym wspominałem – momentami czujemy, że umysł nasz tonie w oparach alkoholu, obraz nakreślony przez Cortázara staje się coraz bardziej niewyraźny oraz zamglony.

Osobną kwestią jest pytanie, kim jest ten, co to wiesz, o którym regularnie wspominają bohaterowie książki. Z niewyraźnych oraz niepełnych wzmianek można próbować utożsamiać go z samym Cortázarem. W końcu ten, co to wiesz, jest świadkiem niemal każdego wydarzenia, mimo, że rzadko kiedy bierze w nim czynny udział – najczęściej jest słuchaczem, widzem, obserwatorem. Ponadto tworzy on fiszki (krótkie notatki mające ukazać jak funkcjonuje Draka?, opisy wydarzeń, w których biorą udział jego przyjaciele?, schematy fabularne tworzonej powieści? próby sprecyzowania pewnych rzeczy, pozwalających z różnych punktów widzenia spojrzeć na krótką, lecz burzliwą historię Draki oraz ludzi pokroju Marcosa, Patricia lub Ludmiły?). Możemy mniemać, że ten, co to wiesz jest, czy też próbuje być, pisarzem.

Kolejną rzeczą, która rzuca się w oczy jest swoisty dualizm świata przedstawionego. Z jednej strony uczestniczymy w rewolucji, do której próbują doprowadzić bohaterowie, obserwujemy ich kolejne posunięcia, przysłuchujemy się racją, które wysnuwają w odpowiedzi na przeczytane w gazecie codziennej kolejne doniesienia na temat wybryków lewicy. Z drugiej strony Cortázar otwiera przed nami fascynujący oraz nieco perwersyjny świat życia prywatnego, który w największej mierze dotyczy Andrésa Fava oraz jego trójkątnego związku z Francine i Ludmiłą. Andrés buntuje się przeciw systemowi na swój własny, egoistyczny sposób. Nie należy on do Draki, jest osobą bardziej w typie tego, co to wiesz. Woli prowadzić niekończące się dyskusje przy winie oraz papierosie z Ludmiłą, czytać ambitne książki, czy słuchać muzyki pokroju tej proponowanej przez Karlheinza Stockhausena oraz łamać obyczajowe morale poprzez współżycie z dwoma kobietami na raz.

Równie interesującą postacią jest Lonstein, Żyd argentyńskiego pochodzenia, który w Paryżu pracuje w prosektorium, zajmując się przygotowaniem trupów do ich ostatniej podróży. Uwagę zwraca charakterystyczny język, którym się posługuje, pełen neologizmów, gier słownych, intelektualnych szarad oraz obsesyjne wręcz spowiadanie się z onanizmu każdemu, kto tylko napatoczy się do dyskusyjnego kręgu. W końcu, w trakcie długiej nocnej debaty z tym, co to wiesz, Lonsteinowi udaje się wyłuszczyć wszystkie racje, które nakazują mu obnosić się ze swoją perwersją seksualną, chociaż wcale nie jest zboczeńcem, a mówienie o masturbacji innym w ogóle nie sprawia mu przyjemności. Lonstein to po prostu następny wojownik z formą – zwraca on uwagę, że onanizm to w dalszym ciągu temat tabu, chociaż w rzeczywistości dotyczy on niemal każdego mężczyzny, a nie tylko podlotków, którzy nie zasmakowali jeszcze kobiecego łona. Poprzez obnażanie kolejnego zakłamania, Lonstein stara się stworzyć w murze drobny wyłom, który być może z czasem doprowadzi do runięcia całej konstrukcji obyczajowego kłamstwa.

Na koniec, krótko reasumując, wspomnieć można, że Książka dla Manuela jest niejako książką dla całego, młodego pokolenia, które stanie się naturalnym spadkobiercą idei, o jakie walczyli ludzie pokroju Cortázara. To swoisty traktat moralno-polityczny, w którym wyraźnie powiedziane jest, że obowiązkiem każdego człowieka jest reagowanie na niesprawiedliwość społeczną, to równocześnie świetne studium, ukazujące, do czego prowadzi ludzka nienawiść, ślepy nacjonalizm, wspierany przemocą oraz agresją. Język prezentowany przez argentyńskiego pisarza z pewnością nie jest łatwy – autor często wodzi czytelnika za nos prowadząc z nim gierki słowne pełne koślawej semantyki, bawi się powieściowymi schematami, wplatając w fabułę wątki kryminalne, erotyczne czy dygresyjne. O wyjątkowości powieści decydują z pewnością liczne wstawki, które się w niej pojawiają. Wycinki z prasy codziennej, towarzysząca głównym bohaterom, wśród której przeczytamy m.in. wywiady z amerykańskimi żołnierzami opowiadającymi o torturach prowadzonych na wietnamskich więźniach, doniesienia dotyczące ruchów lewicowych w państwach Ameryki Łacińskiej oraz bieżących wydarzeń politycznych, czy wstrząsające relacje osób przetrzymywanych oraz torturowanych przez przedstawicieli organów państwowych w Ameryce Południowej. Książka może i nie jest łatwa, ale z pewnością warto podjąć trud, by zapoznać się z jej treścią.

P.S. W Matrasie omawiana pozycja do nabycia za jedyne 19,90 zł.

piątek, 31 sierpnia 2012

Chcemy państwa bogaczy i niewolników!

Dziś na głównej stronie wiadomości w onecie, co do którego obiektywizmu mam bardzo poważne zastrzeżenia, ukazały się wypowiedzi „analityków finansowych”, którzy oznajmiali, iż na miejscu premiera, w celu zapobieżenia kryzysowi, zlikwidowaliby darmowe studia, darmową opiekę zdrowotną i w ogóle wszystko co się da. Oczywiście dziennikarze, którzy z nimi rozmawiali, nawet nie zapytali, czy w ogóle w głowie im postało jakiekolwiek obciążenie kosztami kryzysu najbogatszych warstw społeczeństwa. Widocznie dziennikarzom też nawet nie przyszło do głowy, że ktoś inni niż najbiedniejsi powinien ponosić skutki sytuacji zawinionej właśnie przez bogatych, gdyż nie ulega wątpliwości, że główną winę za wywołanie kryzysu ponoszą politycy i sektor bankowy.

Nie dziwię się też tym, którzy mówią, że na miejscu premiera zabraliby ludowi wszystkie zdobycze socjalne łącznie nawet z emeryturami i rentami, choć nie powiem, że mnie to nie oburza. Oburza, ale rozumiem. Ci, którzy w Polsce choć przez chwilę są premierami, nigdy już do normalnej pracy wracać nie muszą. Co więc kogoś, kto zostanie premierem, mogą obchodzić ciemne masy. Plebs jest biedny, bo głupi, a głupi, bo biedny. Polska to nie Stany, gdzie trzeba mieć pieniądze, by zostać politykiem. U nas się zostaje politykiem, by zdobyć pieniądze. Pieniądze dla przeciętnego rodaka nieosiągalne w żaden sposób. Ubolewam nad tym, ale mnie to nie dziwi.

Najbardziej zasmuciła mnie ankieta powiązana z owymi wypowiedziami analityków, którzy przecież właśnie również, jako przedstawiciele świata finansów, zaliczają się do winnych kryzysu.

Jakie kryzysowe decyzje rządu mógłbyś zaakceptować:





Jak widać posiadanie komputera z dostępem do internetu nie ma żadnego przełożenia na poziom inteligencji. Może nawet przeciwdziała jej rozwojowi, gdyż umożliwia jeszcze skuteczniejsze niż telewizja pranie mózgu i indoktrynację zwaną pięknie marketingiem. Z ankiety wyraźnie widać, iż przeciętny internauta nie widzi dalej niż losowo wybrany respondent spod budki z piwem, ba może nawet widzi i rozumie mniej, gdyż przytłoczony nadmiarem zbędnych informacji, których na ogół nie potrafi filtrować, nie ma czasu na refleksję i wyrobienie własnego zdania. O wiele częściej zdarza mi się spotkać prostaka i pijaka, który pomimo braku wiedzy ma szersze horyzonty i ciekawe poglądy, niż uczestnika internetowego forum, który zaskoczyłby mnie w pozytywnym sensie tego słowa. Wróćmy jednak do wspomnianej ankiety.

Prawie wszyscy głosujący byli przeciwni podwyżkom podatków i składek na ZUS. Zrozumiałe, gdyż dotyka to każdego. Już znacznie większa grupa była gotowa zgodzić się na obniżenie waloryzacji rent i emerytur, co z czasem przełoży się na ich obniżenie. Widać, że respondenci nie widzą nie tylko poza kraniec własnego nosa, ale nawet nie widzą siebie w czasie. Interesuje ich tylko to, co dzisiaj. A dzisiaj jeszcze nie są emerytami ani rencistami. Idźmy dalej, gdyż jest jeszcze ciekawiej.

Na wprowadzenie odpłatności za leczenie zgadza się już prawie co piąty, a niemal co czwarty zgadza się na wprowadzenie płatnych studiów! Nawet w Stanach, które są postrzegane jako symbol drapieżnego kapitalizmu, a na pewno są mniej opiekuńcze niż państwa Starej Europy, coraz mocniej się zauważa konieczność i korzyści z powszechnej opieki zdrowotnej oraz wyrównywania szans na zdobycie wyższego wykształcenia. Pomimo tego, iż Stany podkupują cudzą inteligencję, na co Polski nigdy nie będzie stać, coraz silniej dąży się tam do wyrównywania szans na wyższe wykształcenie dla uzdolnionych, ale niezamożnych rodaków. Nasza młodzież zaś, jak widać, jest coraz bardziej gotowa, by pójść w kierunku kapitalizmu, ale takiego sprzed stu lat! Nie wspomnę już, że takie propozycje są nawoływaniem do złamania prawa, a konkretnie Konstytucji, której lekturę wszystkim polecam.

Ktoś powie, że prawie połowa respondentów opowiedziała się przeciw wszelkich takim zakusom. A je powiem, że jedynie niecała połowa. Co to bowiem znaczy wprowadzenie odpłatności za studia i opiekę zdrowotną?

Mam dziwne przeczucie, że ten temat nieprzypadkowo pojawił się w czasie afery Amber Gold. Problem tego parabanku jest marginalny w skali kraju, choćby w porównaniu do tarapatów finansowych drogowców po naszej radosnej działalności autostradowej związanej z Euro. Obym się mylił, ale nie zaskoczy mnie wcale, gdy rząd, korzystając z tej zasłony dymnej, zajmującej uwagę mediów i tłuszczy, przeprowadzi jakieś zmiany w prawie, które w normalnej sytuacji stałyby się celem nagonki medialnej.

Marcin Plichta jest wielkim przestępcą, podobno, gdyż na razie nie został za Amber Gold skazany, więc póki co, w świetle prawa, jest równie godnym szacunku człowiekiem jak każdy inny obywatel. Za co jednak jest potępiany? Ano za to, że obiecywał, a nie dotrzymał.

Od upadku PRL miliony Polaków odprowadzały składki i podatki, które miały im zapewnić wolną od dalszych opłat opiekę zdrowotną i dostęp do edukacji, również studiów wyższych. Nie darmową, co jest jednym z najbardziej kłamliwych sformułowań, tylko wolną od dalszych opłat, a finansowaną właśnie z tych składek, które płacili. Obietnice te państwo, a więc rządzący, zawarli w ustawach i Konstytucji. Teraz, nagle się mówi, że nie ma na to pieniędzy. A ja się pytam – Czym się różni postępowanie Rzeczpospolitej wobec swych obywateli od postępowania Marcina Plichty? Może skalą? Straty z powodu działalności Plichty idą w miliony, a straty, na jakie swych obywateli narażają kolejne pokolenia polskich polityków, idą w miliardy, a raczej biliony.

Naczelna zasada prawa cywilnego brzmi: Pacta sunt servanda*. Szkoda, że Państwo Polskie o tym nie pamięta. Tak jak o zwykłej ludzkiej przyzwoitości, ani nawet o doświadczeniach przeszłych pokoleń i innych narodów.


Wasz Andrew



* łac. Umów należy dotrzymywać.

środa, 29 sierpnia 2012

Wszyscy jesteśmy perypatetykami



Ludzie od wieków pielgrzymują do tzw. miejsc świętych w poszukiwaniu oświecenia, wybaczenia, zrozumienia. W pielgrzymkach nie jest ważny cel, ważna jest droga – bez względu na to, czy pielgrzymujemy do świętego drzewa lub kamienia, miejsca urodzenia lub śmierci osoby uznanej w którejś z religii za świętą, czy też do miejsca, które owiane jest mgłą mistycyzmu najważniejsze jest to, co dzieje się po drodze w naszej głowie.

Podczas chodzenia poprawia się krążenie krwi, wydzielają się endorfiny, więcej tlenu dociera do mózgu, zaczynamy jaśniej myśleć – nierzadko znajdujemy wtedy rozwiązanie ważkiego problemu lub wpadamy na bardzo kreatywny pomysł.

Gdybyście mieli wybrać się w pieszą podróż życia – dokąd byście się wybrali i dlaczego?

Powyższe to tytuł i temat najnowszego, właśnie trwającego konkursu w serwisie LubimyCzytac.pl. Dlaczego przytaczam wszystko w całości, choć nie zamierzam w nim brać udziału? Ano z tego powodu, iż oburza mnie taki tekst od początku do końca mający formę sprytnej manipulacji mającej podstępnie szerzyć w społeczeństwie wypaczone stereotypy. Oczywiście dopuszczam możliwość, że wydźwięk taki nie jest zamierzony przez autora, że po prostu „samo tak wyszło”. To jednak nie zmienia stanu rzeczy, gdyż nieświadomość oraz brak złej woli nie mogą być usprawiedliwieniem skoro, jak mówi mądrość ludowa; piekło nie złem, a dobrymi chęciami jest wybrukowane.

Zacznijmy od tytułu. „Wszyscy jesteśmy...” Formułując taki nagłówek, zwłaszcza w serwisie uważanym za jeden z bardziej inteligentnych i wyważonych w polskiej części sieci, należy zdawać sobie sprawę z tego, jak wielu ludzi bezkrytycznie przyjmuje treści publikowane w internecie. Pytam więc autora, czy aby na pewno wszyscy jesteśmy perypatetykami? Czyżby twierdził, że ci, którzy nie są, nie istnieją?

Zaraz po tytule czytamy, iż ludzie od wieków pielgrzymują do miejsc świętych i mistycznych, a podczas tego myślą wydajniej, bardziej kreatywnie. Ktoś nie znający znaczenia słowa perypatetyk, z kontekstu może domniemywać, że oznacza ono pielgrzyma lub kogoś, kto w marszu próbuje pracować umysłem. Tymczasem tak przecież nie jest. Dalej czytamy, że chodzenie jest super ze względów zdrowotnych i intelektualnych, ba nawet pomaga rozwiązywać problemy i wpadać na kreatywne pomysły. Mam nadzieję, że liczni czytelnicy, którym z powodu różnych schorzeń nie zaleca się długich spacerów, nie wezmą naszego konkursowego tematu zbyt serio, gdyż zamiast na listę geniuszy, filozofów lub świętych, trafią do szpitala, albo i gorzej. A że niestety znam kilka osób, które po uzyskaniu z wiarygodnego, według nich źródła informacji, iż coś jest zdrowe, aplikują to sobie bez zastanowienia, więc zawsze pisząc takie teksty należy uciekać od zdecydowanej jednoznaczności, gdyż co dobre nawet dla wielu, rzadko dobre dla wszystkich.

Perypatetyk ma różne znaczenia, ale jedno z głównych, najbliższe temu, które sugeruje kontekst naszego tekstu, oznacza (z łac. Peripateticus - przechadzający się) kogoś, kto jak Arystoteles, podczas wykładania swych myśli lubi się przechadzać. Przechadzać, a nie godzinami maszerować przez dziesiątki kilometrów, jak to się praktykuje w pielgrzymkach. I, podkreślmy to, wykładania, dyskutowania, ale nie kreatywnego samotnego myślenia czy wewnętrznego dogłębnego przeżywania. Historia zna wielu wynalazców, uczonych i filozofów, którzy mieli swoje samotnie, w których dokonywali tytanicznych i zadziwiających efektami wysiłków mózgu. Wieża, beczka, a nawet wanna, ale przestrzeń zdecydowanie ograniczona, najczęściej wręcz ciasna. Niełatwo będzie jednak autorowi omawianego tekstu wyszukać takowych, którzy by swoich błyskotliwych teorii lub skojarzeń doznali podczas wielogodzinnego marszu.

„W pielgrzymkach nie jest ważny cel (...) najważniejsze jest to, co dzieje się po drodze w naszej głowie”. Gdyby wierzący czytali uważnie, autor mógłby mieć poważne problemy. Z tej wypowiedzi jasno wynika, że nie jest ważne czy pielgrzymujemy do Mekki, Jasnej Góry czy sracza na Łysej Górze, ważne tylko, by endorfiny, o których dalej mowa, zapewniły nam dobry humor, a tlen w dużych dawkach docierający do mózgu, zapewnił, by „działo się w głowie”.

Chyba jedyną prawdziwą i niewypaczoną informacją w tym tekście jest właśnie ta, iż podczas marszu (zaznaczmy, że w zdrowej okolicy, a nie pełną spalin szosą) wydzielają się owe endorfiny, a organizm (nie tylko mózg) się dotlenia. Dlatego właśnie uwielbiam długie marsze, choć na pielgrzymkę z różnych powodów bym się nie wybrał. Zwłaszcza tą najpowszechniejszą, grupową. Choćby z tej przyczyny, że w tłumie, najczęściej rozśpiewanym, rozmodlonym lub rozgadanym, trudno usłyszeć własne myśli. Uwielbiam trasy prowadzące mnie wśród jak najbardziej nieskażonej przyrody w interesujące lub piękne miejsca. Nie ma to jednak niczego wspólnego z pielgrzymką.

A moja podróż życia? Jaki cel bym dla niej wybrał? To tak, jakby chcieć wybrać jedną, najważniejszą książkę w życiu. Jest ich tyle do wyboru, że nie potrafiłbym wybrać tylko jedną, by powiedzieć o niej: - To książka mego życia. Podobnie z celem mojej wymarzonej pieszej wędrówki. Jest tyle miejsc, które warto zobaczyć, nawet bez opuszczania naszego kraju, iż życia nie starczy, by je odwiedzić.

poniedziałek, 27 sierpnia 2012

"Szalona geometria miłości" Susan Guzner - Miłosne sztormy

Szalona geometria miłości 

Szalona geometria miłości

Susan Guzner

Tytuł oryginału: La insensata geometria del amor
Tłumaczenie: Teresa Tomczyńska 
Wydawnictwo: MUZA S.A.
Seria: Salsa
Liczba stron: 448
 
 
Urodzona w 1944 r. Susana Guzner to argentyńska pisarka, lesbijka i wojująca feministka. Od roku 1976, kiedy to jej siostra zginęła z rąk działaczy Antykomunistycznego Sojuszu Argentyńskiego (Alianza Anticomunista Argentina, określanego mianem Triple A), ultraprawicowej grupy paramilitarnej, przebywa na emigracji w Hiszpanii. Najpierw przez 20 lat mieszkała w Madrycie, by następnie osiąść w Las Palmas na Wyspach Kanaryjskich. W swoim burzliwym oraz frapującym życiu, Guzner, z zawodu psycholog i psychoterapeutka, pracowała jako doradca reklamowy w hiszpańskich firmach, felietonistka i recenzentka w czasopismach oraz gazetach codziennych (Ozone, Women, Art Pencil International, Era, El Faro de Vigo, Medios de Comunicación Social, Amigos del Teatro del Teatro Juan Bravo de Segovia), tworzyła także scenariusze seriali telewizyjnych. Co najciekawsze, Susana Guzner jako pisarka zadebiutowała dopiero w wieku 57 lat, wydaną w 2001 roku Szaloną geometrią miłości.

piątek, 24 sierpnia 2012

Zapisane w gwiazdach


Wielu wierzy, że przyszłość zapisana jest w gwiazdach. Czy w gwiazdach, tego nie wiem, ale może w Wordzie?

A Wy co o tym sądzicie?