Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.

niedziela, 22 maja 2011

Pokój - azyl czy więzienie?



Tym razem nie będę się rozwodził długo, gdyż temat dla mnie jest prosty. Każdy człowiek, poza nielicznymi wyjątkami, posiada mniejszą lub większą potrzebę posiadania azylu; portu do którego będzie mógł wrócić choćby na chwilę z najdłuższych nawet podróży. Nawet jeśli będzie w nim tylko gościem, ważna jest sama świadomość istnienia czegoś takiego. Czy to będzie pokój, dom lub rodzina, jest kwestią drugorzędną.

Zamknięcie przymusowe, niekoniecznie w wyniku działań innych ludzi, nawet w pałacu, zawsze jest więzieniem. Oczywiście dolegliwość takiego stanu zależy od długości tej izolacji, warunków w jakich się odbywa i innych czynników. W dużej mierze wpływa też na nią psychika poddanego takiej przymusowości. Są ludzie, którzy nawet w czterech ścianach izolatki potrafią zachować zdrowie psychiczne, zająć czymś umysł i ciało, choć w moim odczuciu są oni w mniejszości. Nawet jednak oni nie są kontrargumentem na brak dolegliwości przymusowej izolacji. Po prostu oni to znoszą lepiej; podobnie jak jedni lepiej znoszą kary cielesne, a inni bólu boją się panicznie.

Większość z nas próbuje swój kąt, niezależnie od jego wielkości i dostatniości, urządzić tak, by się czuć w nim jak najlepiej. Inna sprawa, w jakim stopniu się to udaje. Jednak nie ma się co łudzić; nawet najbardziej przytulne gniazdo staje się więzieniem w momencie, gdy nie można się z niego wydostać. Można w nim wytrzymać tym łatwiej, im bardziej umożliwia nam spędzanie czasu zgodnie z naszymi preferencjami. Nie zmienia to jednak tego, że od momentu zaistnienia przymusowości stanie się więzieniem. Najlepszy dowód, że każdy będzie chciał uwolnienia, choćby nawet po uwolnieniu znów miał powrócić. Tyle, że dobrowolnie.

Temat w rzeczy samej dość infantylny, ale do napisania powyższej notki sprowokował mnie konkurs serwisu LubimyCzytać.pl związany z promocją książki Emmy Donogue ...


Wasz Andrew

wtorek, 3 maja 2011

Bajeczki o honorze



Czym dla Was jest honor? Czy bronienie go w każdym przypadku ma sens? Czy warto dla honoru poświęcać wszystko, ryzykować nawet życie?

Szukając odpowiedzi na te pytania można prowadzić długie i jałowe rozważania jeśli, jak większość humanistów, ma się wstręt do zdefiniowania tego, o czym się mówi. Zacznijmy więc od definicji słownikowej, co jak się okaże od razu ułatwi nam sprawę.

Honor: poczucie godności osobistej lub dobre imię*

Jak więc widać od razu, honor jest czymś subiektywnym, gdyż poczucie godności osobistej albo się w sobie czuje, albo nie. Nie może nikt nam go dać, nie można go kupić. Oczywiście każdy ma inaczej; każdy ten stan może osiągnąć w inny sposób i dla każdego inne są jego warunki. Dla jednego do prawość, dla innego wypełnianie kanonów przewidzianych dla tego słowa przez jego środowisko, klasę, wykształcenie, dla jeszcze innego duma. 

Dobre imię, choć pozornie obiektywne, bo zewnętrzne, zależne od innych ludzi, też jest w istocie subiektywne. Każdy dostanie tyle ocen, ilu różnych ludzi się o nim wypowiada i jak zostaną sformułowane pytania. Ciężko byłoby naprawdę podać przykład człowieka, który przez wszystkich byłby oceniany negatywnie lub pozytywnie, od Heroda poczynając, a na Janie Pawle II skończywszy.

Niewiele jest słów równie rozmytych znaczeniowo i zdefraudowanych, jak honor. Weźmy najbardziej znane w Polsce zestawienie: Bóg, Honor, Ojczyzna. Pod tymi hasłami, za ich niedopowiedziane znaczenie, ginęły całe masy młodych, pięknych ludzi, gdy tymczasem ci, którzy te hasła głosili, z reguły się nie narażali. Przykładów w naszej historii mamy aż nadto. Posyłając innych na śmierć pomnażali swe majątki i robili kariery. Można więc powiedzieć, że honor to hasło, które służy tym bez honoru, by manipulowali tymi, którzy myślą, iż go posiadają. By głupim wmówić, że coś jest ważniejsze i zmusić ich do zrobienia rzeczy, których samemu zrobić się nie chce, by mądrych zmusić do zrobienia czegoś, czego w innych warunkach by nie zrobili, jak choćby stanięcie do pojedynku z powodu rzeczy ewidentnie bez znaczenia.

Ponieważ honor, jak wiele innych słów, służy do manipulowania innymi przez tych, którzy mają go za nic, ja praktycznie nigdy go nie używam w tym znaczeniu. Gdy ktoś by próbował użyć go w stosunku do mnie, lub przeciwko mnie, od razu bym potraktował go podejrzliwie i zmusił, by mi powiedział innymi słowami, co właściwie ma na myśli.

Ciekawym przyczynkiem do tematu są również takie praktyki, jak wszelkiej formy pojedynki w imię honoru lub pojęcie samobójstwa jako wyjścia honorowego. Jak się to ma do chrześcijańskiego systemu wartości, w którym zabijanie samego siebie, podobnie jak zabijanie bliźniego swego, jest niewybaczalne?

Jest człowiekiem honoru – jak miło usłyszeć takie coś o sobie. To słowo tak mile łechce naszą próżność. Może honor to próżność właśnie? Człowiek inteligentny nie musi mieć honoru, by czuć własną wartość. Wystarczą mu inne rzeczy, których są tysiące. Uczciwość, słowność, prawość, sumienie, zgodność z własnym systemem wartości, dobroć, duma, etc.

Kiedy mowa o honorze, zwłaszcza w polskim wydaniu, który tak często zestawiany jest z Bogiem i Ojczyzną, zawsze przypominają mi się słowa wiersza Lucjana Szenwalda znanego jako przerabiana po wielokroć i wykonywana przez wielu**piosenka:

Niech żyje wojna

Ojczyzna bez żołnierzy
to jak bez miecza kat,
Więc bierze kwiat młodzieży
od wielu lat, od wielu lat…
A gdy spod ciężkich tanków
robotnicza tryska krew
w salonach giełd i banków
wesoły słychać śpiew

Niech żyje wojna!
Muzyczka marsza rżnie
Wojna!
Pieniążki sypią się
Wroga bij w imię Boga
Za cudzą kieszeń oddaj młode życie swe!

Po śmierci Ci wykopią
Wygodny wspólny grób
Wesoło jest tam chłopie,
Co krok, to inny trup.
A gdy cię uczuć fala
w miłosny wprawia szał,
to z siostrą ze szpitala
zabitą będziesz spał.

Niech żyje wojna,
muzyczka marsza rżnie…

Na placu Piłsudskiego
Trębacze w trąby dmą
To wódz państwa polskiego
Przegląda armię swą.
A kiedy kwiatki głupie
Na grobie złoży twym,
To ty, nieznany trupie
Zawołaj razem z nim:

Niech żyje wojna,
muzyczka marsza rżnie…

Fabrykant w gabinecie
Kolację smaczną pcha
W humorze jest, bo przecie
Waleczna armię ma.
A gdy żołnierz marnie
W okopach będzie gnił
On grubą forsę zgarnie
I brzuch mu będzie tył.

Niech żyje wojna,
muzyczka marsza rżnie…

Przyczynków historycznych do bolesnej prawdziwości słów powyższego wiersza jest nieskończona ilość, że wspomnę choćby bohaterów, którzy zdecydowali o wybuchu Powstania Warszawskiego i uciekli przed jego rozpoczęciem albo autora głośnego przemówienia zawierającego znane każdemu słowa „ honor jest rzeczą bezcenną”, który, choć zawodowy wojskowy, nigdy nie wziął udziału w walce obronnej, do której tak nawoływał i zmarł internowany w Rumunii.

Honor jest dla frajerów i dla kanalii. Pierwsi dają go sobie wmówić jego brak, lub iż go posiadają, a drudzy wmawiają to innym. Dla pozostałych są inne słowa.


Wasz Andrew



* za internetowym SJP PWN http://sjp.pwn.pl/lista.php?co=honor
** najbardziej znani to oczywiście Stanisław Grzesiuk i Maciej Maleńczuk 

refleksja wywołana konkursem w serwisie LubimyCzytać.pl

niedziela, 1 maja 2011

Święty na zamówienie



Do momentu beatyfikacji Jana Pawła II, do kultu świętych miałem stosunek negatywny i obojętny, z naciskiem na to ostatnie. Powód był oczywisty; znikome znaczenie tego zjawiska. Owszem, rzesze ludzi przywoływały imiona różnych patronów, zależnie od doraźnej potrzeby, ale było to zjawisko albo indywidualne (ktoś miał kłopot i wzywał pomocy świętego odpowiedzialnego za dane problemy), albo folklorystyczne (medaliki ze św. Krzysztofem w samochodach, św. Mikołaj i renifery, itd.). Poważniejsze kulty świętych były zawsze zjawiskiem lokalnym, najczęściej terytorialnie. Któż z przeciętnych katolików zna więcej niż kilkunastu z tysięcy świętych produkowanych masowo przez Watykan? Niestety, na naszych oczach sytuacja zaczyna się zmieniać i stanowić to będzie poważny problem, szczególnie, a być może tylko, dla Polski.

Wspomniałem już, że od zawsze byłem przeciwny kultowi świętych, podobnie jak duża część chrześcijan (protestanci), o których katolicy nie chcą wspominać uważając, iż mają monopol na prawdę. Dlaczego? Ano dlatego, iż uznawanie za świętych budzi we mnie poważny sprzeciw moralny. Gdyby było tak, iż uznanie za świętego jest tylko i wyłącznie wyrażeniem szacunku dla dokonań rzeczonych osób, dałoby się jeszcze przejść nad tym do porządku dziennego. Pozostawałaby oczywiście dyskusyjność wyboru tych godnych uwielbienia osób, choćby wobec sprzeczności ich poglądów, zaleceń i działań, negujących się wzajemnie. Dałoby się jednak być może przymknąć na to oko. Jednak uznanie za świętego, to uznanie za zbawionego! Dla mnie niepojęte jest jak grupka omylnych, oderwanych od świata ludzi może uznać się za uprawnionych do wyręczania Boga w tej najważniejszej z jego kompetencji: BĘDZIE SĄDZIŁ ŻYWYCH I UMARŁYCH! Historia jest pełna przykładów, jak z kanalii robiono wzory cnót i tylko człowiek absolutnie zakłamany lub niespełna rozumu mógłby wierzyć, iż Kościół jest jedynym wyjątkiem w historii dziejów świata. Że nigdy na przestrzeni wieków grupka ludzi decydujących o kanonizacji nie pomyliła się, nie uległa prowokacji, nie poddała się naciskom. Nawet gdyby Watykan miał takie szczęście, co wydaje się tezą dziwaczną biorąc pod uwagę omylność Kościoła i papieży we wszystkich innych możliwych dziedzinach, to i tak wyręczanie Boga, wyłączanie kogoś spod Sądu Ostatecznego przez zwykłych, omylnych śmiertelników, jest dla mnie koncepcją moralnie nie do przyjęcia. Beatyfikacja zaś przez aklamację, to coś już całkowicie kuriozalnego. Każdy choć trochę rozsądny wie, jak głupi i podatny na prowokację, na zbiorową histerię jest tłum. Wystarczy wspomnieć znanego wszystkim Adolfa na którego widok Niemki mdlały z uniesienia. Aklamacja była powszechna, podobnie jak w przypadku wujka Stalina i wielu innych. Tych, którzy mają inne zdanie w takim ogarniętym afirmacją tłumie, z różnych przyczyn, nigdy nie widać. I kto z czystym sumieniem może powiedzieć, iż tłum katolickich Polaków jest mądrzejszy niż tłum Polaków komunistycznych? Wszak to ci sami ludzie! Znakomita większość Polaków jest katolikami i równie wielka większość głosowała na kontynuatora dynastii PRL ateistę Aleksandra Kwaśniewskiego. Jak więc w ogóle można uznać za rozumną czy moralną koncepcję, by pospólstwo decydowało o tym, kto już jest zbawiony? Horror po prostu.

Do kategorii całkowitego zaś absurdu zaliczam różnicę między beatyfikacją a kanonizacją. Jak można być bardziej lub mniej świętym? Jak można drogą decyzji narzucanej innym ludziom przykazać, że jedną osobę można czcić tylko lokalnie, a drugą powszechnie? Albo ktoś jest godzien tej czci, albo nie. I jak to interpretować? Czy polski zakonnik oddany przez lata kultowi Błogosławionego Honorata Koźmińskiego nagle musi zaprzestać obnoszenia się ze swą wiarą z powody wyjazdu do Francji? Paranoja!

Co to wszystko ma wspólnego z naszym papieżem i Polską? Jako naród jesteśmy znani w całym chyba świecie z dwóch rzeczy: z niesamowitego kombinatorstwa i być może najgorliwszego w świecie katolicyzmu. Jeśli nie najgorliwszego, to przynajmniej najwidoczniejszego. To nie przypadek. Ci, którzy znają nas bliżej, podkreślają jednak również inne cechy, a wśród nich niespotykaną gdzie indziej skłonność do brązownictwa*. W naszym kraju wszelkie krytyczne uwagi pod adresem pomników były i są traktowane jak bluźnierstwo. Dotąd na szczęście nie mieliśmy ikony o zasięgu jednocześnie państwowym i ogólnonarodowym, co pozostawiało jeszcze ludziom rozumnym pewną swobodę dociekania i przedstawiania innych prawd. Zawsze można było mieć wsparcie w pewnej części społeczeństwa niepodlegającej oddziaływaniu danego symbolu lub w państwie konstytucyjnie zapewniającym wolność sumienia i wyznania. Można było krytykować, choć nie bez konsekwencji, praktycznie wszystko. Często płaciło się za to wykluczeniem, ale nie totalnym, wobec ograniczonego zasięgu nacisku nawet takich świętości jak Kościół.

Beatyfikacja, a później być może kanonizacja JP II, jest chyba jedną z gorszych rzeczy, które mogły Polskę spotkać pomijając wojny, rozbiory i okupacje. Już nie ma chyba miasta, gdzie nie ma ulicy imienia naszego papieża. Już mówi się o wyścigu parafii o to, która będzie pierwszą pod jego wezwaniem. Chyba JP II jest ważniejszy niż Bóg, bowiem nie słyszałem o takich szaleństwach w związku z Jego imieniem. W dniu dzisiejszym wszelkiej maści oszołomy, szuje i kanalie dostaną tarczę, za którą będą mogli się skryć lepiej niż za jakąkolwiek inną. Któż ośmieli się szukać przekrętów w fundacji Jana Pawła II? Któż ośmieli się mówić o wykorzystywaniu dzieci w ochronce, jeśli nadamy jej takie imię, jeśli zawrzemy w statucie Jego myśli? Każdy argument w dowolnej dyskusji będzie można zbić mówiąc, iż Jan Paweł II widział to inaczej. I tak prawie nikt nie zna jego publikacji. Zwykle mówię o swym czarnowidzeniu: obym był złym prorokiem. Tym razem nie mogę tak powiedzieć, bo to już zaczęło się spełniać.

Nawet gdyby Jan Paweł II był istotą doskonałą, to i tak jego wyniesienie na ołtarze byłoby dla Polski szkodliwe. Umocniłoby nasze nieuzasadnione przekonanie o wyższości nad innymi, nietolerancję, ksenofobię i nieumiejętność krytycznej analizy rzeczywistości. Sęk w tym, iż wiele wskazuje na to, iż nasz papież w dodatku aż taką jednoznacznie świetlaną osobą nie był.

Skoro został świętym, zobaczmy kogo on do tego grona zaprosił. Ilu Polaków zna choćby jednego z wyświęconych przez naszego papieża? Niewielu, a szkoda, są to bowiem często osoby nie tylko kontrowersyjne, ale wręcz takie, którym uczciwy człowiek ręki by nie podał**.

Weźmy teraz pod lupę tak podkreślane wezwanie do bratania się z muzułmanami, którzy jawnie nawołują do mordowania chrześcijan. Jak to określić inaczej, niż jako zdradę? Zdradę choćby wobec tych papieży (nieomylnych w sprawach wiary, jak głosi katolicka doktryna), którzy sankcjonowali święte wojny zapewniając ich uczestników o tym, że Bóg tak chce, nie wspominając o całkowitym odpuście i zbawieniu. Jako zdrady wobec ofiary krwi i życia nie tylko świętych rycerzy męczenników, którzy jak choćby Ludwik IX Święty polegli w wojnach z islamem, ale przede wszystkim wobec tych niewinnych, którzy i dziś giną z rąk wyznawców Allacha tylko dlatego, że wierzą w Chrystusa. Tylko człowiek zaślepiony własną wizją rzeczywistości nie widzi, jaka ona jest. Wiarę poznaje się bowiem nie po tym, co sobie wyjaśniają jej teoretycy w swych odciętych od realności przybytkach, tylko po czynach jej wyznawców. Ponieważ religia istnieje tylko tak długo, jak żyją jej wierni, ponieważ ginie wraz z ostatnim wyznawcą, więc to właśnie oni pokazują jaka ona jest w rzeczywistości. Co można powiedzieć o człowieku, który jako głowa Kościoła mówi do wiernych islamu „bracia”, gdy w tym czasie wszystkie państwa islamskie są jawnie wrogie chrześcijaństwu i nie czynią tajemnicy z tego, że ich celem jest zniszczenie naszej wiary?

Cóż, porzućmy wielką politykę i przejdźmy do tego, z czym każdy może się spotkać. Do tego, co może spotkać jego dzieci. Do pedofilii w Kościele, nie tylko katolickim, prawdziwej hańby naszych czasów. Gdyby można powiedzieć, iż Jan Paweł II był głupi i ślepy, niechżeby tym świętym sobie był. Ślepym i głupim, ale świętym. Ja w to jednak nie wierzę. Pominę to, iż wszyscy podkreślają jego mądrość, gdyż w to również nie wierzę do końca. Po prostu mechanizmy władzy są takie, iż pewne osoby muszą pewne rzeczy wiedzieć. Gdy dyrektor przychodzi do firmy z zewnątrz, może nie wiedzieć, kto w firmie kradnie, kto pije, a kto cudzołoży. Jeśli jednak ktoś awansuje od zera, przez całe życie pnąc się po kolejnych szczeblach w górę drabiny organizacji, to nie ma możliwości, by na każdym kolejnym stanowisku nie poznał swych podwładnych, kolegów i szefów. Musi poznać wszystkie tajemnice poliszynela. Jeśli firma zamiast tępienia czarnych owiec ze swego grona, jak Kościół Katolicki, wybiera strategię ich chronienia, by awansować wyżej taki ambitny kandydat na prezesa, dyrektora czy innego hierarchę, musi przymykać oczy na patologie w firmie. W takich organizacjach niepokorni nie awansują. Są co najmniej izolowani, spychani na boczny tor, a najczęściej dyskredytowani i potem usuwani. Awans jest uzależniony od dobrych stosunków z tymi wyżej, a na początku drogi wszyscy byli wyżej niż Karol Wojtyła. Również jego późniejsi przyjaciele, bohaterowie głośnych afer, również o podłożu seksualnym. Można wierzyć, iż tak się złożyło, że Jan Paweł II nie wiedział. Problem w tym, że te słowa kojarzą mi się choćby z Norymbergą, gdzie jednak nikt nie chciał w nie wierzyć.

Szermuje się nagminnie „nieodpartym wpływem Jana Pawła II” na życie Polaków. Tylko ja jakoś go nigdzie nie widzę. Nie zmalała przestępczość, ilość aktów cudzołóstwa, życia na kocią łapę i skrobanek. Może jedni się nawrócili, a inni na przekór świętości zepsuli? Ja myślę, iż po prostu dobrzy stwierdzili, że papież ich naprawił i pozostali dobrymi, a źli stwierdzili, że się poprawią i w chwilę później robili to co zawsze. Żadne dane nie pokazują bowiem, by cokolwiek się zmieniło. Poza częstotliwością wymieniania imienia Jana Pawła II gdzie się tylko da. W telewizji, w radio, na słupach…

Wróćmy do samego wyboru Karola Wojtyły na papieża. To niesamowity zbieg okoliczności, prawdziwe szczęście, iż nastąpiło to akurat wtedy, gdy komuna chwiała się w posadach. Gdyby było to za Stalina, zostałby pewnie Wojtyła świętym pośmiertnie, a tak dobił komunę w pięknym stylu. Równie niesamowity zbieg okoliczności, iż po Polaku został papieżem Niemiec, w dodatku z hitlerowską przeszłością. Czy można wyobrazić sobie lepszy sposób, by upewnić nielicznych już niemieckich katolików, iż Polacy nie sią stawiani ponad nich? Ja jednak w zbiegi okoliczności w historii nie wierzę. Zwycięski wódz pojawia się, gdy jest na niego zapotrzebowanie. Podobnie jak święty.

Z papieżami i świętymi jest to nieszczęście, że każdy mówi co innego, że nierzadko przeczą sobie wzajemnie, choć każdy ma rację. Dlatego używając ich autorytetu można równie dobrze udowadniać, iż człowiek jest człowiekiem od chwili poczęcia, jak i wręcz odwrotnie. Można udowadniać, że innowierców można kochać i że można ich wyżynać. Dotąd powoływanie się na świętych przeciw rzeczowym argumentom w naszym pięknym kraju ograniczało się głównie do aborcji i prezerwatyw. Głównie pewnie z powodu nikłej znajomości teologii i historii Kościoła wśród polityków pozujących na katolickich. Zdarzało się nawet wykrycie jakichś afer w Kościele, jak przy zwrotach mienia, choć bez żadnych konsekwencji dla Kościoła. Ot posadzono na jakiś czas jakiego SB-ka, który w imieniu KK występował. Swoją drogą to symptomatyczne, że Kościół w Polsce nie mógł sobie nikogo innego na swojego reprezentanta znaleźć. Teraz jednak zaczyna się prawdziwe szaleństwo. Czy w kraju, gdzie niedługo z każdego skrzyżowania będzie widać jakąś tabliczkę z napisem „… Jana Pawła II” będzie szansa na jakąkolwiek normalność? Na obiecaną w konstytucji wolność? Kto będzie miał odwagę zmierzyć się ze złem, jeśli skryje się za obrazem takiej ikony?

Czy z tego wynika, iż jestem przeciwny beatyfikacji, a później pewnie kanonizacji Jana Pawła II? A czy można być przeciwnym powodzi albo starości? Pewne rzeczy i tak muszą nastąpić…


Wasz Andrew



* termin ukuty przez Tadeusza Boya-Żeleńskiego, który w swym dziele "Brązownicy", podjął kampanię przeciw tym, którzy przedstawiają nieprawdziwy, przykrojony do swoich potrzeb, czarno-biały obraz historii.
** m.in.: Pius IX, który jest dla większości historyków jest zwykłym czarnym charakterem, Alojzij Stepinac; chorwacki kardynał, hitlerowski kolaborant, który współpracował z ustaszami popierając dokonywanie przez nich akty ludobójstwa, Jose de Anchieta; jezuita, odpowiedzialny za ludobójstwo Indian Ameryki Południowej, Jan Sarkander; organizator masakry Czechów przez polskich lisowczych w imię walki z reformacją

poniedziałek, 25 kwietnia 2011

O nadziei



Słownikowe ujęcie znaczenia słowa nadzieja* wydaje mi się nieco bardziej pozytywne, nacechowane większym prawdopodobieństwem pozytywnego zdarzenia, niż najczęściej spotykany kontekst potocznego użycia, bliższy raczej mrzonce. W codziennym użyciu nadzieja to bardziej oczekiwanie głównej wygranej w totka po wykupieniu jednego losu, niż ufność, że dobre przygotowanie do egzaminu zapewni wysoką ocenę, co z kolei byłoby bliższe definicji słownikowej.

Wyrazem ukrytej niewiary w sukces zakamuflowanej w słowie nadzieja, najczęściej powiązanej z wydźwiękiem religijnym**, mogą być choćby znane powiedzonka: „Nadzieja jest matką rodzącą rzadko”, „Nadzieja jest matką głupców”. Przykłady można mnożyć, ale zatrzymajmy się nad tym ostatnim. Ma on różne dopowiedzenia, z których najciekawsze jest chyba: „jeśli się ją pokłada w rzeczach niemożliwych”. Pokazuje ono bowiem faktyczną dwoistość tego magicznego słowa. Nadzieja rozsądna, mająca rozumowe podstawy obok nadziei pozbawionej sensu, sprzecznej z rozsądkiem wszelkim.

Nadzieja może bowiem oznaczać bowiem zarówno to, co oznaczać powinna, jak i swoje przeciwieństwo, czyli rzeczywisty brak wszelkiej nadziei, jak choć w zwrocie „tylko w Bogu nadzieja”, który w istocie oznacza brak szans na powodzenie.

Z tej właśnie dwulicowości znaczenia nadziei wynika problem wypowiedzenia, czym jest ona w istocie. Czy jest potrzebna i wartościowa, wręcz bezcenna nawet, czy też szkodliwa, głupia i beznadziejna. Wynika to ze zwykłego dla humanistów wypowiadania się o rzeczach, których absolutnie nie zdefiniowano i które każdy rozumie trochę inaczej. Dyskusja o nadziei wcześniej czy później zaczyna przypominać tę o wyższości Świąt Bożego Narodzenia nad Świętami Wielkiej Nocy. By jej unikać, pytany o moje zdanie w tej sprawie, o mój do nadziei stosunek, zawsze podpieram się przewspaniałym cytatem, bodajże zapożyczonym od Edwarda Dziewońskiego z niezapomnianego kabaretu Dudek:

Nawet jeśli nadzieja jest matką głupich, wolę być głupim z nadzieją, niż bez nadziei – niemądrym.


Wasz Andrew



* oczekiwanie spełnienia się czegoś pożądanego; ufność, że się to spełni, urzeczywistni wg sjp.pwn.pl
** jak choćby u Staffa: „Nadzieja – siostra lęku, matka prośby, kornej niemocy starca opiekunka.”

sobota, 9 kwietnia 2011

69 minut



Pewnego dnia przeżywasz szok. Odkrywasz zdolność, która może zmienić Twoje całe dotychczasowe życie. Nie wiadomo jakim cudem, ale jesteś w stanie raz dziennie zatrzymać czas na nie więcej niż 69 minut. Co robisz? A przede wszystkim jak wykorzystasz te gratisowe 69 minut swojego cennego życia.

Nawet małe, ale inteligentne dziecko musiałoby po chwili zastanowienia dojść do wniosku, iż nie może niczego zrobić. Nie może kogoś zastrzelić. Dla zastrzelonego czas ruszyłby najpóźniej w momencie, gdy kula zaczęłaby drążyć jego ciało, ponieważ w klasycznym ujęciu zdarzenia nie mogą się dziać bez biegu czasu. Potem dziecko mogłoby zapytać, czy może „nic nie” robić? Otóż nie. Jeśli będzie choćby oddychać, a nie da się przez 69 minut „być” bez oddychania, to zaraz się udusi, jeśli pozostanie w bezruchu. Wszak czas stoi w miejscu i nie ma nie tylko wiatru, ale ruchów powietrza w mniejszej skali. Czy może więc chodzić nie robiąc niczego więcej? Oczywiście nie. Jeśli nadepnie na mrówkę lub potrąci zawieszonego w nieruchomym powietrzu owada, to będzie to dla nich zdarzenie, a więc czas dla nich ruszy. Podobnie, gdy jego cień padnie na cokolwiek, itd.

Ponieważ konkurs powyższy jest skierowany do dorosłych, więc może warto by tutaj nadmienić, iż jeszcze kilkanaście, lub więcej, lat temu mniemano powszechnie, jak to wspomniano we wstępie, iż rzeczy nie mogą się dziać bez czasu. Najczęściej temat ten poruszano ucinając pytania zbyt dociekliwych uczniów o to, co było przed Wielkim Wybuchem. Sęk w tym, iż w chwili obecnej nauki ścisłe dysponują aparatem matematycznym do badania procesów bez udziału czasu, czyli gdy rzeczy się dzieją poza czasem. To sprawę komplikuje tak bardzo, że nie warto tego fascynującego zagadnienia dalej ciągnąć. Zainteresowanych odsyłam do literatury.

Dochodzimy tutaj do pytania, dlaczego taki a nie inny temat konkursu? Już przerobienie czasowstrzymywania na czapkę niewidkę odebrałoby wiele z infantylności zagadnienia, przed którego analizą postawiono uczestników konkursu.

Gdyby taki konkurs zorganizowało przedszkole, nie dziwiłbym się. Jednak jeśli organizatorem jest wydawnictwo kierujące swą ofertę raczej do dorosłych niż do dzieci, to taki temat świadczy o lekceważeniu swoich przyszłych klientów.

Czy normalny człowiek może wziąć udział w takim konkursie? Czy dla szansy na obiecaną nagrodę warto robić z siebie kretyna?

Refleksja wywołana konkursem w serwisie LubimyCzytać.pl


Wasz Andrew

piątek, 8 kwietnia 2011

Książki



Książki są jak
Miłość
Każda jest inna każda jest pierwsza
Każdy o nich marzy
Każdy chce je przeżyć ale niewielu potrafi


Andrew Vysotsky

poniedziałek, 21 marca 2011

O co kaman?



czyli refleksje na temat bezprawności stanu wojennego



Kilka dni temu Trybunał Konstytucyjny orzekł, po prawie trzech latach(!) wytężonej pracy, o bezprawności wprowadzenia stanu wojennego 13 grudnia 1981. Jest dla mnie wysoce zastanawiającym, nad czym tak wielce się to szanowne gremium biedziło w znoju i wytężeniu umysłów, a przede wszystkim po co.

Obecna władza POPiSu zgodnie twierdzi, iż okres PRL-u był okupacją. Jest oczywistym dla każdego, iż prawo narzucone przez okupanta jest nielegalne z punktu widzenia okupowanego. Jaki jest więc sens, by rozstrzygać, czy poszczególne akty bezprawnej władzy mogą być z prawem zgodne, czy też nie? Wydaje się to zadziwiające, że ktokolwiek może się tym poważnie zajmować. Wydaje się zadziwiające do momentu, gdy uzmysłowimy sobie, iż wyrok Trybunału otwiera drogę do uzyskania odszkodowań. Jak wielu i w jakiej wysokości? Tym się na razie nikt nie zajmował. Wpisuje się to jednak w naszą polską szokującą tradycję, zgodnie z którą, w miarę upływu lat od zakończenia II Wojny Światowej, ilość wszelkiej maści kombatantów miast maleć – rośnie.

Również w ostatnich dniach władze poinformowały, iż z powodu braków w budżecie zamykają drogę do wynagrodzenia krzywd tym, którzy przedwojenne majątki utracili w wyniku zagarnięcia przez PRL. O co tu chodzi? Nie stać nas na to, by zwrócić skradzione mienie tym, którym zabrano dorobek całych pokoleń ich krewnych, a stać nas na wypłacanie odszkodowań za wczasy na styropianie? Jak się ma stanowisko władz o niezwracaniu zagrabionego mienia do obowiązującego prawa, nie tylko ludzkiego, lecz i boskiego? Wszak POPiS jest katolicki i jest coś w dekalogu na ten temat. Jak można latami badać bezprawność stanu wojennego, który nie mógł być z prawem zgodny, skoro nie uznaje się legalności wprowadzających go organów, i jednocześnie wypinać się na ewidentne bezprawie, co już odbiło się szerokim echem w świecie?

Rząd tłumaczy się pokrętnie, iż nie można kosztem wielu oddać sprawiedliwości nielicznym, czyli przykładowo oddać kamienicy prawowitemu spadkobiercy kosztem jej obecnych właścicieli. Dziwne. Stosując ten tok myślenia dawanie odszkodowań czy innych gratyfikacji ofiarom stanu wojennego, czy też choćby Sybirakom, tym bardziej nie powinno mieć miejsca. Płaci na nich cały opodatkowany naród, a więc wielu, a korzysta niewielu. Taka sytuacja zaś według rządu, wobec braków w budżecie, jest nie do przyjęcia. O co więc chodzi?

Kiedy nie wiadomo o co chodzi, chodzi zwykle o pieniądze. Porównajmy katastrofę autobusu z polskimi pielgrzymami w Grenoble w 2007 roku z niedawną masakrą pasażerów busa pod Nowym Miastem nad Pilicą. Rodzinom ofiar pierwszego zdarzenia, dużo lepiej sytuowanym niż te drugie, ówczesny premier Jarosław Kaczyński obiecał po 100 tys. złotych od łba(!). Niezależnie od tego poszkodowani otrzymali odszkodowania od ubezpieczycieli, które, jak się niektórzy przyznali, wynosiły po 30 tys. złotych, a sądzili się jeszcze o drugie tyle*. Dla porównania rodziny ofiar z Nowego Miasta, będące już wcześniej w trudnej sytuacji materialnej, otrzymały symboliczne grosze. O co tu chodzi?

Rodzinom ofiar ze Smoleńska obecny rząd pod przewodnictwem Donalda Tuska hojną ręką obiecał 250 tys. złotych od sztuki, sumę prawie niewyobrażalną dla normalnego człowieka, a na tym się zapewne nie skończy, gdyż niektórzy żądają półtora miliona(!). I to się dzieje w tym samym czasie, gdy rząd odmawia zwrotu zagarniętego przez Polskę prywatnego mienia, gdy renta trzeciej grupy wystarcza tylko na powolną śmierć z głodu.

O co tu chodzi?

Nieodparcie nasuwa się wniosek, iż nic nie różni tutaj postępowania PO od PiSu. Gdy się porówna dwa kolejne rządy mamy prawdziwy POPiS. Takie diametralnie odmienne traktowanie dwóch identycznych stanów faktycznych i prawnych (choćby wspomniane dwie katastrofy drogowe) można wyjaśnić bardzo prosto. Polska to prywatny folwark POPiSu, gdzie każdy daje swoim i o innych zapomina. Damy pielgrzymom z Grenoble, to się przypodobamy elektoratowi. Biedakom z Nowego Miasta nie warto dawać, bo to nie jest medialne. Damy tym z Tu-154, bo tam dużo naszych było, a innym nie. No, może damy jeszcze damy tym z Casy, bo się ostatnio zaczynają wydzierać, że ci z Tupolewa dostali. Trzeba ich uciszyć. Ale innym? To nie nasza banda.

Gdy się o tym myśli, preambuła Konstytucji brzmi jak bajeczka stworzona w celu ogłupienia mas pracujących miast i wsi, a badanie legalności stanu wojennego wydaje się farsą.

Przypomina mi się cytat z Guillou: Gdzie państwo jest słabe albo nieobecne, tam władzę przejmuje mafia... I nasuwa się pytanie: po czym poznać moment, w którym państwo zmieni się w mafię?


Wasz Andrew


* wiadomosci.gazeta.pl Sebastian Wierciak, TOK FM, TM 2009-02-04 
** fakt.pl 18.06.2010, 19:09

sobota, 19 marca 2011

Czóje bul



Od POPiSu czóje bul
Od kilku dni, we wszystkich środkach masowego przekazu aż huczy z powodu plamy, którą dał najwyższy rangą reprezentant naszego państwa i narodu, humanista(!)* i szlachcic, Bronisław Komorowski. Jaśnie Nam Panujący wpisując się do księgi kondolencyjnej w Ambasadzie Japonii napisał, że Polska łączy się z narodem Japonii w "bulu" i "nadzieji".**

Cóż; wpadka ewidentna. Nie trzeba mówić jak ośmiesza nasz kraj, inteligencję i humanistów polskich, klasę polityczną i Polaków w ogóle. Wszak nasz sławny rodak*** pisał:

„...A niechaj narodowie wżdy postronni znają,
Iż Polacy nie gęsi, iż swój język mają!...”

co bardziej naukowo można powiedzieć stwierdzając, iż naród nie może istnieć bez swego języka. Upadek języka to upadek narodu.

Przestańmy się jednak nad tym rozwodzić i zauważmy, co robi Prezydent Rzeczpospolitej, gdy sprawa się wydała. Nie posypuje głowy popiołem jak człowiek świadom własnej małości, pokory wobec własnego błędu, nie idzie w ciemny kąt by strzelić sobie w łeb jak gentleman, który skalał swój honor. Nie. On wypomina Jarosławowi Kaczyńskiemu, jeszcze lepiej wykształconemu i w dodatku zrodzonemu z matki polonistki****, iż ten miał podobną wpadkę i napisał kiedyś „obiat” miast „obiad”.

Czy tak się zachowuje mąż stanu? Dla mnie jest to zachowanie godne dziecka albo prostaka, lecz nie człowieka wykształconego i honorowego. Cóż to za mentalność, by swoje grzechy pomniejszać wytykając grzechy innych? Czy kradzież jest mniej naganna dlatego, że są i inni, którzy kradną? Bardzo ciekawe podejście. Zwłaszcza jak na człowieka, który mieni się wierzącym i publicznie się z tym obnosi. Gdzie pokora? Gdzie prawda i uczciwość?

Zanim przejdę dalej, od razu zaznaczę, iż nie jestem zwolennikiem PiSu. O ile PO mnie mierzi, to PiS wręcz odrzuca, głównie ze względu na wzajemnie antagonizowanie coraz to nowych grup społecznych. To jednak tylko taka dygresja.

Kiedy tak patrzę na liderów POPiSu, to z rozrzewnieniem wspominam Wałęsę, a nawet Leppera. Obaj prostacy bez wykształcenia, pierwszy z roboli, a drugi z buraków. Jednak starali się. Lechowi bardziej się udało, Andrzejowi mniej. Każdy jednak musi przyznać, że startowali praktycznie od zera i, pracując nad sobą, zmienili się nie do poznania. Taki polski obraz self-made manów. Wałęsa z prostego, niewykształconego robotnika zmienił się w prawdziwego męża stanu, który bez przygotowania potrafi się wypowiedzieć do rzeczy, mądrze i w wyważony sposób. Lepper może nie osiągnął aż tak pozytywnego rezultatu, ale między nim dzisiaj, a nim z początku kariery, przepaść też jest niemała. Jacy są natomiast ludzie z PO i PiSu, przynajmniej ci, którzy te partie reprezentują na forum ogólnokrajowym?

Posiadają formalne wykształcenie nabyte przed dziesiątkami lat, lecz w ogóle nie widać, by się dalej rozwijali. Mam wrażenie, obserwując ich wypowiedzi, gdy są do nich zmuszeni bez przygotowania, że zatrzymali się w momencie zakończenia formalnej edukacji. Ba, wpadki, podobne do tych ostatnich, każą przypuszczać, iż wręcz się cofają. Przynoszą wstyd całej inteligencji i całemu narodowi. Podobnie jak sposób, w który dobierają sobie ludzi. Niejednokrotnie widać*****, iż kluczem jest dla nich nie rzetelna wiedza i konkretne umiejętności, które by można wykorzystać dla dobra kraju, ale znajomości i utrzymanie władzy dla niej samej. No, może również dla profitów z nią związanych. Nie ma w otoczeniu sprawujących władzę nikogo, kto miałby odwagę zwrócić uwagę, iż król jest nagi. Być może nie ma nawet nikogo, kto byłby w stanie to zobaczyć. Nie ma więc szans, by taki człowiek na świeczniku się poprawił w czymkolwiek, skoro wszyscy, poza wrogami, mówią, iż jest świetnie. A to dobrze nie wróży. Ani dla państwa, ani dla ludzi, którzy w niej mieszkają.

Nie mam złudzeń, iż w innych krajach prezydenci i sprawujący władzę są zawsze mądrzy. Wszędzie są z tym problemy. Znane są choćby wpadki kolejnych prezydentów USA. Nie to jest nawet najważniejsze, choć oczywiście dobrze by było, by im wyżej, tym lepiej. Problemem jest to, iż w Polsce doszliśmy do takiego etapu, że posiadane wykształcenie przestaje świadczyć nie tylko o inteligencji, ale nawet o posiadaniu podstawowej wiedzy. Rozpadają się lub wypaczają mechanizmy regulujące wszelkie działania społeczne ważne dla państwa i narodu, a brak miarodajności wykształcenia jest jednym z wielu objawów toczących kraj na kształt raka patologii.

Ordynacja sprawiająca, iż zamiast na ludzi, głosuje się na ugrupowania, nie pomaga. Nie chcę być złym prorokiem, ale politycy i cała reszta są jak polskie drogi. A jakie są – każdy widzi. Jakie będą – aż strach myśleć...


Wasz Andrew



* Bronisław Komorowski jest synem Zygmunta Leona Komorowskiego, profesora afrykanistyki, i Jadwigi z Szalkowskich[1]. Pochodzi ze szlacheckiej rodziny Komorowskich. W 1977 ukończył studia na Wydziale Historycznym Uniwersytetu Warszawskiego.
** Onet.pl 18-03-2011 za / PAP, Kontakt 24, Onet.pl, RMF FM
*** Mikołaj Rej DO TEGO, CO CZYTAŁ
**** Jarosław Aleksander Kaczyński jest doktorem nauk prawnych; matka, Jadwiga z domu Jasiewicz, z wykształcenia jest filologiem polskim (zawodowo związana z IBL PAN).
***** ostatni, głośny przykład nepotyzmu, to happening, którego wykonawcą był Paweł Miter