Od zawsze lubiłem chodzić w t-shirtach. Chodzę w nich na okrągło. Gdy zimno, to pod koszulę lub bluzę, w lecie - wiadomo. Oto historia jednego, a właściwie dwóch egzemplarzy.
Ponad dwadzieścia lat temu, okazyjnie, bo na wczasach, od ulicznego handlarza, za śmieszne pieniądze, kupiłem dwa identyczne t-shirty „Reebok”. Piszę w cudzysłowie, gdyż po bliższych oględzinach fachowcy orzekli, że to podróby z Łodzi. Myślałem, że nie wytrzymają długo, a one, na przekór, nie tylko, że się nie zużyły, to jeszcze z czasem, w miarę kolejnych prań, stawały się coraz milsze w dotyku. Używałem ich coraz częściej, i teraz można śmiało powiedzieć, że w ciągu ich „życia produktu”, które się jeszcze nie zakończyło, prałem je co najmniej 1000 razy (pranie po każdym jednodniowym użyciu).
Można zrobić produkt tani i wytrzymały? Można. I nie musi być nawet markowy. A przy okazji, czyż nie jest to najlepszy komentarz do całego tego „postępu”?. Teraz mamy nowe technologie, markowe ciuchy, ekologię, i tylko wszystko się po chwili rozlatuje, po czym ląduje na śmietniku i rozkłada się przez setki lat, bo oczywiście nowe tworzywa, itd.
Coraz mniej mi się ten postęp podoba.
Wasz Andrew




