Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.

poniedziałek, 4 sierpnia 2014

Wywiad rzeka





Jacek Krakowski



Za ciosem


seria wydawnicza: Super kryminał

wydawnictwo: Pi 2012

Kiedy kilka dni temu przystępowałem do lektury powieści Jacka Krakowskiego Za ciosem, nie pamiętałem już nawet, kiedy i jakich okolicznościach do mnie trafiła. Sprawił to prawdopodobnie jej wygląd – skromna, komiksowa szata graficzna okładki jednoznacznie sugerująca, że mamy do czynienia z kryminałem, lub nawet tylko kryminałkiem. Format, jakość papieru, miękka okładka – prawie klasyczny paperback. Miałem wrażenie, że to typowa książka do pociągu, więc leżała biedna pod stosem innych czekających na zmiłowanie, gdyż żadna wycieczka umożliwiająca czytanie się nie zapowiadała. I tak mijały miesiące, aż w końcu się nad nią zlitowałem, choć podróż nadal mi się nie trafiła.

Wydanie, które posiadam, notki o autorze nie zawiera, a internet informuje, iż Jacek Krakowski jest polskim poetą, prozaikiem, autorem utworów dla dzieci i młodzieży, krytykiem muzycznym oraz autorem scenariuszy filmów animowanych dla Se-Ma-Fora. Ja jednak z jego twórczością pisarską dotąd kontaktu nie miałem, a przynajmniej niczego takiego nie kojarzę, więc do lektury Za ciosem zabrałem się niczym pies do jeża. Ostrożności nauczyły mnie liczne doświadczenia z objawieniami dzisiejszej polskiej literatury, które aż nazbyt często okazywały się pasmem zawodów i rozczarowań.

Wieś Lisice pod Łodzią to miejsce, gdzie swego czasu wypadało mieć posiadłość, gdy się było kimś. Mieszka tam i była śpiewaczka, i znane niegdyś osoby ze świata filmu, malarka i postać najbardziej znana – Matylda Delmonte. Ta ostatnia jest chyba jedyną nieprzebrzmiałą sławą – wychodzące spod jej pióra romanse, czyli powieści dla kobiet (gdzie to równouprawnienie?), są kolejnymi bestsellerami polskiego rynku wydawniczego. W tajemniczy okolicznościach znika mąż pisarki, a wraz z nim spora suma pieniędzy. Tę intrygującą i sensacyjną sprawę postanawia wykorzystać sprytna pisarka i zaprasza do swej rezydencji reportera Jana Marona, by ten przeprowadził z nią wywiad rzekę. Maron z kolei bardziej jest chyba zainteresowany wyjaśnieniem tajemnicy zaginięcia męża Matyldy i owych pieniędzy. Co będzie dalej, oczywiście zdradzać nie będę.

Lektura rozpoczyna się fantastycznie. Styl niezbyt wyszukany, ale bez zarzutu, łatwy w odbiorze. Bardzo udanym chwytem jest ujęcie całości w formie serii wywiadów (każdy rozdział to wywiad z jedną postacią) prowadzonych przez Marona z różnymi osobami, mieszkańcami Lisic, na temat Matyldy Delmonte i tajemniczego zniknięcia jej męża, a także następnych wydarzeń, które miały miejsce w miarę rozwoju fabuły. Z tej formuły wynika ograniczenie się tylko i wyłącznie do dialogów, co nadaje opowieści bardzo specyficzny klimat i dynamikę. Pięknie przy okazji podkreśla to, co często umyka autorom kryminałów piszących w tradycyjnej manierze – niewiarygodność świadków. Każdy mówi co innego, często zmienia zeznania, i detektyw lub dziennikarz pragnący rozwiązać zakładkę niejednokrotnie dość długo nie ma zielonego pojęcia, co jest prawdą, a co fałszem. Taka forma daje autorowi dodatkowy bonus, gdyż nie musi angażować się w opisy, gdzie łatwo strzelić gafę kryminalistyczną, co przytrafia się nawet znanym i uznanym.

Oczywiście w miarę, jak przewracamy kartki, mają miejsce kolejne wydarzenia, trup ściele się dość gęsto jak na liczbę występujących w powieści osób, wypływają nowe wątki. Całość mile się komplikuje, dynamika rośnie i… Wszystko zaczyna przypominać twórczość samej pani Delmonte. Całość zaczyna się rozjeżdżać, kulminacja na pół gwizdka, a rozwiązanie jakby pisane na siłę i przez kogo innego. Dodatkowy niesmak budziły we mnie również dywagacje na temat Stanu Wojennego i służb komunistycznych, jakby na siłę wciśnięte w celu zaspokojenia potrzeb pewnej grupy czytelników, niby elementy pornograficzne umieszczane przez innych autorów w ich książkach z tych samych motywów. W dodatku tak płytkie i infantylne, że brak słów.

Zapowiadało się pięknie, a wyszło jak wyszło. Przez finisz, który bardzo znacząco obniża wartość całości, który poziomem stanowi wręcz zaprzeczenie początku, trudno zakwalifikować tę powieść nawet do przeciętnego, solidnego „kryminału pociągowego”. A przecież ten podgatunek ma wciąż swe znaczące miejsce w literaturze popularnej, mimo iż pociągów u nas coraz mniej. I niestety wcale nie tak łatwo o dobrą książkę w tym kanonie, a chętnie bym coś takiego przeczytał


Wasz Andrew

Za ciosem [Jacek Krakowski]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Za ciosem [Jacek Krakowski]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

sobota, 2 sierpnia 2014

Stefan Zweig "Dziewczyna z poczty" - Wołanie z otchłani nędzy

Dziewczyna z poczty

Stefan Zweig

Tytuł oryginału: Rausch der Verwandlung
Tłumaczenie: Karolina Niedenthal
Wydawnictwo: W.A.B.
Seria: Nowy Kanon
Liczba stron: 336
 
 
 
 
 
 
W nauce od lat trwają poszukiwania jednej uniwersalnej teorii, która za jednym zamachem odpowiedziałaby na wielkie pytanie o życie, wszechświat i całą resztę. Póki co naukowcy są daleko od jej znalezienia, ale nie można zaprzeczyć, że np. teorie dotyczące fizyki kwantowej można przyłożyć także do naszego makroświata. Przy okazji lektury książki Paryski ekspres wspominałem o zasadzie nieoznaczoności Heisenberga, dzisiaj natomiast pragnąłbym rzec kilka słów o pasmowej teorii przewodnictwa. W podstawowym składniku materii, czyli w atomie, poszczególne elektrony mogą znajdować się w ściśle określonych, dyskretnych stanach energetycznych (wynika to z równania Schrödingera). W ciele stałym poszczególne atomy są ze sobą powiązane, co wiąże się z kolejnymi ograniczeniami dotyczącymi możliwej energii elektronów. Dopuszczalne poziomy energetyczne elektronów zlewają się w tzw. pasma energetyczne. W kryształach wyróżnia się dwa pasma energetyczne – jedno z nich, położone niżej, jest całkowicie wypełnione elektronami, z kolei drugie, położone wyżej, nie zawiera żadnych elektronów. Pasmo całkowicie zajęte określane jest mianem pasma podstawowego, natomiast pasmo puste – pasmem przewodnictwa. Możliwe jest przesunięcie elektronu z pasma podstawowego do pasma przewodnictwa, ale wiąże się to z dostarczeniem odpowiednio dużej porcji energii (elektrycznej bądź cieplnej), tak by elektron od razu wskoczył do pasma przewodnictwa, bowiem niedopuszczalne są pośrednie wartości energii (te niemożliwe do osiągnięcia stany pośrednie określa się mianem pasma wzbronionego). Elektrony znajdujące się w paśmie przewodnictwa nie są związane z konkretnym atomem, ale mogą przemieszczać się w całej objętości materiału, przewodząc w ten sposób prąd elektryczny, który nie jest niczym innym jak uporządkowanym ruchem atomów. W izolatorach, czyli materiał bardzo słabo przewodzących prąd elektryczny (w języku potocznym często pada określenie, że izolator w ogóle nie przewodzi prądu) przeskok elektronu do pasma przewodnictwa wymaga bardzo dużych nakładów energetycznych. Podobnie wygląda sytuacja plebsu, którego przedstawiciele nie mogą korzystać z wszystkich uciech towarzyszących ludziom ze szczytów społecznej drabiny, ba, którym nie wypada wręcz pojawiać się w obecności osób majętnych czy szlachetnie urodzonych. Na straży świata bogaczy stoją całe zastępy portierów, ochroniarzy, ale faktyczne pasmo wzbronione, to najbardziej skuteczne stanowi gotówka, czy raczej jej brak. Od czasu do czasu dochodzi jednak do sytuacji, kiedy to człowiek jeszcze do niedawna ubogi i biedny zaczyna cieszyć się powszechnym mirem oraz poważaniem społecznych elit i niemal zawsze wiąże się to z niebotycznymi nakładami pieniężnymi. Portfel spuchnięty od nadmiaru banknotów pozwalaj przysłonić wstydliwą przeszłość nowobogackiego, która tonie w pomrokach nędzy i ubóstwa – parweniusz za sprawą posiadanych potężnych zasobów finansowych niczym elektron, któremu nadano odpowiednią energię zostaje wybity z pasma podstawowego, czyli swojej dotychczasowej nędznej egzystencji, osiągając upragnione pasmo przewodnictwa, czyli towarzyskie salony, których wrota nagle stanęły otworem. Co jednak kiedy strumień pieniędzy nagle uschnie? Interesująca historia, która stara się odpowiedzieć na to pytanie została przedstawiona w książce Dziewczyna z poczty, autorstwa Stefana Zweiga.

piątek, 1 sierpnia 2014

O karze śmierci




…ten, kto wydaje wyrok, sam powinien go wykonać. Jeśli chcesz odebrać komuś życie, powinieneś spojrzeć mu w oczy i wysłuchać jego ostatnich słów. Jesteś mu to winien. Kiedy nie masz odwagi tego uczynić, skąd możesz wiedzieć, że ten człowiek zasługuje na śmierć? (…) Gdy nadejdzie ta chwila, musisz pamiętać, żeby nie stała się ona dla ciebie przyjemną, lecz też nie wolno ci odwracać wzroku. Władca, który chowa się za płatnym katem, szybko zapomina, czym jest śmierć.


Eddard Stark


Gra o tron George R.R. Martin

czwartek, 31 lipca 2014

Po zagładzie




Dmitry Glukhovsky


(Дмитрий Алексеевич Глуховский)


Metro 2033


tytuł oryginału: Метро́ 2033

tłumaczenie: Paweł Podmiotko

wydawnictwo: Insignis Media 2010

Do debiutanckiej powieści Dmitrija Głuchowskiego podszedłem jak zwykle, czyli nie zapoznając się bliżej ani z autorem, ani z historią powstania książki. Oczywiście w tym wypadku mniej więcej wiedziałem, w jakich realiach, czasach i kanonie rzecz będzie się rozgrywać, gdyż trudno chyba, czy to wśród maniaków gier komputerowych, czy to wśród miłośników literatury, spotkać kogoś, kto o Metrze 2033 w ogóle nie słyszał, tym bardziej, iż dało ono impuls do powstania dwóch dość głośnych gier i stanowiło początek całej serii powieści piór różnych autorów, którzy fabułę swych dzieł oparli na uniwersum wykreowanym przez Głuchowskiego, który też zresztą napisał i swój własny ciąg dalszy.

Metro 2033; jak sam tytuł wskazuje, to przyszłość. Choć niezbyt już daleka – pułapka umieszczania dat w sf. Świat po wymianie ciosów, również atomowych, między wielkimi mocarstwami. Co się stało z cywilizacją, z całą ludzkością, dokładnie nie wiadomo, ale pewnie szlag ją trafił. W Moskwie niedobitki, które już ludzkością trudno nazwać, schroniły się w tunelach metra. Tam próbują przetrwać. Na powierzchni nie wszystko wymarło. To co wybiło ludzi i sprawiło, iż Ziemia nie jest już miejscem dla nich, jednocześnie uruchomiło przyspieszoną ewolucję gatunków, które przetrwały pierwsze uderzenie i promieniowanie, jakie pozostało po kataklizmie. I te właśnie formy życia są największym zagrożeniem dla ukrywających się w tunelach, którzy nie mogą się do końca odciąć się od świata na górze, gdyż szaber resztek dawnej cywilizacji jest podstawą ich istnienia na jakim takim poziomie. Jakby tego było mało, pod ziemią też pojawiają się nowe elementy łańcucha pokarmowego, w którym człowiek niekoniecznie stanowi ostatnie ogniwo.

Herosem naszej opowieści jest Artem, młody chłopak ze społeczności zamieszkującej stację WOGN, jak i inne przypominającą teraz plemienną, podziemną wersję państwa-miasta. Jak każda zewnętrzna stacja systemu metra, WOGN od dawna zmaga się z większymi przeciwnościami niż stacje wewnętrzne, ale ostatnio napór niespotykanych wcześniej potwornych przeciwników sprawia, iż nad WOGN-em zawisła realna groźba zagłady. W poszukiwaniu pomocy Artem wyrusza w pełną przygód podróż do stacji, które zachowały więcej z dorobku dawnej ludzkości; wiedzy i technologii.

Jak widać z powyższego, fabuła nie jest specjalnie skomplikowana, choć od razu trzeba bardzo podkreślić, iż cały czas trzyma czytelnika w niepewności nie tylko co do zakończenia, ale i sposobów, w jaki rozwiną się poszczególne sytuacje. Epilog powieści jest zaś prawdziwie zaskakujący i potężnym akcentem wpisuje się w warstwę filozoficzno-moralizatorską, do której jeszcze powrócę.

O postapokaliptycznych światach napisano już powieści wiele, podobnie jak i powieści drogi pojawiło się sporo. Muszę jednak przyznać, że tak dobrze oddanego klimatu jednego i drugiego, jak dotąd, nie zdarzyło mi się spotkać, no może poza Strugackimi i jeszcze kilku innymi dawnymi tytanami s-f. Kiedy czytałem Metro, wprost dźwięczała mi w uszach kultowa ścieżka dźwiękowa Fallout*, do czego nawet Drodze Cormaca McCarthy’ego, przez wielu uznawanej za arcydzieło, bardzo było daleko.

Klimat, realia uzbrojenia i wyposażenia, gdzie autor uniknął wpadek, co cieszy prawdziwe tygrysy, to nie jedyne zalety, które i tak same by wystarczyły, by jako postapokaliptyczna przygodówka powieść weszła na trwałe do kanonu literatury fantastycznonaukowej. Po pewnym czasie czytelnik zaczyna zdawać sobie sprawę, iż opowieść ma bardzo odważną i racjonalną warstwę filozoficzno-moralną. Pytania o wiarę, o jej istotę i wartość, o człowieczeństwo i jego ocenę, o naturę Boga i człowieka, a nawet o naturę rzeczywistości w zderzeniu z literaturą, są nie tylko wyartykułowane wprost, ale również bez reszty powiązane z motorem napędzającym akcję i z zaskakującym zakończeniem, które zarazem stanowi tych rozważań tych podsumowanie. Jakie ono jest, tego oczywiście zdradzać nie będę.

Tyle wynika z samej powieści. Tym razem warto jednak dodać małe co nieco o okolicznościach jej powstania. Głuchowski zaczął pisać Metro (taki był pierwszy tytuł - bez cyferek - co było chyba jednak bardziej perspektywicznym pomysłem) jako nastolatek. Jako uczeń dojeżdżał moskiewskim metrem do szkoły i jego znajomość była pewnie impulsem do wykreowania takiego właśnie świata, a zarazem dodała powieści wiarygodności w tle. Na pewno wpływ na autora wywarł szereg klasyków s-f, jacy tworzyli przed nim oraz kultowa, wspomniana już seria gier Fallout, która pozostawia niezatarty ślad na każdym, kto się z nią zetknął. Pierwsza wersja powieści została w 2002 roku bezpłatnie opublikowana w internecie wraz z linkami do muzyki proponowanej do słuchania w trakcie lektury. W świetle powyższego twierdzenia niektórych recenzentów, iż powieść „wyraźnie została napisana pod kasę”, najlepiej świadczą o ich autorach.

W tej pierwotnej wersji opowieść miała inne zakończenie niż obecnie, lecz pod naciskiem fanów i wydawnictw zmieniono je przed pierwszą publikacją papierową, która miała miejsce w roku 2005 (jedna z prezentacji Metra 2033 miała miejsce w przeciwatomowym bunkrze Ministerstwa Łączności na Tagance.). Warto też wspomnieć, że dzisiejszy ostateczny kształt powieść uzyskała w trakcie interaktywnych internetowych konsultacji autora z czytelnikami, również fachowcami od metra, uzbrojenia i służb specjalnych. Tutaj należałoby spoliczkować następnych recenzentów; tych, którzy piszą, iż powieść miała napędzać sprzedaż gry pod tym samym tytułem (i odwrotnie). Sęk w tym, że pierwsza część gry miała premierę dopiero w roku 2010(!), a powieść do dziś jest dostępna za darmo na stronie autora. To jednak przerasta jak widać możliwości umysłowe wielu moich rodaków i kolegów po piórze, dla których nienawiść jest ważniejsza niż fakty. To ostatnie uczucie jest chyba jednym z nieodłącznych, o ile nie głównych, atrybutów bycia człowiekiem, o czym z wielkim żalem opowiada również Metro 2033. Może właśnie tego niektórzy nie mogą w nim znieść. Nie muszę już chyba dodawać, że do lektury gorąco i z pełnym przekonaniem zachęcam, choć jako bezproblemowa, bezrefleksyjna rozrywka, na którą liczyłem, powieść wcale się sprawdziła


Wasz Andrew


* seria gier RPG osadzona w świecie po wojnie atomowej (jest też odnoga strategiczna - Brotherhood of Steel)

Cykl Metro:
1/ Metro 2033
2/ Metro 2034
3/ Metro 2035

Uniwersum Metro 2033: Metro 2033 [Dmitry Glukhovsky]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Metro 2033 - nowe wydanie [Dmitry Glukhovsky]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

wtorek, 29 lipca 2014

O tajnych informacjach



Access to secret intelligence [is] one of the more potent aphrodisiacs of power

(„Dostęp do tajnych informacji wywiadu jest jednym z silniejszych afrodyzjaków władzy”)

David Stafford Churchill and Secret Service (1998 r.)

motto z okładki książki Mariana Zacharskiego Krwawiąca granica

poniedziałek, 28 lipca 2014

O umiłowaniu historii




Ktoś kiedyś powiedział, że Polacy kochają swoją historię. To nieprawda. Polacy kochają swoje wyobrażenia o historii. A więc mity stworzone dla potomnych ku pokrzepieniu serc.



Piotr Zychowicz

z notki na okładce książki Mariana Zacharskiego Krwawiąca granica

sobota, 26 lipca 2014

Eileen Chang "Gorzkie spotkanie" - Kwitnąca róża, ciekawe czasy

Gorzkie spotkanie

Eileen Chang 

Tytuł oryginału: Xiao Tuanyuan
Tłumaczenie: Katarzyna Kulpa
Wydawnictwo: W.A.B.
Seria: Nowy Kanon
Liczba stron: 336
 
 
 
 
 

Obyś żył w ciekawych czasach – to jedna ze starożytnych chińskich klątw, rzucana pod adresem wyjątkowo nielubianych osobników. Cóż może być bowiem gorszego od egzystencji w tym wycinku historii, w którym dzieje się wyjątkowo dużo? Wojny, zarazy, przewroty na szczytach władzy, knowania, intrygi, rewolucje, insurekcje, monumentalne bitwy, klęski żywiołowe, skandale, afery – wszystko to prezentuje się całkiem nieźle, tj. intrygująco, ale jedynie z odpowiednio dalekiej perspektywy, np. historycznej. Sprawy przybierają natomiast zupełnie innego obrotu, kiedy sami znajdujemy się w epicentrum przemian, diametralnie zmieniających wizerunek kraju, narodu, całego kontynentu czy też świata. Potęga działających ponad naszymi głowami sił, na które nie mamy niemal żadnego wpływu idealnie unaocznia naszą niemoc, miałkość. Jesteśmy niczym kurz, który na wzburzonym wietrze historii wznosi się po to, by za chwilę opaść i gęsto zaścielić ziemię. Nikt jednak nie wybiera pory, w jakiej przychodzi mu bytować na tym łez padole, za to każdy stara się dźwigać brzemię losu, jakie przypadło mu w udziale. O tym jak prezentowało się życie Eileen Chang w czasach, które niewątpliwie zasługują na miano interesujących, możemy przekonać się za sprawą lektury Gorzkie spotkanie.

piątek, 25 lipca 2014

Pierwszy dzień pracy



Kilka dni temu wszystkie ogólnokrajowe media obiegał temat, który zapoczątkował bodajże Dziennik Polski. Państwowa Inspekcja Pracy poinformowała, że w naszym kraju firmy znalazły nowy sposób na okradanie państwa i własnych pracowników, bo czymże innym jest zatrudnianie ludzi na czarno. Patent polega na tym, że w razie kontroli informuje się inspektorów Państwowej Inspekcji Pracy, iż cała załoga jest pierwszy dzień w pracy i dlatego pracuje bez umów, ubezpieczeń, itd., itp.

Państwowa Inspekcja Pracy alarmuje, że zjawisko stało się powszechne, bo sprzyja mu przestarzały Kodeks pracy, a szczególnie art. 29, który pozwala zawrzeć umowę o pracę w dniu podjęcia pracy, a nie przed, czyli przez jeden dzień można pracować bez umowy, a podpisać ją dopiero pod koniec szychty lub po jej zakończeniu. Na zgłoszenie do ZUS jest jeszcze więcej czasu, gdyż aż dni siedem. Rewelacje te potwierdziła swym autorytetem rzeczniczka Okręgowej Inspekcji Pracy w Krakowie Anna Majerek oraz wiceszef małopolskiej "Solidarności" Adam Lach*.

Dlaczego czekałem z podjęciem tego tematu tak długo? Postanowiłem być bardziej wyrozumiały niż Pan w rozmowie z Abrahamem i dać Polsce, zanim jej kondycję zmieszam z błotem, większą szansę niż otrzymała Sodoma. Nie czekałem na dziesięciu sprawiedliwych, ale chociaż na jednego. I się nie doczekałem. Może gdzieś się tam odezwał, na jakimś blogu czy w gazecie, ale ani w telewizji, ani w mainstreamowym necie się nie objawił.

Parafrazując Sienkiewicza muszę więc zawołać, - czy tylko głupi i zdemoralizowani tę ziemię (Polskę) zamieszkują? Nie trzeba być geniuszem ani znawcą prawa, by wiedzieć, że ten odkrywczy trick pracodawców z pierwszym dniem pracy jest g… warty. Pomijając już takie „drobiazgi”, których się można czepiać, jak szkolenia BHP i badania lekarskie, które pracownik musi mieć zanim stanie do pracy, nawet na przyuczenie. Jest bowiem prosta metoda na walkę z owym „genialnym” wykrętem. I do jej wymyślenia nie potrzeba żadnej kompletnie wiedzy. Tylko chęć. Wystarczy po prostu przeprowadzić dwie kontrole w pewnym okresie czasu. Za pierwszym razem spisać nazwiska i wrócić choćby nazajutrz, czy za tydzień. Dwa razy ruszyć zza biurka cztery litery.

Jak to jest, że w całej armii urzędników nie znalazł się ani jeden, który by na to wpadł? Ani w całej rzeczy związkowców? Nie będę pisał, gdyż każdy wie o co chodzi, a ja na pewno zaraz zostałbym pozwany za zniesławienie powagi urzędów i związków, gdybym napisał to, co każdy od razu pomyślał.

To, że cały aparat państwowy i z nim związane instytucje są kompletnie niewydolne i z każdym rokiem stają się większą parodią samych siebie, wie każdy, kto miał z nimi do czynienia. W normalnych krajach nadzieją na okiełznanie korupcji, nepotymzu, nieróbstwa i zwykłej głupoty, owym regulatorem demokracji, jest czwarta władza, czyli media. Przekleństwem Polski jest to, że u nas absolutnie nie spełniają one swej roli. Skoro w tak prostej sprawie, jak ta, bezkrytycznie, niczym objawienie, powtarzają bzdury opowiadane przez urzędników i związkowców, jakby same były na garnuszku pazernych kapitalistów bezczelnie łamiących prawa pracownicze, skoro nie znalazł się ani jeden dziennikarz uczciwy na tyle, by te bzdury ośmieszyć, to jak można mieć nadzieję, że jest w stanie rozgryźć jakieś afery i zrobić cokolwiek innego, niż powtarzać rzeczy, które ktoś im podrzuci by zwalczać konkurentów?

O powszechnej ponad światową miarę polskiej pogardzie dla prawa pracy pisałem już w poście Po osiemnastej. Nie napisałem jednak wtedy, iż o kuriozalnym przypadku Muzeum Czynu Niepodległościowego i Związku Legionistów Polskich opisanym w tym tekście powiadomiłem PiP. I otrzymałem odpowiedź, że się tym zajmą. A było to w… kwietniu. Od tego czasu cisza. I dość o tym.

Casus pierwszego dnia w pracy to kolejny objaw sepsy toczącej Polskę. Nie jest ważne to, że gdzieś jakiś urzędas może wziął w łapę, albo po prostu nawet mu się nie chciało. To się zdarza wszędzie. W każdym kraju. Dużo gorsze jest to, że takie zachowania ukazujące kompletną dysfunkcjonalność podnosi się rangi jedynego możliwego sposobu postępowania i w ich uświęcaniu biorą udział wszyscy, którzy w tym kraju mają jakąkolwiek władzę. Najgorsze jest jednak to, co odbiera wszelką nadzieję – umoczeni są wszyscy. To jedyne wytłumaczenie faktu, że nawet opozycja gra w tej samej tonacji. Zmiana władzy nic nie da. Jak z więzieniami CIA – postkomuniści wdepnęli, PiS ich krył (od kiedy tak zachowuje się prawdziwa opozycja), a PO kryło i jednych i drugich. W takim kraju, gdzie każdy, kto się liczy, wie, co ma mówić i kiedy, nie ma szans, by znalazł się ktoś znaczący, kto krzyknie, iż król jest nagi. I tak by powiedziano, że „sra we własne gniazdo”, czyli zrobiono by z niego zdrajcę i Polakożercę. „Patrioci” trzymają się razem. Niezależnie od tego, jakie kanalie są wśród nich.

Wiem, wiem – gdy mówię, że Polska upada, wielu pomyśli, że jestem nawiedzony. Ja nie twierdzę, że upada Polska kolesi, oszustów, układowiczów i ludzi bez sumienia. Nie, ona ma się wręcz coraz lepiej, pod płaszczykiem wartości, których nikt inny nie posiada. Upada Polska ludzi prawych. O ile kiedykolwiek istniała. Na pewno zaś upadają nadzieje na nią. Każda taka sprawa w mediach, to sygnał dla cwaniaków z całego świata – przyjeżdżajcie tutaj. To idealne miejsce do robienia „interesów”. I zawsze znajdzie się odpowiednia liczba ludzi, którzy będą głośno krzyczeć, że jest coraz lepiej. Im. A że równocześnie wielu porządnych wybędzie, więc to samonapędzające się sprzężenie nabiera podwójnego rozpędu.

Po co to piszę, skoro nie ma w mojej ocenie szans na poprawę? By ci, zwłaszcza młodzi, którzy na razie mają nadzieję, podsycaną optymizmem wylewającym się z telewizora, mieli szansę szybciej przejrzeć na oczy i podjąć odpowiednie decyzje, zanim dojdą do punktu, w którym będzie za późno.


Wasz Andrew


* http://www.wprost.pl/ar/458496/Czesty-sposob-na-omijanie-prawa-pracy-Zaloga-jest-pierwszy-dzien/