Niezależne recenzje książek, audiobooków, czasami również filmów i gier, komentarze do bieżącej oraz historycznej rzeczywistości, refleksje i różne inne sensowne twory słowne.
Zwrot „Ach, ta
dzisiejsza młodzież” odmieniany przez wszystkie przypadki, stosowany w różnych
konfiguracjach przewija się w historii ludzkiej cywilizacji niemal od jej
zarania. Chyba każde kolejne pokolenie bolało nad moralną kondycją swoich
następców, widząc w nich jedynie degeneratów i nieodpowiedzialnych utracjuszy. Grecki
epik Hezjod, żyjący kilka wieków przed narodzeniem Chrystusa mówił:
Nie
widzę nadziei dla przyszłości naszego narodu skoro polegamy na bezmyślnej
dzisiejszej młodzieży, bez wątpienia wszyscy młodzi są lekkomyślni ponad
wszelką miarę... Gdy ja byłem młody, uczono nas dyskrecji oraz szacunku dla
starszych, ale dzisiejsza młodzież jest coraz bardziej pogardliwa i nie zna
umiaru.
W 1883 roku
Francis Galton, kuzyn Karola Darwina, wprowadził termin eugenika. Słowo o greckim źródłosłowie (eguenes – dobrze urodzony) zastosowano do określenia gałęzi nauki,
której celem byłoby badanie możliwości rozwoju osobników o pożądanych cechach
dziedzicznych poprzez selekcję genetyczną. Eugenika pozytywna koncentruje się
na zapewnianiu sprzyjających warunków dla reprodukowania oraz rozwoju najlepszych,
najsilniejszych organizmów, z kolei celem eugeniki negatywnej jest zapobieżenie
rozmnażania się osobników gorszych, obciążonymi poważnymi wadami genetycznymi. Eugenika
bardzo szybko zyskała sporą popularność, szczególnie w ciągle jeszcze młodym i
kształtującym się państwie amerykańskim. W Nowym Jorku powstał nawet rejestr
eugeniczny, który miał przysłużyć się poprawieniu cech zarówno fizycznych jak i
psychicznych całej ludzkiej społeczności. Idei udoskonalania, poprawiania,
czyli eugenice pozytywnej, błyskawicznie zaczęła towarzyszyć również eugenika
negatywna, której wydźwięk szczególnie wzmocnił kryzys ekonomiczny, jaki w
latach 30. uderzył w amerykańską oraz europejską gospodarkę. Niemal z miejsca
znaleźli się ludzie, którzy skonstatowali, że niepełnosprawni, kalecy, chorzy
psychicznie, żyjący na koszt państwa, utrzymywani z podatków zdrowych, pełnowartościowych, etc. podatników są niczym pasożytnicza tkanka
na ciele normalnego społeczeństwa. Eugenika przeszła w agresywną fazę, w której
dokonywano sterylizacji osób podejrzanych o niską inteligencją, posiadanie wad
genetycznych, itd. Przymusowe kastracje stały się skuteczną bronią przeciwko
niepotrzebnym szkodnikom, którym
należało uniemożliwić rozmnażanie się. Złoty okres eugeniki nastąpił w trakcie
II wojny światowej. Rzesza niemiecka, w której bujnie kwitły ideologie związane
z czystością aryjskiej rasy, z chęcią pozbywała się homoseksualistów,
zboczeńców seksualnych, umysłowo chorych, czy osobników o żydowskim, bądź
cygańskim pochodzeniu. Po wojnie, zakończonej klęską hitlerowskiego państwa,
eugenika, jako nauka wyklęta, skalana krwią przelaną przez nazistów musiała
schować swoje sztandary, oddając się wstydliwemu milczeniu. Rzecz jasna, nie
znikła ona wraz z ustaniem działań wojennych – funkcjonuje ona do dzisiaj,
tyle, że bez odwoływania się do starej nazwy, m.in. jako badania genetyczne,
zabiegi aborcyjne, etc. Wydaje się, że eugenice największe opory natury
moralnej oraz religijnej budzi fakt, że nauka staje się na poły boskim
atrybutem – za jej pomocą decydujemy o ludzkim życiu (możemy stwierdzić, który
płód nadaje się do dalszego rozwoju, a który należy wyeliminować jako obciążony
zbyt dużą liczbą defektów) oraz ograniczamy cudzą wolność (zabraniamy rozmnażać
się osobnikom słabym, kalekim, głupim, itd.). W moim mniemaniu człowiek jako
istota z natury okrutna, złośliwa, mściwa, nie dorósł jeszcze, by dzierżyć w
rękach tak potężną władzę. W końcu możliwość rozstrzygania o zasadności cudzego
bytu to podejmowanie decyzji o sprawach nieodwracalnych, których konsekwencji
nie sposób cofnąć. To ogromna odpowiedzialność, której wielu ludzi nie jest w
stanie udźwignąć. O tym jak wiele to brzemię, jak nieznośny jest jego ciężar
można przekonać się na podstawie lektury Sprawy
osobistej, autorstwa Kenzaburō Ōe.
„Telefonia komórkowa dała państwu możliwość inwigilacji rozmów, korespondencji i poglądów wszystkich obywateli. Nowy wspaniały świat Aldousa Huxleya stał się faktem.”
Kiedy kolega przesłał mi link do trzeciej odsłony filmu Zeitgeist w reżyserii Amerykanina Petera Josepha, nie paliłem się do jego oglądania. Linki do filmów, które zwykle otrzymuję w poczcie elektronicznej, to albo jakieś infantylne teorie spiskowe, albo śmiesznostki. Choć ten akurat znajomy jest specjalistą od humorków, to tytuł nie wyglądał na coś wesołego, a długość filmu wręcz zaprzeczała temu, by była to komedia. Czy można zrobić coś, co będzie śmieszyć przez dwie godziny i czterdzieści minut? W dodatku jako produkcję niekomercyjną? Poprzednich filmów Josepha (kojarzy się, choć było to imię, nieprawdaż?) nie oglądałem i ten też czekał długo. W końcu, w obliczu rozterki między kolejną powtórką Czterech Pancernych i Ojca Mateusza, wybrałem wyjście awaryjne. Zeitgeits.
Duch Epoki to film popularnonaukowy. Od razu powiem, iż seans wciągnął mnie od pierwszych sekund.
W chwili obecnej wszystkie mainstreamowe media aż zachłystują się postępem. „Więcej wszystkiego” ma być receptą na szczęście i niech diabli porwą koszty! Od zawsze budzi to mój sprzeciw, gdyż rozwój w sensie wzrostu jest jedyną pewną drogą do śmierci. Udowodnił to już dawno na gruncie cybernetyki nasz wielki i zapomniany rodak Marian Mazur. Cóż z tego, skoro „mieć więcej” idealnie wpisuje się w poziom umysłowy i moralny tłuszczy, czyli większości społeczeństw zwanej elektoratem. A naczelną zasadą demokracji (czy ochlokracji, jak ją nazywał Jan Paweł II), jest władza większości. Dokładniej tych nielicznych, którzy nią manipulują, ale oni też wyznają te same zasady, więc na jedno wychodzi. I nie zdołał nakłonić do odejścia od tej manii posiadania ani Jezus i papieże, ani Allach i jego kapłani, ani Dalai Lama. Zapisane w wielkich religiach pochwały ubóstwa i rozsądku to tylko martwe zapisy ponaginane tak, by nie stały w sprzeczności z pożądaniem posiadania. Prawdziwych, gorliwych wyznawców łatwiej znajdują tacy jak Hitler czy Stalin, którzy obiecują więcej i więcej. Więcej bogactw, więcej ziemi, więcej władzy, więcej dzieci. Co kto chce, byle więcej. I tak w każdej kampanii wyborczej na całym świecie. A to droga w jedną stronę.
Zeitgeist zaskoczył mnie tym, iż podjął temat zbliżającej się katastrofy nie od strony przeludnienia, nie wprost od strony wyczerpania się któregoś z kluczowych dla gospodarki świata zasobów, ale z samej definicji pieniądza. Tak jak komunizm miał zapisaną w samej swej istocie nieuchronną walkę z kapitalizmem, co sprawiało, że musiał albo zwyciężyć militarnie, albo powolnie zdechnąć, gdyby się wygrać w starciu nie dało, tak pieniądz, zwłaszcza ten nowy, wirtualny, kreowany przez systemy finansowe, ma w sobie zapisane swe przeznaczenie. Musi przeć do zniszczenia świata i uda mu się to, chyba że ludzie zeń zrezygnują. Teza na pozór karkołomna, ale po obejrzeniu filmu już się Wam taką przestanie wydawać. Zwłaszcza, że współgra z osiągnięciami i nauk społecznych, i ścisłych.
Jakkolwiek jestem pesymistą i nie wierzę, by dało się ten bieg rzeczy, którego jesteśmy świadkami, odwrócić bez globalnej tragedii, której rozmiary trudno przewidzieć, i optymistyczne wątki filmu mnie nie przekonują, to warto się z nim zapoznać nie tylko dlatego, iż prezentuje piękną i bardzo przekonującą hipotezę. W filmie występują uczeni z rożnych dziedzin nauki i wypowiadają się dość swobodnie, w związku z czym dowiadujemy się wielu bardzo ciekawych rzeczy na tematy dość luźno związane z głównym wątkiem. Są to więc jakby dwa filmy w jednym. Pierwszy poświęcony zagładzie, ku której zmierza nasz świat o ile niczego z tym nie zrobimy, a moim zdaniem nie zrobimy. Drugi jest jakby spotkaniem uczonych opowiadających o rzeczach, które mogą się nam przydać już teraz. Dziś, jutro, kiedyś. Niezależnie od tego, jak długo potrwa nasz świat taki, jaki znamy, te wątki są bardzo wartościowe. Truizmem byłoby stwierdzenie, iż rzecz daje do myślenia i zmienia sposób patrzenia na wiele spraw. Pominę więc ten wątek. Pytanie natomiast, jaki procent populacji jest zainteresowany taką tematyką na tyle, by choćby obejrzeć ten film do końca. Pytania ilu z tych nielicznych zechce to przemyśleć i zmienić cokolwiek w swoim życiu nawet nie warto stawiać. Pozostaje robić to, co się uważa za słuszne, bez oglądania się na resztę. Jak Zimbardo.
Skoro jest okazja obejrzeć, więc nie ma sensu się dłużej rozpisywać. Zapraszam na seans:
„Koran pozostał ostatnią szansą na wyzwolenie. W Ameryce Południowej dawni rewolucjoniści, czciciele Tupaca Amaru i Che Guevary, zostali demokratycznymi prezydentami i premierami, ale liczba faweli wcale się przez to nie zmniejszyła. Chrystus z karabinem na ramieniu strzeże teraz już tylko pól kokainowych.”