Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.

środa, 28 maja 2014

wtorek, 27 maja 2014

Kochajmy bohaterów, tak szybko odchodzą



George R. R. Martin


Nawałnica Mieczy

tytuł oryginału: A Storm of Swords

część 1: Stal i śnieg
oryg. vol. I: Steel and Snow

część 2: Krew i złoto
oryg. vol. II: Blood and Gold

tłumaczenie: Michał Jakuszewski

seria/cykl wydawniczy: Pieśń Lodu i Ognia (ang. A Song of Ice and Fire)

wydawnictwo: Zysk i Spółka 2013/2014

stron 736 +636

Nawałnica mieczy, trzecia powieść epickiej serii Georga R. R. Martina Pieśń Lodu i Ognia* została podzielona na dwie części – Stal i śnieg oraz Krew i złoto. Gdy wziąłem je do ręki, uderzyła mnie nieuchronność tego zabiegu. Każda z nich sama ma taką objętość, że można by ją podzielić na tomy, a w jednej książce nie dałoby się ich zmieścić, chyba że druk by był tak mały, iż do wydania dołączano by lupę.

Wielce zadowolony z lektury poprzednich odsłon cyklu, od razu zabrałem się do czytania. No i znów mnie wciągnęło. Początkowo obawiałem się o to, czy autor utrzyma równy poziom, jaki prezentowały dwie pierwsze powieści, czy nie zawiodę się tak, jak na Franku Herbercie, który wykreował piękny świat, ale tylko pierwsza powieść cyklu w nim się rozgrywającego jest naprawdę mistrzowska, druga już tylko bardzo dobra, a każda dalsza słabsza i bardziej nużąca. W miarę jak pochłaniałem kolejne kartki opowieści Georga R. R., przekonywałem się, że syndrom Diuny, przynajmniej póki co, Martinowi nie grozi. I tak było aż do końca Stali i śniegu. Krew i złoto przewartościowało moje sądy. George dopiero się rozkręcał! Zaskoczył mnie totalnie i jego notowania wprost poszybowały w górę. Jak do tego doszło, o tym za chwilę, ale najpierw mała dygresja.

Już przy Starciu królów, drugiej powieści serii, ostrzegałem, iż nie jest to cykl, który można czytać na wyrywki. Stopień komplikacji, ilość postaci, wątków i zawiłość intrygi jest taka, że aby cokolwiek zrozumieć, nie mówiąc o delektowaniu się lekturą, koniecznie trzeba zacząć od początku i iść po kolei przez wszystkie stronice, rozdziały, tomy i powieści. W dodatku trzeba cały czas uważać, wystarczy bowiem chwila dekoncentracji, by się pogubić kto jest kto. A i tak, nawet najbardziej uważnemu czytelnikowi, czasami pomocne okazują się mapki i dramatis personæ zamieszczone na końcu każdego tomu.

Co jest takiego w tych opasłych tomiszczach, iż naprawdę zachwyciły właśnie mnie, który za fantasy niespecjalnie przepada, dla którego Tolkien jest infantylny, a Andre Norton wydaje się sztampą?

W Nawałnicy mieczy mamy to wszystko, co urzekło mnie w poprzednich powieściach Pieśni. Oryginalnie i niezwykle spójnie wykreowany świat w klimatach średniowiecznych, wzbogaconych o sferę baśniową, z warstwą nadnaturalnych mocy. Ogromne krainy, zróżnicowane i zaludnione mnogością istot, zarówno z tego, jak i nie z tego świata. Glob, którego centrum stanowi wielki kontynent Westeros, podzielony na część cywilizowaną, składającą się z siedmiu królestw, do niedawna połączonych w jedno, a teraz znów podzielonych i walczących o dominację, oraz dziką, owianą mgłą niewiedzy północ, oddzieloną od cywilizacji Murem, przy którym Wielki Mur chiński wydaje się malutki. Nowatorsko wykreowane królestwa autor zdołał zasiedlić prawdziwym mnóstwem różnorodnych istot, od znanych już w kanonie fantasy, po całkowicie nowe. Stworzył spójną i przekonującą mechanikę utrzymującą tę rzeczywistość w ruchu, co jest sztuką nieczęsto spotykaną, zwłaszcza w utworach dłuższych, które tym bardziej obnażają wszelkie niedostatki tła, im są bardziej rozbudowane. Jakby tego mało, Martin wykreował zróżnicowane społeczności, które posiadają, zgodnie z najnowszą wiedzą socjologiczną, swoje odrębne cechy, stosownie do warunków i okoliczności, w których żyją. Na poziomie jednostkowym aż podziw bierze dla odwagi i oryginalności, jaką pisarz wykazał się w tworzeniu postaci, sięgając zarówno po charaktery i fizyczności, które wydają się aż zbyt schematyczne, jak i takie, które wydają się nazbyt oryginalne. No i oczywiście wszystkie pośrednie między nimi. Jak w życiu. W dodatku, w miarę poznawania kolejnych powieści, możemy, niczym podglądacz zafascynowany psychologią społeczną, obserwować jak nasi bohaterowie się zmieniają. Zarówno zewnętrznie, wewnętrznie, jak i w świadomości społecznej. Niczym w dzisiejszych mediach, gdzie osoby dziś pierwszoplanowe, nagle znikają w niepamięci, a nowe gwiazdy wciąż się pojawiają na miejscu starych. Perełką jest też coraz bardziej uwidaczniające się z każdą kolejną powieścią, jak różne mogą być oceny tego samego człowieka dokonywane przez różne osoby, w różnym czasie czy różnych okolicznościach. Jak zmienne mogą być nawet oceny samego siebie dokonywane w odmiennych warunkach. Niektóre postacie są wręcz tragiczne, w rozumieniu najlepszych tradycji wielkiej literatury. Chcą dobrze, a wychodzi jak zwykle, muszą przeć naprzeciw strasznym przeznaczeniom i brać udział w grach, których zasad ani kluczowych uczestników nie znają. Kiedyś mówiono, że podejmując decyzje wybieramy ich konsekwencje. Dziś psychologia społeczna uczy, że czasami to konsekwencje wybierają nas. Widać, że autor jest na bieżąco albo jest bardzo bystrym obserwatorem życia i ludzi.

Jesteśmy przyzwyczajeni, iż najpóźniej ze śmiercią ostatniego głównego bohatera opowieść się kończy. To odbicie naszego złudzenia, że bez nas świat nie może istnieć, że coś z nas musi trwać wiecznie, skoro świat nadal będzie. Martin odziera nas z tej nadziei. Główni bohaterowie, nie mówiąc już o postać drugoplanowych, giną masowo, a ich miejsce zastępują inni, tak jakby poprzednich nigdy nie było. Po dawnych królach i herosach pozostają tylko legendy, pieśni i opowieści historyków, wszystkie najczęściej mniej lub bardziej fałszywe. Pisarz robi to w sposób niesamowicie wyważony. Tak jak w realnym świecie – gdy jest zapotrzebowanie wodza, na miejsce utraconego zaraz pojawi się nowy. Podobnie z władcami, mędrcami czy kapłanami, a nawet Bogami.

Mówiąc, że Martin w Nawałnicy mieczy naprawdę rozwinął skrzydła miałem na myśli wiele aspektów. Również i ten, że w tym razem pożegnamy wyjątkowo wiele postaci. Zarówno tych, które polubiliśmy, jak i tych, których nie będziemy żałować. Na szczęście, jak to w powieści, nie giną wszyscy. Na razie. To masowe umieranie nastąpi zarówno w wyniku wielkich bitew oddanych z dynamiką i rozmachem godnym Krzyżowców czy Potopu, a może nawet lepszych, jak i tajemnych machinacji, zdrad i skrytobójstwa.

Niespodziewane zwroty akcji. Slogan reklamowy zgrany do szczętu. Wyjątkowo jednak w tym przypadku jest prawdziwy w pełni. W dodatku jest coś, czego nie spotkacie ani u Tolkiena, Herberta czy Sapkowskiego. Niespodziewane wolty fabuły. Czytelnika zaskakują nie tylko wydarzenia, ale i sama intryga. Już się wydaje, że wiadomo, kto był marionetką, a kto pociągał za sznurki, aż tu nagle trzeba starą wiedzę odrzucić i przyswoić nową. Już się wydaje, że wiadomo kto jest zły, a kto dobry i do czego kto zmierza, a tu nagle zmiana – znów trzeba wszystko układać od nowa. W dodatku, jak w realu, święci i herosi nie są bez skazy, a tylko o kanalie zepsute do szpiku kości dość łatwo. To nowa jakość i całkiem nowy poziom stanowiący ewenement, nie tylko w tym dość w końcu infantylnym gatunku jakim z reguły jest fantasy.

Kto przeżyje, a kto padnie od miecza, strzały czy trucizny, oczywiście nie zdradzę. Zapewniam jednak, że na pewno nikt z Was nie obstawi jak należy. Przekonajcie się sami, bo zaprawdę powiadam Wam – warto sięgnąć po Pieśń Lodu i Ognia. Ja już marzę o kolejnym spotkaniu z Westeros

Wasz Andrew

Ps. Nie zapominajcie o ankiecie na ulubioną postać cyklu (prawa szpalta na dole)

* saga Pieśń Lodu i Ognia* (ang. A Song of Ice and Fire)

  1. A Game of Thrones (1996) - Gra o tron (1998)
  2. A Clash of Kings (1999) - Starcie królów (2000)
  3. A Storm of Swords (2000) - Nawałnica mieczy. Stal i śnieg (2002) + Nawałnica mieczy. Krew i złoto (2002)
  4. A Feast for Crows (2005) - Uczta dla wron. Cienie śmierci (2006) + Uczta dla wron. Sieć spisków (2006)
  5. A Dance with Dragons (2011) - Taniec ze smokami. Część I (2011) + Taniec ze smokami. Część II (2012)
  6. The Winds of Winter
  7. A Dream of Spring
Pieśń Lodu i Ognia.: Nawałnica mieczy [George R.R. Martin]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Pieśń Lodu i Ognia.: Nawałnica mieczy [George R.R. Martin]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

poniedziałek, 26 maja 2014

O prawdziwej odpowiedzialności




Za każdym razem kiedy podejmujemy decyzję, musimy uwzględniać wpływ, jaki nasz wybór wywrze na siódme z kolei pokolenie (…) nawet jeśli będzie to wymagało skóry tak grubej, jak pień sosny.



Wielkie Prawo Pokoju Irokezów (The Great Low of Peace of the Iroquois) Konfederacji Indiańskich Plemion Rdzennych Amerykanów (Native American Indian Tribes)

sobota, 24 maja 2014

" Poważna decyzja" Gabriele Wohmann - Rubinowa terapia

 

Poważna decyzja

Gabriele Wohmann

Tytuł oryginału: Ernste Absicht
Tłumaczenie: Halina Leonowicz
Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy
Seria: Proza Współczesna
Liczba stron: 337






 
 
 
 
O chorobie jest mowa wtedy, gdy organizm przestaje prawidłowo funkcjonować, a w jego działaniu dostrzegalne są zaburzenia, odstępstwa od normy. Towarzyszyć mogą temu wszelakiej maści specyficzne i niepożądane objawy, znamionujące zalęgnięcie się czynnika chorobotwórczego. Normalny, jeszcze do niedawna w pełni zdrowy człowiek przedzierzga się w pacjenta, a jeśli sprawa jest rozwojowa, tzn. poważna, kiedy dodatkowo rokowania mówią o konieczności wsparcia ze strony medycyny, osobnik trafia do szpitala, czyli podstawowej jednostki organizacyjnej w systemie opieki zdrowotnej. Człowiek ląduje w zupełnie innym świecie, którego cechami charakterystycznymi są surowe ściany, bardzo często w obrzydliwym żółtym kolorze, bądź naznaczone równie nieprzyjemną zieloną barwą, białe, pokutne łoże, skomplikowane okablowanie, rurki, pompy, igły, strzykawki oraz zapach środków dezynfekujących, przez smród których przebija się wszechobecny, atawistyczny lęk przed przyszłością, nie sprawiającej już wrażenie tak łaskawej, jak wydawać by się mogła jeszcze kilka tygodni wcześniej. Horyzont zdarzeń drastycznie zawęża się, ograniczając się do niewielkiego oddziału, który jednocześnie staje się swoistym centrum pielgrzymkowym. Chorego, przykutego do szpitalnego łoża wypada odwiedzić, pocieszyć, chociaż dla niejednego to bardziej przykry obowiązek, jaki należy odbębnić, będąc do niego przymuszonym presją otoczenia niż spontaniczna decyzja. Z tego względu wizyty często nie wypadają zbyt okazale – brakuje naturalności, poraża za to sztuczność, atmosferę niezręczności podkreśla nerwowe i ukradkowe zerkanie na zegarek, odliczanie do godziny zero, po nastaniu której nie mamy już prawa nadwyrężać gościnności chorego. ALE. Ale gdyby tak książką? Gdyby tak książką spróbować poprawić humor poszkodowanego? Czy Gabriele Wohmann i jej Poważna decyzja byłaby lekturą akuratną, dobrą, pożądaną, o właściwościach kojących, wręcz leczniczych?

Gabriele Wohmann to urodzona w 1932 roku w Darmstadt niemiecka pisarka, autorka powieści oraz opowiadań. Pochodzi ona z pastorskiej rodziny, której łono szybko jednak opuściła. Artystka uczęszczała do szkoły z internatem na wyspie Langeoog, położonej kilkaset kilometrów od macierzystego miasta. Okres studiów z zakresu germanistyki oraz muzykologii, przypadający na lata 1951 – 1953 to już poznawanie uroków Frankfurtu nad Menem. Następne trzy lata Wohmann spędziła jako nauczycielka w swojej dawnej szkole, a od 1956 osiadła w Darmstadt. Pisarka związana była z Grupą 47, zrzeszającą twórców z krajów niemieckojęzycznych (Niemcy, Austria, Szwajcaria), pozostających w wyraźnej opozycji do faszyzmu, uprawiających literaturę zaangażowaną w kwestie społeczne, podejmujących tematykę II wojny światowej oraz przedstawiających i bacznie śledzących sytuację powojennych Niemiec. Do wspomnianej grupy należał również Martin Walser, którego utwór Jednorożec okazał się dziełem ogromnie inspirującym. Wydana w 1970 roku Poważna decyzja, autorstwa Gabriele Wohmann w mojej opinii nie jest dziełem tak samo wybitnym, ale na pewno równie intrygującym oraz nietypowym.
Główną bohaterką utworu jest kobieta w trzech osobach i jednej substancji, funkcjonująca jako matka, żona oraz kochanka. Przebywa ona w szpitalu, w oczekiwaniu na zabieg operacyjny. Wolny czas, który pojawia się w ogromnych wręcz ilościach, zostaje poświęcony na przemyślenia dotyczące m.in. dotychczasowej egzystencji. Tok rozważań jest jednak dosyć niejasny, trudny do prześledzenia. Czas przeszły splata się z teraźniejszością, twory wyobraźni w sposób nieskrępowany wtargają w twardą rzeczywistość, tak, że nie sposób rozróżnić zdarzeń realnych od projekcji umysłu, pogrążonego w głębokiej zadumie. Utwór to poniekąd zbiór wszelakiej maści, niekiedy bardzo luźnych asocjacji, których orbita nie wykracza poza ramy szeroko rozumianego człowieczeństwa. Podmiot liryczny koncentruje się na własnych doznaniach, przeżyciach, by za chwilę objąć swoimi analizami całe społeczeństwo, jego zwyczaje, rytuały, czy stereotypy, którymi się karmi. Forma utworu przywodzi na myśl wewnętrzny monolog, a więc osławiony strumień świadomości, który w tym przypadku dość skutecznie utrudnia odbiór dzieła. Chociaż przyznać należy, że uparty czytelnik, którego nie zrazi brak zarówno wyraźnie zarysowanego, niezmiennego miejsca akcji jak i jednolitej fabuły, na pewno zdoła wyłuskać z lektury kilka interesujących refleksji, stanowiących nagrodę za poświęcony trud.
Mnie na przykład ogromnie przypadł do gustu następujący cytat: Johannes K. jest człowiekiem rozważnym. Skończyła się pełna niebezpieczeństw egzystencja Johannesa K., odkąd ubezpieczył swoje życie, zdrowie i mienie, wszystko na raz. Jest dobrym ojcem rodziny. Jest sumiennym pracownikiem. Ale jeszcze pół roku temu o tym nie wiedział. W tych kilku zdaniach, autorka znakomicie, bardzo ironicznie i zjadliwie uświadamia czytelnikowi, że większość z jego potrzeb jest kreowana sztucznie. W dodatku stopień ich realizacji, zgodnie z tym, co podprogowo niosą w swoich treściach wszelkie reklamowe slogany, stanowi wyznacznik naszego życiowego spełnienia. Człowiek, który daje się omamić i wpada w pułapkę perswazyjnego przekazu zaczyna marnować swój czas, trwoniąc go na osiąganie złudnych celów, które w dodatku mnożą się niczym grzyby po deszczu. Szczęście definiowane jest niemal wyłącznie za sprawą materialnych dóbr, które wystarczy posiąść, powinno ono wynikać z samej tylko satysfakcji, wynikającej z bezustannego nabywania, niepohamowanej, żarłocznej konsumpcji, tak jakby wszystko można było kupić. Uczucia redukuje się do przyjemności, której odczuwanie staje się celem nadrzędnym – człowiek sukcesu, człowiek szczęśliwy powinien zawsze i wszędzie być radosny. Z uśmiechem na ustach musi on ujeżdżać spasionego wieprza hedonizmu, tak jakby cała paleta emocji, łącznie ze smutkiem, żalem, czy rozczarowaniem była wyłącznie domeną nieudaczników, nie umiejących należycie pokierować własnym życiem.
Wohmann w bardzo interesujący sposób uzmysławia również, że rozwój człowieka w warstwie duchowej praktycznie stoi w miejscu i drgnął zaledwie odrobinę od czasu zarania dziejów. Co prawda poziom wiedzy na temat otaczającego nas świata nieustannie rośnie, o tylu rzeczach mamy większe bądź ciut mniejsze (ale wystarczające) pojęcie, ilość informacji, którym możemy bombardować nas biedny mózg rozrasta się w zastraszającym tempie – dla przykładu jesteśmy świadomi faktu, że zdrowie to w pełni dobre samopoczucie fizyczne, psychiczne i społeczne, a nie tylko brak chorób i słabości, wiemy też trochę o umiejętności pływania delfinów, czy markach niemieckiego piwa, albo transplantacji ludzkich organów – ale te wiadomości w żaden sposób nie intensyfikują naszego człowieczeństwa, nie pomagają w osiągnięciu duchowej harmonii, etc. Ba, okazuje się ponadto, że nasz mózg jest bardziej skory do chłonięcia przyzwyczajeń, akceptacji pewnych wzorców, kodowania powtarzalnych schematów, które są równoznaczne z osłabieniem percepcji, pozwalając tym samym zobojętnieć na drażniące bodźce. O ileż gorsza wydaje się za to wrażliwość, jako rzecz naiwna, karkołomna, jako uczucie nacechowane kontestacją, związane często z negatywnymi emocjami, rozczarowaniem, obciążające koniecznością reagowania nawet w sytuacjach niewygodnych, niezręcznych, od których najlepiej byłoby trzymać się z daleka.
W krótkich przebłyskach, w których akcja rozgrywa się w szpitalnym otoczeniu, możemy przekonać się także, że choroba bardzo często krępuje, przytłacza, nakazując silną koncentrację na tym punkcie teraźniejszości, w którym obecnie przebywamy. Otoczenie oczekuje od pacjenta cierpienia, naznaczonego szlachetnością i patosem. Zbytnia nadzieja może być za to potraktowana z dozą pobłażliwości, jako mrzonka, rojenia, skwitowana ironicznym uśmieszkiem, naznaczonym nutką wyższości – w końcu ten, który nie leży w szpitalnym łóżku, który ma możność kontaktowania się z lekarzem z wolnej stopy zawsze wie lepiej, bowiem posiada informacje nowsze, sprawdzone, pozyskane u samego źródła wszechrzeczy. Zdobyte wiadomości pozwalają na stawianie prognoz, przyjmowanie zakładów, czy wstępne szacowanie wydatków. Autorka mimochodem zwraca również uwagę na praktykę, która w zachodnich społeczeństwach ma miejsce od dawna, a która w naszym kraju zaczyna się dopiero rozpowszechniać – jeśli stary człowiek w rodzinie staje się przypadkiem wymagającym pielęgnacji, rodzina nie waha się przed żadnym trudem, aby pozbyć się starego człowieka. Niepoślednią rolę w tej materii odgrywa pieniądz, bowiem nietrudno skonstatować, że w przypadku krajów bogatszych, wyrzucanie staruszków poza rodzinny krąg odbywa się wręcz bezwiednie, niemal bezrefleksyjnie. A ci, pozbawieni miłości, zainteresowania, poczucia bycia komuś potrzebnym, szybko usychają niczym zerwane zioła, umieszczone pomiędzy kartami grubej księgi.
W całej mnogości tematów nie zabrakło również nawiązań do religii, które nie są rzeczą zaskakującą, jeśli wziąć pod uwagę środowisko, w jakim wychowywała się autorka, córka pastora. Na kartach powieści pojawiają się zarówno kościół jak i jego założyciel, Jezus Chrystus, który jednak, podobnie jak cała rzesza tematów, zostaje przywołany znienacka, przy okazji, bez uprzednich zapowiedzi (można by chyba nawet rzec deus ex machina). Kontekst rozmyślań jest bardzo szeroki, ale uważam, że uzasadnione jest stwierdzenie, iż Jezus wspomniany zostaje z racji ogromnego cierpienia, przez które musiał przejść oraz najwyższej ofiary, jaką złożył. Podmiot liryczny zdaje się jednak nie rozumieć, dlaczego zmuszany jest do podobnych, może tylko odrobinę mniejszych niewygód oraz trudów – Jezus umarł na krzyżu, by zbawić całą ludzkość (powodów była więc cała rzesza, miliardy), natomiast pacjent dźwiga swoje brzemię w imię wartości, trudnych do schwytania w ramy zadowalającego wyjaśnienia.
Najbardziej charakterystyczną cechą książki pozostaje jej styl, który wynika z faktu, że świadomość podmiotu lirycznego oprócz rejestracji teraźniejszości, co rusz wykonuje nura w przeszłość, ale fakty, wspomnienia napływają bez ładu i składu, hurmem, całą masą, a więc siłą rzeczy chaotycznie, wymieszane i poplątane. Teraz miesza się z wczoraj, ale warto zwrócić uwagę, jak niewiele miejsca zostało poświęcone jutru – Wohmann być może podkreśla w ten sposób, że w takich niesprzyjających okolicznościach nie wypada wręcz mówić o przyszłości, której nikt nie obiecuje dożyć. Ponadto zaryzykuję tezę, że nieco bełkotliwa, dość nieczytelna forma narracji posiada swoją dodatkową wymowę – człowiek chory nie jest już człowiekiem w pełnym tego słowa znaczenia. Jego osobowość zostaje zredukowana, przycięta, tak, by można ją zmieścić w szpitalną pidżamę. Wypowiadane przez pacjenta zdania, formułowane idee często puszcza się mimo uszu, skupiając się bardziej na chorobie, której nosicielem jest dany osobnik, postrzegając go przez pryzmat dysfunkcji. Chory nierzadko traktowany jest niczym niedorozwinięte dziecko, do którego zwraca się zdrobniale, maksymalnie uproszczonymi zdaniami – słowa człowieka wtłoczonego w rolę kretyna nigdy nie będą odbierane zbyt poważnie, dlatego zarówno pełne zrozumienie z otoczeniem, jak i pełna artykulacja własnych potrzeb niemal zawsze skazane są na niepowodzenie (kto zresztą ma czas na wysłuchiwanie człowieka, który powinien skupić się na nie utrudnianiu pracy personelu medycznego).
W utworze z pewnością można doszukać się także całkiem bogatej symboliki. Oprócz Wiecznego Miasta, rozpędzonych pociągów, licznych motywów religijnych oraz nawiązań do biblijnych wersetów i wydarzeń (obok nowotestamentowej, jezusowej ofiary nie mogło przecież zabraknąć starotestamentowej, którą zamierzał złożyć Abraham) pojawiają się słowa klucze, konsekwentnie powtarzane w utworze. Szczególnie istotna wydaje się często przywoływana strefa szelfu kontynentalnego, czyli część lądu, zalana wodami płytkiego morza, która kojarzy się ze strefą funkcjonowania współczesnego człowieka, obawiającego się zapuścić na egzystencjalne głębiny. Znaczący jest również obraz ogrodu, który w związku z tym, że nie jest przecież dżunglą, musi zostać należycie skopany, użyźniony, nawieziony, uporządkowany, nabrać odpowiedniej symetrii. Interesujące są także wstawki, przywodzące na myśl opracowania ze specjalistycznych artykułów, dotyczące takich problemów i spraw jako samobójstwa, dzieciobójstwa, czy postrzeganie instytucji małżeństwa.
Reasumując, Poważna decyzja stanowi całkiem interesujące dzieło, które rozpatrywałbym bardziej w kategoriach literackiego eksperymentu. W myślową masę niczym rodzynki powtykano zarodki idei, refleksje dotyczące zarówno konsumpcyjnego społeczeństwa jak i ubezwłasnowolnionej jednostki. Całość czyta się dość mozolnie, próbując nadążyć za biegiem myśli podmiotu lirycznego, ale cały trud włożony w lekturę wynagradzają oryginalne konstatacje oraz ciekawe spostrzeżenia, dotyczące bardzo wielu aspektów ludzkiego żywota. Trudno ocenić mi (mówiąc szczerze, nie mam zielonego pojęcia), czy lektura Poważnej decyzji Gabriele Wohmann posiada jakiekolwiek walory, które mogłyby pomóc w rekonwalescencji chorego. Za to z całą pewnością mogę stwierdzić, że książka prezentuje ciekawy punkt widzenia, pozwalający przekonać się jak zmienia się sposób postrzegania świata, kiedy oglądany jest on głównie z pozycji horyzontalnej.

piątek, 23 maja 2014

O demokracji






Demokracja to ustrój opierający się na dziwacznym przeświadczeniu, że mądrych jest więcej.



naczelny_frustrat

środa, 21 maja 2014

O rzeczach najukochańszych




„Es lebe Deutschland. Es lebe Argentinien. Es lebe Österreich. Das sind die drei Länder, mit denen ich am engsten verbunden war. Ich werde sie nicht vergessen. Ich grüße meine Frau, meine Familie und meine Freunde. Ich hatte den Gesetzen des Krieges und meiner Fahne zu gehorchen. Ich bin bereit! In einem kurzen Weilchen, meine Herren, sehen wir uns ohnehin alle wieder. Das ist das Los aller Menschen. Gottgläubig war ich im Leben. Gottgläubig sterbe ich.”

Niech żyją Niemcy. Niech żyje Argentyna. Niech żyje Austria. To są te trzy kraje, z którymi byłem najbardziej związany i których nie zapomnę. Pozdrawiam moją żonę, moją rodzinę i moich przyjaciół. Byłem posłuszny prawom wojny i mojemu krajowi. Jestem gotowy. Panowie, wkrótce się spotkamy, taki jest los wszystkich ludzi. Całe życie wierzyłem w Boga i umieram wierząc w Niego.

Adolf Eichmann - ostatnie słowa przed wykonaniem na nim wyroku śmierci w dniu 31 maja 1962 w Ramli w Izraelu

wtorek, 20 maja 2014

Brama do Raju



Wyspa klucz



Małgorzata Szejnert


Wydawnictwo Znak 2009

liczba stron: 315


Sam bym pewnie po tę książkę nigdy nie sięgnął. Nazwisko autorki, poniekąd wstyd przyznać, niczego mi dotąd nie mówiło. Do tego ten tytuł, Wyspa klucz, teraz o całkiem innej wymowie, ale wcześniej kojarzący mi się raczej z literaturą dla gospodyń wiejskich, niż z czymś wartym zainteresowania. Na szczęście lekturą maja 2014 mojego, czyli rawskiego, oddziału DKK* była właśnie ta publikacja. Na szczęście, ale dlaczego, o tym dalej.


Chrześcijański raj w niebiesiech ma swoją bramę i swojego świętego Piotra, jak wszystko w zasięgu mentalności zachodniej cywilizacji opartej na murach, bramach i ich strażnikach. Nie jest więc dziwne, że i Stany Zjednoczone, ów raj wyśniony i wymarzony dla większości populacji Europy z przełomu XIX i XX wieku, cierpiącej niewyobrażalną dziś biedę, musiał mieć swoją bramę i swoich strażników. Co najdziwniejsze, temat ten w Polsce, pomimo jej znaczącego wkładu w europejską emigrację do USA, był dotąd kompletnie nieznany, w przeciwieństwie do innych krajów, których ludność zasiliła tę wielką falę zmierzającą do Ameryki. Tą, przypominającą biblijną, bramą jest wysepka u wejścia do Nowego Jorku, zwana obecnie Ellis Island (nazywana też Wyspą Klucz), sąsiadująca z Liberty Island, której jedyna stała mieszkanka, nomen omen Wolność, jest zwrócona do Ellis Island, i wszystkich, którzy na nią przybywali, w poszukiwaniu wolności właśnie, swymi czterema literami. Tam, na Ellis Island, znajdowała się stacja, na której odbywał się sąd nad przybyszami, gdzie decydowano, kto może wejść (do USA), a kto będzie odrzucony. I nierzadko, jak w Biblii, mąż wchodził, a żona nie, dzieci wchodziły, a rodzice odchodzili z płaczem i zgrzytaniem zębów. Każdy mógł był przyjęty, każdy odrzucony i nie było odwołania od tego prawdziwie ostatecznego sądu. Wystarczy wyobrazić sobie, że w szczytowym okresie przez malutką wysepkę i położoną na niej stację przewijało się rocznie ponad milion osób, z których każda musiała być osądzona, a brano pod uwagę tak różne i trudne do oceny aspekty jak choćby zdrowie fizyczne i psychiczne czy moralność, by zrozumieć doniosłość implikacji wynikających z samego faktu istnienia i funkcjonowania takiego miejsca. I właśnie historię tej jedynej w swym rodzaju wyspy, historie ludzi, którzy tam pracowali i tych, którzy przez nią chcieli wejść do swego raju, Małgorzata Szejnert nam przybliża.

Wróćmy do słowa publikacja. Użyłem go we wstępie świadomie, gdyż tak naprawdę trudno Wyspę klucz zaszufladkować. Jest to niewątpliwie książka historyczna, a więc popularnonaukowa. Jest to niewątpliwie literatura faktu, gdyż zawiera, poza tradycyjną wiedzą pochodzącą z materiałów źródłowych, również osobiste wrażenia, obserwacje i doświadczenia autorki. Styl godny literatury prawdziwie pięknej sprawia z kolei, iż pod tym względem doświadczamy wrażeń, których można się spodziewać tylko po największych piórach beletrystyki. Nie wiem, który wyznacznik jest najważniejszy i do jakiego gatunku literatury ostatecznie Wyspę klucz przyporządkować. Pewnie nie ma to żadnego znaczenia. Ważne, iż jest to lektura fascynująca. Od pierwszych stron wciąga niczym najlepsza powieść. Zmusza do myślenia. Niesie ogromny ładunek wiedzy z różnych dziedzin, choć zamaskowany formą wciągającej opowieści, a zarazem przywołuje pytania, na które nie ma prostych odpowiedzi. Mnogość aspektów rzeczywistości, których dotyka, jest tak wielka, że nawet nie sposób wymienić znaczącej ich części.

Należy też tutaj wspomnieć o szacie graficznej. Tworzą ją dokumentalne fotografie miejsca i ludzi. Można się w nie wpatrywać godzinami. Perfekcyjnie oddają ducha epoki, ducha tej bramy do Ameryki. Poniższa fotka z książki nie pochodzi.



Pomijając już oczywiste powiązanie Wyspy Klucz z Polską poprzez Polaków, którzy się przez stację imigracyjna przewinęli, lektura wielokrotnie wywołuje w uważnym czytelniku przemyślenia również na temat dzisiejszej Polski i jej historii, nawet wtedy, gdy nie ma o naszym kraju ani słowa. Jak choćby wówczas, gdy czytamy, że dla Amerykanów symbolem zamordyzmu w dawnej Rosji było to, iż na zgromadzenia trzeba było uzyskać zezwolenie władz.

A czytać trzeba w wielkim skupieniu. Książka jest prawdziwą ucztą nie tylko dla miłośników historii, psychologii, psychologii społecznej i socjologii, ale dla każdego czytelnika ciekawego świata, ludzi i mechanizmów nimi rządzących.

Niezliczone są nieuchronne dla polskiego czytelnika skojarzenia z naszym krajem w dzisiejszym jego kształcie. Polacy żerujący na rodakach, regulamin sprzątania, o którym możemy tylko marzyć nawet na dzisiejszej polskiej kolei, w urzędach czy hotelach w tym naszym XXI-o wiecznym kraju, świadomość zagrożenia handlem żywym towarem, głównie kobietami, naganna rola duchownych, dziesiątki innych tematów, które bezpośrednio kojarzą się nam z naszą rzeczywistością. Są obok nich i przeplatają się z nimi wątki ogólnoludzkie, wręcz globalne, jak wpływ dowolnego wydarzenia na Ziemi na Wyspę, przemyślenia na tematy moralne i prawne oraz wzajemne stosunki miedzy nimi , waga pracy, która na całym świecie ustawia w życiu, a u nas nie, i dziesiątki innych.

Są i prawdziwe perełki, jak choćby dar bystrej obserwacji Amerykanów z przełomu XIX i XX wieku, którzy dla potrzeby stacji imigracyjnej stworzyli własny spis ras, który nie do końca korespondował z powszechnie uznanymi nacjami, jak choćby podział Włochów na dwa narody – północny i południowy. Czysty Zimbardo.

O dociekliwości autorki i poziomie książki może świadczyć choćby to, że nie koncentruje się ani na tym, jaki wpływ Wyspa Klucz wywierała na trafiających na nią imigrantów, ani na tym, jaki praca na niej wywierała na Amerykanów, ale pokazuje jednocześnie obie te sprawy i zależności między nimi. To standard u Małgorzaty Szejnert – ukazać nie tylko dwie strony medalu, ale i sam medal; sposób, w jaki je łączy i jednocześnie dzieli.

Wagę Wyspy klucz trudno przecenić. Przeciwstawia się kłamliwemu mitowi pięknych lat dwudziestych i trzydziestych ukazując, poprzez samą skalę imigracji chociażby, poprzez warunki transportu przez ocean, na jakie ludzie się godzili, jak złe to były dla zdecydowanej większości Europejczyków czasy. Czasy biedy tak wielkiej, że trudnej dzisiaj do wyobrażenia. Do tego cała warstwa historyczna, socjologiczna i moralna tego niezwykłego miejsca i niezwykłych czasów, również unikalna na naszym rynku wydawniczym.

Nie mniej ważne jest też, iż autorka nie ogranicza tematu do momentu zakończenia działalności stacji imigracyjnej, ale kontynuuje swą niesamowitą opowieść aż do czasów współczesnych. Na Ellis Island jest bowiem obecnie muzeum poświęcone imigrantom i dziejom samej stacji, które co roku jest odwiedzane przez dwa miliony ludzi. Więcej niż widziało Muzeum Oświęcimskie w swym rekordowym roku. I śmiem twierdzić, że emocje zwiedzających nie są mniejsze na Wyspie Klucz, choć oczywiście są całkiem innego rodzaju. Dlaczego tak jest, to temat do kolejnych przemyśleń, do których niezbędne przesłanki znajdziemy w lekturze.

Pewne rzeczy są oczywiste, ale paradoksalnie przez to właśnie, zbyt często w ogóle o nich zapominamy. Choćby to, jak młode są Stany – gdyby ludzie żyli tylko kilka razy dłużej, byliby od nich starsi! Skala zjawisk i ich konsekwencje z samej skali wynikające. Wpływ moralności i postawy szefów na podległe im organizacje i znajdujących się w nich ludzi. Znów można wymieniać długo, gdyż Małgorzata Szejnert i na te sprawy otwiera oczy czytelnika sklejone dotąd ropą naszej chorej rzeczywistości. I robi to nie odnosząc się w żaden sposób do dzisiejszej Polski i świata. Fakty i wspomnienia ludzi mówią same za siebie.

Są rzeczy, o których po przeczytaniu Wyspy klucz nigdy nie zapomnicie, jak choćby o sześciosekundowych schodach czy opukiwaniu płytek na suficie. Ale nie będę ich dłużej wymieniał ani omawiał, gdyż nie miejsce tu i czas na to.

Nieodparcie nasuwa się porównanie do mojej poprzedniej lektury klubowej – Afer i skandali Drugiej Rzeczypospolitej. To dwa światy. Jeśli Wyspa klucz dostałaby w starej skali ocen piątkę, nie wiem, czy książka Kopra nie dostałaby gola. Ponieważ zaś tamtą książkę nadal uważam za bardzo wartościową, więc niech to porównanie da Wam pojęcie o skali pozytywnych doznań, jakie zafundowała mi Wyspa klucz.

Świętej pamięci Ryszard Kapuściński nazywany jest Cesarzem. Cesarzem polskiego reportażu. Jakiś czas temu miałem zresztą przyjemność opisać wrażenia z lektury jego książki właśnie pod tytułem Cesarz, również pochodzącej z programu naszego DKK. W tym zestawieniu Małgorzata Szejnert jest czymś dużo więcej niż cesarzową. Sięga dużo dalej niż nawet taki mistrz jak Kapuściński, gdyż do warstwy reportażowej, obserwacyjnej, dołącza potężną warstwę historyczną, źródłową. Aspekt literacki i materiał graficzny też działają na jej korzyść. Wyspa klucz to książka naprawdę wybitna, arcydzieło w swej klasie i zarazem klasa sama w sobie. Zdecydowanie polecam każdemu, niezależnie od przekonań, wyznania i wieku


Wasz Andrew


*Dyskusyjny Klub Książki