Mnie na
przykład ogromnie przypadł do gustu następujący cytat: Johannes K. jest człowiekiem rozważnym. Skończyła się pełna
niebezpieczeństw egzystencja Johannesa K., odkąd ubezpieczył swoje życie,
zdrowie i mienie, wszystko na raz. Jest dobrym ojcem rodziny. Jest sumiennym
pracownikiem. Ale jeszcze pół roku temu o tym nie wiedział. W tych kilku
zdaniach, autorka znakomicie, bardzo ironicznie i zjadliwie uświadamia czytelnikowi,
że większość z jego potrzeb jest kreowana sztucznie. W dodatku stopień ich
realizacji, zgodnie z tym, co podprogowo niosą w swoich treściach wszelkie
reklamowe slogany, stanowi wyznacznik naszego życiowego spełnienia. Człowiek,
który daje się omamić i wpada w pułapkę perswazyjnego przekazu zaczyna marnować
swój czas, trwoniąc go na osiąganie złudnych celów, które w dodatku mnożą się
niczym grzyby po deszczu. Szczęście definiowane jest niemal wyłącznie za sprawą
materialnych dóbr, które wystarczy posiąść, powinno ono wynikać z samej tylko satysfakcji,
wynikającej z bezustannego nabywania, niepohamowanej, żarłocznej konsumpcji,
tak jakby wszystko można było kupić. Uczucia redukuje się do przyjemności,
której odczuwanie staje się celem nadrzędnym – człowiek sukcesu, człowiek
szczęśliwy powinien zawsze i wszędzie być radosny. Z uśmiechem na ustach musi
on ujeżdżać spasionego wieprza hedonizmu, tak jakby cała paleta emocji, łącznie
ze smutkiem, żalem, czy rozczarowaniem była wyłącznie domeną nieudaczników, nie
umiejących należycie pokierować własnym życiem.
Wohmann w
bardzo interesujący sposób uzmysławia również, że rozwój człowieka w warstwie
duchowej praktycznie stoi w miejscu i drgnął zaledwie odrobinę od czasu zarania
dziejów. Co prawda poziom wiedzy na temat otaczającego nas świata nieustannie
rośnie, o tylu rzeczach mamy większe bądź ciut mniejsze (ale wystarczające)
pojęcie, ilość informacji, którym możemy bombardować nas biedny mózg rozrasta
się w zastraszającym tempie – dla przykładu jesteśmy świadomi faktu, że zdrowie
to w pełni dobre samopoczucie fizyczne, psychiczne i społeczne, a nie tylko
brak chorób i słabości, wiemy też trochę o umiejętności pływania delfinów, czy
markach niemieckiego piwa, albo transplantacji ludzkich organów – ale te
wiadomości w żaden sposób nie intensyfikują naszego człowieczeństwa, nie
pomagają w osiągnięciu duchowej harmonii, etc. Ba, okazuje się ponadto, że nasz
mózg jest bardziej skory do chłonięcia przyzwyczajeń, akceptacji pewnych
wzorców, kodowania powtarzalnych schematów, które są równoznaczne z osłabieniem
percepcji, pozwalając tym samym zobojętnieć na drażniące bodźce. O ileż gorsza
wydaje się za to wrażliwość, jako rzecz naiwna, karkołomna, jako uczucie
nacechowane kontestacją, związane często z negatywnymi emocjami,
rozczarowaniem, obciążające koniecznością reagowania nawet w sytuacjach
niewygodnych, niezręcznych, od których najlepiej byłoby trzymać się z daleka.
W krótkich
przebłyskach, w których akcja rozgrywa się w szpitalnym otoczeniu, możemy przekonać
się także, że choroba bardzo często krępuje, przytłacza, nakazując silną
koncentrację na tym punkcie teraźniejszości, w którym obecnie przebywamy.
Otoczenie oczekuje od pacjenta cierpienia, naznaczonego szlachetnością i
patosem. Zbytnia nadzieja może być za to potraktowana z dozą pobłażliwości,
jako mrzonka, rojenia, skwitowana ironicznym uśmieszkiem, naznaczonym nutką
wyższości – w końcu ten, który nie leży w szpitalnym łóżku, który ma możność
kontaktowania się z lekarzem z wolnej stopy zawsze wie lepiej, bowiem posiada
informacje nowsze, sprawdzone, pozyskane u samego źródła wszechrzeczy. Zdobyte
wiadomości pozwalają na stawianie prognoz, przyjmowanie zakładów, czy wstępne
szacowanie wydatków. Autorka mimochodem zwraca również uwagę na praktykę, która
w zachodnich społeczeństwach ma miejsce od dawna, a która w naszym kraju
zaczyna się dopiero rozpowszechniać – jeśli
stary człowiek w rodzinie staje się przypadkiem wymagającym pielęgnacji,
rodzina nie waha się przed żadnym trudem, aby pozbyć się starego człowieka.
Niepoślednią rolę w tej materii odgrywa pieniądz, bowiem nietrudno
skonstatować, że w przypadku krajów bogatszych, wyrzucanie staruszków poza
rodzinny krąg odbywa się wręcz bezwiednie, niemal bezrefleksyjnie. A ci,
pozbawieni miłości, zainteresowania, poczucia bycia komuś potrzebnym, szybko
usychają niczym zerwane zioła, umieszczone pomiędzy kartami grubej księgi.
W całej
mnogości tematów nie zabrakło również nawiązań do religii, które nie są rzeczą
zaskakującą, jeśli wziąć pod uwagę środowisko, w jakim wychowywała się autorka,
córka pastora. Na kartach powieści pojawiają się zarówno kościół jak i jego
założyciel, Jezus Chrystus, który jednak, podobnie jak cała rzesza tematów,
zostaje przywołany znienacka, przy okazji, bez uprzednich zapowiedzi (można by
chyba nawet rzec deus ex machina).
Kontekst rozmyślań jest bardzo szeroki, ale uważam, że uzasadnione jest
stwierdzenie, iż Jezus wspomniany zostaje z racji ogromnego cierpienia, przez
które musiał przejść oraz najwyższej ofiary, jaką złożył. Podmiot liryczny
zdaje się jednak nie rozumieć, dlaczego zmuszany jest do podobnych, może tylko
odrobinę mniejszych niewygód oraz trudów – Jezus umarł na krzyżu, by zbawić
całą ludzkość (powodów była więc cała rzesza, miliardy), natomiast pacjent
dźwiga swoje brzemię w imię wartości, trudnych do schwytania w ramy
zadowalającego wyjaśnienia.
Najbardziej
charakterystyczną cechą książki pozostaje jej styl, który wynika z faktu, że
świadomość podmiotu lirycznego oprócz rejestracji teraźniejszości, co rusz
wykonuje nura w przeszłość, ale fakty, wspomnienia napływają bez ładu i składu,
hurmem, całą masą, a więc siłą rzeczy chaotycznie, wymieszane i poplątane. Teraz miesza się z wczoraj, ale warto zwrócić uwagę, jak niewiele miejsca zostało
poświęcone jutru – Wohmann być może
podkreśla w ten sposób, że w takich niesprzyjających okolicznościach nie wypada
wręcz mówić o przyszłości, której nikt nie obiecuje dożyć. Ponadto zaryzykuję
tezę, że nieco bełkotliwa, dość nieczytelna forma narracji posiada swoją
dodatkową wymowę – człowiek chory nie jest już człowiekiem w pełnym tego słowa
znaczenia. Jego osobowość zostaje zredukowana, przycięta, tak, by można ją
zmieścić w szpitalną pidżamę. Wypowiadane przez pacjenta zdania, formułowane
idee często puszcza się mimo uszu, skupiając się bardziej na chorobie, której
nosicielem jest dany osobnik, postrzegając go przez pryzmat dysfunkcji. Chory
nierzadko traktowany jest niczym niedorozwinięte dziecko, do którego zwraca się
zdrobniale, maksymalnie uproszczonymi zdaniami – słowa człowieka wtłoczonego w
rolę kretyna nigdy nie będą odbierane zbyt poważnie, dlatego zarówno pełne
zrozumienie z otoczeniem, jak i pełna artykulacja własnych potrzeb niemal
zawsze skazane są na niepowodzenie (kto zresztą ma czas na wysłuchiwanie
człowieka, który powinien skupić się na nie utrudnianiu pracy personelu
medycznego).
W utworze z
pewnością można doszukać się także całkiem bogatej symboliki. Oprócz Wiecznego
Miasta, rozpędzonych pociągów, licznych motywów religijnych oraz nawiązań do
biblijnych wersetów i wydarzeń (obok nowotestamentowej, jezusowej ofiary nie
mogło przecież zabraknąć starotestamentowej, którą zamierzał złożyć Abraham)
pojawiają się słowa klucze, konsekwentnie powtarzane w utworze. Szczególnie
istotna wydaje się często przywoływana strefa szelfu kontynentalnego, czyli
część lądu, zalana wodami płytkiego morza, która kojarzy się ze strefą
funkcjonowania współczesnego człowieka, obawiającego się zapuścić na
egzystencjalne głębiny. Znaczący jest również obraz ogrodu, który w związku z
tym, że nie jest przecież dżunglą, musi zostać należycie skopany, użyźniony,
nawieziony, uporządkowany, nabrać odpowiedniej symetrii. Interesujące są także
wstawki, przywodzące na myśl opracowania ze specjalistycznych artykułów,
dotyczące takich problemów i spraw jako samobójstwa, dzieciobójstwa, czy
postrzeganie instytucji małżeństwa.