Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.

sobota, 26 kwietnia 2014

Powinności sztuki a losy wietnamskiego nha que

Droga bez wyjścia

Nguyen Cong Hoan

Tytuł oryginału: Bước Đường Cùng
Tłumaczenie (z j. francuskiego): Katarzyna Witwicka
Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy
Liczba stron: 206
 
 
 


Sztuka dla sztuki czy sztuka zaangażowana? Ten dylemat, przed którym staje wielu artystów nie mógł ominąć także literatury. Hasło, by sztukę traktować jako dzieło samo w sobie, które stało się myślą przewodnią XIX wiecznego estetyzmu po raz pierwszy sformułował francuski polityki oraz filozof Victor Cousin. Głosił on tezy, że działalność twórców wszelakich dziedzin powinna pozostać w pełni autonomiczna, w której prym wiodą tylko reguły artystyczne, nie będące podległe innym celom: politycznym, religijnym, czy etycznym. Można powiedzieć, że postulat powstał w opozycji do zrodzonego w XVIII wieku utylitaryzmu, głoszącego, że dobrem najwyższym jest dobro jednostki bądź społeczeństwa. Wszystkie dziedziny ludzkiego życia, nie wyłączając rzecz jasna sztuki, powinny być podporządkowane szczęściu jak największej grupy ludzi. O ile redukcja sztuki do czystego praktycyzmu jest mocno dyskusyjna, o tyle stwierdzenie, że artysta jest często pochodnią narodu, reprezentującą jego oblicze jest już do zaakceptowania. Tyle, że jeśli zgodzić się z tym założeniem, to automatycznie należy przyjąć, że twórca ponosi odpowiedzialność za skutki swojej działalności, za ich społeczny wydźwięk. Zatem sztuka zaangażowana, nie tylko stanowi immanentną część codzienności, ale i wymaga od swoich przedstawicieli przestrzegania pewnych reguł, wywiązywania się z wynikających z tego obowiązków. Dobrym przykładem artysty ideowego jest z pewnością twórca, prowadzący swoją działalność w kraju, który utracił niepodległość. W takich przypadkach sztuka bardzo często flirtuje z polityką, pozostając w ścisłych związkach z ruchami narodowowyzwoleńczymi. Jej celem jest wówczas podniesienie morale, poszukiwanie drogi do wolności, zachowanie narodowej tożsamości. Wydaje mi się jednak, że rozstrzygnięcie, czy tego typu sztuka jest bardziej wartościowa od sztuki jako tworu autotematycznego jest niemal niemożliwe. Chociaż wśród dyskutantów poruszających ten temat nie brakowało literackich tuz – błyskotliwa argumentacja Nabokova w powieści Dar, który swoje racje prezentował niejako przez negatyw poglądów Mikołaja Czernyszewskiego, czy namolny dydaktyzm postulowany przez Tołstoja – to jednak trudno o jednoznaczne potwierdzenie słuszności którejkolwiek ze stron. Zamiast prowadzić jałowe spory zdecydowanie bardziej wskazane jest zapoznawanie się z kolejnymi próbkami poszczególnych gałęzi oraz prowadzenie ich bieżącej oceny. Kierując się tą myślą zabrałem się za lekturę prozy autorstwa Nguyen Cong Hoana.

Nguyen Cong Hoan, żyjący w latach 1903 – 1977, to azjatycki pisarz, uważany za współtwórcę współczesnej literatury wietnamskiej. Autor urodził się w rodzinie zubożałego mandaryna (biurokratycznego urzędnika) w okresie, kiedy Wietnam stanowił już francuską kolonię (lata 1843 – 1940). Nauka prowadzona w języku okupanta przebiegała dość burzliwe – Hoan nie był pilnym uczniem, a ponad szkołę zdecydowanie przekładał obserwację chłopskiego życia oraz obyczajów, czy rozmowy z ojcem. Ukończywszy edukację świadomie zrezygnował z kariery urzędniczej we francuskiej administracji, wybierając znacznie bardziej żmudną pracę związaną z zawodem wiejskiego nauczyciela. Równocześnie Nguyen Cong Hoan zaczął poświęcać się działalności literackiej, na którą w sumie złoży się ponad 300 opowiadań oraz 20 powieści. Co ciekawe artysta jest także autorem pierwszej wydanej w Demokratycznej Republice Wietnamu (1963 r.) książki dotyczącej Polski – pozycja W kraju naszych walczących braci powstała w oparciu o podróże po krajach bloku komunistycznego. Ja jednak zainteresowałem się jedyną jak dotąd przetłumaczoną na nasz ojczysty język powieścią Nguyen Cong Hoana, zatytułowaną Droga bez wyjścia.

Akcja utworu rozgrywa się na wietnamskiej wsi, w czasach, gdy kraj znajdował się pod francuskim protektoratem. Głównym bohaterem jest Pha, rolnik z dziada pradziada, drobny i żylasty, ale silny i robotny chłop zasklepiony w swoim malutkim światku, którego widnokrąg ograniczają ryżowe pola. Jest to osobnik pozbawiony aspiracji, to typ człowieka pogodzonego z losem, nie wymagający od życia zbyt wiele – kochająca żona, uczynne dzieci, wśród których nie zabraknie męskiego potomka, dach nad głową oraz kawałek ziemi, przynoszącej plony, pozwalające wyżywić rodzinę, stanowią pełnię szczęścia. Tyle że, jak przekonamy się w trakcie lektury, nawet tak skromne wymagania mogą być trudne do zaspokojenia.

Nguyen Cong Hoan opisując losy nha que, czyli zwykłego chłopa serwuje czytelnikowi społeczną panoramę ówczesnego Wietnamu, którą jako mieszkaniec wsi znał doskonale z własnego doświadczenia. Autor prezentuje bardzo smutny obraz funkcjonowania państwa, w którym niemal absolutną władzę sprawują urzędnicy państwowi. Pospolici mieszkańcy stanowią przy nich robactwo, które poprzez to, że jest nieświadome własnych praw, jest ich w praktyce pozbawione. Kluczową rolę w utworze odgrywa reprezentant wsi Lai – stanowisko, które piastuje wymaga od niego obrony interesów prostego ludu, przedstawiania ich potrzeb czy żądań. W praktyce Lai dzierży niemal autorytarną władzę – jest panem, rządcą, ekscelencją, wyrocznią, a los wieśniaków, którzy de facto są jego poddanymi, zależy od jego kaprysów oraz humorów. Swoje ogromne bogactwo zawdzięcza licznym defraudacjom, machlojkom, wymuszeniom, lichwie, skąpstwu, czy unikaniu płacenia podatków, który to obowiązek niemal w całości zostaje zrzucony na barki najbiedniejszych. Lai stanowi zatem uosobienie zgnilizny moralnej władzy, która odpowiedzialna jest za fatalny stan państwa. Oczywiście najgorsza sytuacja panuje wśród chłopów. Wieś, w której mieszka Pha to las chylących się chat wzniesionych z bambusa oraz gliny z ubitą ziemią służącą za posadzkę. Brakuje utwardzonych dróg, porządnej studni, czy budynku, który mógłby służyć za szkołę. Warunki bytowania są nędzne – mało który z mieszkańców może pozwolić sobie na regularne posiłki, wielu zmuszonych jest do zaciągania pożyczek u najbogatszego osobnika, czyli u Laia. W tym morzu skrajnego ubóstwa to właśnie dom reprezentanta wyróżnia się na tle pozostałych ruder – piękna rezydencja, otoczona wysokim murem uzbrojonym w potłuczone butelki, z wieżyczką strażniczą przypomina samotną wyspę, dumnie prężącą swoje oblicze wśród otaczających ją żebraczych chat. Na tle bogactw reprezentanta Lai, dojmująca bieda chłopów rysuje się w jeszcze ostrzejszych konturach.

Godne podkreślenia, że główny ciężar zarzutów za fatalną sytuację rolników spada na przedstawicieli państwowych urzędów. Nguyen Cong Hoan bezlitośnie charakteryzuje aparat władzy kolonialnej i cesarskiej, który w sporej mierze oparty jest na ucisku, represjach, regularnie podnoszonych kontrybucjach oraz należnościach. Natomiast fundamentem, gwarantującym trwałość i niezmienność ustalonego porządku, zgodnie z którym urzędnicy wykorzystywali biedny lud niczym dojną krową jest wszechobecna ciemnota. Analfabetyzm, a więc brak umiejętności pisania, czytania, czy rachowania umożliwia bezustanne oszukiwanie ludności, pobieranie od nich większych podatków, przy zachowaniu bezkarności. Nikt nie wniesie skargi ani zażalenia, ponieważ nikt nie wie, że jest to w ogóle możliwe, nikt nie jest świadomy, że urzędnicy również są rozliczani ze swojej pracy. Brak znajomości własnych praw jest przyczyną bezbronności oraz bierności, które tylko utrwalają i pogłębiają podział na biednych i bogaczy. Przy czym spadek jakości życia mieszkańców wsi odbywa się przy wymownej pomocy lokalnych urzędników. Oprócz zawyżania podatkowych należności, na porządku dziennym jest łapówkarstwo – samo przyjęcie petenta, rozpatrzenie jego prośby wiąże się z pieniężną gratyfikacją. W przypadku sporów, sądów, urzędniczą przychylność należy sowicie opłacić. Praktycznie każdy kontakt z władzą wiąże się z ubytkiem gotówki, w związku z czym wieśniacy cierpią na jej chroniczny brak. Krótkotrwałym rozwiązaniem jest pożyczka, zaciągana u reprezentanta Lai, który jednak nie nawykł do zdradzania warunków zawieranej umowy. W konsekwencji kolejni mieszkańcy wpadają w spiralę długów, z której nie sposób się wydostać. By spłacić wzięty kredyt, zaciągane są następne pożyczki. Sytuacja trwa do momentu, kiedy ofiara zostaje ogołocona do cna – a osobnik bez domostwa, bez ziemi, bez cennych przedmiotów nie przedstawia już żadnej wartości, nie wzbudza niczyjego zainteresowania. Najlepsze na co może liczyć w takich okolicznościach to praca robotnika najemnego, który za miskę strawy haruje cały dzień, wypruwając sobie żyły dla człowieka, który stopniowo, krok po kroku pozbawił go majątku.

Wizja wietnamskiej wsi, snuta przez Nguyen Cong Hoan jest ogromnie ponura, chociaż błyszczą w niej iskierki nadziei. Hoa, młodszy brat Pha oraz jego szwagier Tan to jedyni mieszkańcy wioski wywodzący się z chłopstwa, którym udało się zdobyć wykształcenie. Za jego sprawą w zdecydowany sposób wyróżniają się od swoich ziomków – ale tym, co decyduje o ich wyjątkowości wcale nie jest umiejętność czytania, czy liczenia. Oboje, nabytą wiedzę potrafili przekuć w rozum i niezależność myślenia, co sprawie, że są osobnikami świadomymi, potrafiącymi umiejętnie przeciwstawić się urzędniczej samowoli. Nguyen Cong Hoan uzmysławia jak niewygodni są tego typu ludzie – trudno nimi manipulować, są niepokorni, nie dają się łatwo podporządkować, w dodatku głośno i bez obaw wymagają, dopominają się respektowania swoich obywatelskich swobód, zmuszają do przestrzegania prawa, a nie tylko działania w jego imieniu. Z tego powodu traktowani są jako jednostki niebezpieczne dla aparatu władzy i systemu ucisku – to groźni buntownicy, wywrotowcy, dążący do obalenia odwiecznego ustroju, z którymi należy walczyć wszelkimi dostępnymi środkami.

Wymowa utworu jest dość jasna. Obecny system reprezentowany przez mandarynów, którzy w utworze stanowią żywy symbol ucisku, pazerności, chciwości, jest przegniły, spróchniały i załamawszy się pod ciężarem własnego łajdactwa musi upaść. Katalizatorem nieuchronnych przemian, które władza ostatkiem sił próbuje blokować, są ludzie, którzy głoszą społeczną sprawiedliwość, równość. W utworze pojawia się kilka wskazówek, które pozwalają przypuszczać, że owymi mesjaszami nowego porządku są komuniści, zwolennicy jedynej doktryny, która może wyzwolić umęczony lud. Nguyen Cong Hoan zwraca jednocześnie uwagę, że kluczem do odniesienia sukcesu w walce o słuszną sprawę jest jedność, poczucie braterstwa, bezgraniczne zaufanie oraz wzajemne wsparcie. Zważywszy na fakt, że utwór powstał w 1938 roku, a więc jeszcze za czasów protektoratu francuskiego, trudno się dziwić, że władze kolonialne zakazały rozpowszechniania powieści, a autor, pracujący wówczas jako nauczyciel wiejski, co rusz przenoszony był na inną posadę, trafiając w coraz gorsze warunki, które jednak w żaden sposób nie były w stanie go zniechęcić.

Warto równocześnie zauważyć, ze twórczość artysty przypada na trudny okres w historii Wietnamu – utrata niepodległości, wegetacja w postaci francuskiej kolonii, ciężka sytuacja materialna ludności tubylczej. W tym świetle dobrze widoczne elementy edukacyjne w prozie Nguyen Cong Hoana nabierają dodatkowego znaczenia – pisarz zdaje się doskonale rozumieć, że gruntowna reforma kraju musi zostać przeprowadzona oddolnie, począwszy od najniższych warstw społecznych. Równocześnie autor prezentuje i piętnuje wady oraz przywary, które decydują o tym, że Wietnam cały czas pozostaje w rozbiciu, z niewielkimi szansami na wyzwolenie. Sama konstrukcja fabuły sprawia, że nietrudno o konstatację, iż największy wyzysk wobec ludności chłopskiej prowadziła urzędnicza kasta Wietnamczyków. Francuzi stoją na samej górze społecznej drabiny, ale zdają się oni nie mieszać do lokalnych sporów, które ich zwyczajnie nie obchodzą. Są oni jednak odpowiedzialni za mechanizmy, które powodują, że najgorszym wrogiem Wietnamczyka okazuje się drugi Wietnamczyk i chyba na tym polega największy dramat zniewolonych narodów – w każdym skupisku ludzkim znajdzie się osobnik, który za dodatkową miskę chleba jest gotów sprzedać własnego brata.
Reasumując krótko, mimo, że Droga bez wyjścia to typowa literatura ideologiczna (momentami zbyt trywialna z jednoznacznym podziałem na bohaterów pozytywnych oraz negatywnych), to pozostaje ona całkiem dobrą powieścią. Książka jest wartościowa, ponieważ dobitnie odsłania zarówno mechanizmy popadania w biedę oraz trwania w niej, znakomicie ukazuje jak łatwo jest manipulować ciemną, niewykształconą masą, która jest nieświadoma zarówno własnych praw jak i możliwości wynikających z współdziałania. Dla wielu może wydawać się to naiwne, ale uważam, że utwór dobrze wyjaśnia na czym polega spirala długów oraz jak łatwo jest się w niej zapętlić. Kwestia na pozór oczywista, ale jeśli tylko dobrze rozejrzeć się dookoła, można przekonać się ilu współczesnych ludzi, mimo, że większość z nich może pochwalić się wykształceniem średnim, albo co najmniej podstawowym, a więc przynajmniej teoretycznie, potrafi zarówno czytać jak i liczyć, pogrążonych jest w pożyczkach, czy kredytach, które oferowane są na lichwiarski wręcz procent. Nieumiejętność czytania ze zrozumieniem, braki w logicznym myśleniu, kłopoty z wyciąganiem wniosków, czy myśleniem przyszłościowym to w dalszym ciągu zajmujące kwestie – Nguyen Cong Hoan zdaje się cierpliwie tłumaczyć, co wynika z tych problemów oraz dlaczego rządzącym zależy, by większość z nich pozostała jednak nierozwiązana.


P.S.

Szukając informacji o autorze natrafiłem na ciekawy esej zatytułowany Queer Internationalism and modern Vietnameseaesthetics, autorstwa Bena Trana, który znakomicie uzmysławia jak różnie może być postrzegana artystyczna działalność tego samego osobnika. Wg przywołanego krytyka literackiego Hoài Thanha proza Nguyen Cong Hoana uchodzi za sztukę dla sztuki (estetyzujący styl, jako element formalny utworu zyskuje przewagę nad warstwą realistyczną powieści), z kolei cytowany H̉ai Trìeu uważał ją już za literaturę oddaną idei walki z nierównością społeczną (znakomity przekrój społeczny Wietnamu, podkreślający nierówności w codziennych sytuacjach; Nguyen Cong Hoan jako pisarz nie tylko ludzi, ale i nędzarzy).

Wasz Ambrose

piątek, 25 kwietnia 2014

Promocja naiwności



Druga antyrecenzja

czyli potęga marketingu

Jacek Dukaj

Perfekcyjna niedoskonałość


Jakiś czas temu jeden z portali ogłosił listę najlepszych polskich powieści fantastycznych. Dostałem szoku i lekkiej kontuzji stawu mózgowego, gdy zauważyłem na liście tę powieść. Nie czytałem jej, ale wiem, iż jej głównym założeniem jest, że ludzki intelekt może egzystować w oderwaniu od ciała. Nie będę się rozpisywać i gnoić tego pomysłu. Powiem tylko krótko i węzłowato, iż już od dość dawna jest pewne, że stan reszty ciała wpływa na działanie naszego mózgu, a ten z kolei na nasz intelekt. Główne założenie powieści jest więc nawet nie karkołomne, a infantylne.

Wielcy klasycznej science-fiction, próbującej ukazać przyszłość, taką, która może się zdarzyć, lub taką, która lepiej, żeby się nie zdarzyła, czasami trafiali w swych rozważaniach, a czasami całkiem się rozmijali w swych wizjach z rzeczywistym rozwojem nauki, techniki i technologii. Jednak nie spotkałem się z czymś takim, by powieść, która jest oparta na dziecinnym założeniu śmieszącym już współczesnych załapała się do miana jednej z najlepszych. Nawet jeśli ma walory formalne, ściśle literackie, na miarę Nobla, to co z tego. Gdyby chociaż była pusta jak próżnia kosmiczna, ale jest przecież dużo gorzej. Promuje sposób myślenia o człowieku rodem z czasów nawet nie wiem jak zamierzchłych, gdy uważano, że myśl ludzka jest niezależna od ciała. Ta fałszywa i podstępna teza rodzi mnóstwo szkodliwych społecznie następstw, które są trucizną dla i tak już zadżumionego polskiego społeczeństwa. Uważam, iż przed takimi lekturami powinno się ostrzegać, a nie je promować. Nie zniechęcać do nich, kto chce niech czyta, ale niech każdy ma świadomość, że to bzdura, w dodatku szkodliwa, gdyż wypaczająca obraz świata, ludzi i oceny ich działań. Nie taka jest rola science-fiction.

Przy okazji widzimy potęgę marketingu. Wypromowanie powieści to kwestia trzech rzeczy. I wszystkie trzy na „p”. Więc ja proponuję jeszcze tej powieści przyznać jedno wyróżnienie. „Dobre bo polskie”. To byłoby przynajmniej prawdą. Każde inne zdanie ze słowem „dobre” dotyczące całościowej oceny tej powieści w moim mniemaniu byłoby fałszywe.


Wasz Andrew


Perfekcyjna niedoskonałość [Jacek Dukaj]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

czwartek, 24 kwietnia 2014

Czytnik czy papier



Przysłuchując się dyskusjom na temat wyższości czytników e-booków nad książką tradycyjną, wydawaną na papierze, lub odwrotnie, i czytając ich odpowiedniki na forach internetowych, zauważyłem, iż aktywność zwolenników wersji elektronicznej wyraźnie większa jest w internecie niż w realu, a ponieważ dodatkowo spostrzegłem, iż niektóre osoby udzielają się w tym temacie na różnych forach jednocześnie, powtarzając te same argumenty, więc mam dość silne przeczucie, iż część tych głosów jest sponsorowana. Dotąd jednak nie wypowiadałem się zdecydowanie na ten temat, zwracając co najwyżej uwagę na różne aspekty obu rozwiązań, gdyż sam czytnika nie posiadałem i nabywać nie zamierzałem. I tak nie starczyłoby mi życia na przeczytanie wszystkich wartościowych książek dostępnych choćby w okolicznych bibliotekach. Jakiś czas temu tak się jednak zdarzyło, iż taki czytnik znalazł się w moim posiadaniu. Poużywałem go przez czas jakiś i postanowiłem opisać moje wrażenia, by tym, którzy się wahają, czy warto zainwestować w ten w końcu nie taki tani gadżet, ułatwić decyzję.


Od razu trzeba stwierdzić, że najgłośniejsi krzykacze z grona reklamującego e-booki nie czytują chyba innych książek niż literatura piękna. Nie wyobrażam sobie czytania podręcznika z jakiejkolwiek dziedziny wymagającej rysunku, wykresu czy tabeli na czytniku o przekątnej 6 cali. Nawet typowy format książki beletrystycznej zbliżony do formatu A-5 nie bardzo się sprawdza i nie bez powodu wiele podręczników akademickich, i nie tylko, wydawanych jest w formacie zbliżonym do A-4 lub nawet czasami większym (atlasy). Ktoś marzy o czytniku takiej wielkości? A kolor? Nie wszystkie informacje można przekazać w wersji black & white. Wyobrażacie sobie atlas ptaków w takiej wersji? Wolę kolor.

Oczy. Czytniki, przynajmniej te lepsze, oparte o technologię papieru elektronicznego, są reklamowane jako przyjazne dla oka. Nie ulega wątpliwości, iż bez porównania mniej męczą wzrok niż choćby monitory komputerowe, które muszą świecić, by działać. Podobno dobre czytniki kontrast mają porównywalny z tradycyjną książką. Jednak niestety nie jest aż tak różowo. Spodobało mi się powiedzenie często formułowane, niezależnie od siebie, przez wiele osób, które pierwszy raz widziały czytnik w akcji. „Jakby książka, tylko za szybką”. No właśnie. Na dłuższą metę ta szybka jednak trochę przeszkadza. Może nie zawsze, ale jednak. No i rozmiar tej szybki. Pracuję osiem godzin dziennie przy komputerze, a potem jeszcze następnych kilka zdarza mi się przy nim spędzić na rozrywce i innych zajęciach. Wzrok siada i gdy czytam, preferuję duże czcionki. Podzielcie książkę formatu pomiędzy A5 i A4 mającą kilkaset stron na kawałki wielkości prostokąta o przekątnej 6 cali i zachowajcie ten sam fizyczny rozmiar czcionki oraz wymiary odstępów między znakami i wierszami. Ile takich kartek będzie miała wersja 6-cio calowa i jaka będzie płynność czytania? Czytnik niestety przegrywa.

Ergonomia, czyli co lepiej leży w ręce. Nie widzę tutaj wielkiej różnicy. Książka odpowiednia rozmiarem do dłoni będzie w niej leżeć równie dobrze, jak czytnik i też można ją „obsługiwać” jedną ręką. Z jednej strony książkę łatwiej zabrudzić i nie można jej wyczyścić, ale z drugiej strony chyba tylko samobójca weźmie czytnik do wanny albo choćby poleje go kawą. Znów czytnik jest do tyłu, choć tym razem niewiele.

Ekonomia. Książki są darmowe. Biblioteki są ich pełne. Czytnik kosztuje, i to dość sporo, a w dodatku jego żywotność jest ograniczona. Nikt mnie nie przekona, że czytnik jest tańszą formą dostępu do książki.

Ekologia. To jeden z argumentów za e-bookami. Nie jestem przekonany. Jeśli będę korzystał tylko z bibliotek i antykwariatów nie obciążam środowiska w żaden wymierny sposób. Zresztą książka papierowa i tak sama w sobie jest dość ekologiczna – powstaje z materiału odnawialnego i nie trzeba jej nawet jakoś specjalnie utylizować – jest świetnym surowcem wtórnym. W przeciwieństwie do czytników. Wiele materiałów do nich użytych jest wybitnie trudnych w utylizacji. W dodatku każdy z takich wytworów nowoczesnej techniki potrzebuje specyficznych surowców, jak choćby metali ziem rzadkich, których wyczerpanie może spowodować kres naszej cywilizacji, gdyż są do jej istnienia niezbędne, a problem jest tak ważki, iż wiele krajów utajnia dane o wydobyciu i obrocie wybranymi materiałami.

Ile książek rocznie czyta przeciętny Polak tak naprawdę nikt nie wie. Kupuje podobno półtora, ale czy je czyta? Przyjmijmy jednak, że dwie książki rocznie. Nie wiem, czy dwie książki rocznie to większe obciążenie dla środowiska, niż czytnik. Książki posłużą pokoleniom lub pójdą na przemiał, a więc też będzie to rozwiązanie ekologiczne. Na pewno lepsze niż czytnik mający zastąpić owe dwie książki, który posłuży… No właśnie – jak długo? Kindle daje na swój czytnik aż rok gwarancji, choć nasze przepisy takiej opcji nie przewidują. Boi się, że statystycznie dwóch lat nie wytrzyma? Jak by nie było, czy to będzie rok, dwa, czy pięć, stwierdzenie, iż czytnik jest bardziej ekologiczny niż książka, jest dla mnie tylko reklamą czyli legendą nieprawdziwą.

Jedyną tak naprawdę wielką zaletą czytnika jest to, iż jeśli ktoś ma potrzebę, by mieć częsty i szybki dostęp do wielu książek, które już przeczytał, a nie ma w pobliżu biblioteki, to właśnie dla takich osób jest to rozwiązanie idealne. Pod warunkiem, że to nie książki z zakresu nauk ścisłych. Ile jednak jest takich przypadków? Znam trochę ludzi posiadających znaczące ilościowo księgozbiory, ale nie tylko, że raczej nie wracają do swych skarbów, to często nie przeczytali ich nawet raz. Hasła reklamowe typu „w czytniku wielkości notesu zmieścisz tysiące książek” celują nie w potrzebę wiedzy, dostępu do informacji, a w najniższe instynkty odziedziczone po niepiśmiennych przodkach – mieć więcej, więcej niż inni, mieć! Nie wiedzieć, nie rozumieć, nie przeżyć, a mieć!

Wolny dostęp do wiedzy. Dotąd myślałem o tym tylko w jednym aspekcie. Kontroli. Wyobraźmy sobie, że nie ma już książek papierowych. Marzenie władzy, kapitalistów i służb specjalnych. Można wprowadzić cenzurę o skuteczności stuprocentowej. Można śledzić kto jakie lektury czyta, kiedy i gdzie. Wreszcie koniec z darmowymi bibliotekami dla biedaków – kto chce czytać, niech kupi czytnik. Pisząc jednak tekst o końcu świata skojarzyło mi się coś, co zauważyli już mistrzowie fotografii. W fotografii analogowej jesteś niezależny od postępu lub upadku cywilizacji. Póki masz swój negatyw i wiesz, jak wyprodukować odczynniki, zawsze możesz wykonać nowe odbitki. W fotografii cyfrowej jesteś zależny od dostępnego oprogramowania. Na pewno z czasem stare formaty zapisu przestaną być wspierane przez nowe rozwiązania. W razie upadku cywilizacji nie będzie z nich najmniejszego pożytku. Podobna jest sytuacja w realiach książka papierowa vs. elektroniczna. Dopóki będziesz umiał czytać, wiedza z klasycznej biblioteki zawsze będzie dla ciebie dostępna. Wersja elektroniczna jest zależna od sprzętu, oprogramowania i dostaw energii.

Jakie z tego wyciągnąć wnioski, każdy musi ocenić sam. Jednak na pewno, jeśli nie będziesz musiał często mieć natychmiastowego dostępu do swego księgozbioru, kupo czytnika jest tak samo ekologiczne jak kupno nowszej komórki czy samochodu tylko dlatego, że cię na to stać. Jeśli masz zaledwie kilka lub kilkanaście ulubionych lektur, do których ciągle wracasz, lepiej mieć je na półce w wersji papierowej. Jeśli zaś w ogóle nie wracasz do raz przeczytanych książek, lub robisz to sporadycznie, to przyznaj sam przed sobą, że kupujesz czytnik dla własnego kaprysu i masz gdzieś ekologię, przyszłość ludzkości i wszystko poza własnymi zachciankami.


Wasz Andrew