Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Po osiemnastej


Niedawno wszystkie polskie media zachłysnęły się informacją, iż we Francji po godzinie osiemnastej*, czyli de facto natychmiast po zakończeniu pracy, nie wolno będzie pracownikom odbierać służbowych e-maili, przy czym zakaz ten dotyczy wszystkich platform sprzętowych, łącznie ze smartfonami. Co dziwniejsze, zamiast sprowokować dyskusję o gwałtownie pogarszającej się sytuacji pracowników w Polsce, zmierzającej raczej w kierunku Dzikiego Zachodu niż europejskich demokracji, temat ten, zwłaszcza w telewizji i radio, spowodował bardziej prześmiewcze niż poważne komentarze. Żaden dziennik nie podał, iż będzie to prawdopodobnie konsekwentnie przestrzegane, gdyż wzięło swój początek od procesu, jaki wytoczył swemu pracodawcy pracownik jednego z francuskich banków. Nie trzeba chyba dodawać, że pracodawca przegrał. Sąd nakazał wypłacić wynagrodzenie jak za całodobowe dyżury za cały czas, gdy tylko komórka służbowa pracownika była włączona (czyli praktycznie cały okres zatrudnienia) oraz, niezależnie od wspomnianego, odszkodowanie za skutki, które ciągła dyspozycyjność spowodowała, czyli stres, rozpad małżeństwa i chorobę. Warto natomiast dodać, że we Francji obowiązuje 35-cio godzinny tydzień pracy oraz prawo do wykorzystania całego rocznego urlopu w jednym ciągu, o ile nie zajdą naprawdę wyjątkowe okoliczności i skonfrontować to z sytuacją w Polsce. Niczego takiego nigdzie przy okazji tego newsa nie usłyszałem ani nie przeczytałem.


Oczywiście, można powiedzieć, iż Polska to nie Francja, i że są kraje, gdzie jest jeszcze gorzej. Choćby w Afryce. Wszystko to prawda. Tylko, że podobno to my aspirujemy do godnego (czytaj wiodącego) miejsca w Europie. Nie kiedyś w przyszłości, a już teraz.

Same z siebie te fakty pewnie by nie zmusiły mnie do napisania tego tekstu. Wiadomo, że w jednych krajach jest lepiej, a w innych gorzej. Dotyczy to wszystkich spraw, nie tylko prawa pracy. Polska jest jednak jedynym państwem, gdzie systemowo i jawnie tworzy się dwie rzeczywistości – tą oficjalną i tą faktyczną. Niby jest płaca minimalna, ale tylko w przepisach. Niby są instytucje powołane do bronienia praw pracowniczych, ale tylko na papierze. Podobnie jak organy skarbowe czy policja.

W Niemczech znajomy był świadkiem incydentu, gdy podczas wypłaty dla pracowników na budowie zabrakło pieniędzy. Przyjechała policja i zabrała właścicieli na komisariat, skąd pewnie by nie wyszli, gdyby nie to, że zaraz ktoś przywiózł resztę pieniędzy, a sprawę i tak mieli. W Polsce policja by się czegoś takiego dotknęła? Są sprawy ewidentne, które można wyłapać od ręki nie wychodząc nawet z za biurka, w dodatku tylko na podstawie już posiadanych przez instytucje materiałów. Firmy zatrudniające po kilkudziesięciu pracowników, które od lat nie wykazują zysku lub też ich zysk jest groszowy, a inwestycje co roku czynią w miliony. Firmy, gdzie wszyscy, od sprzątaczki po kierownika, zarabiają tyle samo, czyli minimalną, a właściciel nic. I nikt z tym nic nie robi.

Oczywiście w każdym nawet najbardziej praworządnym kraju są ludzie, którzy zatrudniają na czarno, oszukują i kradną. Nawet w będącej symbolem demokracji i praworządności Szwecji do zbioru jabłek w sadach tradycyjnie zatrudniało się nielegalnych pracowników przyjeżdżających na ten okres z innych krajów. Tam jednak kary są bardzo dotkliwe i aby ich uniknąć, sadownicy organizowali „systemy wczesnego ostrzegania” przed nalotami inspekcji pracy. U nas nie ma takiej potrzeby. Kiedy się przejeżdża przez nasze zagłębia sadownicze, praktycznie przez cały rok (cięcie drzewek, zbiory) widać zorganizowane ekipy krzątające się w sadach i nikt z wyjątkiem obcokrajowców nie ma żadnej umowy o pracę. To też ciekawe, to odwrócenie biegunów – na zachodzie na czarno pracują głównie przyjezdni, a u nas głównie miejscowi.

Tysiące ludzi, a jeśli doliczyć sady wiśniowe i inne, zbiory truskawek, itd. liczby wręcz ogromne. Wszystko na czarno. I nie słyszałem o przypadku, by PIP się tym zainteresował. A przecież pole to nie fabryka. Nie ma bramy, gdzie można inspektora zatrzymać, by w tym czasie ukryć co trzeba, nie ma budynku, który zasłaniałby wgląd. Wszystko widać z daleka i nie ma gdzie się schować. Gdy w 2010 roku koło Nowego Miasta nad Pilicą doszło do makabrycznego wypadku busa przewożącego, w warunkach nieodpowiednich nawet dla bydła, grupę robotników rolnych, w którym zginęło osiemnaście osób, niczego nie zrobiono, choć ustalono ponad wszelką wątpliwość, iż jechali do pracy w sadzie „na czarno”. Nie jest to dziwne, gdy weźmie się pod uwagę, iż w razie wypadku w drodze do pracy lub z pracy pracownikowi lub jego rodzinie przysługują świadczenia finansowane przez pracodawcę. Było więc parcie, by sprawy w tym kierunku nie drążyć, a że majątki sadowników przekraczają marzenia niejednego miejskiego biznesmena, więc było co chronić i czym to poprzeć. Osobny aspekt tej sprawy to wsparcie, jakiego rodzinom ofiar udzieliło państwo, a raczej jakiej nie udzieliło, gdyż było ono takie, jakby go nie było, i wielce znamienne jest porównanie go choćby z katastrofą w Smoleńsku, gdzie na ten cel przeznaczono już około 70 mln (sic!) zł i suma ta wciąż rośnie. Dla jednych ochłapy, a dla drugich kopalnia złota po prostu, z której czerpią bez żenady wszyscy, niezależnie od wyznania i poglądów politycznych. O tym jednak już kiedyś pisałem, więc wróćmy do tematu.

Te patologie są w moim odczuciu unikalne, przynajmniej na skalę „cywilizowanych” państw Europy. Do zmierzenia się z tematem impulsem było jednak co innego. Wiadomość, która dowodzi, iż wysuwamy się na niechlubne pierwsze miejsce w świecie w aberracjach stosunków pracy i utrzymywania podwójnej rzeczywiści.

Jakiś czas temu niektóre media podały, iż na jednym z portali internetowych ukazało się ogłoszenie o naborze pracowników (kliknij zdjęcie aby powiększyć).





Muzeum Czynu Niepodległościowego i Związek Legionistów Polskich działające w Domu im. J.Piłsudskiego przy Aleji (pisownia oryginalna! – przyp. A.V.) 3 maja 7 w Krakowie poszukuje osób chętnych do pracy w charakterze portiera. Forma zatrudnienia: Umowa zlecenie. Wymiar zatrudnienia: Pełny etat.
Opis stanowiska:
- praca w Krakowie (aleja 3 maja 7);
- praca na 2 zmiany w godzinach od 7:00 do 19:00 i od 19:00 do 7:00.
- ilość godzin w miesiącu od 180 do 200.
Wymagania:
- dyspozycyjność;
- zaangażowanie;
- mile widziane osoby na rencie lub emeryci.
Wynagrodzenie:
Umowa zlecenie za 2,5 zł netto za godzinę.



Student prawa czy administracji już na początku edukacji, nawet jeśli nie jest zbyt uważny, dowiaduje się, iż o formie zatrudnienia decyduje nie nazwa wpisana w nagłówku umowy, ani nawet takiej umowy w formie pisemnej istnienie, ale faktyczne zasady wykonywania pracy i ich ewentualne odbicie w umowie. Praca na etat nie stanie się umową zlecenie ani umową o dzieło tylko dlatego, że się da inną nazwę. O tym jednak wszyscy zapominają, gdy kończą naukę i idą do pracy. Dwie rzeczywistości. Oficjalna i ta prawdziwa. Muzeum idzie nawet dalej. Łączy obie. Ogłasza nabór na etat z umową o zlecenie. Mistrzostwo świata. Nie wspomnę o stawce. W Polsce jak widać stawka minimalna to fikcja. I to jaka! 500 zł za miesiąc pracy i jeszcze trzeba się wykazać dyspozycyjnością i zaangażowaniem!

Dlaczego mnie to tak zbulwersowało? Tym, którzy nie zauważają już tłumaczę. W każdym kraju są tacy, którzy łamią przepisy, oszukują i kradną. Powtarzam to bardzo często. Ale czy jest taki drugi kraj, gdzie instytucja, mało tego, instytucja odwołująca się samym swym istnieniem do Boga, Honoru i Ojczyzny, co jest dodatkowym smaczkiem całej sprawy, łamie prawo, w dodatku w sprawach fundamentalnych, przy tym robi to w sposób najbardziej jawny i publiczny z możliwych? Mało tego, media podejmują temat, ale jako facecję, a nie jako sprawę taką, jaką jest, czyli ohydnego łamania prawa, które trzeba nazwać niewolnictwem, bo czym innym jak niewolnikiem może być człowiek pracujący przez miesiąc za 500 złotych? No i oczywiście puenta naszej podwójnej rzeczywistości – jedyną grupą społeczną, która nic nie wie o całej sprawie są wszyscy ci, którzy biorą pieniądze za walkę z takimi patologiami.

Wspomnę tylko, iż sam wysłałem w tej sprawie dwa e-maile do samej centrali PIP, na dwie różne skrzynki żeby nie było, ale oczywiście bez żadnej odpowiedzi.

Nie ma drugiego takiego państwa, gdzie władza (obojętnie czy demokratyczna, czy monarchistyczna, komunistyczna czy wręcz bananowo-dyktatorska) wydaje akty prawne, powołuje i utrzymuje organy do wyegzekwowania tych przepisów, a wszyscy łamią je w sposób jak najbardziej publiczny i bez żadnych konsekwencji. Nie ma drugiego takiego państwa, w którym prawo w ten sposób łamią nie działające w tajemnicy firmy i osoby prywatne, a dumne z siebie instytucje. I to instytucje mające krzewić „zdrowe idee” w społeczeństwie.

Oczywiście, ludzie żyją wszędzie. Nawet w ogarniętych wojną i epidemiami rejonach Afryki. W Polsce też żyją i żyć będą, niezależnie od tego, jaka ona będzie. Takie symptomy wskazują jednak, że lepsza to ona nie będzie. Tacy jesteśmy, tacy będziemy. No – może nie wszyscy. Ja i tak nie odbieram od szefa po osiemnastej i tej postawy Wam również życzę, choć wiem, że to kosztuje. Ale nic dobrego nie przychodzi darmo


Wasz Andrew



* Podstawowe godziny urzędowania we Francji to 8.00 - 12.00 i 14.00 - 18.00.

sobota, 12 kwietnia 2014

Philip K. Dick "Płyńcie łzy moje, rzekł policjant" - Nadgniła rzeczywistość

Płyńcie łzy moje, rzekł policjant

Philip K. Dick

Tytuł oryginału: Flow My Tears, The Policeman Said
Tłumaczenie: Zbigniew A. Królicki
Wydawnictwo: Dom Wydawniczy REBIS
Liczba stron: 302






Życie ludzkie w ogromnej mierze składa się z działania oraz dociekania. Codziennie podejmujemy różnorakie decyzje, stawiani jesteśmy przed koniecznością dokonywania niełatwych wyborów. Niektóre z naszych akcji kończą się sukcesem, inne wiążą się z niepowodzeniem, czy wręcz klęską. Szczególnie w obliczu porażek, których doświadczyliśmy, zaczynamy stawiać sobie pytania, czy mogliśmy ich w jakiś sposób uniknąć. Spekulujemy, deliberujemy, domniemywamy, rozważamy, jakim torem potoczyłyby się koleje losu, gdybyśmy w danym, kluczowym i newralgicznym punkcie przeszłości zachowali się zgoła inaczej. Roztrząsamy zatem przyczyny niepowodzenia, dokonujemy wnikliwej analizy naszego postępowania, rozmyślamy nad konsekwencjami innych, alternatywnych wyborów, na które się wówczas nie zdecydowaliśmy. Domeną wielkich jest analogiczne rozkładanie na części pierwsze wszystkich składowych sukcesu. Natomiast specjalnością literatury science fiction jest rozpatrywanie scenariuszy, które w aktualnym momencie rozwoju ludzkiej cywilizacji są bardzo mało prawdopodobne, albo wręcz niemożliwe.

czwartek, 10 kwietnia 2014

Dla chorych



…morał: małe zmiany w otoczeniu mogą wpływać na stany umysłowe, które z kolei wpływają na kondycję fizyczną. Istotne jest więc, by zachować poczucie samostanowienia, polegające na tym, że sam podejmujesz istotne decyzje dotyczące wszystkich aspektów twojego życia. Nie zrzekaj się odpowiedzialności i swobody na rzecz innych, tak długo dopóki jesteś w stanie działać w sposób racjonalny. Na koniec wreszcie, nie pozwól nikomu odebrać ci osobowości oraz poczucia ludzkiej godności, przez sklasyfikowanie cię jako pacjenta, którym wszyscy się zajmują, ale o którego nikt się nie troszczy.

PARADOKS CZASU (The Time Paradox: The New Psychology of Time That Can Change Your Life) -Philip Zimbardo, John Boyd

wtorek, 8 kwietnia 2014

O przysięgach




Broń króla. Bądź mu posłuszny. Dochowaj jego tajemnic. Wykonuj jego polecenia. Oddaj za niego życie. Ale słuchaj ojca. Kochaj siostrę. Broń niewinnych. Opiekuj się słabymi. Szanuj bogów. Przestrzegaj praw. Jest tego zbyt wiele. Bez względu na to, co człowiek uczyni, musi złamać jakiś ślub.


Jaime Lannister zwany Królobójcą

Starcie królów George R. R. Martin

poniedziałek, 7 kwietnia 2014

Westeros Light



George R. R. Martin

Rycerz Siedmiu Królestw


tytuł oryginału: A Knight of the Seven Kingdoms

tłumaczenie: Michał Jakuszewski

wydawnictwo: Wydawnictwo Zysk i S-ka 2014

liczba stron: 357


Kiedy sięgałem po Rycerza Siedmiu Królestw George’a R. R. Martina miałem mieszane uczucia. Nie, nie z powodu zewnętrznej postaci tej książki, gdyż szata graficzna i jakość wydania w twardej okładce zasługują na bardzo dobrą ocenę. Wystarczy rzut oka na front tomiku, by zorientować się, iż mamy do czynienia z klimatami rycerskimi, a odpowiednie proporcje rozmiarów okładki, przynajmniej jak dla mnie, zapewniają wygodę, czyli czytanie w pozycji rzymskiej obiadowej z lekturą w jednej ręce, a kawką lub herbatnikami w drugiej. Moja niepewność wynikała z pewnej kompletności świata Pieśni lodu i ognia pióra tego samego autora, w którym rozgrywają się również wydarzenia trzech opowiadań składających się na Rycerza Siedmiu Królestw (Wędrowny rycerz, Zaprzysiężony miecz, Tajemniczy rycerz), co rodziło we mnie obawy, iż te ostanie będą wyglądały przy wspomnianej wielkiej sadze niczym drewniane przybudówki przy okazałym dworze. Monumentalność głównego cyklu powieściowego nie bardzo też dawała mi nadzieję, by autor sprawdził się w tak krótkich formach literackich. Nie było jednak innego wyjścia by się przekonać, jak posmakować.

Przenosimy się na kontynent Westeros w erę przed wydarzeniami z Pieśni lodu i ognia. Rozpoczynając lekturę pierwszej opowieści poznajemy młodego i ubogiego wędrownego rycerza o imieniu Dunk, który zamierza zdobyć sławę i majątek, a realizację marzeń postanawia rozpocząć od udziału w wielkim turnieju. Do pomocy ma tylko giermka – chłopaka z gminu, który się do niego przypałętał. Co wyjdzie z tej znajomości i z planów o rycerskiej karierze nie będę zdradzał. Formy krótkie, więc i ja powiem krótko – Martin kompletnie mnie zaskoczył. Pokazał, iż potrafi swój styl do kanonu literackiego dostosować wręcz idealnie. Pieśń lodu i ognia - ogromna powieść, czy też seria powieściowa, jak woli większość, jest poważna i przysadzista w stylu, jak na dzieło tych rozmiarów wypada. Natomiast trzy historyjki o Dunku są lekkie, z dużą dawką humoru i naprawdę potrafią totalnie czytelnika zaskoczyć, co w fantasy jest znacznie rzadszym bonusem niż w „klasycznej” fantastyce. Świetne, oryginalne pomysły, mniejsza ilość postaci nie zmuszająca czytelnika do takiego skupienia jak Pieśń lodu i ognia. Wszystko, czego potrzeba krótkiej formie. Te opowiadania to prawdziwe perełki.

Martin nie byłby sobą, gdyby przewrotnie nie wplótł w bajkowo-rycerskie klimaty, tradycyjnie jednoznaczne moralnie, czytelne i czarno-białe, relatywizmu, który sprawia, iż czarne nagle wydaje się białe, a białe czarne, ale tylko do momentu, aż skonstatujemy, iż wszystko namalowane jest paletą zawierającą tylko szarości, za to w nieskończonej ilości odcieni. Dotyczy to zarówno czynów, postaci, jak i realiów. Nawet turnieje rycerskie nie są radosną zabawą, a już na pewno nie dla pokonanych, rannych i zabitych. Ale cóż. W końcu nie są to baśnie dla najmłodszych. Dla wszystkich starszych pragnących Martina w lżejszej wersji – rzecz zdecydowanie warta polecenia. Godna uwagi również dla wszystkich, którzy nie lubią przytłaczającego realizmu i naturalizmu, ale mają ochotę na dobre, nawet perfekcyjne opowiadania. I kieruję te słowa nie tylko w kierunku miłośników fantastyki, gdyż zbroje i zamki to tylko szata. Ważna jest zawartość.

Jest tylko jedno „ale”. Może ktoś mi wyjaśni, o co chodzi w poniższym cytacie. Raczej nie jest to dzieło chochlika drukarskiego, gdyż rzecz się powtarza:

W końcu chłopak usiadł poniżej soli razem z nimi, wykrzywiając usta w grymasie niezadowolenia. (podkreślenie A.V)

Mam na ten temat pewną teorię, ale żadnych możliwości jej zweryfikowania.

Jeszcze raz polecam przesympatycznego rycerza Dunka i opowieści o jego przedziwnych przypadkach, w dodatku pozbawioną wpadek edytorskich, co szczególnie warte podkreślenia w dzisiejszych czasach


Wasz Andrew

Rycerz Siedmiu Królestw [George R.R.Martin]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

sobota, 5 kwietnia 2014

Dziwna, surowa, naga, samotna

Haori

Yasushi Inoue

Tytuł oryginału: Ryōju
Tłumaczenie (z j. francuskiego): Anna Gostyńska
Wydawnictwo: Czytelnik
Liczba stron: 65
 
 
 
 
 
 
 

Przypuszczam, że niemal każdy czytelnik, który regularnie oddaje się wyszukanej przyjemności wędrowania po literackich światach, nie raz, nie dwa doświadczył tego, co roboczo nazywam literacką magią. W moim prywatnym słowniku pojęć oraz idei, pod tym hasłem skrywają się wszelkie wydarzenia, które noszą znamiona niecodzienności, niezwykłości, niespotykalności, rzadkości, a wskutek tego – wyjątkowości, są przy tym unikatowe, fantastyczne oraz co ważne, trudne do wytłumaczenia wyłącznie za sprawą chłodnych i bezdusznych narzędzi statystycznych, pozostające jednocześnie w bardziej lub mniej ścisłych koneksjach z literaturą. Ujmując rzecz odrobinę precyzyjniej, chodzi o przeżycia oraz doświadczenia, będące wynikiem swoistej dyfuzji, tj. przenikania świata literackiej fikcji do otaczającej nas rzeczywistości, które na wskroś analityczny umysł byłby pewnie w stanie wyjaśnić, obficie posiłkując się rolą przypadku w człowieczej egzystencji. Obiektywnie rzecz ujmując są to sploty (szczęśliwe bądź nie) wypadków, ale ponieważ przytrafiają się nam, a ponadto cechują się pewną (może nieco kulawą, ale jednak) regularnością, nabierają dla nas wartości szczególnej oraz niepowtarzalnej. Logiczne wyjaśnienie, że ojcem całego niespotykanego zajścia był kpiarski los, ułomny, bo ślepy traf są niezadowalające, szczególnie dla chłonnego niczym gąbka umysłu, łasego na wszelkie rewelacje. Znakomitym obserwatorem, który z wprawą i maestrią godną podziwu wychwytywał takie starcia fikcji z rzeczywistością był choćby Julio Cortázar. Zdolnych artystów nie mogło zabraknąć także na wyspach, na których rozpościera się Kraj Kwitnącej Wiśni, gdzie ostatnio całkiem często goszczę. Nieco z przypadku (a jakże!), kiedy błąkałem się niedawno pośród bibliotecznych półek, w moje ręce wpadła cieniutka książeczka, skrywająca w sobie krótką nowelkę Haori, autorstwa Yasushiego Inoue, w której główny bohater przekonuje się, że literatura nie jest wyłącznie narzędziem, służącym do tworzenia literackiej fikcji.

Yasushi Inoue to japoński poeta oraz prozaik, autor esejów, powieści oraz noweli. Żyjący w latach 1907 – 1991, pochodzący z Hokkaido artysta uważany jest za jednego z ważniejszych współczesnych twórców. O jego znakomitym warsztacie mogą świadczyć liczne nagrody, których jest laureatem oraz fakt, że kilka razy kandydował do Nobla w dziedzinie literatury. Mimo to, głównie z racji bardzo skromnej ilości dzieł przetłumaczonych na język polski, Yasushi Inoue pozostaje słabo znanym autorem w naszym kraju. Po lekturze Haori wiem już, że warto by zmienić ten fatalny stan rzeczy.

Pierwszoosobowy narrator, poeta hobbysta, snuje fascynującą historię, która ma związek z napisanym przez niego wierszem, umieszczonym (nieco z przypadku!) w skromnym czasopiśmie Poradnik Myśliwego, wydawanym przez Japoński Związek Łowiecki. Krótki, ale bardzo interesujący utwór zatytułowany Broń myśliwska, który zostaje przytoczony w całości, powstał na skutek impresji, wywołanej spotkaniem samotnego myśliwego, snującego się u podnóża góry Amagi. Przelotne spojrzenie, krótkotrwałe wrażenie dojmującej samotności stają się potężnym bodźcem, katalizującym narodziny skromnego, ale wymownego dzieła. Po pewnym czasie narrator otrzymuje wiadomość od swojej muzy, czy raczej osobnika, twierdzącego, że to właśnie on stanowił natchnienie do napisania Broni myśliwskiej. Enigmatyczny łowczy, który nie zdradza swoich prawdziwych personaliów, będąc pod wrażeniem ogromnej przenikliwości narratora, zachwycony faktem, jak trafnie udało mu się odgadnąć jego własny nastrój oraz stan ducha, postanawia zwierzyć się i wyjaśnić przyczyny tej potężnej, że aż emanującej smutnym blaskiem samotności. Człek ów jest jednak na tyle przewrotny, że nie decyduje się opowiedzieć o swojej sytuacji własnymi słowami. Zamiast zawiłych tłumaczeń, potoku słów, pamięciowego ekshibicjonizmu, myśliwy przekazuje trzy listy, mające stanowić wytłumaczenie dla jego obecnej izolacji.

Yasushi Inoue serwuje czytelnikowi intrygującą powieść szkatułkową, której trzon stanowi tragiczna, miłosna historia, zrelacjonowana z trzech różnych perspektyw, za sprawą trójki bohaterów. Japoński artysta, podobnie jak jego rodak i kolega po piórze, Yukio Mishima, zdecydował się wziąć na literacki warsztat temat dość mocno popularny, wręcz wyświechtany, czyli miłość. Krok dosyć ryzykowny, szczególnie zważywszy na fakt, jak łatwo jest popaść w banał, płodząc dzieło, w którym dominuje kicz i łzawy ton. Na szczęście Inoue z wprawą godną literackiego marynarza zgrabnie ominął wszelkie mielizny, na których mogłaby osiąść jego nowela. Uwagę zwraca już sam język, jakim raczy nas autor. Ewoluuje on wraz z autorami kolejnych, prezentowanych listów, pozostając równocześnie niezmiennie starannym i precyzyjnym, dokładnie wyłuszczając istotę całego nieszczęśliwego romansu, a to dopiero przedsmak kunsztu, jakim może pochwalić się pisarz.

Miłość przedstawiana przez Inoue różni się od powszechnych wyobrażeń na temat tego uczucia. W Haori czytelnik ma do czynienia z jej zwyrodniałą formą – okazuje się ona zła, grzeszna, zbrukana, splugawiona, niegodna. Jest także destrukcyjna, działając wyniszczająco na wszystkich, którzy znaleźli się w jej przeklętym kręgu. To emocja, która dzieli, skłóca, izoluje, raniąc przy tym kolejne ofiary. Momentami sprawia ona wrażenie ogromnego, nienasyconego i bezwzględnego zwierza, który łapczywie pochłania umysły nieszczęśliwych kochanków. Inoue odziera z wielkości uczucie, często określane mianem szlachetnego, czy wzniosłego. Można odnieść wrażenie, że japoński artysta pragnie odmalować również to drugie, znacznie mroczniejsze oblicze miłosnego uniesienia, walcząc tym samym z jednowymiarowym stereotypem. Co interesujące, w żadnym wypadku nie możemy mówić o degradacji miłości do fizycznego pożądania, nienasycenia ciał – to w dalszym ciągu uczucie bardziej platoniczne, które potrafi obejść się bez materialnej otoczki. Tym bardziej przeraża jego siła oraz potęga, która zmusza do bezustannego życia w kłamstwie, fałszu, obłudzie, hipokryzji. Ale czy potężny płomień namiętności okaże się na tyle silny, by znieść wszelkie przeciwności i sztormy, na wzburzonym morzu życia?

Króciutki utwór aż skrzy się od bogatej symboliki, którą został przyozdobiony. Okładkę polskiego wydania zdobi wąż, mogący uchodzić za tę część naszej osobowości, która rzadko ogląda światło dzienne, z istnienia której tylko my sami zdajemy sobie sprawę. To nasza ukryta, prawdziwa natura, ale to także nasz egoizm, małość, czy zazdrość, które pielęgnujemy w skrytości własnego serca. Tytułowe haori, czyli rodzaj płaszcza z długimi rękawami, można odczytywać jako znak piekących, nierozwiązanych problemów z przeszłości, które pozostawione samopas przyjmują coraz wyraźniejsze kontury nieuchronnego nieszczęścia. Bardzo oryginalne jest również spojrzenie na instytucję małżeństwa, które przecież wcale nie tak rzadko zamiast ogniska domowego, bardziej przypomina arenę starć dwóch osobowości, które okopują się niczym twierdze, raniąc się po cichu w nadziei, że to ta druga strona wykrwawi się jako pierwsza i zrezygnuje z całego cyrku, odgrywanego w imię społecznych konwenansów. Nie bez znaczenia pozostaje także myśliwska broń (tytuł angielskiego wydania książki to The Hunting Gun, podobnie można tłumaczyć również oryginalny tytuł), która stanowi symbol chłodu, jaki skrywa w sobie ludzka dusza, cichej bezwzględności, która prowadzi w ramiona absolutnej samotności.

Krótka, bo licząca nieco ponad 60 stron nowela wywarła na mnie bardzo dobre wrażenie. Utwór okazał się całkiem pojemny w treść, którą upleciono głównie z listów. Lektura w intrygujący sposób pokazuje niemożność porozumienia ludzkich jednostek, sprawiających wrażenie planet, których orbity rzadko się krzyżują. Oprócz interesująco podanego tematu miłosnego, Inoue uświadamia czytelnikowi, że świat ludzi dorosłych to często świat przepełniony smutkiem, grozą oraz przygnębiającą, ślepą samotnością. To także kolejny literat, który ukazuje, że przeszłość może okazać się prawdziwym rumowiskiem, na którym nie sposób zbudować szczęścia w życiu teraźniejszym. Wreszcie na króciutka lektura to dosyć gorzka lekcja na temat miłości – Inoue udowadnia, że na to dziwne uczucie nie składa się wyłącznie tęsknota, by być kochanym. My również musimy przyjąć aktywną postawę, tj. starać się pokochać, nie pozostając jedynie obiektem uniesień i adoracji.