Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.

czwartek, 27 marca 2014

Przegniłe kontakty

 

Martwe wesele

Asja Srnec Todorović


Tytuł oryginału: Mrtva svadba
Reżyseria: Ana Nowicka
Teatr: BARAKAH
Czas trwania: ok. 1 h








Podziemia kamienicy Klezmer Hois, w których mieści się Teatr BARAKAH, charakteryzują się specyficznym oraz niepowtarzalnym klimatem. O wyjątkowości tego dobytku kultury decyduje niezwykła wręcz bliskość sceny, która na dobrą sprawę wtopiona jest w widownię. Publiczność pozostaje w bezpośrednim kontakcie z teatralną trupą, mając możliwość dokładnego studiowania każdego ruchu, każdego gestu, każdego tiku goszczącego na twarzy aktora. Scenografia to prawdziwa sztuka minimalizmu – niewielka przestrzeń musi zostać w pełni wykorzystana, doskonale zaaranżowana, by oddać nastrój panujący w sztuce. Ale dość już tego, światła gasną, z głośników wydobywa się muzyka, donośna, rytmiczna, dudniąca, niepokojąca.
Obsada spektaklu - foto by Piotr KubicCisza. Nieprzeniknioną ciemność rozjaśnia blask świecy. Oto oczom widza ukazuje się młody, szykownie ubrany człowiek. Garnitur, starannie zaczesane włosy, błyszczące buty. Tak, domysły są słuszne. Oto Pan Młody (Dariusz Starczewski) przybywa w gościnę do swojego przyszłego teścia, prosić o rękę jego ukochanej córki. Elegancki, starszy Żyd (Franciszek Muła) siedzi za prostym stołem, na którym znajduje się skromny posiłek. Panna Młoda (Monika Kufel), uśmiechnięta od ucha do ucha, ma już na sobie białą, piękną suknię. Wydaje się zatem, że wszystko jest gotowe na doniosłą uroczystość, lada chwila powinna zacząć grać muzyka. Chociaż... Sytuacja, którą obserwujemy po głębszym zastanowieniu jest na wskroś dziwna. Wyczuwalne jest pewne napięcie, którego źródła nie sposób jednak wskazać. Data wesela jest ciągle przesuwana, z ust ojca padają kolejne terminy, zwlekanie, odkładanie, przeciąganie przybierają wręcz rytualną formę. Negocjacje dotyczące tego wydarzenia przypominają bardziej targ, zawieranie umowy, w której każda strona zaciekle walczy o swój interes, korzyści, racje. Miłości trudno się doszukać, a w dodatku w powietrzu zalęgło się coś ledwie wyczuwalnego, lekko zalatującego zgnilizną.
Przeszkodą, której nie sposób obejść okazuje się kaprys Panny Młodej, by przyszłym małżonkom swojego błogosławieństwa użyczyła matka dziewczyny. Problem w tym, że kobieta nie żyje już od pewnego czasu, a ponadto rzadko i raczej niechętnie opuszcza szafę, w której jest trzymana. Blask słonecznego światła niezbyt służy trupom, a i sama rodzina jakoś nie jest skora do prezentowania światu swojej krewniaczki, która przecież powinna spoczywać w chłodnej, cmentarnej ziemi, z dala od siedlisk ludzkich, gdzieś na obrzeżach miasta.
Spektakl w reżyserii Any Nowickiej powstał w oparciu o sztukę Asji Todorovic, która w niezwykle interesujący sposób balansuje na granicy dwóch światów: śmierci oraz życia. Matka, w której rolę wcieliła się fantastyczna jak zawsze Lidia Bogaczówna to kapryśna maszkara, podstarzała (wręcz martwa!) matrona, której trudno dogodzić. Wszystko zdaje się ją drażnić, denerwować, prowokować do wybuchów złości. Siedzi zatem zamknięta w swojej szafie, pozostając w głębokiej izolacji od świata zewnętrznego, z którym przecież nie powinna mieć już nic wspólnego. Wymowa sztuki jest w tej kwestii dość klarowna. Wg nas, tj. żywych (jeszcze), miejsce zmarłych jest na cmentarzu, a godziny odwiedzin ściśle określone. Nie ma tu zbytnio miejsca na bliskość, czułość, czy ciepło. Śmierć odseparowuje, rozdziela, buduje wyraźną granicę, której w imię dobrego smaku nie powinno się przekraczać. Tymczasem okazuje się, że trup również ma swoje potrzeby, nastroje, fochy, zmiany nastroju. Przekonujemy się o tym jednak dopiero, gdy pamięć o zmarłym zostaje zastąpiona jego fizyczną obecnością. W końcu od bladego wspomnienia dużo bardziej wartościowa jest rozmowa, dobra rada, życzliwe słowo.
W sztuce wyczuwalny jest element groteski, absurdalności, który wydaje się zabiegiem celowym, mającym służyć oswojeniu się z dość trudnym i raczej niechętnie poruszanym tematem zgonu. Chociaż jeśli spojrzeć z pewnym dystansem na naszą cywilizację, która (szczególnie ta zachodnia) często określana jest mianem cywilizacji śmierci, można dostrzec w niej pewne absurdy, zgrzyty oraz sprzeczności. Z jednej strony legalne w coraz większej ilości krajów zabiegi aborcji oraz eutanazji, a z drugiej umieranie jako temat tabu, kwestia drażliwa, nieznośna, poruszana bardzo niechętnie, spychana na margines społecznego zainteresowania z racji bezmyślnego kultu młodości. Nikt nie ma ochoty patrzeć na męczarnie ludzi chorych, ludzi starszych, ludzi cierpiących. Proces odchodzenia pragnie się maksymalnie skrócić, zredukować, uprościć, tak by przypadkiem twarze naznaczone troską nie wryły się zbytnio w pamięć. Człowiek istnieje, trwa, egzystuje, aż nagle pewnego dnia po prostu znika, przy czym dezintegracji fizycznej towarzyszy postępujący rozkład pamięci o zmarłym.
Ale wracając do sztuki. W miarę jak spektakl trwa, widza zaczynają ogarniać coraz większe wątpliwości, dotyczące w szczególności osoby Panny Młodej oraz Ojca. W jaki sposób kontaktują się oni ze zmarłą? Dlaczego postanowili zachować jej ciało w domu? Dlaczego, mimo doskonałego, wzajemnego zrozumienia, sięgającego poziomu wręcz metafizycznego, oboje mają ogromne problemy, żeby dogadać się z Panem Młodym, którego można uważać za przedstawiciela, czy też reprezentanta świata zewnętrznego? Cóż znaczą ich urywane zdania, słowne gry i zabawy, w których obcy mężczyzna wydaje się słabo orientować? Czy wreszcie ich postępowanie nie jest jawną kpiną, wystawianiem na próbę cierpliwości młodego, coraz bardziej zdesperowanego człowieka, który ciągle nie może doczekać się jasnej deklaracji, co do wesela? Kontakty z Panem Młodym przypominają droczenie się, prowokowanie, ale to również swoisty rytuał, odgrywany dzień w dzień, schemat, którego powtarzalność niesie ze sobą ukojenie, spokój, pewność. Szczególnie ta ostatnia wydaje się nieodzowna w rzeczywistości, która momentami przypomina oniryzm, senny majak, której brak trwałych fundamentów w postaci zdrowego rozsądku, czy logiki.
Sztuka ukazuje również w interesujący sposób jak wyglądają współczesne międzyludzkie kontakty. Relacje pomiędzy Panem Młodym a Panną Młodą są płytkie oraz powierzchowne. Sztuczne, nieszczere uśmiechy, sztampowe rozmowy o niczym, puste slogany rzucane w przestrzeń bez wyraźnego adresata. Brak autentycznej rozmowy, w której bylibyśmy świadkami dialogu. Zamiast tego mamy wymianę zdań, przywodzącą na myśl wygłaszane na przemian, niekiedy przeplatające się monologi. Dwójka ludzi, którzy zamierzają połączyć się świętym węzłem małżeńskim przypomina zupełnie odrębne światy, które w żadnej mierze nie przenikają się wzajemnie. Miłosna osmoza wydaje się być absolutnie wykluczona, niemożliwa, nierealna.
Na szczególną uwagę zasługuje także muzyka, która stanowi nieodzowny element spektakli, prezentowanych przez Teatr BARAKAH. W znakomity sposób uzupełnia ona aktorską grę, podkreślając wagę wybranych kwestii, czy budując napięcie w najbardziej dramatycznych momentach. Harmonicznie współgra z minimalistycznym światłem, sprawiając wrażenie dosyć przytłaczające i mroczne, tak, że niekiedy widz mimowolnie wzdrygnie się, wytężając przy tym wzrok w półmroku, by upewnić się, że nic mu nie grozi, że wszystko to tylko gra, fikcja. Niewielka sala, która za sprawą teatralnej magii staje się sceną charakteryzuje się ponadto bardzo dobrą akustyką, którą w pełni wykorzystano. Szepty, chichoty, powtarzane niczym zaklęcia kwestie brzmią jeszcze bardziej piorunująco, a przez to przekonująco. Wisienką na torcie jest śpiew, który stanowi harmoniczne dopełnienie całości.
Reasumując, po raz kolejny skorzystałem z gościnności Teatru BARAKAH i ponownie nie zawiodłem się. Ana Nowicka udowadnia, że można tworzyć teatr niekomercyjny, mocno awangardowy, w którym znane nazwiska zastąpiono znakomitą grą, kreatywnością oraz szczerą pasją. Jako widz zaproszony zostałem do podróży w świat wyimaginowany, na poły fantastyczny, którego oniryczna fasada skrywa jednak zaskakująco, czy wręcz niepokojąco wiele punktów wspólnych z otaczającą nas rzeczywistością. Po ostatnich muzycznych akordach w głowie kołacze nieznośne pytanie, którą stronę szafy wybrać. 
P.S. Fotografia autorstwa Piotra Kubica pochodzi z serwisu www.teatrbarakah.com 


Wasz Ambrose

środa, 26 marca 2014

Moja pierwsza antyrecenzja




Resortowe dzieci. Media

Autorzy:

Dorota Kania, Jerzy Targalski, Maciej Marosz

wydawnictwo: Fronda PL, Sp. z o.o. 2013







Kiedy znajomy dał mi do przeczytania książkę trójki autorów (Dorota Kania, Jerzy Targalski, Maciej Marosz) o dziwnym tytule Resortowe dzieci. Media, miałem przeczucie, że będzie to droga przez mękę. Jak każdemu innemu dziełu, nawet najbardziej poronionemu, postanowiłem dać jednak szansę i Resortowym dzieciom, czyli przeczytać od deski do deski, nie zapoznając się wcześniej ze zdaniem innych, nie uprzedzając się w żaden sposób. Tym razem przeczucie mnie w pewnym sensie myliło, ale po kolei.

Już na wstępie rzuca się w oczy podpis pod wstępniakiem „OD WYDAWCY” - „Wydawca”. Dziwne, gdyż tekstu nie napisało przecież całe wydawnictwo łącznie z drukarzami, a w dodatku „Wydawca” napisane dużą literą, więc niby nazwisko albo pseudonim. Niestety Wikipedia na temat „Wydawcy” milczy, a szkoda, bo chętnie bym znał personę, gdyż miałbym kogo zjechać. Jakoś jednak przebrnąłem przez wspomniany wstęp, potem, choć już mną rzucało, przez wstęp właściwy, a nawet kawałek dalej. Później już nie dałem rady. Przeczytałem jeszcze tylko fragmenty odnalezione przy pomocy zamieszczonego na końcu skorowidzu nazwisk, a potem poległem. Pierwszy raz w życiu chyba, a na pewno odkąd zacząłem zapisywać me wrażenia z lektur. Strawiłem wszystko, od Pisma Świętego po Mein Kampf, ale tym razem mój literacki żołądek odmówił. To nie jest kwestia niestrawności, to po prostu trucizna. Taka w rodzaju alkoholu metylowego. Jednych zabija, innych oślepia. Uczuleni mają dobrze, nie mogą pić, i dziękuję Bogu, że na ten literacki specjał mam alergię, ale przerażają mnie ci, którzy go przyjmą w pełnej dawce. I los społeczeństwa, które takie rzeczy przyswaja, a że przyswaja, to podobno potwierdzają niezłe swego czasu wyniki sprzedażowe.

Czy można recenzować książkę, której się nie czytało? Dotąd myślałem, że nie, ale paradoksalnie, dzięki Resortowym dzieciom, wiem już, że można. Właściwie, jako umysł raczej ścisły niż humanistyczny, powinienem już dawno to przyznać, ale jakoś tak się wzdragałem.

Matematyk, fizyk czy chemik, analizując rozwiązanie problemu, nie musi go poznawać do końca, jeśli na samym początku zauważy kardynalny błąd, nie mówiąc o wielu błędach. Nie ma znaczenia, czy dalej rozumowanie będzie prawidłowe, obliczenia poprawne. Zadanie nie zostanie rozwiązanie. Dlatego właśnie, pomimo faktu, iż nie poznałem tej książki do końca, postanowiłem skreślić o niej kilka słów.

Całość kręci się wokół tezy, iż media w Polsce są we władaniu dzieci komuchów, co powoduje wiadome wszystkim konsekwencje, jak między innymi sprzeciwianie się dekomunizacji i lustracji. Od Okrągłego Stołu mija właśnie ćwierć wieku, więc wszystkie komuchy, z wyjątkiem tych, które w ostatnich dniach PRL-u dopiero zapisały się do Partii, już siedzą na rentach i emeryturach. Co więc dekomunizować i lustrować? Uniwersytety trzeciego wieku i Domy Opieki? Bo chyba nie prywatne firmy? Nikt rozsądny nie powinien na to tracić czasu, który można przeznaczyć na tworzenie przyszłości. Chyba, że u podstaw leży co innego. Na motywy powstania tej książki mogą rzucić światło następujące słowa z niej zaczerpnięte: „Przedstawienie przez nas relacji rodzinnych w żadnej mierze nie zmierza do obciążenia dzieci winami ojców, gdyż każdy sam ponosi odpowiedzialność za swoje czyny. Chodziło nam o ukazanie środowiska, w którym kształtowały się charaktery i które ułatwiało swoim dzieciom awans – choćby korzystający z tego nie miał świadomości otaczających go zależności.” I słowa te piszą Maciej Marosz – osoba szerszemu ogółowi praktycznie nieznana, a więc o tajemniczym politycznym rodowodzie, Dorota Kania, której macocha była członkiem PZPR i Jarzy Targalski, którego ojciec był w PZPR niezłą fiszą, m.in. redaktorem partyjnych pism i pracownikiem Zakładu Historii Partii przy KC PZPR*. Pięknie podsumował to jeden z recenzentów** słowami: „Dzieci działaczy PZPR, którym się nie udało (…) piszą o dzieciach działaczy PZPR, którym się udało (…). W dyskusji pominięte zostały dzieci działaczy PZPR, które nie pasowały do klucza (…).”

Zawiść jako motyw działania nie jest szczególnie godna pochwały, ale choć powoduje niesmak, nie byłaby w stanie odrzucić mnie od lektury. Gorszy jest fanatyzm i zakłamanie.

Nienawidzę nietolerancji i fanatyzmu, ale jeszcze bardziej nienawidzę zakłamania. Od pierwszych akapitów tej książki myślałem o Macieju Giertychu, przebrzmiałej już ikonie polskiej ortodoksyjnej, nacjonalistycznej kato-prawicy, który w 2005 roku, w wyborach prezydenckich, był oficjalnym kandydatem Ligi Polskich Rodzin z pełnym poparciem Młodzieży Wszechpolskiej, a którego syn również jest postacią i medialną, i polityczną. I nie przeszkadzało to tym środowiskom, utożsamianym z tendencjami nacjonalistycznymi, prawicowymi i dekomunizacyjnymi, iż tenże sam Maciej Giertych aż do 1989 roku (sic!) nawoływał do popierania Stanu Wojennego i Jaruzelskiego w ogóle. I oczywiście (sprawdziłem w skorowidzu) w książce nazwisko Giertych (Roman) występuje tylko raz, ale absolutnie nie w kontekście komunistycznego rodowodu. To samo, co u „innych” jest najcięższym grzechem, u „naszych” nie jest nawet warte zauważenia. Ta cecha jest charakterystyczna dla polskich ortodoksyjnych środowisk katolicko-prawicowych i była ona chyba jednym z powodów, dla których obóz skupiony wokół Kaczyńskich nie zdołał długo utrzymać się przy władzy. Nie można się zresztą dziwić, skoro łączy te środowiska nienawiść do Żydów i miłość do Jezusa oraz jego rodziny, mimo iż wszyscy tam byli Żydami z dziada pradziada.

Manipulacja. Totalna i perfidna manipulacja czy po prostu głupota? Sam nie wiem, co gorsze. Spójrzmy na takie zdanie: „Bo czy wypada, aby dziennikarka nowoczesnej telewizji była przeciwniczką aborcji albo zwolenniczką autonomii członków Unii Europejskiej?” Naprawdę przecież nie chodzi o aborcję, bo nikt tego nie popiera, to nie fason żakietów na najbliższy sezon, tylko o karalność aborcji. Nie chodzi o autonomię członków Unii Europejskiej, tylko o poziom tej autonomii. Zamienianie dyskusji o karalności aborcji na dyskusję o aborcji i rozważań o poziomie autonomii na pytanie o istnienie autonomii to ewidencja manipulacja. Najgroźniejsze jest to, że wśród szerokich mas, z definicji niezwyczajnych uważnej lektury, nienawykłych do krytycznego myślenia, a często po prostu ciemnych, manipulacja ta ma duże szanse na sukces.

Szukanie wszędzie agentów. Temat, który by mnie śmieszył, gdyby nie był naszą narodową tragedią, jedną z wielu zresztą. Nie zdziwiło Was nigdy, że prawica znajduje całe rzesze agentów, PRL-owskich agentów, w… szeregach dawnej i obecnej lewicy. Jakieś głupie musiały być te komunistyczne służby, skoro bezpieka większość agentów miała u siebie, zamiast u autentycznej opozycji. I jakoś nikt nie zapyta, gdzie agentura sowiecka. Biorąc pod uwagę jej rozmiary i specyfikę służb radzieckich, nastawionych raczej na osobowe niż techniczne źródła informacji, powinniśmy mieć obok agentów naszej rodzimej bezpieki również kupę agentów sowieckich. A w tym temacie cisza…

Wszystko to wielkie, przepotężne minusy przedmiotowej publikacji, ale nawet one nie zniechęciłyby mnie do niej ostatecznie. Do omówienia najgorszego niech posłuży Wałęsa, który się też w tej książce przewija od samego początku. Niechby sobie Wałęsa nawet był tym Bolkiem. Skoro zdążył już zrobić to, co zrobił, czyli stać się ikoną demokracji i upadku komunizmu, dyskusja o tym powinna już interesować tylko historyków. Polska zaś wciąż jest uwikłana w wojnę o Bolka, czego najlepszym przykładem i Resortowe Dzieci. Tak jakby Wałęsa już zakończył byt polityczny. W normalnym kraju, w którym nie panuje zaraza politycznej amnezji, ludzie pamiętaliby, jakie były postulaty Wałęsy oraz MKS z sierpnia 1980 roku i rozliczyli go z prawdziwej zdrady - zdrady ideałów. Zdrady, jaką są jego obecne wypowiedzi, jak choćby te o konieczności i akceptowalności wydłużenia wieku emerytalnego będące hańbą dla bojowników sierpnia. To zafiksowanie na przeszłości blokujące reakcję na teraźniejszość i rozliczanie nie za czyny, ale za przekonania, jest chyba jedną z najgorszych rzeczy, jaka mogła się nam przytrafić, tym bardziej, iż trapi wszystkie opcje polityczne. Kiedyś na zajęciach z prawa wykładowca kładł nam do głowy, iż do więzienia nie idzie się za to, że się jest psychopatą, tylko za zabójstwo, nie za nieakceptowalne upodobania seksualne, ale za zgwałcenie czy czyn pedofilski, nie za pożądanie cudzej własności, a za kradzież. Nie za etykietkę, a za popełnienie czynu zabronionego. Niestety, ta reguła absolutnie nie przystaje do naszej polityki i mechanizmów społecznych. Co gorsza, ostatnio i w prawie karnym pojawiają się dziwne rzeczy, gdyż gangrena osądzania na podstawie etykiet przenika z polityki i dziennikarstwa już nawet do tej dziedziny.

Nie lubię pisać o sobie. Moje doświadczenia są jednostkowe i trudno na ich przykładzie cokolwiek uogólniać. Muszę jednak wyjaśnić jedną sprawę. Moi rodzice nigdy w żaden sposób nie zbliżyli się do władz PRL-u, a o wstąpieniu do partii nawet nie było mowy. Zachowali pamięć o pochodzeniu z przedwojennej inteligencji, nie chcieli układać się z władzą, ale Polska była tylko jedna. Nie w Londynie, ale tutaj. Przez całe życie uczciwą pracą, bez żadnych układów, z mozołem dorabiali się mieszkania i renomy dobrych specjalistów. Nigdy nie szli na kompromis, nie łamali przepisów, nie ulegli korupcji ani nie korumpowali. Nie wojowali z systemem ani nie prowadzili krucjaty przeciwko złu i głupocie, ale gdy musieli dokonywać wyboru, zawsze wybierali dobro i prawość, a potem ponosili konsekwencje. Inni awansowali szybciej, szybciej się bogacili, ale przecież, gdy trzeba było naprawdę dobrych fachowców, i tak sobie o nich przypominano. Bywało ciężko. I tak to szło. Po gierkowskiej odwilży ojciec został nawet dyrektorem dużej państwowej firmy i mimo tego nikt nigdy nawet nie insynuował, iż mógł mieć jakiś układ z komuną. Dlatego, gdy rodziła się Solidarność, mamie zaproponowano wstąpienie do nowego ruchu, by podkreślić, że władzę przejmą fachowcy. Odmówiła, a gdy spytałem o przyczyny, odpowiedziała, iż zna zbyt wielu ludzi, którzy już się tam wkręcili, i w takim towarzystwie nie ma się zamiaru obracać. Ojcu nawet nie proponowali, gdyż wiedzieli, że jest jeszcze bardziej cięty na nierobów, nieudaczników i kombinatorów, czyli jest niepolityczny. Teraz, gdy rodzice widzą, co się dzieje, mówią, że w dzisiejszych realiach chyba wylądowaliby na bruku i pomarli z głodu, gdyż chyba żadna polska firma, ani państwowa, ani prywatna, nie potrzebuje ludzi, którzy wszystko robiliby zgodnie z prawem, zasadami sztuki i po prostu uczciwie. Wychowany w takich klimatach nie mogę patrzyć na obecną władzę i to, co się dzieje w Polsce, z sympatią. Najtragiczniejsze jest to, że opozycja wydaje mi się jeszcze bardziej odrażająca, podobnie jak PSL, który zawsze jest gotów związać się ze zwycięzcą. Wyniki wyborów wskazują na to, że nie tylko ja tak mam, a wyborcy w rozpaczy miotają się od skrajności do skrajności. Obalili socjalizm (komunizm to może był za Gomułki) tylko po to, by niedługo potem znów prawie jednogłośnie wybrać lewicę z PRL-owskim rodowodem. Potem rzut na drugą bandę i Kaczyńscy. Teraz znów liberalne centrum, które jak się okazało niczego nie zrobiło, by skierować kraj ku uczciwości i normalności. Co dalej? Czekać na faszystów? Jednym z głównych problemów jest to, że mechanizmy, które w „normalnych” krajach są podstawą działania kapitalizmu i demokracji, w ogóle w Polsce nie działają. Wśród nich niestety ocenianie ludzi i polityków po czynach, a nie po obietnicach, nazwach i programach. Wiara, iż etykieta „nasz” sprawi, że ktoś stanie się dobry, a etykietka „obcy” jest tożsama ze złem, zdaje się mieć coraz więcej wyznawców. Nie jest ważna inteligencja, fachowość czy uczciwość, tylko przynależność. I niestety Resortowe dzieci idealnie się w tę patologię wpisują od pierwszej strony. Interesującemu się historią i polityką nie przyniosą niczego nowego, ale wśród szerokich rzesz, którym za wiedzę wystarczy kazanie raz na tydzień, telewizja, plotki pod budką z piwem i może jakaś książka raz na rok, dadzą „prawdziwą wiedzę” prowadzącą do… nawet nie chcę o tym myśleć. Wolę na tym zakończyć. Jeśli chcecie się z tą publikacją zmierzyć, spróbujcie, choć to strata czasu i nerwów. Ale broń Boże nie polecajcie jej nikomu, kto jeszcze nie ma szerszej wiedzy o świecie, historii i polityce, albo wykazuje skłonności ku teoriom spiskowym i wierze w naród wybrany. W tym kraju coraz więcej jest ludzi uważających, iż wszystko co złe, to wina Żydów, komuchów i innych „Innych”. I coraz mniej tych, którzy zauważają, że ci inni są tacy sami jak my, jak te resortowe dzieci, które piszą o innych resortowych dzieciach, ale tylko o niektórych, nie o swojakach.

Nie ulega wątpliwości dla nikogo, kto interesuje się historią, polityką i mechanizmami społecznymi, iż część dawnej PRL-owskiej nomenklatury oraz jej spadkobierców ma spore udziały w dzisiejszym układzie władzy w Polsce, również, a może zwłaszcza, w tym bardziej nieformalnym. Nie można jednak z samego rodowodu człowieka wyciągać wniosku o jego moralności i pisać wywodów pod z góry założoną tezę. Tym bardziej, że autorzy sami przyznają, iż ta oś ich poglądów jest bez sensu, gdyż o samych sobie nie myślą tego, czego o resortowych dzieciach, choć przecież też się do nich zaliczają. Typowa moralność Kalego.

Przekonanie, iż udział we władzy, będący dla autorów synonimem granicy między dobrem i złem, przebiega między rodowodem komunistycznym i niekomunistyczny, jest tak infantylna lub tak perfidna, albo jedno i drugie jednocześnie, że tylko nienawiść wykluta z zawiści mogła być początkiem takich poglądów. O wiele bliższe prawdy spojrzenie ma na temat przyczyn tragicznej kondycji polskiej IV władzy choćby Mariusz Zielke w swych powieściach kryminalnych. To polski drapieżny kapitalizm okazał się największym wrogiem demokracji i dobrego dziennikarstwa. Przytaczając słowa Zielke, cenzura ekonomiczna okazała się dużo bardziej drapieżna i bezwzględna, niż ideologiczna z czasów PRL-u. Potwierdzenie słuszności tej tezy widać i w życiorysie Mariusza Zielke, i w dzisiejszych mediach. Wystarczy uważnie słuchać i patrzeć. Można snuć najbzdurniejsze nawet teorie, nawet o światowym spisku Żydów i komuchach rządzących Polską. Można nawet wydać książkę taką, jak Resortowe dzieci. Tak naprawdę nikomu to nie przeszkadza. Może nawet jest na rękę, gdyż odsuwa w cień sedno problemu. Jednak wszelkie próby dobrania się do rzeczywistego układu, którym rządzi, niczym w królestwie Gomorry, sieć doraźnych interesów nie dbających o korzenie polityczne, obecną orientację ani o nic innego poza pieniądzem, są torpedowane z całą bezwzględnością. Popatrzcie jak zamiatane pod dywan są przez wszystkie kolejne rządy wszelkie afery gospodarcze. Media rozdmuchują je tylko przez chwilę, a potem sprawy się wyciszają, gdyż to szkodzi interesom. Kuriozalnie, takie książki jak Resortowe dzieci są wodą na młyn prawdziwego układu władzy, gdyż czynią ludzi ślepymi na tę gangrenę, która toczy Polskę, na prawdziwą Gomorrę, która nie ogranicza się do Warszawy, ale coraz bardziej przenika cały kraj, od gmin i wiejskich probostw zaczynając. Chorobę, która przeżarła tkanki biznesu i społeczeństwa od najmniejszych zakładów pracy po największe firmy, od lokalnych gazetek wysławiających miejscowych włodarzy po wielkie koncerny medialne. Mam wrażenie, że gdyby ludzie więcej czytali o psychologii społecznej, zwłaszcza przystępnie napisane i pełne autentycznej wiedzy książki Zimbardo, takie rzeczy jak Resortowe dzieci miałyby mniej czytelników i niech to będzie zarazem oceną książki i przesłaniem dla tych, którzy chcą poznać naszą (i nie tylko naszą) rzeczywistość


Wasz Andrew


* http://www.fakt.pl/dorota-kania-zdemaskowana-jej-macocha-byla-w-pzpr,artykuly,438493,1.html
** Artur http://lubimyczytac.pl/profil/74066/artur

Resortowe dzieci. Media [Dorota Kania, Maciej Marosz, Jerzy Targalski]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE



poniedziałek, 24 marca 2014

Paserzy Hitlera




Sprawa Rembrandta

Daniel Silva

tytuł oryginału: The Rembrandt Affair

tłumaczenie: Wojciech Jędruszek

wydawnictwo: Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA S.A. 2012






Sięgając po Sprawę Rembrandta, dziesiątą powieść w cyklu* opowieści o Gabrielu Allonie, izraelskim szpiegu-zabójcy, który wycofał się z branży i zajął renowacją obrazów największych malarzy wszech czasów, w czym okazał się wirtuozem równie znakomitym, co wcześniej w eliminacji wrogów państwa żydowskiego, miałem nadzieję, iż znów czeka mnie klasyczna powieść szpiegowska z tłem historycznym, politycznym i społecznym, w specyficzny sposób przypominająca jeden z moich ulubionych gatunków beletrystyki – szwedzką szkołę kryminału społecznego.

Allon zwany Aniołem osiadł wraz z żoną w romantycznym, odludnym zakątku wybrzeża Kornwalii. Zamierzał zająć się przywracaniem pierwotnej świetności dziełom dawnych mistrzów pędzla. Zdążył już zdobyć w tej branży renomę nie mniejszą niż w trudnej sztuce zabijana. Przyjaciel Gabriela, ekscentryczny londyński marchand Julian Isherwood trafia na kolejną okazję życia. W jego ręce wpada sfatygowany, lecz wspaniały i niezwykle cenny obraz Rembrandta. Ponieważ Julian wie, iż Anioł nie jest jeszcze gotowy do pracy po ostatnich przygodach, zleca odnowienie arcydzieła innemu specjaliście. Niestety, nieznany sprawca kradnie Rembrandta zabijając przy okazji konserwatora, który stanął w obronie tego skarbu sztuki. Teraz Isherwood nie ma już innego wyjścia, jak zwrócić się o pomoc do swego żydowskiego przyjaciela. Oczywiście te fakty są tylko wierzchołkiem góry lodowej, z którą zderzy się nasz dotąd niezwyciężony Anioł. Fabuły nie będę zdradzał, jest wielkim atutem powieści. Główna intryga, pomysłowa, oryginalna i przekonująca, początkowo bardziej wyglądająca na kryminał niż opowieść o tajnych służbach, perfekcyjnie oparta jest w szerokim i głębokim tle utkanym z polityki i historii. Muszę stwierdzić, iż pod tym względem jest to rzecz dużo lepsza niż pozostałe dwie powieści cyklu, które już czytałem (druga i jedenasta), a ponieważ i one są bardzo dobre, więc nie pozostaje nic innego, jak użyć określenia, iż jest świetna.

Zwykle używa się haseł szybka akcja, pełna zwrotów, trzymająca w napięciu. I w tym wypadku nie byłyby to zwykłe zwroty reklamowe, ale szczera prawda. Byłyby, gdyby nie to, że tym razem Silva osiąga poziom wyższy – staje się wirtuozem gatunku. Nie katuje nas ciągłym pędem zdarzeń, bezustannym nużącym czytelnika napięciem. Wplata elementy życia i realiów świata cieni – momenty przestoju, oddechu, a nawet czekania. Gra emocjami czytelnika i gra na nich, prowadzi nas przez fabułę raz podnosząc nam adrenalinę, za chwilę dając moment na refleksję, to znów rzucając w niespodziewany wir gwałtownych wydarzeń. Całość nakreślona bardzo przejrzyście, przekonująco, ze znawstwem realiów pierwszoplanowych a przy tym wszystkim, co bardzo rzadko spotykane w tym gatunku, w tle serwując wiele informacji, które mogą być zaskoczeniem nawet dla interesujących się polityką i jej mechanizmami oraz historią. Ludziom znającym te dziedziny tylko z pobieżnej lektury szkolnych podręczników i propagandowych stereotypów upowszechnianych przez masmedia niektóre fakty mogą się wydać wręcz zmyślone, ale niestety nie są.

Haniebna rola banków szwajcarskich w zagrabieniu majątku Żydów wymordowanych przez III Rzeszę, równie niegodziwy udział Holandii w Ostatecznym Rozwiązaniu kwestii żydowskiej, godne najwyższej pogardy zachowanie Watykanu wobec Hitlera i jego siepaczy nie tylko w czasie wojny, ale przede wszystkim po niej, to tematy mocne i wciąż aktualne, gdyż ich następstwa są widoczne nawet dzisiaj. Nie brak i aspektów jak najbardziej na czasie, jak choćby agresywny islam, rola USA jako żandarma świata czy budząca poważne obawy potęga niektórych firm, a nawet osób prywatnych, które ze względu na środki, którymi dysponują, mogą być poważnym problemem, w razie konfliktu interesów, nawet dla bogatych i mocnych państw. Mniejsze nie mogą nawet podjąć z nimi równorzędnej walki, o ile w ogóle są na tyle niezależne, by zdołały wyartykułować jakąkolwiek sprzeczność dążeń.

Ze szczegółów dotyczących świata tajnych służb świetnie oddany jest problem, którego nie tylko Polska zdaje się w ogóle nie zauważać. Co się dzieje z odchodzącymi do cywila specjalistami? Jeśli nie da się im atrakcyjnej alternatywy, jeśli się ich nie będzie monitorować, poszukają sobie miejsca w prywatnych firmach, których cele niekoniecznie są zbieżne z dobrem państwa lub narodu, albo wręcz trafią do mafii czy wrogich struktur. Innym smaczkiem jest pozornie poroniony pomysł, by zawartość archiwum chronić przez… bałagan. W rzeczywistości pomysł równie genialny, co szalony. Utrudnia co prawda korzystanie z bazy danych również uprawnionym użytkownikom, ale za to skutecznie uniemożliwia nieupoważnionym, gdyż zawsze dla nieautoryzowanego dostępu czas jest ograniczony, w związku z czym znajomość struktury (możliwość poszukiwania interesujących danych) jest aspektem kluczowym. A gdy takiej struktury brak…

Zapewniam, że po przeczytaniu tej powieści Ci z was, którzy wciąż jeszcze nie widzą niczego złego w telefonii komórkowej i myślą o niej jako o zdecydowanie lepszym rozwiązaniu niż tradycyjna, całkiem inaczej zaczną postrzegać komórki, tablety, laptopy, internet i inne najnowsze technologie.

Chyba jedyną rzeczą, którą można autorowi zarzucić, za to bardzo poważną, choć to błąd spotykany powszechnie, jest przedstawianie zbrodniarzy nazistowskich jako bestie, jako ludzi bez sumienia czy psychopatów. Rzeczywistość jest dużo gorsza – byli to w zdecydowanej większości ludzie jak najbardziej normalni. I to jest właśnie tak przerażające, że prawdy nie chcemy przyjąć do świadomości, co z kolei sprawia, iż takie rzeczy wciąż się powtarzają i będą się powtarzać tak długo, jak długo nie będziemy mieli odwagi, by zrozumieć przyczyny takiego zła i im przeciwdziałać. Odbiegam jednak od tematu, więc zainteresowanych odsyłam do Efektu Lucyfera i innych dzieł Zimbardo.

Przy okazji Sprawy Rembrandta naszła mnie taka refleksja – dlaczego w zdecydowanej większości powieści i filmów „po fakcie” to mężczyzna idzie spać, a kobieta robi to, co ma zamiar zrobić, czyli na przykład grzebie mu w komputerze? Freud miałby pewnie na to jakieś wytłumaczenie.

Po poprzedniej mojej lekturze książki z tego cyklu (Portret szpiega) padła w komentarzach kwestia, iż ciekawą może być przyczyna, dla której Daniel Silva zmienił wyznanie z katolickiego na judaizm. Wydawało mi się, iż pewną odpowiedź na to można uzyskać już przez uważną lekturę tamtej powieści, ale Portret Rembrandta wykłada wręcz kawę na ławę.

Wszyscy tęsknimy za poczuciem przynależności i wspólnoty. To można zaspokoić poprzez podpięcie się pod piłkarski klub kibica lub jakąkolwiek inną wspólnotę, z religijnymi włącznie. Jednak dla ludzi, którzy pragną wyższego etapu, którzy pragną wiary spójnej z ich głębokimi, osobistymi przekonaniami, wiary dającej niezachwianą pewność w słuszność obranej drogi, siły by z uporem przez całe życie tą drogą podążać, katolicyzm raczej nie jest zbyt atrakcyjną opcją. Jest pełny dwulicowości, od podstaw doktryny poczynając**, na prowadzeniu się kościelnych hierarchów i polityce Watykanu kończąc. Nie mówię tutaj o ludziach, którzy wierzą w znaczeniu słownikowym, w naturze raczej nie spotykanym, czyli tych, którzy widzieli Boga albo słyszeli Głosy. Mam na myśli wszystkich tych, którzy jeśli się urodzili katolikami, to wierzą w Chrystusa, a jeśli rzut kostką losu wypadnie inaczej, i urodzą się gdzie indziej, to wierzą Allacha. I którym nie objawia się jakikolwiek Bóg, tylko zgodnie z wiarą deklarowaną ktoś z ich panteonu – Jezus albo Matko Boża objawia się chrześcijanom, ale nie muzułmanom, i odwrotnie. Ci ludzie, gdy sobie uzmysłowią, że ich wiara to tylko kaprys losu, który kazał im być katolikami, a nie kimkolwiek innym, mogą poczuć atrakcyjność judaizmu. Silne, bardzo silne poczucie wspólnoty, jakie on oferuje, wspólni wrogowie i, co chyba szczególnie ważne, pewnego rodzaju uczciwość, której brak choćby Watykanowi, a co szczególnie widać wobec narastającego konfliktu z islamem, i za co przyjdzie kiedyś Zachodowi zapłacić rachunek. Co jakiś czas wspomina się u nas o mordowaniu chrześcijan w krajach islamskich, ale obowiązuje hasło, że muzułmanie to dla katolików bracia w wierze. Ba! Kraje na wskroś katolickie, jak Polska, wysyłają swe wojska, by broniły rządów, które zakazują wyznawania chrześcijaństwa, a za propagowanie tej religii karzą śmiercią. Totalne zakłamanie. Judaizm zaś wyraźnie mówi – to są wrogowie Izraela i Zachodu. Może nie wszyscy muzułmanie są wrogami, ale znacząca większość na pewno. Islam to obcy świat, który jest sprzeczny z ideałami i kulturą Zachodu w sposób uniemożliwiający ich połączenie. To podejście, obrażające naszą poprawność polityczną, może być bardzo atrakcyjne dla ludzi lubiących uczciwość i ceniących prawdę. Poza tym, przyjmujący judaizm automatycznie staje się Żydem. To również znacząca, zdecydowanie jednocząca współwyznawców, różnica w porównaniu do innych religii, gdzie można być tego samego wyznania, ale nienawidzić się i mordować z powodu przynależności choćby do innych narodowości, czego w dziejach niezliczone przykłady, podobnie jak w dniu dzisiejszym. Oczywiście, faktyczne powody decyzji autora mogły być inne, ale taki jest wydźwięk jego powieści w tym zakresie. To była jednak tylko taka luźna refleksja, która nie powinna mieć znaczącego wpływu na ocenę książki, a jeśli ma , to tylko jako dodatkowy plusik, za subiektywne, ale odważne i wyraźne ujęcie tego akurat aspektu.

Czy jest to książka dla wszystkich? Nie wiem. Na pewno jednak mogę polecić ją tym, którzy nie odrzucają lektury tylko dlatego, iż ktoś ją zaszufladkował do takiego czy innego gatunku. Kawał dobrego literackiego rzemiosła. Fabuła i jej umocowanie w wyważonym połączeniu realiów oraz fikcji tak dobre, że na pewno wymagały prawdziwego natchnienia. Gratka dla miłośników dobrych książek bez aspiracji do wielkiej sztuki. A dla lubiących te klimaty spod znaku walki wywiadów – prawdziwa perełka. Im szczególnie tą akurat powieść polecam, choć i wszystkich Was do jej poznania zachęcam


Wasz Andrew


* seria a Gabrielem Allonem:

1. The Kill Artist (2000)
2. The English Assassin (2002)
3. The Confessor (2003)
4. A Death in Vienna (2004)
5. Prince of Fire (2005)
6. The Messenger (2006)
7. The Secret Servant (2007)
8. Moscow Rules (2008)
9. The Defector (2009)
10. The Rembrandt Affair (2010)
11. Portrait of a Spy (2011)
12. The Fallen Angel (2012)
13. The English Girl (2013)

** Stary Testament to nakaz zemsty totalnej i bez przebaczenia. Nowy Testament to absolutny zakaz wyrównywania krzywd, a nawet obrony, nakaz kompletnego przebaczenia i miłosierdzia. I podobno można wierzyć w oba te przekazy od Boga jednocześnie.