Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.

wtorek, 11 marca 2014

Zwyciężaj albo giń czyli GRA O TRON


George R. R. Martin

Gra o tron

tytuł oryginału: A Game of Thrones
tłumaczenie: Paweł Kruk
seria/cykl wydawniczy: saga Pieśń Lodu i Ognia* (ang. A Song of Ice and Fire) tom 1
Wydawnictwo: Zysk i S-ka 2012

Od czego zacząć? Od filmu (serialu) czy książki, na której został oparty? Kilka razy zmieniałem decyzję przed przystąpieniem do pisania tego testu, aż na koniec postanowiłem; skoro ma to być zapis moich wrażeń z odbioru tych produkcji, wybrać tak, jak wybrał dla mnie przypadek, zwany też losem, przeznaczeniem, albo Wolą Bożą.



Jakiś czas temu kolega namówił mnie na obejrzenie, jak to się teraz mówi, pierwszego sezonu serialu Gra o tron**(Game of Thrones) produkcji HBO, który został wręcz obsypany różnymi nagrodami Początkowo podszedłem do tematu sceptycznie. Pachniało mi to jakąś produkcją fantasy klasy B. Po pierwszym odcinku stwierdziłem, że pewne elementy są interesujące. Zaciekawiony obejrzałem odcinek drugi, trzeci, i tak dalej, aż nagle skonstatowałem, iż właśnie przeleciał odcinek dziesiąty, a ja chcę więcej. Co mnie tak wciągnęło? To pytanie zostawię na koniec. Teraz przejdźmy do książki, którą zapragnąłem poznać po obejrzeniu serialu.

Nie wiemy, czy rzecz dzieje się w przyszłości, przeszłości, czy w alternatywnej historii Ziemi, czy też w ogóle innej rzeczywistości . Osią świata jest kontynent Westeros rozciągnięty od upalnego południa aż do mroźnej północy, a rzecz cała rozgrywa w konwencji rodem ze średniowiecza - pełnej zbroi, mieczy i opowieści o niedawno wymarłych smokach.

Większa część Westeros, podzielona na Siedem Królestw, oddzielona jest od Północy Murem, który ma chronić ludzi, bo to oni głównie zaludniają ziemię, przed Dzikimi i Złem. A może przed Złem i Dzikimi. Przed wiekami Aegon I Zdobywca podporządkował sobie wszystkie Siedem Królestw i jego ród zwany dynastią Targaryenów władał całością niemal trzy wieki. Piętnście lat temu, czyli przed początkiem opowieści, Dom Targaryenów został obalony przez Roberta Baratheona w następstwie Wojny Uzurpatora. Robert Baratheon został nowym królem Westeros. Niestety, niespodziewanie kończy swój żywot. Zaczyna się Gra o tron; jeden by rządzić siedmioma.

Fabuły oczywiście nie będę zdradzał nawet w przybliżeniu. Brzmi to banalnie, ale jest rzeczywiście wielowątkowa. Każdy ród marzący o władzy ma swą własną receptę na jej zdobycie. Każdy jest inny; ma nie tylko specyficzne piętno genetyczne, historię i podstawy, na których opiera swą potęgę, ale i, jak byśmy dzisiaj powiedzieli, własną kulturę korporacyjną, a więc pojęcie o tym, jakie są prawdziwe cele istnienia i jakie środki do ich osiągnięcia są godne, a jakie nie.

George R.R. Martin pokazał się w tej powieści jako mistrz kreacji. Stworzył spójną, przekonującą rzeczywistość o niepowtarzalnym klimacie. Zwykle fantasy jest dla mnie synonimem bezpłciowego kiczu, ale tym razem mamy do czynienia z powieścią prawdziwą. Choć Westeros jest fikcyjne, rządzi się mechanizmami jak najbardziej rzeczywistymi. Żądze ludzkie jako motor historii ukazane w nieskończonej ilości swych odmian. Polityka jako ciągły splot mnóstwa przenikających się drobnych i wielkich intryg. Do tego ludzie, którzy ten świat zaludniają i swymi pragnieniami nadają mu dynamikę. Postacie odmalowane prześwietnie, wręcz fenomenalnie, z niespotykaną śmiałością. Od lalek marzących tylko o księciu w złotej zbroi głupich tak, że wolą podróżować w karecie bez okien, by nie patrzeć na „nudną rzeczywistość” i równie pustych, okrutnych młodzieńców, po szare eminencje; pająki snujące swe sieci ponad układami, władzą, granicami i frontami. Mamy odważnych i tchórzy oraz wszystkie pośrednie stadia między nimi. Widzimy wpływ, jakby powiedział Zimbardo, Systemów i Sytuacji na ludzi, na to jak się zmieniają, jak dobrzy zaczynają czynić zło, a źli mogą być ocenieni pozytywnie. I wreszcie mamy przedstawienie, choć i tak dość nieśmiało w porównaniu do rzeczywistości zarysowane, sił społecznych, wśród których żądze, również seksualne i ich sublimacje, grają znaczącą rolę. Aż ciśnie się na usta porównanie do innych znanych dzieł. Sienkiewicz ze swoją Trylogią i jej wizją polityki wygląda przy Grze o tron wręcz infantylnie, żeby nie powiedzieć dosadniej. Świat Tolkiena wydaje się przy wykreowanym przez Martina jak wykastrowany eunuch przy przepełnionej chucią parze młodych. Nawet Diuna wydaje się w sferze polityki dużo, dużo mniej wyrafinowana. W kwestii różnorodności i śmiałości charakterów ludzkich również trudno znaleźć coś, co mogłoby książkę Martina przewyższyć. Jak z ludźmi, tak i z krainami. To nie jeden zdumiewający świat, jak w Diunie, to nie jedno starcie, jak w Trylogii, to nie czarno-białe podziały na dobro i zło, jak u Tolkiena, ale wojna wszystkich ze wszystkimi, trudne wybory i trudne odpowiedzi; co naprawdę jest dobre, a co złe, a jeszcze częściej – co jest mniejszym złem. Niesamowite klimaty, nie tylko dla każdej z krain, ale i dla każdej społeczności. Momentami liryczna, kiedy trzeba epicka, pełna ważnych prawd i trudnych pytań. Wciągająca porcja prześwietnej rozrywki, przy której zapomina się o tym świecie, a jednocześnie dzieło, nie boję się użyć tego słowa, z głębokimi wartościami.

Świetnym zabiegiem okazało się przenoszenie narratora. Tytułem każdego rozdziału jest imię jednej z postaci i w nim narrator, w trzeciej osobie co prawda, ale zdecydowanie przywiązany jest do tego bohatera. Zna jego myśli, patrzy na świat jego oczami, do ocen stosuje jego kryteria, moralność i umysłowość. Zabieg niesamowicie się udał. Niezwykle pouczające jest spojrzeć na świat to oczami przysłowiowej blondynki, to oczytanego kaleki, to jeszcze kogoś innego. I uświadomić sobie, że w pewnym sensie, te wszystkie rzeczywistości, inne dla każdego z nas, są równouprawnione.

Kiedy czytałem Grę o tron aż się zastanowiłem, czy nie byłaby ona dobrą lekturą obowiązkową dla naszych polityków, którzy myślą, że polityka zagraniczna różni się czymś od walki o nasze własne, krajowe stołki. Może by w końcu zrozumieli, że tak jak w mafii urzędniczej, tak i w polityce międzynarodowej, nie ma sojuszu, którego by nie można złamać, nie ma świństwa, którego nie można by się spodziewać po przeciwniku, a bezpieczeństwa nie zagwarantuje żaden układ na papierze. Jeśli kogoś nie stać na własną siłę, musi jej szukać w układach, w prawdziwych wzajemnych korzyściach, które sprawią, że wszyscy będą mieć interes w tym, co jest nam potrzebne, a słabeusze, którzy potrząsają szabelką, głośno krzyczą albo zbytnio się rządzą, prędzej czy później trafią na szafot.

Nasunęło mi się też porównanie Gry o tron do Krzyżowców Guillou. Te dwie lektury w tandemie przydałyby się zwykłym ludziom. Przez zderzenie światów wspomnianych serii powieściowych łatwo zobaczyć różnicę realiów państw rządzonych przez ludzi i przez prawo. W świecie rządzonym przez ludzi dobrze mają tylko najsilniejsi i najmożniejsi. Trafi się „dobry” władca – wszyscy mają dobrze, ale gdy trafi się zły… A gdy możni się biorą za łby, zawsze najgorzej mają zwykli obywatele, którzy dla decydentów są niczym. W państwie prawa, do którego dążyli bohaterowie Krzyżowców, silne państwo i prawo jest obroną małych przed wielkimi, biednych przed bogatymi. U nas zaś coraz powszechniejsze lekceważenie prawa i państwa podniesione do rangi symbolu, dzielenie na naszych i innych, a nie na prawych i nieprawych, wskazuje, iż większość, która najczęściej ponosi największe koszty, nie zdaje sobie sprawy, iż to, kto jest nasz, a kto nie, w każdej chwili może się zmienić niezależnie od tego, jak bardzo się zaprzedamy by do tych naszych należeć. Jedynym sensownym rozwiązaniem jest twarde silne prawo i państwo gwarantujące jego egzekwowanie. Ale tej świadomości absolutnie w naszym narodzie nie ma.

Sorry, zjechałem z tematu, ale w trakcie lektury powieści aż mnie rzucało na myśl, że w książce w sumie teoretycznie dość lekkiej, bez aspiracji do wielkiej filozofii, więcej jest prawdy o tym, jakie bywa życie, niż można przez dziesięciolecia usłyszeć ze słów tych, którzy uchodzą za autorytety i duchowych przywódców narodu, że o politykach nie wspomnę.

Oczywiście, jest w tej baśni sporo bólu, ran i śmierci, przemocy i okrucieństwa, oraz trochę seksu, ale życie takie właśnie jest. Szkoda tylko, że nie jest odwrotnie – trochę bólu i sporo seksu. Ale to właśnie byłby science fiction.

Podsumowując, mogę tylko polecić Grę o tron absolutnie i bezwarunkowo, wszystkim z wyjątkiem najmłodszych. Nawet tym, którzy, podobnie jak ja, niezbyt przepadają za fantasy. Wystarczy sobie uzmysłowić, że autor nie miał innego wyjścia. Gdyby napisał tak realistyczną powieść historyczną zaraz by się spotkał z nagonką ze wszystkich stron. Każdy naród by mu zarzucał, że jego przedstawiciele nie byli tacy, tylko inni, itd. A tak mamy najprawdziwsze, najrealniejsze samo życie, tyle że w uroczym, średniowiecznym entourage'u. Mamy powieść budzącą w każdym chyba czytelniku głębokie uczucia, od nienawiści do jednych bohaterów, po głęboką sympatię wobec innych. Mamy naukę świadomości, iż wszyscy ludzie, nawet kluczowe postacie, nawet my sami i ci, których kochamy, są śmiertelni. I mamy pięknie się zapowiadające, moje ulubione smoki. Opsss… Nic nie powiedziałem.



A cóż z serialem? Zasadniczo rzecz biorąc jest dosyć wierny w porównaniu do książkowego oryginału. Oczywiście głębsze przemyślenia bohaterów przepadły, ale klimat udało się odtworzyć idealnie. Mocną stroną są dobrze dobrani aktorzy i ich gra, sceny batalistyczne na wysokim poziomie, piękne zamki i krajobrazy zapierające dech w piersiach. I znowu dwie refleksje. Dlaczego w naszych produkcjach, w końcu prestiżowych, typu Ogniem i mieczem, brak jest dynamiki batalistycznej? Sztandary zwisają jak szmaty, umocnienia ledwie wystają nad ziemię, szermierze za wszelką cenę starają się nie trafić przeciwnika, a jeźdźcy sprawiają momentami wrażenie, jakby mieli kłopot z utrzymaniem broni w ręce albo wręcz siebie w siodle. Gra o tron pod tym względem to inny świat, o klasę wyżej, dla polskiej kinematografii niestety. U nas takie stwierdzenia, jak moje, są niepopularne, bo mało kto ma odwagę krytykować dzieło, które jest chronione przez przymiotnik „patriotyczne”, ale przy serialu HBO Potop czy Ogniem i mieczem wypadają jak poszatkowane książki przerobione na kiczowate filmidła przy dojrzałej produkcji opartej na wybitnej literaturze. Wielcy krytycy pewnie się nie zgodzą z moim zdaniem, ale niestety sukcesy eksportowe Martina i kompletny ich brak w przypadku ekranizacji Sienkiewicza przemawiają inaczej.



Inna refleksja, która mi się nasunęła w podsumowaniu serialu i książki, to temat okrucieństwa i golizny. W książce absolutnie nie rażą, są tak naturalne jak oddychanie. Akurat tyle, ile trzeba; ani za dużo, ani za mało. A w filmie? Powszechne są głosy, iż jest ich za wiele, gdy w rzeczywistości ich udział w całości jest podobny, jak w wersji do czytania. Ba – sam nawet miałem chwilami uczucie, że tej nagości jest może za dużo. Czy jednak nie jest to objawem, jak chorym i zakłamanym społeczeństwem jesteśmy? Film, który pokazuje, i to w naprawę w wygładzonej wersji w stosunku do rzeczywistości, jak wyglądały „dawne dobre czasy” wydaje nam się pełen przemocy, a skrawek nagiego ciała budzi w nas większy sprzeciw niż powszechne nawet w programach emitowanych w „młodzieżowym” czasie antenowym sceny przemocy seksualnej, rasizmu, nienawiści i prawdziwego okrucieństwa. Co innego w dodatku przemoc w realiach i konwencji średniowiecza, a co innego w dniu dzisiejszym, w państwie w środku Europy. To ostatnie dotyczy zresztą nie tylko Polski.



Jednym słowem, książka jest wspaniała, a i film naprawdę warto obejrzeć, choć koncentruje się na akcji i nie wnika, z oczywistych względów, w głębię materii, którą przekazuje książka. Najważniejsze, że nie kłócą się ze sobą, w przeciwieństwie choćby do kilkakrotnie już dzisiaj wspominanego Potopu i ekranowego wcielenia pięknej, przynajmniej w wersji literackiej, Billewiczówny. Jeszcze raz zachęcam do obejrzenia serialu, a jeszcze bardziej do lektury powieści


Wasz Andrew



* saga Pieśń Lodu i Ognia* (ang. A Song of Ice and Fire)

1. A Game of Thrones (1996) - Gra o tron (1998)

** Seria 1 odcinków serialu Gra o tron

1. Winter is Coming (Nadchodzi zima) 2011
2. The Kingsroad (Królewski szlak) 2011
3. Lord Snow (Lord Snow) 2011
4. Cripples, Bastards, and Broken Things (Kalecy, bękarci i im podobni) 2011
5. The Wolf and the Lion (Wilk i lew) 2011
6. A Golden Crown (Złota korona) 2011
7. You Win or You Die (Wygrywasz albo giniesz) 2011
8. The Pointy End (Ostry koniec) 2011
9. Baelor (Baelor) 2011
10. Fire and Blood (Ogień i krew) 2011


Pieśń Lodu i Ognia.: Gra o tron [George R.R. Martin]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Gra o tron [George R. R. Martin]  - KLIKAJ I SłUCHAJ ONLINE


sobota, 8 marca 2014

Literackie paw(i)any


Okładka książki Pawana

Pawana

Stanisław Czycz

Wydawnictwo: Literackie
Liczba stron: 182
 
 
 
 
 
 
 
Wg Stefanii Skwarczyńskiej, uznanej polskiej teoretyk i historyk literatury, literatura to sensowne twory słowne. Dla mnie osobiście, oczywiście za sprawą znakomitych twórców, literatura to bardzo często magia, która przenika do mojej egzystencji. Czytając dzieła takich wybitnych autorów jak choćby Julio Cortázar, Vladimir Nabokov, czy Philip K. Dick, niezmiennie fascynuje mnie sposób, w jaki dokonują oni destylacji codzienności, transponując z niej zarówno fakty, wydarzenia, jak i postacie, charaktery do swojej literackiej rzeczywistości. Proces powstawania literatury jest dla mnie bardziej interesujący i kompletny, kiedy znam biografię danego autora, która umożliwia mi dostrzeżenie całej palety bodźców, jakie oddziaływały na literackiego kreatora. Przyznaję jednak, że do tej pory dowiadywałem się o danym środowisku poprzez pisarza, który w nim dorastał, żył, obracał się. Ostatnio jednak, nieco z przypadku, czy bardziej za sprawą literackiego czaru dokonałem pewnej inwersji w tej materii – otóż m.in. dzięki Matiemu z blogu Rozkminki Pana Dziejaszka postanowiłem poznać rodzinne miasto mojej dziewczyny, Krzeszowice, przez pryzmat twórczości jej krajana, Stanisława Czycza. Na wstępie zdradzę, że proza Czycza okazała się daleka od zapierających dech w piersiach opisów dzikiej natury, czy relacji z romantycznych nocnych wędrówek w cieniach miejskich uliczek, ale wydaje mi się, że udało mi się dowiedzieć co nie co o klimacie tego niewielkiego miasteczka.

Gwoli ścisłości musze wyjaśnić, że Czycz nie jest rodowitym krzeszowiczaninem, chociaż Krzeszowice, tyle, że pod nazwą Sorrento bądź skrótem K. często i gęsto przewijają się w jego twórczości. Artysta urodził się w 1929 roku w Gwoźdźcu, nie istniejącej już wsi, która została podzielona pomiędzy Krzeszowice oraz Nawojową Górę. Dom rodzinny Czycza znajduje się na samej granicy obu miejscowości. Obecnie zmarły w 1996 roku Stanisław Czycz, poeta oraz prozaik, to pisarz niemal zapomniany, o którym rzadko się słyszy, niewiele się mówi. Przyznać trzeba, że ta aura tajemnicy wokół osoby artysty to poniekąd zasługa samego Czycza. Depresja oraz poważna choroba skóry, która odbiła się na jego wyglądzie sprawiły, że twórca, szczególnie pod koniec ziemskiej bytności, trwał niemal w zupełnej izolacji, dobrowolnie wycofując się z życia literackiego. Cechą charakterystyczną Czycza była niezależność – nie mieszał się on ani w oficjalne układy, ani w działalność opozycyjną. Zawsze pozostawał na uboczu, na marginesie. Posiadał całkiem liczne grono znajomych pisarzy, ale na co dzień wolał obracać się w środowisku zwykłych ludzi, wśród których mniej było zapatrzonych w siebie snobów. Czycz debiutował w Prapremierze pięciu poetów, słynnej publikacji na łamach krakowskiego Życia Literackiego, w ramach której pięciu komentatorów rekomendowało pięciu poetów. Czycz znalazł się w doborowym towarzystwie Bohdana Drozdowskiego (polecał go Julian Przyboś), Jerzego Harasymowicza (pisał o nim Mieczysław Jastrun), Mirona Białoszewskiego (sugestia Artura Sandauera) oraz Zbigniewa Herberta (rekomendowany przez Jana Błońskiego). Wiersze Stanisława Czycza firmował swoim nazwiskiem Ludwik Flaszen. Czycz opublikował dwa zbiory swojej poezji – Tła w 1957 roku oraz Berenais w roku 1960. Co interesujące, pozostałe znaczące dzieła, które ukazały się drukiem to już tylko opowiadania oraz powieści. To właśnie za sprawą tej ostatniej formy literackiej poznałem pióro pana Stanisława Czycza.

Wydana w 1977 roku Pawana to tekst z pewnością nietypowy. Znamienna jest już sama konstrukcja utworu, na którą składają się głównie dialogi, prowadzone przez trzech bohaterów, Mikada, Gandhiego oraz Selaviego. Ponadto w początkowej fazie dzieła w momencie rozpoczęcia kolejnych scen pojawia się pierwszoosobowy narrator, najczęściej za sprawą słowa szliśmy zestawianego z innymi wyrazami w różnych konfiguracjach (Szliśmy i szliśmy (…); Szliśmy, idziemy (…); Szliśmy, a słońce (…), etc.) Czasownik ten stanowi zatem formę swoistej introdukcji, magicznej formuły, która podkreśla powtarzalność całego procesu, albo jego nieskończoność (zmniejszające się nieustannie odcinki, które maleją zgodnie z paradoksami Zenona z Eeli). Najciekawsze jest to, że na bazie dalszej wymiany zdań, niemal niemożliwe jest ustalenie, kim jest właściwie osoba opowiadająca całą historię.

Dzieło mocno przypomina senną wędrówkę – swoiste błąkanie się, błądzenie pośród majaków oraz widziadeł. Droga stanowi cel sam w sobie. Nieważne dokąd, nieważne po co, nieważne skąd właściwie zaczyna się cała eskapada – znaczący jest wyłącznie sam ruch, któremu towarzyszy rozmowa. Bohaterowie niby idą, ale zdają się stać w miejscu, pogrążeni w onirycznej konwencji. Być może to wędrówka wyłącznie metaforyczna – za tym faktem przemawia dziwna sceneria, w której pustynnemu piaskowi towarzyszą rybacy (kłusownicy?). Iluzja, fantasmagoria, urojenie, a może prywatna wizja rzeczywistości, która rządzi się własnymi prawami, pozwalającymi współegzystować ze sobą rzeczom w pewien sposób wykluczającym się, które zestawione razem tworzą oksymorony. Chociaż ten wątek chyba lepiej porzucić – w końcu kto chciałby zostać wyłącznie cudzym mirażem, a więc poniekąd więźniem cudzego umysłu?

Bohaterowie pogrążeni w konwersacji chwytają na wędkę swoich pogawędek kolejne tematy, których orbita przebiega niepokojąco (tylko dla niektórych!) blisko seksu. Pojawiają się zatem dziwy nad dziwami, konie, drezyny, w towarzystwie dziwów bardziej zmysłowych, czyli kobiet, pod których adresem padają jednak dosyć często obraźliwe określenia, począwszy od szmat, na dziwach (ha, a jakby inaczej?!), pardon!, dziwkach skończywszy. Dostrzegalne są pewne elementy charakterystyczne dla twórczości Herny’ego Millera – przynajmniej pod względem przygód Mikada, Gandhiego oraz Selaviego, którzy podobnie jak amerykański autor nie boją się epatowania (kogo jak kogo!) seksem, relacjonowania swoich, najczęściej nieudanych, płciowych podbojów czy pijackich eskapad. W tle rysuje się zatem nieśmiało życie, przywodzące na myśl artystyczną bohemę, w którym nie stroni się od używek, miłości w jej najbardziej fizycznym aspekcie, alkoholu oraz charakterystycznego dla okresu dojrzewania aktu buntu. Czycz może niezbyt subtelnie, ale z pewnością interesująco przedstawia problemy oraz dramaty, rozgrywające się na linii dwóch pokoleń – młodzieńców oraz ich matek, które nie mogą pogodzić się z faktem, że ich pociechy to moczymordy, pijackie świnie, zdegenerowani alkoholicy, posczane ochlaptusy czy okurwieńcy. Jednocześnie Czycz prezentuje niedojrzałość emocjonalną swoich bohaterów, którzy nie potrafią budować trwalszych relacji, przekładając ponad nie krótkotrwałą, acz intensywną fizyczną przyjemność. Zabawny jest również fakt, że dwójka z nich nadal mieszka ze swoimi rodzicielkami, do których nie odczuwają przecież szczególnej sympatii (z wzajemnością!)

Utwór Czycza jest z pewnością oryginalny. Autor często bawi się słowami, zmieniając ich znacznie w zależności od kontekstów, które kolejno po sobie następują. Roi się także od myślowych skrótów, których rozwikłanie przypomina niekiedy zabawę z rebusami. Środkiem, który Czycz stosuje wręcz nagminnie jest zdanie eliptyczne – mało która wypowiedź jest zakończona pojedynczą kropką. Sprawia to, że całość kojarzy się z mocno chaotycznym bełkotem, plątaniną. Komunikacja zdaje się być tylko pustym frazesem, przez co wzajemne zrozumienie staje się absolutnie niemożliwe. Chociaż nie zawsze. Utwór balansuje na granicy pewnych stanów – z morza nieartykułowanych dźwięków, niepowiązanych ze sobą zdań, zagłuszających się dźwięków gwałtownie wyłania się dialog, w którym trzy głosy brzmią w niemal idealnej harmonii, wzajemnie się uzupełniając, dopełniając, dopowiadając. I kiedy czytelnik zyskuje już przeświadczenie, że oto znalazł jakiś punkt zaczepienia, który stanie się zarodkiem tak długo poszukiwanego sensu całej powieści, jej pointy, czy czego tam jeszcze zawsze oczekujemy od pisarza, Czycz serwuje nam niemiłą niespodziankę – cała konstrukcja ponownie zostaje rozbita, tonąc w bagnie zawiłych, niezrozumiałych, niepowiązanych ze sobą zdań.

Nastrój powieści, czy raczej powieściopodobnego tworu nie jest zbyt sielankowy. Uparte, długotrwałe, acz bezowocne krążenie wokół Miasteczka (Sorrento?) przypomina poruszanie się po okręgu o określonej, skończonej średnicy, która tym samym wyznacza granicę świata (chociaż wzór ∙r2 jest niepokojąco podobny do formuły 4/3∙∏∙r3, która przynajmniej na razie stanowi granicę, jakiej zwykły śmiertelnik, którego nie stać na loty w kosmos nie jest w stanie przekroczyć – ośmielę się zresztą rzec, że r tak naprawdę dobieramy sami, wedle własnego uznania). Wydaje mi się, że można w tym miejscu doszukiwać się aluzji do egzystencji samego Czycza, który praktycznie przez całe swoje życie poruszał się w obrębie linii Kraków-Krzeszowice. Odnoszę wrażenie, że takie uparte kołowanie to także symbol naszych codziennych działań – kluczymy, błądzimy, krążymy, ale mimo usilnych prób do sensu naszego ziemskiego bytu nie jesteśmy w stanie dotrzeć ciągle skazując się na utarte schematy, których ciasnota jest jednak nieznośna. Z kolei piasek Pustyni Błędowskiej, na której rozgrywa się akcja utworu przywodzi mi na myśl zwały nijakiej codzienności, w których wielu z nas brnie, będąc w nich unurzanym po kolana, posuwając się mozolnym krokiem (na pięć jest się naprzód o trzy, nie więcej) nie wiadomo właściwie dokąd.

Powieść można rozpatrywać również na płaszczyźnie destrukcyjnej. Znaczący jest przy tym fakt, że postulowana anihilacja zdaje się przebiegać niespiesznie, spokojnie, wręcz dostojnie, niczym dworski taniec pawana, popularny szczególnie we Włoszech oraz Hiszpanii, charakteryzujący się powolnymi, uroczystymi ruchami. Przyglądając się światu, w którym egzystują bohaterowie, nietrudno o myśli, że budowla ta ulega zagładzie. Dematerializują się słowa, coraz bardziej kulawe, koślawe, porwane, poszatkowane. Nietrwałość literackiej rzeczywistości podkreśla zatem składnia oraz sam język, które są niczym piach na wszędobylskiej pustyni, zdającej się podążać za bohaterami. Piach z pewnością nie stanowi dobrego budulca – jego ziarenka zlepiają się tylko krótkotrwale, zatem piaskowe zamki to twory efemeryczne, delikatne, kruche. Od piachu z kolei niedaleko jest już do pyłu (marnego), z którym występuje i kurz, którego wirujące cząsteczki dobrze widać w świetle. Ale co jeśli owe światło jest blade, słabe, mało wyraziste, ledwie rozpraszające ciemności?

Przyznaję, że Czycz zaskoczył mnie formą swojego utworu. Po pierwszy kilku stronach zastanawiałem się nawet nad odłożeniem lektury, ale zwyciężyła tendencja do kończenia rozpoczętych książek. Mimo pewnych trudności (ale któż w życiu ich nie ma?) udało mi się szczęśliwie przebrnąć do końcowych stron powieści, która jawi mi się jako swoisty manifest niewyrażalności, niemożności ekspresji naszych myśli w taki sposób, by były one zupełnie zrozumiałe, w pełni transparentne dla dowolnego człowieka. Obcość zdaje się lęgnąć w każdym z nas, a metafizyczny kontakt, jedność dusz sprawia wrażenie mitu, który nie ma prawa się ziścić w tym pełnym zindywidualizowanych jednostek świecie. Marzy mi się przy tym popołudniowo-wieczorna wędrówka po piaskach Błędowskiej Pustyni z którymś z utworów Czycza w rękach. Mam nadzieję, że nachodzące lato pozwoli mi ziścić moje rojenia.

Wasz Ambrose

piątek, 7 marca 2014

O Komunie i chrześcijaństwie



Komunizm to chrześcijaństwo w najczystszej formie z czasów zanim wypaczył je katolicyzm.

Étienne Cabet

przytoczone przez Waldemara Łysiaka w Satynowym magiku

czwartek, 6 marca 2014

wtorek, 4 marca 2014

Zabójstwo żyrafy

czyli mity o tolerancji




Dziewiątego lutego 2014 w zoo w Kopenhadze podjęto decyzję o zastrzeleniu młodej żyrafy, która ze względu na zły genotyp nie mogła uczestniczyć w programie hodowli żyraf i wprowadzania ich do środowiska naturalnego prowadzonego przez tę instytucję. Zwierzę zastrzelono na oczach dzieci w ramach swoistego pokazu i poćwiartowano, objaśniając co się dzieje, jak się co nazywa, po czym częścią mięsa nakarmiono lwy.

Oczywiście w mediach podniósł się rwetes. Józef Skotnicki, dyrektor krakowskiego zoo, publicznie nazwał postępowanie Duńczyków wynaturzeniem. Inni szli jeszcze dalej. Dyrektorowi zoo w Kopenhadze grozi się nawet śmiercią. Jak nietrudno się domyślić nasze media włączyły się do nagonki jak najbardziej aktywnie, choć do gróźb się nie posunęły. Czekałem, czy odezwie się choć jeden głos odrębny. Podobno to właśnie jest miernikiem demokracji. Mija miesiąc. I co? I nic.

Codziennie w całej Europie, również w Polsce, wiejskie dzieci przyglądają się śmierci. Ich rodzice i krewni szlachtują świnie i inne zwierzęta, patroszą i porcjują. Ochłapy rzucają psom, a sami zjadają resztę. W czym gorsze są te dzieci od tych z zoo w Kopenhadze? A może należałoby spytać odwrotnie – w czym są gorsze te dzieci z miast, że nie wolno im, w imię terroru poprawności politycznej, zapoznać się z jedynym wspólnym dla wszystkich, jedynym nieuniknionym elementem życia – śmiercią?

Te miejskie dzieci, spędzające większość przeddorosłego życia w szkole, w wirtualnym świecie sieci i komputerów oraz w drodze między nimi, dla których śmierć jest tylko zmianą jednej kombinacji pikseli na ekranie telewizora lub monitora w inną, miały jedyną być może szansę, by w sposób naukowy, bezpieczny, w towarzystwie rówieśników i opiekunów, przekonać się, że życie nie jest pluszowe, że każde mięso, które jemy, kiedyś było zwierzątkiem, które dla kogoś mogło być czymś innym niż dla nas, czymś sympatycznym i kochanym. Była to być może jedyna okazja, by w tych komfortowych, jak na takie doświadczenie, warunkach, dowiedzieć się, że śmierć to koniec życia, po którym pozostają tylko płyny, kości, mięso i inne tkanki. Ale nie ma żadnej możliwości odsejwowania, nie ma powrotu, nie da się tego cofnąć. Nie zobaczymy żadnych aniołków, duszy ulatującej do nieba, niezależnie od tego, czy istnieją, czy też nie. Jest tylko śmierć i czeka każdego. I tę prawdę każdy musi poznać. Czyż nie lepiej, by ten pierwszy, hartujący raz, był „łatwiejszy”. By życie oddało zwierzę, by było to zrobione w konwencji naukowej, a nie by ten pierwszy raz był połączony z przeżywaniem śmierci kogoś bliskiego, albo ofiary wypadku, którego będziemy świadkiem, lub zgonu innej osoby ludzkiej, do której tak czy inaczej będziemy mieli osobisty stosunek, choćby przez to, że będziemy obserwatorami jej śmierci?

Kiedyś śmierć, i człowieka, i zwierzęcia, jak pisał Stasiuk, była stałym elementem życia. Nowa kultura; masmedia, kult zdrowia i młodości, marketing, wyparły ją. Stała się czymś wstydliwym, czymś, z czym młody człowiek nie może się zapoznać, póki nie jest za późno. To pomijany, ale paląco ważny brak naszej świadomości społecznej. Mam wrażenie, że dziecko, które pozna zapach, kolor, a nawet dotyk śmierci, prędzej niż jego „cywilizowany” rówieśnik zrozumie, że kolega z nożem w brzuchu nie wstanie niczym Bruce Willis i że wypadek na motocyklu w realu to nie to samo co film lub gra komputerowa. Z tego względu nie jestem pewny, czy ten pokaz w zoo nie był strzałem w dziesiątkę. Dziwi mnie natomiast ten bunt całej Europy. Podobno co nie jest zakazane, jest dozwolone. Skoro więc nikt nie zmusza cię, by to oglądać, by posyłać tam dzieci, jeśli nie chcesz, to czemu zabraniasz tym, którzy chcą?

Dla Józefa Skotnickiego i całej czeredy Polskich dziennikarzy, oraz wielu ich kolegów z całej Europy, zabicie żyrafy i nakarmienie nią lwów jest wynaturzeniem. Nie dociera do nich, że stosując zasady demokracji, czyli racji większości, w skali globalnej, sami są wynaturzeniem. Żrą wołowinę, czyli mięsko pięknych, tak szanowanych w Indiach krów, nie stronią od koniny i mięska kucyków, a co gorsza jedzą niekoszernie i masowo napychają się wieprzowiną, czyli mięsem nieczystym – czy ktokolwiek godny szacunku będzie jadł takie rzeczy?

Zabili na oczach dzieci! I ci sami ludzie wieszają wszędzie symbol brutalnego zamordowania człowieka! Co niedzielę gonią dzieciaki, a te, które nie mogą chodzić, bo są za małe, noszą, by oglądały rzeźby i obrazy na których przedstawiono mękę i pozbawianie życia człowieka. Im dosadniej, tym lepiej. Filmy o tym morderstwie też są mile widziane. W ogóle filmy o gwałtach i zabójstwach są do wyboru o każdej porze i na każdym programie w telewizji publicznej i prywatnej. A na żywo to coś gorszego? A może właśnie na żywo da coś do myślenia, gdyż jak dotąd wszystkie dane wskazują, iż na ekranie ma to skutek wręcz przeciwny?

Cała ta sytuacja, cała ta poprawność polityczna w związku z żyrafą, skojarzyła mi się z wypowiedzią bardzo sympatycznego Skandynawa z programu Europa da się lubić. Powiedział, że gdy u nich ktoś na osiedlu pomaluje garaż na inny kolor niż reszta, nikt nie będzie go zmuszał do dostosowania się. Przecież mu wolno. Ale najpierw mu napomkną, tak przy okazji. Gdy nie poskutkuje, ich dzieci napomkną jego dzieciom w szkole. A najwyżej wszyscy przestaną się do niego, a potem i do nich odzywać. W końcu przemaluje. Jak się Wam podoba taka tolerancja? Mnie nie bardzo. Ale jeszcze mniej podoba mi się ta ogólnoeuropejska – zakrzyczeć każdego, który jest w mniejszości (no bo większości strach się przeciwstawić). Najlepiej jeszcze poniżyć, żeby przypadkiem nie doszło do, nie daj Boże, rzeczowej rozmowy i wymiany argumentów.

I te ostatnie elementy – groźby pozbawienia życia. Jak chore musi być społeczeństwo, by grozić człowiekowi pozbawieniem życia za to, że zabił zwierzę, w końcu w sposób humanitarny, w dodatku ani zwierzę święte, ani jakieś szczególnie symboliczne.

Nie chodzi bowiem tu o żyrafę, ani o nic innego, tylko o obrazę poprawności politycznej, odwagę, by zrobić coś, co się może komuś nie podobać, choć jest jak najbardziej dozwolone. Rzucić wyzwanie kołtunskiej większości. Może nie tej liczbowej, bo nikt tego nie liczył, ale tej słyszalnej, temu rykowi tłumu.

To chyba tyle o „tolerancji”. A co do demokracji…


demokracja – system rządów (reżim polityczny, ustrój polityczny) i forma sprawowania władzy, w których źródło władzy stanowi wola większości obywateli… (za wiki)



Z samej definicji średniej arytmetycznej wynika, iż głos większości nigdy się mądrością nie wzniesie ponad przeciętność, a w krajach, z których najmądrzejsi wybywają, wręcz musi być poniżej średniej. I jak tak sobie na tę Europę, a zwłaszcza Polskę, patrzę, to coraz bardziej mam wrażenie, że demokracja na dłuższą metę to bardzo ryzykowny eksperyment. Może dobry dla Stanów i innych bogatych krajów, do których ciągną najaktywniejsi, poszukujący wolności, najmądrzejsi, najlepiej wykształceni, ale nie dla Polski, z której ucieka tyle ludzi i mózgów, że staje się to tematem tabu...



Wasz Andrew

poniedziałek, 3 marca 2014

O prawdzie


…w naszym niezwykle złożonym świecie nie ma czegoś takiego jak prawda absolutna. Istnieje raczej wiele różnych prawd, niekiedy niespójnych czy wręcz całkiem sprzecznych. Prawda jest w najlepszym razie trudno definiowalna, w najgorszym – zwyczajnie nie istnieje. Każdy z fotografowanych przeze mnie tematów odsłaniał różne oblicza świata, które uznałem za warte komentarza. Nawet jeśli moje zdjęcia nie ukazują „prawdy” jako takiej, to z pewnością stanowią próbę wyrażenia mojego spojrzenia na rzeczywistość. Mogę jedynie mieć nadzieję, że stanowią one inspirację, zachętę do przemyśleń i wartościowy materiał dla innych.

sobota, 1 marca 2014

Sōseki Natsume "Jestem kotem" - W oczekiwaniu na nadejście epoki kotów

Okładka książki Jestem kotem

Jestem kotem


Sōseki Natsume 

Tytuł oryginału: Wagahai-wa neko-de aru
Tłumaczenie: Mikołaj Melanowicz
Wydawnictwo: Książka i Wiedza
Liczba stron: 544





Wiek XX to stulecie pełne kontrowersji, które w takim samym stopniu udowodniło tryumf myśli ludzkiej, co małość serca i potworną nieczułość tego dziwnego gatunku. Obok epokowych odkryć zachodziły wywołane przez człowieka katastrofy na skalę wcześniej niespotykaną. Chłodnemu intelektowi zdaje się zatem towarzyszyć zimna kalkulacja oraz ciągła bezduszność. Wiek XX to także ciekawy i bogaty w znamienne wydarzenia okres w historii Japonii. Na przełom XIX i XX wieku przypada przecież epoka Meiji (lata 1868 – 1912), czyli epoka światłych rządów, w czasie której nastąpiło obalenie shogunatu oraz gwałtowna modernizacja kraju. Japonia skończywszy z doktryną izolacjonizmu oraz na skutek dynamicznych przemian zaczęła przekształcać się w gospodarczą potęgę, za wzór obierając sobie mocarstwa europejskie oraz Stany Zjednoczone. Ale wiek XX to także ogromna tragedia, do jakiej doszło pod koniec II Wojny Światowej, kiedy to na Hiroszimę oraz Nagasaki zostały zrzucone amerykańskie bomby atomowe. Pokaz brutalnej siły, która dosłownie w mgnieniu oka potrafiła zmieść z powierzchni ziemi kilkadziesiąt tysięcy istnień ludzkich, przyczynił się do bezwarunkowej kapitulacji Japonii, ale równocześnie bezsprzecznie udowodnił, że jednym z najbardziej bestialskich zwierząt, jakie zrodziła ziemia jest bez wątpienia człowiek. Chciałoby się rzec ten sam człowiek, który obżera się, sra, bredzi, pieprzy co popadnie, który jeśli tylko spojrzeć na jego postępowanie z odpowiedniej perspektywy, jest osobnikiem na wskroś banalnym, a do tego śmiesznym, a z całym swoim aparatem, mającym udowadniać jego wielkość – żałosnym. Oczywiście nie jest łatwo patrzeć krytycznym okiem na własny rodzaj, dostrzegać absurdalność postępowania innych, ale rozumianych jako przedstawicieli tego samego gatunku, do którego należymy, słowem mało kto przepada za żartowaniem z własnej natury. Można jednak zauważyć pewną tendencję, że im dana jednostka bardziej wybitna, tym bardziej skora do bezlitosnego spoglądania na samego siebie – w ten trend doskonale wpisuje się Sōseki Natsume.