Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.

wtorek, 1 października 2013

Złote runo nicości

Okładka książki Piknik na skraju drogi 

Piknik na skraju drogi

Arkadij i Borys Strugaccy


Tytuł oryginału: Пикник на обочине
Tłumaczenie: Irena Lewandowska
Wydawnictwo: Iskry
Liczba stron: 240



Śledząc nawet niezbyt pilnie światek popkultury, można zauważyć, że wiele powieści, których ekranizacja zakończy się sukcesem, dopada syndrom skracania pierwotnego tytułu. Pozycją, która może poświadczyć o takowej tendencji jest Piknik na skraju drogi, autorstwa najsłynniejszego rosyjskiego duetu pisarskiego, braci Strugackich. Obecne wydania tego wspaniałego dzieła pojawiają się na rynku księgarskim pod tytułem Stalker – dokładnie tak nazywa się film Tarnowskiego, nakręcony na motywach Pikniku na skraju drogi. S.T.A.L.K.E.R. to także popularna seria gier komputerowych, stworzona przez ukraińskie studio GSC Game World, których akcja rozgrywa się w fikcyjnej Zonie, obszarze wokół elektrowni jądrowej w Czarnobylu. Wydaje mi się, że w wielu przypadkach, a już na pewno tym konkretnym, pierwotny tytuł skrywa w sobie znacznie głębszą treść i o wiele lepiej oddaje sedno utworu niż jego skrócona wersja, która właściwie odnosi się wyłącznie do jednego, najczęściej tego bardziej sensacyjnego wątku powieści.

O braciach Strugackich, Arkadiju i Borisie napisałem co nie co, gdy dzieliłem się wrażeniami po lekturze Przenicowanego świata. Do dzisiaj uchodzą oni za jednych z najwybitniejszych przedstawicieli światowej science fiction, ich nazwiska często wymienia się jednym tchem obok najważniejszych pisarzy tego gatunku. Dla mnie najlepszą rekomendacją dla braci Strugackich była pozytywna opinia Stanisława Lema na temat ich twórczości. Lem, mimo, że sam tworzył powieści, którym chętnie przypinano łatkę science fiction, słynął z głębokiej oraz nieskrywanej niechęci do tej gałęzi literatury. Zaciekłej i bezlitosnej krytyce poddawał on szczególnie amerykańską odmianę fikcji naukowej, która w jego mniemaniu miała znacznie więcej wspólnego z tanią szmirą niż poważną literaturą, na którą warto poświęcać czas. Jednym z głównych aspektów, który decydował o tak negatywnym stosunku Lema do tego gatunku było z pewnością spłycanie oraz banalizowanie tematu kontaktu z obcą cywilizacją. A na podstawie takich dzieł jak Solaris, Głos Pana, Fiasko, Eden, Niezwyciężony czy choćby Powrót z gwiazd widać, że Lem bardzo mocno interesował się tą kwestią, a jego własne wizje dotyczące możliwych scenariuszy spotkaniu z nieznanym są tyleż intrygujące, co głęboko przemyślane. Generalnie Lem był raczej sceptykiem, co do możliwość porozumienia się z obcą formą życia. Fascynujące są jego teorie, wyjaśniające, dlaczego w ogóle szansa na takowy proces jest nieskończenie mała – polski pisarz uważał, że każda potencjalna cywilizacja przechodzi przez różne stadia rozwoju. Oczywiście im różnica poziomów zaawansowania technologicznego jest większa pomiędzy danymi cywilizacjami, tym szansa na wzajemne zrozumienie jest mniejsza. Ponadto każda „społeczność” posiada tzw. okno kontaktu, zaczynające się od okresu, kiedy jest ona w stanie wysyłać, przyjmować oraz prawidłowo interpretować sygnały z Kosmosu, a kończące się na etapie, gdy cywilizacja przestaje przejawiać ochotę do komunikacji. Ponieważ odległości w przestrzeni kosmicznej są ogromne, a z naszej perspektywy wręcz nieskończone, niemożliwe jest również odebranie sygnału w momencie jego nadania. Setki, tysiące, a nawet miliony lat mogą upłynąć od momentu, kiedy nadesłana wiadomość dotrze do adresata – w tym czasie nadawca już dawno może ulec samozagładzie, bądź kosmicznej katastrofie. Wg mnie teoria Lema znakomicie wyjaśnia paradoks Fermiego, czyli sprzeczność, wynikającą z szacunków, zgodnie z którymi Kosmos aż roi się od pozaziemskich cywilizacji, z faktem, że jak dotąd nie zaobserwowano żadnych śladów ich istnienia. Na szczęście Lem był bardziej łaskawy dla swojej wyobraźni, której kilka razy pofolgował, pozwalając jej wysnuć możliwe scenariusze dotyczące spotkania obcych form życia. Uważam, że w jego wizje, które w dużej mierze opierają się na przekonaniu, że kontakt, pojmowany jako wzajemne zrozumienie się, czy świadoma wymiana informacji jest niemalże niemożliwy, bardzo dobrze wpisuje się także Piknik na skraju drogi. Bracia Strugaccy, podobnie jak i Lem, wyrażają głęboki sceptycyzm, co do możliwości porozumienia się dwóch, diametralnie obcych form życia.

Akcja powieści Piknik na skraju drogi rozgrywa się na Ziemi, wkrótce po tym, jak zostaje ona odwiedzona przez obcych przybyszów. Kosmici nie goszczą zbyt długo na naszej rodzimej planecie, nie przejawiając ponadto żadnych chęci by porozumieć się jej z rdzennymi mieszkańcami. Wkrótce po lądowaniu, opuszczają Ziemię, pozostawiając po sobie całkiem sporo śladów. Miejsca na kuli ziemskiej, w których osiadły obce statki zwane są Strefami. Tuż po oddaleniu się przybyszy, Strefy zostają odcięte od ciekawskich ludzkich oczu ścisłym kordonem i zawłaszczone w imię nauki. Jedyny, oficjalny dostęp do Stref posiada Międzynarodowy Instytut Cywilizacji Pozaziemskich. Obszary, na których lądowały pojazdy są jednak bardzo atrakcyjne i kuszące. Występują na nich wszelakiej maści anomalnie, z których niektóre okazują się bardzo niebezpieczne. Ale w Strefach oprócz śmierci można znaleźć także cały ogrom niezwykłych i wartościowych przedmiotów, za które nie tylko naukowcy potrafią nieźle zapłacić. Ludzie, mający odwagę zapuścić się na te niebezpieczne obszary, gotowi do narażania swojego życia, które mogą stracić zarówno poprzez chwilę nieuwagi w wymagających delikatności, precyzji oraz ostrożności kontaktach ze Strefą jak i za sprawą dzielnych ziemskich, choć chyba nie do końca ludzkich żołnierzy, broniących dostępu do miejsc lądowania, nazywani są stalkerami. Nietrudno dostrzec w nich współczesnych argonautów, którzy wyruszają na poszukiwania złotego runa. Ryzyko, jakie podejmują jest ogromne – błąkając się po Strefach, natrafiają na wiele urządzeń, czy też rzeczy o nieznanym pochodzeniu, z których część okazuje się zabójcza dla biologicznych form życia. Gra jest jednak warta świeczki, ponieważ na przedmioty znalezione w Strefie wiele środowisk ostrzy sobie zęby.

Strefa jest miejscem intensywnych studiów, a rzeczy z niej wydarte, stają się przedmiotem szczegółowych badań, które nie przynoszą jednak pożądanych rezultatów. Mimo upływu czasu, bowiem fabuła roztacza się na przestrzeni kilkunastu lat, praktycznie żadne z analizowanych urządzeń nie zdradza sekretów swojego funkcjonowania. Prowadzone przez naukowców działania przypominają syzyfowe trudy, podejmowane przez bohaterów lemowskiego Solarisa. W powieści polskiego pisarza całe pokolenia uczonych analizują planetę, której powierzchnia pokryta jest ogromnym, myślącym oceanem. Mimo żmudnych studiów, żaden kontakt nie następuje, a jedynie co pozostawiają po sobie w spadku ludzie nauki to trudne, długie i niezrozumiałe definicje form, przybieranych i tworzonych przez ocean, które jednak ani o krok nie przybliżają ludzkości do porozumienia z obcą inteligencją. Podobnie jest w przypadku środowisk akademickich z Pikniku na skraju drogi. Stalkerzy przynoszą ze sobą artefakty oraz opowieści o anomaliach, które określają slangiem, językiem prostym i zrozumiałym, oddającym właściwości danego zjawiska bądź rzeczy. Pustak, świerzb, bransoletka, owak, bateryjka, ognisty puch, czarci pudding, łysica, czy wyżymaczka okazują się określeniami o wiele bardziej trafnymi niż bełkotliwe teorie produkowane w naukowym narzeczu, nieudolnie i nieskutecznie próbujące wyjaśnić istotę funkcjonowania tych niezwykłości. W świetle ponoszonych klęsk, szczególnie trafna wydaje się hipoteza jednego z naukowców, tłumacząca, że znajdowane przedmioty są wytworem o wiele bardziej zaawansowanej technicznie cywilizacji i dla ludzkości przedstawiają taką samą wartość jak dla zwierząt śmieci, pozostawione przez nieodpowiedzialnych piknikowiczów na skraju leśnej drogi. Mrówki, czy ptaki mogą użyć zastanych resztek, trudno jednak oczekiwać, aby udało im się odkryć ich rzeczywiste zastosowanie.

Oczywiście pytaniem, które niczym klątwa ciąży nad całą książką jest kwestia, po co właściwie Inni zdecydowali się odwiedzić Ziemię. W końcu nie przybyli na nią w celach rabunkowych, nie wiadomo, czy dokonali jakichkolwiek pomiarów planety, badań jej mieszkańców, wreszcie nie podjęli żadnej próby kontaktu z Ziemianami. Intencje przybyszów również pozostają wielką niewiadomą – czy pozostawione przez nie przedmioty, bądź anomalnie, na jakie można natrafić w Strefach to efekt przemyślanych działań czy też zwykła, ludzka chciałoby się rzec, niechlujność? Powieść Strugackich jest o tyle wyjątkowa i wartościowa, że nie odpowiada na te pytania. Prezentuje ona jedynie ludzkość, która w obliczu tych pytań staje i w niezwykle ciekawy sposób ukazuje małość naszej kultury i jej ogromną zachłanność. Z biegiem czasu wizyta obcych traci znamiona teologicznego dysonansu, zaczynając przybierać formę zjawiska, tyleż interesującego, co możliwego do przystosowania do własnych celów. Początkowo Harmont, jedno z miast, w którym znajduje się Strefa, przypomina Mekkę przyciągającą zuchwalców, którzy mają odwagę wydrzeć jej wszelkie tajemnice. Miasto ogarnia gorączka złota – stalkerzy ryzykują życie, by bajecznie się wzbogacić, natomiast naukowcy wpadają w ekstatyczny szał, niemal religijny trans, zachłysnąwszy się mnogością obiektów, które wymagają badania, studiów, które powinny zdradzić dociekliwym swoje właściwości i tym samym przynieść im wieczną chwałę. Z czasem okazuje się, że Strefa niechętnie zdradza swoje sekrety, a przedmioty z niej wyciągnięte są zbyt skomplikowane, by ich istotę mógł pojąć człowiek. Przychodzą zatem złość i rozczarowanie. Strefa daje gatunkowi ludzkiemu solidną lekcję pokory, w pełni uświadamiając mu jego niedostatki.

Książka Strugackich w sposób oryginalny podejmuje tematykę kontaktu ludzkości z obcą cywilizacją. Rosyjscy twórcy prezentują nieszablonową wersję takiego spotkania. Okazuje się, że być może ludzka społeczność przypisuje sobie zbyt wiele cech istot rozumnych, oczekując, że obce formy inteligencji zechcą się z nią porozumieć. Strugaccy świetnie obrazują jak zarozumiałą, pyszną i egocentryczną istotą jest człowiek, który swoją własną cywilizację traktuje jako wyznacznik najwyższej formy kultury oraz szczyt technologicznych osiągnięć. Rosyjski duet uzmysławia czytelnikowi, że przecież możliwy jest fakt zetknięcia się z rozumem, dla którego będziemy mikrobami, mało znaczącymi żyjątkami, z którymi obca inteligencja nie uzna za stosowne podjąć prób kontaktu.

Dzieło Arkadija i Borysa to również kawał porządnej prozy psychologicznej. Autorzy najmocniej skoncentrowali się na przeżyciach stalkerów, a więc ludzi, dla których widmo śmierci do chleb powszedni. W sposób interesujący zostały ukazane bodźce, jakie popychają śmiałków do uprawiania tego ryzykownego zawodu. Strugaccy świetnie odmalowują także socjologiczne aspekty pozaziemskiego kontaktu. Strefa, a więc obca narośl na ziemskim ciele, niemożliwa do zasymilowania, poczyna obrastać ludzką działalnością - nauka, przemysł, a nawet rozrywka zacieśniają ludzki krąg wokół Sterfy, krok po kroku ją absorbując, wchłaniając do rodzimej codzienności. Prezentowana przez Strugackich wizja jest wyjątkowa i wydaje mi się, że właśnie to nieszablonowe podejście czyni lekturę tej książki tak niezapomnianą i wyjątkową.

poniedziałek, 30 września 2013

Wieczór w Bizancjum



Irwin Shaw

Wieczór w Bizancjum

tytuł oryginału: Evening in Byzantium
tłumaczenie: Cecylia Wojewoda
wydawnictwo: Książnica, Katowice 1993




Irwin Shaw, właściwie Irwin Gilbert Shamforoff (1913 - 1984) – amerykański dramatopisarz, scenarzysta i autor powieści, jest jednym z bardziej znanych piór Ameryki. Trzeba naprawdę szukać dość długo, i to wśród ludzi stroniących od dobrej literatury, by spotkać kogoś, komu nie obiły się o uszy takie tytuły jak Młode lwy (Young Lions, 1948), Pogoda dla bogaczy (Rich Man, Poor Man, 1970) czy Lucy Crown 1956. Wszystkie czytałem na tyle dawno, iż nie pamiętam z nich niczego konkretnego poza jednym; wspomnieniem świetnego, klimatycznego stylu, plastyki opisów i przekonujących postaci, czyli po prostu wspaniałej lektury. Sięgając po Wieczór w Bizancjum oczekiwałem więc prawdziwej uczty czytelniczej, choć były te nadzieje niedookreślone, niesprecyzowane.

Bohater naszej powieści, Jesse Craig, producent filmowy, przyjeżdża na festiwal do Cannes. Po okresie sukcesów ostatnie kilka lat spędził na bocznym torze, wycofany i odcięty od gwałtownego pulsu branży. Jego przyjazd rodzi oczywiste spekulacje – czy szykuje się do spektakularnego powrotu? Zaczyna się kręcić wokół niego młoda dziennikarka i starzy znajomi. Poznaje też nowych. Z czym naprawdę przyjechał i co z tego wyniknie, zdradzać oczywiście nie będę.

Od pierwszych stron Shaw urzeka czytelnika spokojną, uroczą narracją. Wydarzenia bieżące stają się pretekstem do retrospekcji i choć towarzyszyć będziemy głównemu bohaterowi niezbyt długo, zdążymy poznać praktycznie całe jego dotychczasowe życie. Niestety, na sam koniec pojawia się, przynajmniej w moim wydaniu, zauważalna ilość błędów, co jest naprawdę denerwującym dysonansem. Nie wiem, czyja to wina, tłumacza czy autora, ale wygląda to tak, jakby ktoś nagle zaczął się spieszyć i zamiast pięknym końcem zwieńczyć dzieło, dolepił na chybcika trochę dziadostwa.

Gdybym miał na siłę zaszufladkować Wieczór w Bizancjum, na siłę, gdyż nie lubię przylepiać etykietek, powiedziałbym, że jest powieścią obyczajową osadzoną w realiach światka przemysłu filmowego, najprawdopodobniej w latach siedemdziesiątych. Miłośnicy gatunku na pewno odnajdą tu ulubiony klimat, ale mnie czegoś zabrakło do szczęścia. Choć odnajdziemy w lekturze wiele refleksji, z wiodącym motywem wpływu, jaki nasze decyzje, nawet te najbłahsze, mogą wywierać na ludzi nas otaczających, nawet tych, których nie zauważamy, to są to wszystko prawdy nieco już ograne, oklepane, jakieś takie tchnące starzyzną, choć oczywiście nadal prawdziwe. Brak jakiejkolwiek nowej, poruszającej wymowy, jakiegokolwiek aktualnego przesłania i nauki sprawia, że od takich arcydzieł, jak choćby Zabić drozda, dzieli Wieczór w Bizancjum przepaść. Przepaść jak między dobrym rzemiosłem, a wirtuozerią przepełnioną tchnieniem geniuszu. Przy takich porównaniach zawsze wraca do mnie pytanie – lepiej jedno dzieło, ale niedoścignione, czy kilka o różnym poziomie? Wróćmy jednak do naszej powieści. Zakończenie nie tylko skażone jest błędami warsztatowymi, ale i merytorycznymi. Postać głównego bohatera, przekonująca i tchnąca autentyzmem przez całą książkę, w końcówce traci swe walory. Podejmuje, w moim odczuciu, decyzje niespójne z nadaną jej przez pisarza konstrukcją psychiczną i, co powoduje jeszcze większy zgrzyt, z decyzjami podjętymi chwilę wcześniej.

Zadajecie więc sobie pewnie pytanie – warto sięgać po ten Wieczór, czy też nie? Tym, którzy twierdzą, iż Shaw jest nudny, odpowiem, iż im ktoś sam jest bardziej nudny, tym więcej rzeczy go nudzi. Jest to rzecz do poczytania, i to do przyjemnego poczytania, ale skoro jest tyle książek o wiele bardziej udanych i wartościowych, a życie takie krótkie, może lepiej poszukać czego innego. Nawet wymienione we wstępie powieści tego samego autora będą dla wymagających korzystniejszą alternatywą. Tym zaś, którzy oczekują, by w powieści „się działo”, którzy szukają wartkiej akcji lub momentów, lekturę zdecydowanie odradzam. W Wieczorze w Bizancjum tego nie znajdziecie


Wasz Andrew


niedziela, 29 września 2013

O wzorcach



Za wiele wydaje się praw, za mało daje się przykładów.

(Saint-Just – Wybór pism. Tłum. J. Ziemilski, B. Kulikowski)”

Ryszard Kapuściński prztoczył w reportażu Cesarz

sobota, 28 września 2013

Nie o Polsce?



A taka się już w pałacu podniosła gorączka, taka szła szarża na szkatułę, że jeśli kto nawet nie gustował w fortunach, inni go wciągali, zagrzewali i tak napierali, że i on w końcu dla spokoju i przyzwoitości też coś włożył do swojej kieszeni. Bo to się, drogi przyjacielu, jakoś tak odwróciło, że przyzwoitością było brać, a dyshonorem nie brać, że w niebraniu widziało się jakąś ułomność, jakąś ślamazarność, jakąś żałosną i godną zlitowania impotencję. A ten znowu, który miał, z taką miną chodził, jakby chciał się popisać swoim męskim przyrodzeniem i z pewności siebie powiedzieć – klękaj, babski narodzie!

Ryszard Kapuściński Cesarz

piątek, 27 września 2013

O fikcji i życiu



Bo w prawdziwym życiu nie było szczęśliwych zakończeń – w prawdziwym życiu był tylko ból i połamane kości.

ostatnie zdanie powieści Połamać kości Stuart MacBride

czwartek, 26 września 2013

Połamać kości




Stuart MacBride

Połamać kości

tytuł oryginału: Shatter the Bones
tłumaczenie: Maciej Pintara
wydawnictwo: Amber 2011


Stuart MacBride to znany i uznany, wielokrotnie nagradzany szkocki pisarz. Większa cześć jego dotychczasowego dorobku powieściowego zawiera się w dziewięciotomowym cyklu, którego głównym bohaterem jest detektyw policji, oczywiście szkockiej, sierżant Logan McRae. W Polsce wydano dotąd siedem pierwszych pozycji ciągu powieści o Loganie* i dwie, które wcześniej czytałem*, oceniam bardzo wysoko. Ponieważ dzieje McRae są ewidentnym przykładem serii, która nie wymaga poznawania w kolejności, bez oporów zabrałem się za ostatni wydany u nas tomik, gdy tylko wpadł w moje łapki, z pominięciem, na razie, poprzednich.

Ludzie uwielbiający szufladkować najczęściej wrzucają twórczość tej szkockiej sławy do thrillerów. Czemu – nie wiem. Dla mnie to ewidentne kryminały. Specyficzne, ale tym bardziej kryminały, iż dla podgatunku, który reprezentują, ukuto nawet specjalne określenie – tartan noir, czyli czarny szkocki kryminał. Jego cechami są zwykle umiejscowienie w Szkocji, stworzenie przez Szkota, minorowa aura, zarówno w sensie dosłownym jak i bardziej przenośnym, duża dawka brutalności, nie tylko, gdy mówimy o akcji, ale i o opisach, cynizm bohaterów, często wręcz antybohaterów oraz zmęczenie życiem i całym światem. Oczywiście nie zawsze występują one w tych samych proporcjach, ale by prawidłowo odbierać ten charakterystyczny typ literatury, warto pamiętać o specyfice Szkocji, również tej geograficznej. Z jednej strony, dzięki Prądowi Zatokowemu, jest cieplejsza niż regiony Skandynawii czy Rosji położone na tej samej szerokości geograficznej, z drugiej jednak jest dużo bardziej depresyjna niż inne części Europy, a zmienność pogody stała się przysłowiowa (If you don’t like the weather, wait a minute).

W Połamać kości dzielny i prawy, co nie znaczy, że wesoły i zewnętrznie sympatyczny, sierżant wdepnie w świat, który dla mnie jest bardziej odpowiedni do słowa wdepnie, niż jakikolwiek inny, czyli w świat show-biznesu. Świat, w którym ludzie w pogoni za kasą i sławą, co zresztą się jedno z drugim wiąże, sprzedają bez żadnych zahamowań i się, i każdego, kogo sprzedać zdołają, łącznie z rodziną. Są bardziej sprzedajni niż prostytutki, które oferują tylko własne i tylko ciało. Szczególnie dotyczy to najnowszych pomysłów w tym biznesie, czyli wszelkich programów poszukujących nowych gwiazd, najczęściej gwiazd w cudzysłowie. Właśnie takie bożyszcze mediów, w dodatku w tandemie, czyli matka z sześcioletnią córeczką, które wzięły udział w telewizyjnym programie wyławiającym talenty wokalne, zostały porwane dla okupu. Porywacze są nieuchwytni i okrutni, a wątpliwy zaszczyt zajęcia się tą sprawą spada na miejscową policję, czyli oczywiście i na naszego herosa nie-herosa, który i bez tego ma tyle roboty, że nie wie za co się najpierw zabrać. Jak się sprawa zakończy nie będę zdradzał, gdyż skomplikowana i nieprzewidywalna fabuła jest mocną stroną powieści, nie jedyną na szczęście.

Zachwycony poprzednimi powieściami o Loganie, początkowo czułem zawód i miałem wrażenie, iż ta książka jest zdecydowanie słabsza niż wcześniejsze. Dzięki Bogu się omyliłem, a przyczyną tej pochopnej oceny było to, że rzecz jest more noir than ever, co w połączeniu ze smętną pogodą za oknem i niekorzystnym biometem było chyba w tamtym momencie ponad moje siły. Wkrótce jednak, po raz kolejny, doceniłem stałe atuty stylu Stuarta MacBride, czyli obeznanie z realiami społecznymi, a zwłaszcza środowisk policyjnych i przestępczych, znajomość procedur, praktyki i rozbieżności między nimi, które autor potrafi po mistrzowsku rozgrywać, piękny styl idealnie dopasowany do nastroju i sytuacji, w które uwikłane są postacie. Klimat książki jego autorstwa jest nie do podrobienia. To niejako znak firmowy jego prozy, podobnie jak autentyczne aż do bólu postacie. Ten realizm obejmujący wszystkie aspekty jest zaletą tak wielką, że może stać się wadą. Dla wielbicieli kryminałków à la Ojciec Mateusz sierżan Logan może stać się wielkim wyzwaniem. Granica między tym, co byśmy woleli, a tym, co jest, między infantylnymi różowymi okularami, a ostrym spojrzeniem w sam środek ludzkiego bagna, będzie na pewno dla wielu poważną próbą. Myślę jednak, że warto ją podjąć, gdyż rzecz jest prawdziwie mocna. To wszystko może się zdarzyć w każdej chwili, a raczej zdarza się co chwila w nieskończonej liczbie wariantów. Z drugiej jednak strony proponuję nie zaczynać znajomości z MacBridem od tej powieści, a od którejś z wcześniejszych. Połamać kości to naprawdę czytelnicza głęboka woda, w dodatku mętna i cuchnąca. Dlatego właśnie prozę szkockiego pisarza polecam zdecydowanie wszystkim odważnym, którym nic co ludzkie nie jest obce


Wasz Andrew

* Cykl o Loganie McRae:

1. Chłód Granitu (Cold Granite)
2. Zamierające Światło (Dying Light)
3. Otwarte Rany (Broken Skin)
4. Dom krwi (Flesh House)
5. Ślepy zaułek (Blinde Eye)
6. Zimny pokój (Dark Blood)
7. Połamać kości (Shatter the Bones)
8. Partners in Crime (dwie krótsze historie: Bad Heir Day i Stramash)
9. Close to the Bone

Co skrywają głębiny

Okładka książki Tajemnica "San Diego" 

Tajemnica "San Diego"

Franck Goddio


Tytuł oryginału: Le Mystere Du San Diego
Tłumaczenie: Agnieszka Macoń
Wydawnictwo: MUZA S. A.
Liczba stron: 166
 
 
 
 
Archeologia często kojarzona jest przez pryzmat niesamowitych przygód doktora Henry’ego Waltona Indiany Jonesa. Za sprawą owego bohatera prastare cywilizacje wydają się ciągle żywe, zaciekle broniąc skrywanych przez siebie tajemnic za pomocą wszelakiej maści pomysłowych pułapek. Postać archeologa zlewa się z pierwiastkami awanturnika oraz poszukiwacza przygód i wiąże się z ciągłym unikaniem śmierci dosłownie o włos, rozwiązywaniem piekielnie trudnych zagadek, czy regularną walką z rabusiami, czyhającymi na zamierzchłe skarby. Z tego powodu trudno dziwić się rozczarowaniu, które towarzyszy okolicznościom, gdy śmiertelnik wychowany na etosie Indiany Jonesa przekonuje się, na czym polega i jak wygląda rzeczywista praca archeologa. Bezustanne, monotonne, nużące, żmudne, dłużące się w nieskończoność grzebanie w ziemi, zwieńczone odnalezieniem kilku glinianych skorup nie może się wydawać choćby w najmniejszym stopniu ekscytujące. Na szczęście oba obrazy to zdecydowane przejaskrawienia, a prawda jak zwykle leży gdzieś po środku. Praca archeologa to fascynujące zajęcie, ale wymagające ogromnych pokładów cierpliwości, poświęcenia i całkiem rozległej wiedzy. Przeszłość nie jest aż tak okrutna dla śmiałków, którzy chcą odkryć jej sekrety, ale często okrywa gęstym całunem milczenia całe swoje pokłady. Wiele faktów, niewygodnych chociażby dla tych, którzy daną historię tworzyli, zostaje wymazanych, część ksiąg ulega bezpowrotnemu zniszczeniu, wreszcie wiele budowli pochłania ziemia czy ocean. Kolejne tropy zostają zacierane, tak, że dotarcie do sedna zagadki staje się coraz trudniejsze, ale równocześnie daje o wiele większą satysfakcję, jeśli prowadzone badania zostaną zwieńczone sukcesem.

Jednym z ciekawszych, współczesnych archeologów jest z pewnością Francuz Franck Goddio. Urodzony w 1947 roku badacz morze oraz historię pokochał za sprawą dziadka, żeglarza oraz naukowca, Érica de Bisschopa. Antenat Francka Goddio przeżył wiele niezwykłych morskich wojaży, o których wspominał w swoich licznych książkach. Zajmując się m.in. badaniem migracji Polinezyjczyków, własnoręcznie zbudował on pirogą żaglową Kaimiloa (z maoryskiego Za dalekim horyzontem), którą odbył podróż z Hawajów do Francji. Pragnąc udowodnić swoją tezę, że mieszkańcy Ameryki mogli wywodzić się od maoryskich żeglarzy, wypłynął w kolejny rejs. Tratwą Tahiti Nui pokonał trasę pomiędzy Tahiti a Chile. Niestety zginął w drodze powrotnej, kiedy nowa tratwa, Tahiti Nui II rozbiła się o podwodną rafę. Przeżycia dziadka od najmłodszych lat rozpalały wyobraźnię Francka Goddio, który jednak nie od razu poszedł w ślady swojego przodka. Zdrowy rozsądek i przyziemne podejście do ważnych spraw nabyte za sprawą wychowania na normandzkiej wsi sprawiły, że Goddio postawił na solidne wykształcenie, które w przyszłości zapewniłoby mu środki na realizację młodzieńczych marzeń. Franck wstąpił na École Nationale de la Statistique et de l'Administration Économique, gdzie studiował statystykę oraz matematykę. Królowa wszystkich nauk pozwoliła mu piastować wiele wysokich stanowisk doradczych w różnych narodowych oraz międzynarodowych organizacjach. W latach 80’ Franck Goddio postanowił niemal zupełnie skoncentrować się na archeologii podwodnej. W 1987 roku założył on Institut Européen d'archéologie Sous-Marine (Europejski Instytut Archeologii Podwodnej). Franckowi Goddio udało namówić się do współpracy wielu prominentnych uczonych, zarówno archeologów jak i naukowców z Komisariatu Energii Atomowej (CEA), specjalizujących się m.in. w magnetometrii (badanie oraz interpretacja anomalii magnetycznych). W tym samym roku na specjalne zamówienie Goddio został zbudowany katamaran, ochrzczony na cześć jego dziadka imieniem Kaimiloa. Łódź naszpikowano masą najnowocześniejszych zdobyczy techniki, a dzięki współpracy z CEA zainstalowano na niej magnetometry o działaniu opartym na nuklearnym rezonansie magnetycznym, pozwalającym na bardzo dokładnie badanie dna morskiego.

Uzbrojony zarówno w technikę jak i wiedzę, Franck Goddio mógł w pełni oddać się swojej pasji – wydzieraniu morskim głębinom sekretów, które skrywają one w swych przepastnych trzewiach. Francuz chętnie dzieli się doświadczeniami, płynącymi z podejmowanych ekspedycji. Owocem kolejnych wypraw są liczne publikacje naukowe oraz książki popularnonaukowe, opisujące losy poszczególnych podwodnych wykopalisk. Dzięki serii Dookoła świata wydawnictwa MUZA S.A. polski czytelnik za sprawą książki Tajemnica „San Diego” może raz jeszcze przeżyć niezwykłe wydarzenie, jakim było poszukiwanie oraz eksploracja wraku hiszpańskiego galeonu, San Diego.

Od pierwszych stron znać, że Franck Goddio jest urodzonym gawędziarzem. Lekkim językiem opisuje pokrótce losy swojego dziadka, wspomina własną młodość, obrazuje czytelnikowi drogę, która doprowadziła go do obecnej pozycji, ukazując tym samym, że ciężką pracą i wytrwałością można osiągnąć niemal wszystko, czego się tylko zapragnie. Autor prezentuje również narodziny IEAMS (Europejskiego Instytutu Archeologii Podwodnej) – widzimy, że na szacunek, którym obecnie cieszy się, Goddio harował przez wiele lat, początkowo prowadząc badania niemalże na własną rękę, finansując je głównie z własnych zasobów. Z czasem przyszły sukcesy, a z nimi i współpraca z poważnymi naukowcami oraz specjalistami jak również sponsorzy. Ograniczeniami dla tego niezwykłego marzyciela zdaje się być jedynie własna wyobraźnia, która przynajmniej na razie nie pozwala Franckowi trwać w bezruchu.

W te historie dwudziestowieczne, płynnie wplatane są wątki z samego początku XVII wieku. Goddio z pasją oddaje meandry losów hiszpańskich kolonii na Filipinach, roztaczając przed czytelnikiem rozległą panoramę polityczną tych odległych o kilkaset lat czasów. Do życia powołane zostają sylwetki popularnych oraz mniej znanych żeglarzy i podróżników, którzy w swojej epoce byli pionierami wielkich odkryć geograficznych. Co najciekawsze jednak, autor z ogromną precyzją stara się odtworzyć ostatnie chwile tytułowego San Diego. Goddio wyjaśnia jak doszło do tego, że handlowy galeon hiszpańskiej marynarki został przerobiony na okręt wojenny i wziął udział w fatalnym starciu z holenderskimi korsarzami, które to zakończyło się spoczynkiem w odmętach oceanu.

Dzięki lekturze, czytelnik może przekonać się, jak wygląda od początku do końca skomplikowana operacja, jaką jest odnalezienie oraz zbadanie zatopionego statku. Goddio wraz ze współpracownikami musieli przekopać się przez tony kronik, zapisków, wspomnień oraz dokumentów, by krok po kroku wyłuskać z nich prawdę oraz wskazówki, które pomogłyby w zawężeniu obszaru poszukiwań. Okazuje się bowiem, że relacje historyczne, również te pisemne, nie zawsze pokrywają się z rzeczywistością – Franck Goddio umiejętnie podważy wiarygodność relacji głównego dowódcy hiszpańskiej misji, która miała przepędzić holenderskich piratów, Antonio de Morgi. Ten znakomity prawnik oraz wysoko postawiony urzędnik w koloniach na Filipinach, w Nowej Hiszpanii oraz Peru, dzięki ogromnej determinacji oraz niezłomnemu przekonaniu o własnej wielkości wymógł dla siebie, mimo braku kompetencji, stanowisko admirała, pragnąć poprowadzić do wielkiego tryumfu floty hiszpańskiej nad holenderskimi rabusiami. Bitwa zakończyła się klopsem – w końcu San Diego zatonął, ale de Morga dzięki sprytowi oraz usuwaniu niewygodnych relacji, niezgodnych z jego własnymi, obrócił sprawę o 180 stopni. Zatem książka w znakomity sposób ukazuje również mechanizmy powstawania historii – dobitnie można skonstatować, że powiedzenie, iż piszą ją zwycięzcy nie jest żadnym banałem. Bez trudu można również dojść do wniosku, że mimo upływu czasu, rozwoju techniki, natura ludzka pozostaje niemal niezmienna – tak jak i 400 lat temu, tak i dziś dla wielu najważniejszymi wartościami w życiu są władza i pieniądze, przed utratą których bronimy się rękami i nogami, pomagając sobie przy tym drobnymi fałszerstwami czy mistyfikacjami. W dalszym ciągu wołanie maluczkich, tj. osób nie posiadających bądź majątku, bądź realnej władzy, bez problemu można zagłuszyć, pozwolić mu zaginąć pośród innych, mało znaczących szumów.

Reasumując, Tajemnica „San Diego” to bardzo ciekawa lektura, stanowiąca mieszaninę faktów oraz historycznych rekonstrukcji, wsparta charakterystyką pracy współczesnych archeologów. Franck Goddio imponuje płynnością języka, uporem w wydzieraniu przeszłości swoich sekretów, bardzo rozległą wiedzą oraz niezwykła biografią, której wybrane fragmenty przytacza. Całość, mimo, że akcja plącze się między XVII a XX wiekiem czyta się z zapartym tchem, ani przez chwilę nie odczuwając znużenia. Serdecznie polecam.

środa, 25 września 2013

O tronie



Tron dodaje godności, ale tylko przez kontrast z otaczającą go pokorą, to pokorność podwładnych stwarza potęgę tronu i nadaje jej sens, bez niej tron jest tylko dekoracją, niewygodnym fotelem o wytartym pluszu i pokrzywionych sprężynach.

Ryszard Kapuściński Cesarz

Na zdjęciu tron Napoleona w Luwrze. Zjęcie : P. Alejandro Díaz. Ten plik udostępniony jest na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 2.0.