Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.

piątek, 2 sierpnia 2013

Jak Zimbardo



 


Musimy nauczyć się, że akceptować biernie niesprawiedliwy system, to współdziałać z tym systemem, a więc stać się współtwórcą zła.

Martin Luther King Jr

przytoczone w książce Philipa Zimbardo Efekt Lucyfera




czwartek, 1 sierpnia 2013

Znowu powstanie



I znów, jak co roku zresztą, mamy kolejną rocznicę Powstania Warszawskiego. Politycy i dziennikarze już od wczoraj grzeją się w blasku chwały dawnych bohaterów. Aż strach pomyśleć, co będzie za rok, gdy wypadnie okrągła rocznica. Tydzień Powstania? Świetny sposób, jeden z wielu, by odwrócić uwagę od teraźniejszości i przyszłości.

O Powstaniu po sto razy napisano i powiedziano już chyba wszystko, a o to, czego nie wiadomo, nikt nie chce pytać. I tak co roku. O odwadze i poświęceniu powstańców nie ma co dyskutować. Sprawa jest oczywista. Może dlatego spółka dziennikarsko–polityczna tak chętnie ją co roku mieli od nowa? Nic mniej, ani nic więcej się już nie da powiedzieć, więc odgrzewanie wciąż od nowa niczym nie grozi, a efektu można być pewnym. O szczegóły podjęcia decyzji o wybuchu Powstania raczej się nie pyta. Jeśli już, to się te decyzje racjonalizuje. O tym zaś, co robili decydenci, którzy o tym zrywie zdecydowali, nikt nie chce mówić. U nas w ogóle nie rozważa się tego, czy było warto, podobnie jak nie stawia się pytań, czy warto było zabijać jakiegoś hitlerowca, który wcale nie był niezastąpiony, skazując jednocześnie na śmierć setkę zakładników. To odwrotnie niż choćby u Czechów. Oni nie są przekonani o tym, że życie protektora Czech i Moraw z ramienia III Rzeszy, SS-Obergruppenführera Reinharda Heydricha, zabitego w zamachu 27 maja 1941 (właściwie zmarł kilka dni później w następstwie odniesionych ran) naprawdę warte było życia 115 zakładników i zagłady wsi Ležáky oraz Lidice.

Rok temu opublikowałem na moim blogu tekst Powstanie okiem heretyka, w którym zawarłem pytania, jakie mnie dręczą w związku z Powstaniem Warszawskim. Ponieważ nic się w tej materii nie zmieniło, opowiem tylko krótko dzieje tego felietoniku, o których dotąd nie wspominałem.

Moje rozważania o Powstaniu spisałem z zamiarem opublikowania w jednej z dobrze notowanych za merytoryczny poziom gazet ogólnopolskich. Wysłałem je do redaktora naczelnego, jak miałem w planie, i czekałem. Czekałem miesiąc… Czekałem dwa… Zrozumiawszy, iż nie doczekam się publikacji, napisałem prośbę o wyjaśnienie moich błędów i wypaczeń. Odpowiedź mnie zdumiała.

Pan redaktor, którego godność litościwie zataję, podobnie jak nazwę pisma, wyjaśnił mi bardzo uprzejmie, iż tekst przekazał do oceny kolegom bardziej zorientowanym w temacie. Podał nazwiska, więc do ich profesjonalizmu nie mam zastrzeżeń. Podał też jak głosowali i dlaczego. I to, a nie fakt odrzucenia tekstu, mnie powaliło.

Połowa uważała, że nie należy publikować, choć koncepcja prowokacji jest bardzo prawdopodobna i im też takie rzeczy chodziły po głowie, ale nie wolno dolewać oliwy do ognia rusofobii, a poza tym sam tekst nieciekawie napisany.

Druga połowa uważała, że nie należy publikować, gdyż teza jest niedorzeczna, choć tekst napisany ciekawie.

Sprzeczne przesłanki, w dodatku sprzeczne w jakiś dziwnie symetryczny sposób, a wniosek ten sam. I to tyle na temat dążenia etatowych historyków i dziennikarzy do prawdy ;)
Tych co nie czytali, zapraszam do lektury Powstania okiem heretyka.

Chwała żołnierzom Powstania Warszawskiego!
Ale decydentom… Niech każdy sam oceni.



środa, 31 lipca 2013

Wieki przed Zimbardo


Jedynym koniecznym warunkiem triumfu zła jest to, żeby dobrzy ludzie nie robili nic.
brytyjski mąż stanu Edmund Burke

przytoczone w książce Philipa Zimbardo Efekt Lucyfera

wtorek, 30 lipca 2013

Niezwykłe przygody podstarzałego paralizatora

Okładka książki Dreszcz 

Dreszcz

Jakub Ćwiek


Wydawnictwo: Fabryka Słów
Liczba stron: 296










Jakub Ćwiek, to polski pisarz, którego twórczość zaliczana jest do nurtu fantastyki. Autor sławę i rozgłos uzyskał dzięki tetralogii Kłamca, która zapewniła mu status twórcy kultowego w naszym kraju. Ponadto Ćwiek aż dziewięciokrotnie nominowany był do nagrody im. Janusza A. Zajdla, którą to udało mu się zdobyć raz, w roku 2011, za opowiadanie Bajka o trybach i powrotach. O pisarzu zrobiło się głośno również na skutek sporu z wydawnictwem Fabryka Słów, na łamach którego Ćwiek debiutował. Konflikt, określany mianem Afery Crossgate zagościł na prywatnym blogu autora i szybko zahuczało o nim w Internecie. Kolejne wpisy Ćwieka, w których ujawniał on swoją korespondencję z Fabryką Słów śledziły rzesze czytelników, bowiem pisarz, niejako mimochodem, przy okazji prowadzonego sporu, ukazywał metody funkcjonowania współczesnych wydawnictw, dla których wartością priorytetową okazuje się zysk, bez oglądania się nawet na co bardziej zasłużonych autorów. Prawda niby ogólnie znana, którą jednak warto od czasu do czasu przypomnieć, by wyzbyć się wszelkich złudzeń, które przypadkiem mogłyby zagościć w naszych naiwnych, czytelniczych sercach. Mimo dość ostrej wymiany zdań, Jakub Ćwiek nie zakończył współpracy z Fabryką Słów i w dalszym ciągu na jej łamach pojawiają się jego książki. Najnowszą powieścią, którą wydała lublińska oficyna jest Dreszcz.

Jakub Ćwiek znany jest dobrze swoim fanom z zamiłowania do Rock’n’Rolla i uczucie to w pełni prezentuje właśnie w Dreszczu. Główny bohater, Ryszard Zwierzu Zwierzchowski to podstarzały rockman, który obecnie prowadzi egzystencję ludzkiej pijawki. Hasło sex, drugs and rock’n’roll ciągle stanowi motto życiowe Rycha, ale jego pasji nie podzielają najbliżsi. Zwierzchowski od dawna prowadzi żywot samotnika, opuszczonego przez wszystkich członków rodziny, spośród których przyznaje się do niego jedynie przebywająca na emigracji w USA córka. Janina regularnie uzupełnia ziejący pustką tatusiowy portfel oraz bezskutecznie stara się znaleźć zajęcie dla swojego rodziciela, który jednak umiejętnie unika zniewolenia jakąkolwiek formą pracy zarobkowej. Godziny spędzane na słuchaniu czołowych rockowych kapel, piwo, spożywane na przyblokowym trawniku, przy akompaniamencie elektrycznej gitary, którą Zwierzchowski doprowadza do szału sąsiadów – Rychu ani myśli, by zmieniać cokolwiek w swoim wygodnickim życiu. Zmiany przychodzą zatem same. Ryszard w trakcie swojego codziennego leżakowania zostaje porażony piorunem, na skutek czego zostaje obdarzony wyjątkową mocą – odtąd potrafi on władać energią elektryczną. Brzmi znajomo i okrutnie banalnie? Może i tak, ale to nie żart – w ten oto sposób do pokaźnego grona superbohaterów, znanych doskonale z amerykańskiej literatury popularnej, dołącza Dreszcz. Oczywiście wyjątkowe zdolności nie zmieniają zbytnio charakteru Zwierzchowskiego, na skutek czego nasz polski heros wyraźnie różni się od swoich amerykańskich pierwowzorów.

W tym momencie pozwolę sobie na małą dygresję. W polskiej literaturze fantastycznej można zauważyć tendencję do tworzenia głównego bohatera wg schematu, zastosowanego przez Andrzeja Sapkowskiego, który wykreował najbardziej znaną postać polskiego fantasy, Wiedźmina. Otóż bohaterowie naszych rodzimych twórców są pewnego rodzaju herosami – walczą ze złem i występkiem, stają w obronie słabszych, nigdy nie idąc na łatwiznę, brnąc pod prąd, postępując zgodnie z moralnym obowiązkiem, starając się nie dopuścić, by krzywda i niesprawiedliwość zatryumfowały na świecie. Jednak z drugiej strony, rodzimi bohaterowie absolutnie nie są wzorami cnót wszelakich – są to najczęściej ludzie z krwi i kości, którym nie brakuje wad, przywar, słabostek, którzy często podejmują się ochrony spokojnego żywota szarych obywateli, ale mając pełną świadomość faktu, że owi potencjalnie pokrzywdzeni to najczęściej zwykły motłoch, nie potrafiący okazać wdzięczności, a w normalnych warunkach, brzydzący się innością swojego wybawiciela. Cechą najważniejszą, która wyróżnia naszych herosów to ogromne poczucie humoru, którym tryskają niczym gejzer oraz umiejętność władania ironią z równą wprawą, co mieczem, od ciosów którego pada tylu przeciwników. Żarty słowne, zgryźliwe, często wulgarne docinki, zawoalowane kpiny oraz drobne złośliwości znajdują się na podorędziu każdego, szanującego się polskiego bohatera. W ten trend doskonale wpisuje się Ryszard Dreszcz Zwierzchowski. Zwierzu ratuje przed gwałtem niewinne kobiety, ale w ramach wdzięczności oczekuje pokazania cycków. Spuszcza lanie chuliganom, zaczepiającym przypadkowych przechodniów, ale wcześniej wybiera się z nimi na piwo. Powstrzymuje przed niecnym czynami gwałcicieli, ale za chwilę dla uspokojenia zapala sobie skręta. Czy taki koleś mógłby trafić do amerykańskiego komiksu, którego bohaterowie często są wzorem postępowania dla zwykłych zjadaczy chleba, którzy swoje słabostki skrzętnie ukrywają, nawet przed samym sobą? Zwierzchowski poraża czytelnika swoją naturalnością, której nie jest w stanie zmienić ani żadna supermoc, ani żaden dzieciak-maniak komiksów, skaczący wręcz z radości, że wreszcie udało mu się znaleźć swojego superbohatera, któremu mógłby służyć.

Dreszcz jest zatem całkiem zabawną powieścią o narodzinach herosa na katowickim osiedlu Tysiąclecia. Ćwiekowi należy oddać, że solidnie przyłożył się do pracy i zadbał także o detale. Nie brakuje zatem lokalnego folkloru – jedyny przyjaciela Rycha, Alojzy, to emerytowany górnik, który jak na rodowitego Ślązoka przystało, posługuje się jedynie gwarą. Ponadto pojawiają się opisy poszczególnych miejsc w Katowicach oraz w Krakowie, w miastach, w których rozgrywa się akcja powieści – to z pewnością miłe dla czytelnika, kiedy kojarzy lokalizacje, o których jest mowa w książce. Swoistą wisienką na torcie są rockowe kawałki, które Ćwiek gęsto upycha niemal na każdej stronie. Autor nie zadowala się jedynie wymienieniem utworu, który aktualnie słucha Rychu. Często pojawiają się całe zwrotki, słowa refrenu, który świetnie wpasowują się w akcję, tworząc z nią harmoniczną całość.

Ale rzeczą, która wywarła na mnie zdecydowanie najbardziej pozytywne wrażenie jest fakt wybrania staruszka na bohatera całej powieści. Rychu nie jest co prawda zramolałym, robiącym pod siebie dziadkiem, ale swoje już przeżył, tak, że bujna czupryna usiana jest wyłącznie siwymi włosami. Ćwiek uchodzi za znawcę oraz miłośnika popkultury, która w wielu kwestiach jest przecież odzwierciedleniem całej naszej zachodniej cywilizacji. W mojej opinii decyzja, by herosem stał się człowiek stary, a więc w powszechnym mniemaniu niedołężny, nieprzydatny, jest głęboko przemyślana. Ja traktuję to jako rodzaj sprzeciwu wobec współczesnego ducha kultury europejskiej, zgodnie z którym panuje bezmyślny oraz bezkrytyczny kult młodości. Z afiszów reklam atakują nas półnagie, roześmiane, piękne i młode kobiety oraz mężczyźni. Kremy przeciwzmarszczkowe dla czterdziestolatków promują dwudziestolatki. Z wielkich korporacji starsi wiekiem, ale i o wiele bardziej doświadczeni, pracownicy muszą ustępować miejsca żądnym sukcesów i bogactwa młodym wilkom. Starość chowana jest w cień, ponieważ jest niemodna. Mało się o niej mówi, a sam temat starzenia się traktuje się częściej jako swoiste tabu. Operacje plastyczne, kosmetyki, zdrowy tryb życia – wszystko ma nas uchronić przed niechcianą starością, której coraz więcej współczesnych ludzi nie potrafi zaakceptować jako naturalnej i nieuchronnej kolei rzeczy. Człowiek stary jest zatem często skazywany na egzystencję poza marginesem społeczeństwa. Jego miejsce jest w aptekach, kolejkach do lekarza lub w kościele. Ćwiek jest kolejnym polskim pisarzem, który w swojej prozie pokazuje, że wcale tak nie musi być. Dreszcza uznać można zatem, podobnie jak i sieniewiczowską Rebelię za swoistą, nie pozbawioną kpin i groteski, apoteozę starości.

Reasumując krótko, uważam, że Jakub Ćwiek zaserwował czytelnikowi porcję bardzo przyzwoitej prozy. Książka napisana jest lekkim piórem, sporo w niej scen komicznych, słownych żartów oraz ironii. Jeśli chodzi o wady, to na pierwszy plan wybija się brak spójnej fabuły – widać jak na dłoni, że powieść jest wyłącznie początkiem większej serii. Poszczególne wątki dopiero rozwijają się, tak, że panuje swoisty nieład. Ponadto część prezentowanych powiedzonek i kpin może sprawiać wrażenie niesmacznych. Gęsto jest także od wulgaryzmów oraz szyderstwa, również ze świętości. Książka jest w dodatku dosyć krótka, tak, że szybko dochodzimy do ostatniej strony, stwierdzając z rozczarowaniem, że to już naprawdę koniec.


Wasz Ambrose


Jeszcze o SEW (SPE)





Przełomowe badanie stanfordzkie dostarcza ostrzegawczej opowieści dotyczącej wszystkich wojskowych działań wobec zatrzymanych... Psychologowie starali się zrozumieć, jak i dlaczego jednostki i grupy, które zwykle postępują po ludzku, mogą czasami, w pewnych okolicznościach, postępować inaczej.

Raport Niezależnej Komisji Schlesingera

przytoczone w książce Philipa Zimbardo Efekt Lucyfera


poniedziałek, 29 lipca 2013

Mistrz sprzedaży



Dziś kawał, który po raz pierwszy usłyszałem dawno, dawno temu na jednym ze szkoleń sprzedaży bezpośredniej i choć, jak się później okazało, rzeczywistość w tej materii bywa jeszcze bardziej zaskakująca, wciąż go pamiętam:

Wielki hipermarket. Szef przyjmuje do pracy nowego sprzedawcę dając mu jeden dzień okresu próbnego, żeby go przetestować. Po zamknięciu sklepu szef wzywa nowego sprzedawce do biura i pyta:
- No to ile dziś zrobił pan transakcji? - pyta.
- Jedną, szefie.
- Co? Jedną?! Nasi sprzedawcy mają średnio sześćdziesiąt, siedemdziesiąt transakcji w ciągu dnia! A właściwie, to ile pan utargował?
- Trzysta osiemdziesiąt tysięcy dolarów.
Szefa zatkało.
- Ile? Na Boga, co pan sprzedał?!
- No na początku sprzedałem mały haczyk na ryby.
- Haczyk na ryby? Za trzysta osiemdziesiąt tysięcy?
-Mały haczyk na początek. Potem przekonałem klienta, żeby wziął jeszcze średni i duży haczyk. Następnie przekonałem go, że powinien wziąć jeszcze żyłkę. Sprzedałem mu trzy rodzaje: cienką, średnią i grubą. Wdaliśmy się w rozmowę. Spytałem, gdzie będzie łowić. Powiedział, że na Missouri, dwadzieścia mil na północ. W związku z tym sprzedałem mu jeszcze wiatrówkę, nieprzemakalne spodnie i rybackie gumowce, ponieważ tam mocno wieje. Przekonałem go, że na brzegu ryby nie biorą, no i tak poszliśmy wybrać łódź motorową. Spytałem go, jakie ma auto i powiedziałem, że ma za małe, aby odwieźć łódź, w związku z czym sprzedałem mu przyczepę.
- I wszystko to sprzedał pan człowiekowi, który przyszedł sobie kupić jeden jedyny haczyk na ryby?!
- Nieee. On przyszedł z zamiarem kupienia podpasek dla swojej żony. Zaproponowałem mu, że skoro w weekend nici z seksu, to może pojechałby przynajmniej na ryby.

niedziela, 28 lipca 2013

Niemieckie pociągi pancerne




Deutsche Eisenbahngeschütze


Horst Scheibert

Seria wydawnicza Waffen Arsenal
numer broszury 016
Wydawnictwo PODZUN-VERLAG 1975

Ostatnio przedstawiłem Wam niezmiernie interesującą publikację z cyklu Armor Photogallery traktującą o niemieckim dziale kolejowym Leopold. Wcześniej były też przykłady z takich serii wydawniczych jak IN ACTION, The Military Book Club i Танк на поле боя. Mieliśmy więc literaturę dokumentalną rosyjsko- i anglojęzyczną, najbardziej strawną w naszym kraju. Dziś przykład, że i w niemieckiej jest co poczytać i pooglądać, gdyż podobnie jak we wspomnianych, i w dzisiaj omawianej lekturze obraz jest chyba nawet ważniejszy niż słowo. Poznajmy serię Waffen Arsenal wydawnictwa PODZUN-VERLAG.





Numer 16 cyklu, jak sam tytuł mówi, jest poświęcony niemieckim działom kolejowym II Wojny Światowej. Publikacja o objętości 51 jeden stron, podobnie jak we wspomnianych, konkurencyjnych wydawnictwach, wypełniona jest świetnie dobranym zdjęciowym materiałem dokumentalnym i oszczędnym, ale konkretnym i interesującym tekstem. Całość wzbogacają rysunki poglądowe omawianych konstrukcji, sposobu ich ustawiania na stanowiskach ogniowych, czy przykładowego składu w jakim się poruszały. Choć osobiście preferuję opracowania monograficzne, jako z przyczyn oczywistych bardziej wyczerpujące i mniej ogólnikowe, jednak trzeba przyznać, że Deutsche Eisenbahngeschütze prezentuje się interesująco pomimo dość szerokiej tematyki; obejmuje bowiem niemiecką artylerię kolejową kalibrów 15, 17, 20.3, 21, 24, 28, 30.5, 32, 34, 37 i 80cm. Już z tego wymienienia różnorodności kalibrów, a co za tym idzie konstrukcji, można się domyślić, iż niektóre typy dział zostały omówione naprawdę skrótowo i zobrazowane tylko jednym, a inne kilkoma zdjęciami. Z tego powodu publikacja nie jest marzeniem modelarza, choć może być cenna jako źródło uzupełniające, jako że fotki nie są zbyt „ograne” co jest wadą większości polskich wydawnictw. Dla zainteresowanych historią techniki zbrojeniowej i II Wojny Światowej jest to ciekawa pozycja oddająca ducha uzbrojenia tego typu. Do myślenia o sensie tych konstrukcji dają w szczególności informacje o składach osobowych jednostek przewidzianych do obsługi tego sprzętu. Oczywiście przeszkodą może być aspekt językowy – niewielu Polaków zna język swego zachodniego sąsiada. Właściwie to niewielu Polaków zna jakikolwiek język; nawet z ojczystym nie jest najlepiej. Z drugiej strony, w dobie internetu i komputerów, chcący zawsze jakoś sobie z tłumaczeniem poradzi.




Z dostępnością na rynku wtórnym, bo chyba tylko to wchodzi w rachubę, nie jest najlepiej, ale zdaje się, że jak już coś się pojawi, to ceny są przystępne, właśnie ze względu na język.

Gdybyście napotkali, warto poczytać. Do kupowania nie zachęcam, jeśli temat specjalnie Was nie rajcuje. No chyba, że cena wybitnie atrakcyjna będzie


Wasz Andrew

sobota, 27 lipca 2013

O złych Niemcach


Gdyby w Stanach Zjednoczonych wprowadzono system obozów śmierci tego rodzaju, jaki obserwowaliśmy w nazistowskich Niemczech, to w każdym amerykańskim mieście średniej wielkości można by znaleźć wystarczający personel dla tych obozów.


Efekt Lucyfera Philip Zimbardo

za The psychology of helping and altruism: Problems and puzzles. McGraw-Hill series in social psychology. Schroeder, David A.; Penner, Louis A.; Dovidio, John F.; Piliavin, Jane A.