przytoczone w książce Philipa Zimbardo Efekt Lucyfera
Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.
środa, 31 lipca 2013
wtorek, 30 lipca 2013
Niezwykłe przygody podstarzałego paralizatora
Dreszcz
Jakub Ćwiek
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Liczba stron: 296
Jakub Ćwiek, to polski pisarz, którego twórczość zaliczana jest do nurtu fantastyki. Autor sławę i rozgłos uzyskał dzięki tetralogii Kłamca, która zapewniła mu status twórcy kultowego w naszym kraju. Ponadto Ćwiek aż dziewięciokrotnie nominowany był do nagrody im. Janusza A. Zajdla, którą to udało mu się zdobyć raz, w roku 2011, za opowiadanie Bajka o trybach i powrotach. O pisarzu zrobiło się głośno również na skutek sporu z wydawnictwem Fabryka Słów, na łamach którego Ćwiek debiutował. Konflikt, określany mianem Afery Crossgate zagościł na prywatnym blogu autora i szybko zahuczało o nim w Internecie. Kolejne wpisy Ćwieka, w których ujawniał on swoją korespondencję z Fabryką Słów śledziły rzesze czytelników, bowiem pisarz, niejako mimochodem, przy okazji prowadzonego sporu, ukazywał metody funkcjonowania współczesnych wydawnictw, dla których wartością priorytetową okazuje się zysk, bez oglądania się nawet na co bardziej zasłużonych autorów. Prawda niby ogólnie znana, którą jednak warto od czasu do czasu przypomnieć, by wyzbyć się wszelkich złudzeń, które przypadkiem mogłyby zagościć w naszych naiwnych, czytelniczych sercach. Mimo dość ostrej wymiany zdań, Jakub Ćwiek nie zakończył współpracy z Fabryką Słów i w dalszym ciągu na jej łamach pojawiają się jego książki. Najnowszą powieścią, którą wydała lublińska oficyna jest Dreszcz.
Jakub Ćwiek znany jest dobrze swoim fanom z zamiłowania do Rock’n’Rolla i uczucie to w pełni prezentuje właśnie w Dreszczu. Główny bohater, Ryszard Zwierzu Zwierzchowski to podstarzały rockman, który obecnie prowadzi egzystencję ludzkiej pijawki. Hasło sex, drugs and rock’n’roll
ciągle stanowi motto życiowe Rycha, ale jego pasji nie podzielają
najbliżsi. Zwierzchowski od dawna prowadzi żywot samotnika, opuszczonego
przez wszystkich członków rodziny, spośród których przyznaje się do
niego jedynie przebywająca na emigracji w USA córka. Janina regularnie
uzupełnia ziejący pustką tatusiowy portfel oraz bezskutecznie stara się
znaleźć zajęcie dla swojego rodziciela, który jednak umiejętnie unika
zniewolenia jakąkolwiek formą pracy zarobkowej. Godziny spędzane na
słuchaniu czołowych rockowych kapel, piwo, spożywane na przyblokowym
trawniku, przy akompaniamencie elektrycznej gitary, którą Zwierzchowski
doprowadza do szału sąsiadów – Rychu ani myśli, by zmieniać cokolwiek w
swoim wygodnickim życiu. Zmiany przychodzą zatem same. Ryszard w trakcie
swojego codziennego leżakowania zostaje porażony piorunem, na skutek
czego zostaje obdarzony wyjątkową mocą – odtąd potrafi on władać energią
elektryczną. Brzmi znajomo i okrutnie banalnie? Może i tak, ale to nie
żart – w ten oto sposób do pokaźnego grona superbohaterów, znanych
doskonale z amerykańskiej literatury popularnej, dołącza Dreszcz.
Oczywiście wyjątkowe zdolności nie zmieniają zbytnio charakteru
Zwierzchowskiego, na skutek czego nasz polski heros wyraźnie różni się
od swoich amerykańskich pierwowzorów.
W tym momencie pozwolę sobie na małą
dygresję. W polskiej literaturze fantastycznej można zauważyć tendencję
do tworzenia głównego bohatera wg schematu, zastosowanego przez Andrzeja
Sapkowskiego, który wykreował najbardziej znaną postać polskiego
fantasy, Wiedźmina. Otóż bohaterowie naszych rodzimych twórców są
pewnego rodzaju herosami – walczą ze złem i występkiem, stają w obronie
słabszych, nigdy nie idąc na łatwiznę, brnąc pod prąd, postępując
zgodnie z moralnym obowiązkiem, starając się nie dopuścić, by krzywda i
niesprawiedliwość zatryumfowały na świecie. Jednak z drugiej strony,
rodzimi bohaterowie absolutnie nie są wzorami cnót wszelakich – są to
najczęściej ludzie z krwi i kości, którym nie brakuje wad, przywar,
słabostek, którzy często podejmują się ochrony spokojnego żywota szarych
obywateli, ale mając pełną świadomość faktu, że owi potencjalnie
pokrzywdzeni to najczęściej zwykły motłoch, nie potrafiący okazać
wdzięczności, a w normalnych warunkach, brzydzący się innością swojego
wybawiciela. Cechą najważniejszą, która wyróżnia naszych herosów to
ogromne poczucie humoru, którym tryskają niczym gejzer oraz umiejętność
władania ironią z równą wprawą, co mieczem, od ciosów którego pada tylu
przeciwników. Żarty słowne, zgryźliwe, często wulgarne docinki,
zawoalowane kpiny oraz drobne złośliwości znajdują się na podorędziu
każdego, szanującego się polskiego bohatera. W ten trend doskonale
wpisuje się Ryszard Dreszcz Zwierzchowski. Zwierzu
ratuje przed gwałtem niewinne kobiety, ale w ramach wdzięczności
oczekuje pokazania cycków. Spuszcza lanie chuliganom, zaczepiającym
przypadkowych przechodniów, ale wcześniej wybiera się z nimi na piwo.
Powstrzymuje przed niecnym czynami gwałcicieli, ale za chwilę dla
uspokojenia zapala sobie skręta. Czy taki koleś mógłby trafić do
amerykańskiego komiksu, którego bohaterowie często są wzorem
postępowania dla zwykłych zjadaczy chleba, którzy swoje słabostki
skrzętnie ukrywają, nawet przed samym sobą? Zwierzchowski poraża
czytelnika swoją naturalnością, której nie jest w stanie zmienić ani
żadna supermoc, ani żaden dzieciak-maniak komiksów, skaczący wręcz z
radości, że wreszcie udało mu się znaleźć swojego superbohatera, któremu
mógłby służyć.
Dreszcz jest zatem całkiem
zabawną powieścią o narodzinach herosa na katowickim osiedlu
Tysiąclecia. Ćwiekowi należy oddać, że solidnie przyłożył się do pracy i
zadbał także o detale. Nie brakuje zatem lokalnego folkloru – jedyny
przyjaciela Rycha, Alojzy, to emerytowany górnik, który jak na
rodowitego Ślązoka przystało, posługuje się jedynie gwarą. Ponadto
pojawiają się opisy poszczególnych miejsc w Katowicach oraz w Krakowie, w
miastach, w których rozgrywa się akcja powieści – to z pewnością miłe
dla czytelnika, kiedy kojarzy lokalizacje, o których jest mowa w
książce. Swoistą wisienką na torcie są rockowe kawałki, które Ćwiek
gęsto upycha niemal na każdej stronie. Autor nie zadowala się jedynie
wymienieniem utworu, który aktualnie słucha Rychu. Często pojawiają się
całe zwrotki, słowa refrenu, który świetnie wpasowują się w akcję,
tworząc z nią harmoniczną całość.
Ale rzeczą, która wywarła na mnie zdecydowanie najbardziej pozytywne wrażenie jest fakt wybrania staruszka
na bohatera całej powieści. Rychu nie jest co prawda zramolałym,
robiącym pod siebie dziadkiem, ale swoje już przeżył, tak, że bujna
czupryna usiana jest wyłącznie siwymi włosami. Ćwiek uchodzi za znawcę
oraz miłośnika popkultury, która w wielu kwestiach jest przecież
odzwierciedleniem całej naszej zachodniej cywilizacji. W mojej opinii
decyzja, by herosem stał się człowiek stary, a więc w powszechnym
mniemaniu niedołężny, nieprzydatny, jest głęboko przemyślana. Ja
traktuję to jako rodzaj sprzeciwu wobec współczesnego ducha kultury
europejskiej, zgodnie z którym panuje bezmyślny oraz bezkrytyczny kult
młodości. Z afiszów reklam atakują nas półnagie, roześmiane, piękne i
młode kobiety oraz mężczyźni. Kremy przeciwzmarszczkowe dla
czterdziestolatków promują dwudziestolatki. Z wielkich korporacji starsi
wiekiem, ale i o wiele bardziej doświadczeni, pracownicy muszą
ustępować miejsca żądnym sukcesów i bogactwa młodym wilkom. Starość
chowana jest w cień, ponieważ jest niemodna. Mało się o niej mówi, a sam
temat starzenia się traktuje się częściej jako swoiste tabu. Operacje
plastyczne, kosmetyki, zdrowy tryb życia – wszystko ma nas uchronić
przed niechcianą starością, której coraz więcej współczesnych ludzi nie
potrafi zaakceptować jako naturalnej i nieuchronnej kolei rzeczy.
Człowiek stary jest zatem często skazywany na egzystencję poza
marginesem społeczeństwa. Jego miejsce jest w aptekach, kolejkach do
lekarza lub w kościele. Ćwiek jest kolejnym polskim pisarzem, który w
swojej prozie pokazuje, że wcale tak nie musi być. Dreszcza uznać można zatem, podobnie jak i sieniewiczowską Rebelię za swoistą, nie pozbawioną kpin i groteski, apoteozę starości.
Reasumując krótko, uważam, że Jakub
Ćwiek zaserwował czytelnikowi porcję bardzo przyzwoitej prozy. Książka
napisana jest lekkim piórem, sporo w niej scen komicznych, słownych
żartów oraz ironii. Jeśli chodzi o wady, to na pierwszy plan wybija się
brak spójnej fabuły – widać jak na dłoni, że powieść jest wyłącznie
początkiem większej serii. Poszczególne wątki dopiero rozwijają się,
tak, że panuje swoisty nieład. Ponadto część prezentowanych powiedzonek i
kpin może sprawiać wrażenie niesmacznych. Gęsto jest także od
wulgaryzmów oraz szyderstwa, również ze świętości. Książka jest w
dodatku dosyć krótka, tak, że szybko dochodzimy do ostatniej strony,
stwierdzając z rozczarowaniem, że to już naprawdę koniec.
Wasz Ambrose
Wasz Ambrose
Jeszcze o SEW (SPE)
„Przełomowe badanie stanfordzkie dostarcza ostrzegawczej opowieści dotyczącej wszystkich wojskowych działań wobec zatrzymanych... Psychologowie starali się zrozumieć, jak i dlaczego jednostki i grupy, które zwykle postępują po ludzku, mogą czasami, w pewnych okolicznościach, postępować inaczej.”
Raport Niezależnej Komisji Schlesingera
przytoczone w książce Philipa Zimbardo Efekt Lucyfera
poniedziałek, 29 lipca 2013
Mistrz sprzedaży
Dziś kawał, który po raz pierwszy usłyszałem dawno, dawno temu na jednym ze szkoleń sprzedaży bezpośredniej i choć, jak się później okazało, rzeczywistość w tej materii bywa jeszcze bardziej zaskakująca, wciąż go pamiętam:
Wielki hipermarket. Szef przyjmuje do pracy nowego sprzedawcę dając mu jeden dzień okresu próbnego, żeby go przetestować. Po zamknięciu sklepu szef wzywa nowego sprzedawce do biura i pyta:
- No to ile dziś zrobił pan transakcji? - pyta.
- Jedną, szefie.
- Co? Jedną?! Nasi sprzedawcy mają średnio sześćdziesiąt, siedemdziesiąt transakcji w ciągu dnia! A właściwie, to ile pan utargował?
- Trzysta osiemdziesiąt tysięcy dolarów.
Szefa zatkało.
- Ile? Na Boga, co pan sprzedał?!
- No na początku sprzedałem mały haczyk na ryby.
- Haczyk na ryby? Za trzysta osiemdziesiąt tysięcy?
-Mały haczyk na początek. Potem przekonałem klienta, żeby wziął jeszcze średni i duży haczyk. Następnie przekonałem go, że powinien wziąć jeszcze żyłkę. Sprzedałem mu trzy rodzaje: cienką, średnią i grubą. Wdaliśmy się w rozmowę. Spytałem, gdzie będzie łowić. Powiedział, że na Missouri, dwadzieścia mil na północ. W związku z tym sprzedałem mu jeszcze wiatrówkę, nieprzemakalne spodnie i rybackie gumowce, ponieważ tam mocno wieje. Przekonałem go, że na brzegu ryby nie biorą, no i tak poszliśmy wybrać łódź motorową. Spytałem go, jakie ma auto i powiedziałem, że ma za małe, aby odwieźć łódź, w związku z czym sprzedałem mu przyczepę.
- I wszystko to sprzedał pan człowiekowi, który przyszedł sobie kupić jeden jedyny haczyk na ryby?!
- Nieee. On przyszedł z zamiarem kupienia podpasek dla swojej żony. Zaproponowałem mu, że skoro w weekend nici z seksu, to może pojechałby przynajmniej na ryby.
niedziela, 28 lipca 2013
Niemieckie pociągi pancerne
Deutsche Eisenbahngeschütze
Horst Scheibert
Seria wydawnicza Waffen Arsenalnumer broszury 016
Wydawnictwo PODZUN-VERLAG 1975
Ostatnio przedstawiłem Wam niezmiernie interesującą publikację z cyklu Armor Photogallery traktującą o niemieckim dziale kolejowym Leopold. Wcześniej były też przykłady z takich serii wydawniczych jak IN ACTION, The Military Book Club i Танк на поле боя. Mieliśmy więc literaturę dokumentalną rosyjsko- i anglojęzyczną, najbardziej strawną w naszym kraju. Dziś przykład, że i w niemieckiej jest co poczytać i pooglądać, gdyż podobnie jak we wspomnianych, i w dzisiaj omawianej lekturze obraz jest chyba nawet ważniejszy niż słowo. Poznajmy serię Waffen Arsenal wydawnictwa PODZUN-VERLAG.
Numer 16 cyklu, jak sam tytuł mówi, jest poświęcony niemieckim działom kolejowym II Wojny Światowej. Publikacja o objętości 51 jeden stron, podobnie jak we wspomnianych, konkurencyjnych wydawnictwach, wypełniona jest świetnie dobranym zdjęciowym materiałem dokumentalnym i oszczędnym, ale konkretnym i interesującym tekstem. Całość wzbogacają rysunki poglądowe omawianych konstrukcji, sposobu ich ustawiania na stanowiskach ogniowych, czy przykładowego składu w jakim się poruszały. Choć osobiście preferuję opracowania monograficzne, jako z przyczyn oczywistych bardziej wyczerpujące i mniej ogólnikowe, jednak trzeba przyznać, że Deutsche Eisenbahngeschütze prezentuje się interesująco pomimo dość szerokiej tematyki; obejmuje bowiem niemiecką artylerię kolejową kalibrów 15, 17, 20.3, 21, 24, 28, 30.5, 32, 34, 37 i 80cm. Już z tego wymienienia różnorodności kalibrów, a co za tym idzie konstrukcji, można się domyślić, iż niektóre typy dział zostały omówione naprawdę skrótowo i zobrazowane tylko jednym, a inne kilkoma zdjęciami. Z tego powodu publikacja nie jest marzeniem modelarza, choć może być cenna jako źródło uzupełniające, jako że fotki nie są zbyt „ograne” co jest wadą większości polskich wydawnictw. Dla zainteresowanych historią techniki zbrojeniowej i II Wojny Światowej jest to ciekawa pozycja oddająca ducha uzbrojenia tego typu. Do myślenia o sensie tych konstrukcji dają w szczególności informacje o składach osobowych jednostek przewidzianych do obsługi tego sprzętu. Oczywiście przeszkodą może być aspekt językowy – niewielu Polaków zna język swego zachodniego sąsiada. Właściwie to niewielu Polaków zna jakikolwiek język; nawet z ojczystym nie jest najlepiej. Z drugiej strony, w dobie internetu i komputerów, chcący zawsze jakoś sobie z tłumaczeniem poradzi.
Z dostępnością na rynku wtórnym, bo chyba tylko to wchodzi w rachubę, nie jest najlepiej, ale zdaje się, że jak już coś się pojawi, to ceny są przystępne, właśnie ze względu na język.
Gdybyście napotkali, warto poczytać. Do kupowania nie zachęcam, jeśli temat specjalnie Was nie rajcuje. No chyba, że cena wybitnie atrakcyjna będzie
sobota, 27 lipca 2013
O złych Niemcach
„Gdyby w Stanach Zjednoczonych wprowadzono system obozów śmierci tego rodzaju, jaki obserwowaliśmy w nazistowskich Niemczech, to w każdym amerykańskim mieście średniej wielkości można by znaleźć wystarczający personel dla tych obozów.”
Efekt Lucyfera Philip Zimbardo
za The psychology of helping and altruism: Problems and puzzles. McGraw-Hill series in social psychology. Schroeder, David A.; Penner, Louis A.; Dovidio, John F.; Piliavin, Jane A.
Zakochany szczeniak
Maggie Cassidy
Jack Kerouac
Tytuł oryginału: Maggie Cassidy
Tłumaczenie: Maciej Świerkocki
Wydawnictwo: W.A.B.
Liczba stron: 255
Jack Kerouac to pisarz równie znany, co
kontrowersyjny. Pijak, wagabunda, niestrudzony, eksplorator kobiecych
wagin. Uchodzi za jednego z najważniejszych przedstawicieli Beat Generation. Popularni beatnicy tworzyli nieformalny ruch literacko-kulturowy o zabarwieniu stricte
awangardowym, który wychwalał różnorakie idee, na czele z silnym
poczuciem indywidualizmu, niezależnością, poszukiwaniem samego siebie,
pozostając w głębokiej opozycji do konsumpcyjnego stylu życia
prowadzonego przez rzesze Amerykanów. Nie stroniący od wszelakich
używek, wśród których prym wiodły narkotyki, alkohol oraz seks, beatnicy przejawiali głęboki opór oraz bunt wobec ustalonych wzorców i norm. Za najważniejsze pozycje, definiujące całą filozofię Beat Generaton uważa się Skowyt Allena Ginsberga, Nagi lunch Williama S. Burroughsa oraz W drodze Jacka Kerouaca. Z tego względu mogę pokusić się o stwierdzenie, że moja przygoda z beatnikami zaczęła się od zupełnie innej strony. Najpierw poznałem twórczość Henry’ego Millera, który wywarł spory wpływ na świeżo formujący się ruch, a całkiem niedawno przeczytałem Maggie Cassidy autorstwa Kerouaca.
Powieść została napisana w 1953 roku, jednak dopiero sześć lat później, na fali ogromnej popularności wydanej w 1957 roku W drodze, pozycja ukazała się na rynku księgarskim. Maggie Cassidy to opowieść o Jacku Duluozie, alter ego Jacka Kerouaca, który dopiero wkracza w dorosłość. To interesująca historia obrazująca przyszłego króla beatników
jako całkiem zwykłego nastolatka, który nie pijał jeszcze alkoholu, a
tym bardziej nie stosował mocniejszych używek, takich jak narkotyki. Maggie Cassidy
to świat widziany oczami młodego człowieka, u którego postrzeganie
rzeczywistości ogranicza się do rodzimego miasta z dobrze znanymi
zakątkami, ulicami. Z tego względu, zamiast metafizycznych rozważań,
prób osiągania wewnętrznej doskonałości, czy podróży w głąb siebie przy
akompaniamencie dobrej literatury, otrzymujemy rozmyślania i dylematy
związane z baseballem oraz lekką atletyką, zawiłe meandry młodzieńczych
przyjaźni oraz pierwsze miłosne fascynacje, nieskażone jeszcze czysto
fizycznym pożądaniem.
Chociaż pierwszoosobowy narrator książki
to nastoletni Jack Duluoz, powieść jest w rzeczywistości powrotem do
młodzieńczych lat autora, nurzaniem się we wspomnieniach. W końcu w
momencie ukończenia dzieła w 1953 roku, Kerouac (rocznik 1922) miał już
31 lat na karku. Maggie Cassidy jest spojrzeniem w przeszłość,
oglądaniem własnego dzieciństwa z perspektywy czasu. Czasu, który
doświadcza, który uczy pokory, który zmienia płaszczyznę, na której
postrzegamy poszczególne wydarzenia. Co prawda książki o świetlanej
młodości, a więc o okresie, w którym niemal wszystko się udawało, a
przynajmniej jakoś układało, tak, że suma wydarzeń, zawsze była
dodatnia, oscylując bardziej wokół bieguna szczęścia niż smutku, są
raczej domeną autorów zbliżających się do końca literackiej drogi
życiowej, ale Kerouac w roli apologety czasów swego dojrzewania, również
spisuje się całkiem nieźle.
Powieść, z zachowaniem pewnego dystansu i
niewielkiej dozy nieufności wobec sporego interwału czasowego, który
może zakłócać klarowność młodzieńczych wizji, pozwala poznać człowieka, z
którego narodził się legendarny król beatników. W końcu
Kerouac, ikona i mesjasz swoich czasów, nie wyskoczył jak diabeł z
pudełka, a jego ideologia nie została zerwana z drzewa poznania,
objawiając mu się w całej rozciągłości w ciągu jednego dnia. Stosunek
wobec innych ludzi, podejście do otaczającego go świata, koncepcje,
schematy myślowe, czy wreszcie idee, wszystko to kiełkuje w człowieku
przez całe życie, a chyba najbardziej intensywnie w chwili, kiedy
opuszczamy przytulne mury dzieciństwa i wyruszamy na niebezpieczne i
pełne sztormów morze dorosłości. Jack Kerouac, chętnie odnoszący się w
swoich powieściach do własnych życiowych doświadczeń, zabiera nas w
sentymentalną podróż po rodzinnym Lowell w stanie Massachusetts.
Nastoletni Jack Dolouz to dusza
towarzystwa, osoba chętnie otaczająca się gronem bliższych i dalszych
znajomych. Ogromne role w życiu Jacka odgrywają przyjaciele, na których
zawsze można liczyć, którzy służą wsparciem w każdej sytuacji, przed
którymi nie istnieją żadne tajemnice. Nietrudno dostrzec analogię do
dojrzałego Kerouaca, również posiadającego nierozłącznych kompanów, z
którymi dzielił troski oraz radości codziennego życia. Zatem, podobnie
jak legendarni już beatnicy, Allen Ginsberg, Neal Cassady i
William S. Burroughs, kumple ze szkolnej ławy również doczekali się
swoistego hołdu złożonego na kartach powieści. Dolouz wiele słów
poświęca na przybliżenie sylwetek najbliższych mu osób, tak, że książka
urasta niekiedy do swoistego albumu niezwykłych i oryginalnych postaci,
którzy wypełniali wszechświat młodego Jacka.
A przyznać trzeba, że w dość krótkim,
dotychczasowym życiu Dolouza zaczęły zachodzić ogromne zmiany.
Egzystencja, wypełniona do tej pory namiętnie uprawianym sportem,
wspólnymi eskapadami z kolegami oraz różnymi sympatiami, zostaje
przewrócona do góry nogami, kiedy na horyzoncie pojawia się tytułowa
Maggie Cassidy. Sylwestrowe przyjęcie, na który Jack wybiera się z całą
hordą swoich kumpli staje się momentem przełomowym – życie młodego
Dolouza zostaje podzielone na tę gorszą i mniej wartościową część przed
poznaniem ukochanej oraz na ciągle trwającą chwilę, przepełnioną
gorącym, miłosnym żarem. Jack wkracza w dorosłość przez szeroko otwarte
drzwi miłości. To dzięki Maggie poznaje cały wachlarz pozostałych uczuć,
tj. niepokoju, troski, zazdrości – stanowiących nierozłączne
towarzyszki miłosnych uniesień.
Na szczęście książka nie jest wyłącznie niekończącym się ciągiem rozważań pt. kocha, nie kocha.
Maggie Cassidy, pierwsza, prawdziwa miłość Jacka staje się równocześnie
pretekstem do zaprezentowania rozległej panoramy młodości Dolouza.
Rzecz, która zdecydowanie wysuwa się na pierwszy plan to znaczne
zdolności oraz osiągnięcia sportowe. Nieco zamyślony i tajemniczy Jack
Dolouz to znakomity biegacz, bardzo obiecujący atleta, dobry koszykarz
oraz zapalony baseballista. Biorąc pod uwagę późniejszy, jakże
awanturniczy tryb życia, aż dziw bierze regularność, z jaką Jack
rozpoczynał kolejne treningi, stanowiące przecież wyciskającą hektolitry
potu oraz wymagającą samodyscypliny pracę, od której nie robi się
przerw. Powszechny w kulturze obraz Kerouaca – pijaka i narkomana
wyraźnie koliduje ze zdrowym, sportowym trybem życia, prowadzonym w
czasach młodości.
Tak jak wspomniałem, Maggie Cassidy
to sentymentalna podróż Jacka Kerouaca, który zamienia się w
gawędziarza i snuje historię swojej młodości. Akcja powieści jest jednak
kapryśna niczym górski potok. Momentami płynie wartko i szybko,
odkrywając przed nami kolejne sekrety z życia młodego Dolouza, by
znienacka raptownie zwolnić i zatrzymać się na dłużej przy danym
wspomnieniu. Z tego powodu fabuła, o ile w ogóle można użyć tego
określenia, jest dosyć rwana – niekiedy można odnieść wrażenie, że
książka jest napisana zdecydowania dla autora, a nie dla czytelnika.
Oczywiście taki stan rzeczy jest po części zrozumiały i wytłumaczalny – w
końcu każdy człowiek posiada inaczej skonstruowany aparat percepcyjny. W
związku z tym zupełnie odmiennie oceniamy choćby wydarzenia, które
zaszły w naszym życiu. To co dla nas wydawać się może mało znaczącym
epizodem, niegodnym aż takiej ilości poświęconej uwagi, dla autora może
stanowić jeden z kamieni milowych jego młodości. Mnie takich
nieporozumień w trakcie lektury Maggie Cassidy zdarzyło się
kilka, ale nie wpłynęło do szczególnie negatywnie na odbiór całej
książki, którą przeczytałem ze sporym zainteresowaniem.
Największym rozczarowaniem jest za to
klimat późnych lat trzydziestych, którego spodziewałem się odnaleźć w
książce, a którego zdecydowanie mi zabrakło. Rodzinne miasto autora,
Lowell zostało zredukowane do kilku budynków, klubów oraz jadłodajni.
Natomiast sama atmosfera kojarzy mi się wyłącznie dosłownie, tj. z
ciężkimi warunkami pogodowymi, panującymi w zimie, uniemożliwiającymi
swobodną komunikację. W mojej opinii Lowell stanowi głównie dekorację,
tło, na którym trzeba było osadzić akcję całej powieści. Malowanych
słowem obrazów przeszłości jest wg mnie zdecydowanie za mało.
Reasumując krótko, król beatników,
którego twórczość miałem okazję poznać po raz pierwszy, w swojej
podróży do lat dziecięcych wypadł całkiem nieźle. Kerouac w interesujący
sposób odsłania kolejne epizody swojego życia, oddając się wspomnieniom
oraz refleksjom. Z kart powieści wyłania się wrażliwy młodzieniec,
prowadzący całkiem spokojną egzystencję. Można odnieść wrażenie, że o
mały włos, a Kerouac skończyłby jak większość porządnych
chłopców z jego rocznika – przytulny dom, kochająca rodzina, stała praca
– być może Jack nie umarłby tak młodo (w wieku 47 lat), ale w takich
warunkach na pewno nie powstałyby najważniejsze dzieła króla beatników.
Na końcu pojawia się sztandarowe pytanie w przypadku wszystkich
powieści wydawanych niejako z odzysku – czy gdyby Kerouac nie napisał
powieści W drodze, zapewniającej mu sławę i rozgłos, Maggie Cassidy
dotarłaby kiedykolwiek do czytelnika, czy też do dzisiaj spoczywałaby w
odmętach jakieś rozlatującej się i pleśniejącej szuflady? Ale na
pytanie, czy książka zasłużyła na odkurzenie i wyciągnięcie z niebytu,
najlepiej odpowiedzieć sobie samemu.
piątek, 26 lipca 2013
O indywidualności i przeciętności
„Należy docenić znaczenie różnic indywidualnych, lecz w obliczu potężnych, powszechnie występujących sił sytuacyjnych różnice indywidualne kurczą się i ulegają spłaszczeniu. W takich przepadkach badacze reprezentujący nauki o zachowaniu potrafią przewidzieć, co zrobi większość, nie wiedząc nic o poszczególnych ludziach, którzy wchodzą w skład grupy, a tylko znając charakter kontekstu ich zachowania.”
Efekt Lucyfera Philip Zimbardo
Subskrybuj:
Posty (Atom)