Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.

sobota, 27 lipca 2013

Zakochany szczeniak

Okładka książki Maggie Cassidy 

Maggie Cassidy

Jack Kerouac

Tytuł oryginału: Maggie Cassidy
Tłumaczenie: Maciej Świerkocki
Wydawnictwo: W.A.B.
Liczba stron: 255







Jack Kerouac to pisarz równie znany, co kontrowersyjny. Pijak, wagabunda, niestrudzony, eksplorator kobiecych wagin. Uchodzi za jednego z najważniejszych przedstawicieli Beat Generation. Popularni beatnicy tworzyli nieformalny ruch literacko-kulturowy o zabarwieniu stricte awangardowym, który wychwalał różnorakie idee, na czele z silnym poczuciem indywidualizmu, niezależnością, poszukiwaniem samego siebie, pozostając w głębokiej opozycji do konsumpcyjnego stylu życia prowadzonego przez rzesze Amerykanów. Nie stroniący od wszelakich używek, wśród których prym wiodły narkotyki, alkohol oraz seks, beatnicy przejawiali głęboki opór oraz bunt wobec ustalonych wzorców i norm. Za najważniejsze pozycje, definiujące całą filozofię Beat Generaton uważa się Skowyt Allena Ginsberga, Nagi lunch Williama S. Burroughsa oraz W drodze Jacka Kerouaca. Z tego względu mogę pokusić się o stwierdzenie, że moja przygoda z beatnikami zaczęła się od zupełnie innej strony. Najpierw poznałem twórczość Henry’ego Millera, który wywarł spory wpływ na świeżo formujący się ruch, a całkiem niedawno przeczytałem Maggie Cassidy autorstwa Kerouaca.

Powieść została napisana w 1953 roku, jednak dopiero sześć lat później, na fali ogromnej popularności wydanej w 1957 roku W drodze, pozycja ukazała się na rynku księgarskim. Maggie Cassidy to opowieść o Jacku Duluozie, alter ego Jacka Kerouaca, który dopiero wkracza w dorosłość. To interesująca historia obrazująca przyszłego króla beatników jako całkiem zwykłego nastolatka, który nie pijał jeszcze alkoholu, a tym bardziej nie stosował mocniejszych używek, takich jak narkotyki. Maggie Cassidy to świat widziany oczami młodego człowieka, u którego postrzeganie rzeczywistości ogranicza się do rodzimego miasta z dobrze znanymi zakątkami, ulicami. Z tego względu, zamiast metafizycznych rozważań, prób osiągania wewnętrznej doskonałości, czy podróży w głąb siebie przy akompaniamencie dobrej literatury, otrzymujemy rozmyślania i dylematy związane z baseballem oraz lekką atletyką, zawiłe meandry młodzieńczych przyjaźni oraz pierwsze miłosne fascynacje, nieskażone jeszcze czysto fizycznym pożądaniem.

Chociaż pierwszoosobowy narrator książki to nastoletni Jack Duluoz, powieść jest w rzeczywistości powrotem do młodzieńczych lat autora, nurzaniem się we wspomnieniach. W końcu w momencie ukończenia dzieła w 1953 roku, Kerouac (rocznik 1922) miał już 31 lat na karku. Maggie Cassidy jest spojrzeniem w przeszłość, oglądaniem własnego dzieciństwa z perspektywy czasu. Czasu, który doświadcza, który uczy pokory, który zmienia płaszczyznę, na której postrzegamy poszczególne wydarzenia. Co prawda książki o świetlanej młodości, a więc o okresie, w którym niemal wszystko się udawało, a przynajmniej jakoś układało, tak, że suma wydarzeń, zawsze była dodatnia, oscylując bardziej wokół bieguna szczęścia niż smutku, są raczej domeną autorów zbliżających się do końca literackiej drogi życiowej, ale Kerouac w roli apologety czasów swego dojrzewania, również spisuje się całkiem nieźle.

Powieść, z zachowaniem pewnego dystansu i niewielkiej dozy nieufności wobec sporego interwału czasowego, który może zakłócać klarowność młodzieńczych wizji, pozwala poznać człowieka, z którego narodził się legendarny król beatników. W końcu Kerouac, ikona i mesjasz swoich czasów, nie wyskoczył jak diabeł z pudełka, a jego ideologia nie została zerwana z drzewa poznania, objawiając mu się w całej rozciągłości w ciągu jednego dnia. Stosunek wobec innych ludzi, podejście do otaczającego go świata, koncepcje, schematy myślowe, czy wreszcie idee, wszystko to kiełkuje w człowieku przez całe życie, a chyba najbardziej intensywnie w chwili, kiedy opuszczamy przytulne mury dzieciństwa i wyruszamy na niebezpieczne i pełne sztormów morze dorosłości. Jack Kerouac, chętnie odnoszący się w swoich powieściach do własnych życiowych doświadczeń, zabiera nas w sentymentalną podróż po rodzinnym Lowell w stanie Massachusetts.

Nastoletni Jack Dolouz to dusza towarzystwa, osoba chętnie otaczająca się gronem bliższych i dalszych znajomych. Ogromne role w życiu Jacka odgrywają przyjaciele, na których zawsze można liczyć, którzy służą wsparciem w każdej sytuacji, przed którymi nie istnieją żadne tajemnice. Nietrudno dostrzec analogię do dojrzałego Kerouaca, również posiadającego nierozłącznych kompanów, z którymi dzielił troski oraz radości codziennego życia. Zatem, podobnie jak legendarni już beatnicy, Allen Ginsberg, Neal Cassady i William S. Burroughs, kumple ze szkolnej ławy również doczekali się swoistego hołdu złożonego na kartach powieści. Dolouz wiele słów poświęca na przybliżenie sylwetek najbliższych mu osób, tak, że książka urasta niekiedy do swoistego albumu niezwykłych i oryginalnych postaci, którzy wypełniali wszechświat młodego Jacka.

A przyznać trzeba, że w dość krótkim, dotychczasowym życiu Dolouza zaczęły zachodzić ogromne zmiany. Egzystencja, wypełniona do tej pory namiętnie uprawianym sportem, wspólnymi eskapadami z kolegami oraz różnymi sympatiami, zostaje przewrócona do góry nogami, kiedy na horyzoncie pojawia się tytułowa Maggie Cassidy. Sylwestrowe przyjęcie, na który Jack wybiera się z całą hordą swoich kumpli staje się momentem przełomowym – życie młodego Dolouza zostaje podzielone na tę gorszą i mniej wartościową część przed poznaniem ukochanej oraz na ciągle trwającą chwilę, przepełnioną gorącym, miłosnym żarem. Jack wkracza w dorosłość przez szeroko otwarte drzwi miłości. To dzięki Maggie poznaje cały wachlarz pozostałych uczuć, tj. niepokoju, troski, zazdrości – stanowiących nierozłączne towarzyszki miłosnych uniesień.

Na szczęście książka nie jest wyłącznie niekończącym się ciągiem rozważań pt. kocha, nie kocha. Maggie Cassidy, pierwsza, prawdziwa miłość Jacka staje się równocześnie pretekstem do zaprezentowania rozległej panoramy młodości Dolouza. Rzecz, która zdecydowanie wysuwa się na pierwszy plan to znaczne zdolności oraz osiągnięcia sportowe. Nieco zamyślony i tajemniczy Jack Dolouz to znakomity biegacz, bardzo obiecujący atleta, dobry koszykarz oraz zapalony baseballista. Biorąc pod uwagę późniejszy, jakże awanturniczy tryb życia, aż dziw bierze regularność, z jaką Jack rozpoczynał kolejne treningi, stanowiące przecież wyciskającą hektolitry potu oraz wymagającą samodyscypliny pracę, od której nie robi się przerw. Powszechny w kulturze obraz Kerouaca – pijaka i narkomana wyraźnie koliduje ze zdrowym, sportowym trybem życia, prowadzonym w czasach młodości.

Tak jak wspomniałem, Maggie Cassidy to sentymentalna podróż Jacka Kerouaca, który zamienia się w gawędziarza i snuje historię swojej młodości. Akcja powieści jest jednak kapryśna niczym górski potok. Momentami płynie wartko i szybko, odkrywając przed nami kolejne sekrety z życia młodego Dolouza, by znienacka raptownie zwolnić i zatrzymać się na dłużej przy danym wspomnieniu. Z tego powodu fabuła, o ile w ogóle można użyć tego określenia, jest dosyć rwana – niekiedy można odnieść wrażenie, że książka jest napisana zdecydowania dla autora, a nie dla czytelnika. Oczywiście taki stan rzeczy jest po części zrozumiały i wytłumaczalny – w końcu każdy człowiek posiada inaczej skonstruowany aparat percepcyjny. W związku z tym zupełnie odmiennie oceniamy choćby wydarzenia, które zaszły w naszym życiu. To co dla nas wydawać się może mało znaczącym epizodem, niegodnym aż takiej ilości poświęconej uwagi, dla autora może stanowić jeden z kamieni milowych jego młodości. Mnie takich nieporozumień w trakcie lektury Maggie Cassidy zdarzyło się kilka, ale nie wpłynęło do szczególnie negatywnie na odbiór całej książki, którą przeczytałem ze sporym zainteresowaniem.

Największym rozczarowaniem jest za to klimat późnych lat trzydziestych, którego spodziewałem się odnaleźć w książce, a którego zdecydowanie mi zabrakło. Rodzinne miasto autora, Lowell zostało zredukowane do kilku budynków, klubów oraz jadłodajni. Natomiast sama atmosfera kojarzy mi się wyłącznie dosłownie, tj. z ciężkimi warunkami pogodowymi, panującymi w zimie, uniemożliwiającymi swobodną komunikację. W mojej opinii Lowell stanowi głównie dekorację, tło, na którym trzeba było osadzić akcję całej powieści. Malowanych słowem obrazów przeszłości jest wg mnie zdecydowanie za mało.

Reasumując krótko, król beatników, którego twórczość miałem okazję poznać po raz pierwszy, w swojej podróży do lat dziecięcych wypadł całkiem nieźle. Kerouac w interesujący sposób odsłania kolejne epizody swojego życia, oddając się wspomnieniom oraz refleksjom. Z kart powieści wyłania się wrażliwy młodzieniec, prowadzący całkiem spokojną egzystencję. Można odnieść wrażenie, że o mały włos, a Kerouac skończyłby jak większość porządnych chłopców z jego rocznika – przytulny dom, kochająca rodzina, stała praca – być może Jack nie umarłby tak młodo (w wieku 47 lat), ale w takich warunkach na pewno nie powstałyby najważniejsze dzieła króla beatników. Na końcu pojawia się sztandarowe pytanie w przypadku wszystkich powieści wydawanych niejako z odzysku – czy gdyby Kerouac nie napisał powieści W drodze, zapewniającej mu sławę i rozgłos, Maggie Cassidy dotarłaby kiedykolwiek do czytelnika, czy też do dzisiaj spoczywałaby w odmętach jakieś rozlatującej się i pleśniejącej szuflady? Ale na pytanie, czy książka zasłużyła na odkurzenie i wyciągnięcie z niebytu, najlepiej odpowiedzieć sobie samemu.

piątek, 26 lipca 2013

O indywidualności i przeciętności


Należy docenić znaczenie różnic indywidualnych, lecz w obliczu potężnych, powszechnie występujących sił sytuacyjnych różnice indywidualne kurczą się i ulegają spłaszczeniu. W takich przepadkach badacze reprezentujący nauki o zachowaniu potrafią przewidzieć, co zrobi większość, nie wiedząc nic o poszczególnych ludziach, którzy wchodzą w skład grupy, a tylko znając charakter kontekstu ich zachowania.




Efekt Lucyfera Philip Zimbardo

czwartek, 25 lipca 2013

Dziadzio i wnusio


Siedzi dziadek z wnuczkiem nad rzeczką. Patrzą, gadają, aż tu z nurtem płynie gówno.
- Dziadku, dziadku, skąd ta kupa się tu wzięła?
- Widzisz - odpowiada dziadek - dawno, dawno temu, za górami, za lasami, było piękne królestwo, w którym żył piękny młody król. Szukał on żony, aż pewnego dnia spotkał piękną, mądrą mieszczkę. Pobrali się i żyli długo i szczęśliwie...
- No, dobrze dziadku, ale skąd się wzięło to gówno?
- Nie wiem. Pewnie ktoś nasrał!

środa, 24 lipca 2013

W sex shopie



Jeśli masz skończone 18 lat, możesz czytać dalej na własną odpowiedzialność ;) 

Właściciel sex-shopu musiał wyjść na chwilę i zostawił za ladą młodego sprzedawcę. Po chwili wchodzi młoda biała dziewczyna i pyta:
- Ile kosztują wibratory ?
- 35 dolarów za białego i w promocji 35 dolców za czarnego.
- Hm - myśli dziewczyna - białych miałam już wielu, ale czarnego jeszcze nie...
- Poproszę czarnego.
Sprzedawca pakuje zakup do pudełka i wkłada do dyskretnej reklamówki, dziewczyna płaci i wychodzi.
 Po pewnym czasie wchodzi Murzynka i pyta:
- Po ile są wibratory?
- 35 dolców za czarnego i dziś w promocji tylko 35 dolarów za białego -mówi sprzedawca.
- Hm - myśli czarnoskóra dziewoja - czarnych miałam już wielu, ale białego jeszcze nie..
- Poproszę białego.
Sprzedawca pakuje zakup do pudełka i wkłada do dyskretnej reklamówki, dziewczyna płaci i wychodzi.
Mija jakiś czas i do sklepu wchodzi blondynka. Pyta:
- Po ile są u Pana wibratory?
- 35 dolarów; czarne i białe do wyboru.
- A ten w czarne i białe paski stojący w drugim rzędzie?
- Ten?... no... to jest bardzo specjalny model, na razie mamy jeden egzemplarz dla wymagających klientów... kosztuje 180 dolarów - odpowiada sprzedawca.
- Hm - myśli blondynka - białych i czarnych już zakosztowałam, ale takiego w paski to raczej nie spotkam...
- To ja poproszę! - mówi zdecydowanym głosem blondynka, płaci, zabiera jedyny egzemplarz i wychodzi.
Po chwili wraca właściciel i pyta:
- No i jak ci poszło?
- Wyśmienicie - odpowiada sprzedawca - sprzedałem po jednym białym i czarnym wibratorze po 35 dolców sztuka, a także pański termos za 180$ !!!

wtorek, 23 lipca 2013

O psychologii społecznej





Tym, co psychologia społeczna wniosła do rozumienia natury ludzkiej, jest odkrycie, że siły większe niż my sami determinują nasze życie psychiczne i nasze działania – główną z tych sił [jest] przemożny wpływ sytuacji społecznej.

Mahrzarin Banaji, Ordinary Prejudice, Psychological Science Agenda 8 (2001)

przytoczone w książce Efekt Lucyfera Philip Zimbardo

poniedziałek, 22 lipca 2013

O buntownikach i spolegliwych


Kiedy myśli się o długiej i ponurej historii ludzkości,
nasuwa się wniosek, że dużo więcej ohydnych zbrodni
popełniono w imię posłuszeństwa niż w imię buntu.

C.P.Snow, Either – Or (1961)

przytoczone w książce Efekt Lucyfera Philip Zimbardo

sobota, 20 lipca 2013

Leopold




Jan Coen Wijnstok

Leopold 28cm K5(E)

Armor Photogallery #12

Wydawnictwo: Model Centrum Progres, 2005


Jakiś czas temu pisałem o wydawnictwach zagranicznych, które przybliżają miłośnikom historii wiedzę o sprzęcie militarnym używanym w przeszłości. Było o kilku zeszytach znanej serii wydawniczej IN ACTION, było o jednym z serii The Military Book Club i o dwóch (ale dotyczących jednej konstrukcji) ze świetnej serii Танк на поле боя. Aby nie podpaść pod przysłowie o tych, co cudze chwalą, a swego nie znają, dziś polska produkcja, czyli rewelacyjna wręcz publikacja Model Centrum Progres, której autorem jest Jan Coen Wijnstok. Autor jak widać importowany. Szkoda, że nasi rodzimi nie mają ręki do monografii tego typu. Niektórym może przeszkadzać, iż wydanie jest po angielsku, ale skoro jest to łacina naszych czasów, więc nie ma co narzekać; każdy powinien dać sobie radę.

Numer 12 serii Armor Photogallery, bo taką nazwę nosi cykl wydawniczy, jest poświęcony niezwykle udanej konstrukcji, jakim było niemieckie działo kolejowe K5 (28 cm Kanone 5 (Eisenbahn)) wyprodukowane w zakładach Kruppa i używane w trakcie II wojny światowej. Właściwie publikację, która składa się z 58 stron wypełnionych tekstem, 224 kolorowymi i 31 czarno-białymi zdjęciami, można podzielić na dwie części. Pierwsza zawiera fotki Leopolda zachowanego w United States Army Ordnance Museum ( Muzeum Uzbrojenia Armii Amerykańskiej) w Aberdeen Proving Ground (w Hrabstwie Harford w stanie Maryland) poczynając od widoczków ogólnych, aż po najbardziej szczegółowe, łącznie z detalami podwozia.



Rzecz bezcenna dla modelarzy, ale interesująca również dla wszystkich innych czytelników, zwłaszcza zainteresowanych techniką, wojskowością i historią. Nie wyobrażam sobie poznawania dziejów epoki bez znajomości ówczesnych realiów materialnych. Nie ma sensu debatować o Wojnie Stuletniej z kimś, kto kuszy od łuku nie odróżnia. Druga część jest jeszcze bardziej historyczna, gdyż pokazuje świetnie dobrane zdjęcia dokumentalne z czasów służby tych dział. 







Dodatkowym bonusem jest wkładka z planikami w skali 1:35 i 1:72. O ile wiadomości zawartych w tym numerze od biedy można się doszukać w sieci czy innych źródłach, o tyle zawartość graficzna Leopolda jest bezkonkurencyjna. Szkoda tylko, że z dostępnością wydania na naszym rynku nie jest najlepiej, ale ratunkiem jest na szczęście internet.

 




Powtórzę się, ale oceniam tę publikację bardzo wysoko w swej klasie. Mam tylko nadzieję, że z czasem dojdziemy do momentu, gdy takie perełki będą dziełem w całości polskim, od autora, przez wydanie, po dystrybucję, a ta ostatnia nie będzie chwilową kometą przelatującą przez rynek i pozostawiającą tylko wspomnienia, ale zapewni wzorem zachodnich sieci sprzedaży ciągłą dostępność. Tego sobie i Wam życzę



Wasz Andrew

Całuj, całuj

Okładka książki Malowany pocałunek 

Malowany pocałunek

Elizabeth Hickey

Tytuł oryginału: The Painted Kiss
Tłumaczenie: Ewa Gorządek
Wydawnictwo: Świat Książki
Liczba stron: 304
 
 
 
 
 
Pocałunek, obraz zdobiący okładkę książki Malowany pocałunek to jedno z najpopularniejszych dzieł austriackiego artysty Gustava Klimta. Postać klęczącej kobiety, która z przymkniętymi oczami nerwowo obejmuje składającego pocałunek na jej policzku mężczyznę, widnieje na niejednym przedmiocie powszechnego użytku. Pracując w dawnym Klubie Międzynarodowej Prasy i Książki, czyli aktualnym Empiku, natknąłem się na całą serię zeszytów, utrzymanych w artystycznej konwencji, okraszonych kopią Pocałunku właśnie. Jednak dopiero niedawno, za sprawą Elizabeth Hickey, amerykańskiej autorki i historyczki z wykształcenia, dowiedziałem się nieco więcej na temat samego Klimty.

Gustav Klimt, żyjący na przełomie XIX i XX wieku twórca, uważany jest za najznamienitszego przedstawiciela secesji oraz przywódcę wiedeńskiego modernizmu. Klimt wywodził się z rodziny o artystycznym zacięciu – ojciec był złotnikiem-grawerem, sztuką zajmowali się również jego bracia Ernst oraz Georg. Młody Gustav otrzymał solidne, akademickie wykształcenie w Wiedeńskiej Szkole Rzemiosł Artystycznych, które pozwoliło mu dostawać zlecenia na różnorakie prace dekoracyjne publicznych budynków. Klimt wyrobił sobie bardzo specyficzny, indywidualny, nie zawsze podobający się klientom styl, jednak dopiero w wieku 35 lat Gustav oficjalnie odrzucił kanony sztuki akademickiej i razem z innymi artystami założył Stowarzyszenie Artystów Austriackich – sławetną Secesję, z którą był związany do 1905. Jak każdy wielki twórca, nie mieszczący się w ciasnych horyzontach myślowych ludzi ze swojej epoki, Klimt płodził dzieła wykraczające poza proste schematy akademickich koncepcji, które do dzisiaj cieszą się ogromną popularnością.

Wydaje się, że w tym momencie należy uprzedzić potencjalnego czytelnika, że wielu z przytoczonych faktów, nie dowiemy się na podstawie lektury książki Malowany pocałunek. Bowiem książka w żadnym wypadku nie jest biografią Gustava Klimty. Powieść jest historią skomplikowanego związku pomiędzy artystą a Emilie Louise Flöge, austriacką projektantką mody i businesswoman w pełnym tego słowa znaczeniu, która uważana jest za życiową towarzyszkę Klimty. Ponadto Malowany pocałunek to powieść historyczna, która nie zawsze bazuje na prawdziwych wydarzeniach, o czym wspomina sama autorka – w posłowiu przyznaje ona, że niektóre postacie, nie wnoszące nic interesującego do fabuły zostały pominięte (nie zatem mowy o Georgu Klimcie, czy bracie Emilie), a część znanych faktów została zmodyfikowana, tak by lepiej odpowiadały one kreowanemu przez autorkę portretowi psychologicznemu Emilie. Pani Flöge to do dzisiaj postać dosyć tajemnicza, jej biografia nie jest dokładnie znana i wszystkie te luki, białe plamy występuje w życiu Emilie, Elizabeth Hickey próbowała zapełnić własną wyobraźnią. W rezultacie otrzymaliśmy dziełko, które zdaje się być przejawem fascynacji osobą Emilie Louise Flöge, w którym niestety prym wiedzie często domysł i fantazja.

Postać Gustava Klimty poznajemy z perspektywy Emilie Flöge, która jest pierwszoosobową narratorką powieści. Historia rozpoczyna się, gdy Emilie, najmłodsza spośród trzech siostrzyczek Flöge, jest jeszcze dojrzewającą dziewczynką. Rodzice ufni w talent swojej latorośli posyłają ją na lekcje rysunku do uznanego już malarza, znajomego ojca, Gustava Klimta. Młoda Emilie już od pierwszego spotkania z Gustavem, który gościł u państwa Flöge w celu sportretowania dziewczynek, odczuwa niewytłumaczalny pociąg oraz ciekawość wobec dość tajemniczego jegomościa. Gustav, brodaty, niedbale ubrany mężczyzna odznacza się bardzo nieszablonowym sposobem myślenia, ponadto potrafi słuchać z uwagą oraz powagą słów nastoletniej uczennicy, na której natychmiast wywiera spore wrażenie. Z biegiem czasu Emilie odwiedza Klimta nie tylko podczas lekcji rysunku, a ich relacja uczeń-mistrz zaczyna zmierzać w zdecydowanie innym kierunku niż zaplanowali rodzice (w rzeczywistości Gustav oraz Emilie poznali się znacznie później niż ma to miejsce w powieści, podczas ślubu Helene Flöge, siostry Emilie oraz Ernsta Klimta, brata Gustava).

Gustav Klimt był typowym kobieciarzem. Niektórzy biografowie wspominają nawet o dość imponującej liczbie 14 nieślubnych dzieci. Klimt często sypiał ze swoimi modelkami, które portretował w różnych, niezwykle przesyconych erotyzmem pozach. Co ciekawe, artysta nie ograniczał się wyłącznie do współpracy z młodymi przedstawicielkami płci pięknej. Klimt malował również kobiety ciężarne, których uroda nierzadko zdołała już wyblaknąć z uwagi na trudy prowadzonej na skraju ubóstwa egzystencji. Powieściowy Klimta nie jest zatem do cna zepsutym rozpustnikiem – potrafi on czuć chociaż odrobinę odpowiedzialności za swoje seksualne ekscesy. Z tego względu daje on pracę ciężarnym modelkom, które w stanie błogosławionym nie mogłyby liczyć na zarobek u innych artystów. Niby to niewiele, ale zawsze więcej niż porzucenie i zostawienie delikwentki na pastwę mało litościwego losu.

Elizabeth Hickey starała się odmalować niełatwe relacje, jakie łączyły Klimtę z Emilie Flöge. Autorka opisuje najgłośniejsze romanse malarza, przybliża postacie najsłynniejszych kochanek, Adeli Bloch-Bauer oraz Almy Schindler, ale wyraźnie zaznacza, że za każdym razem Klimt niczym pies z podkulonym ogonem wracał do Emilie, którą traktował jako powierniczkę, przyjaciela, pełnowartościowego oraz równorzędnego partnera w dyskusji. Wydaje się, że Hickey próbuje tłumaczyć Klimtę, że ten celowo nie związał się z Emilie Flöge, będąc świadom własnych słabostek, wad i niedoskonałości, nie chcąc krzywdzić najbliższej mu osoby. Z kolei panna Flöge wyłaniająca się z kart powieści jawi się jako osoba niezbyt pewna własnej atrakcyjności, dosyć słaba, która potrafi jedynie biernie oczekiwać na powrót najdroższego mężczyzny, któremu potrafi niemal wszystko wybaczyć. Ta bezwolność i apatyczność Emilie, wyraźnie koliduje z jej samodzielnością i niezależnością, przejawiającą się w prowadzeniu do spółki z siostrami domu mody. Emilie Flöge, projektantka i wizjonerka, śmiało tworzy kreacje, które nijak mają się do tradycyjnych kanonów. Na pozór jest to zatem feministka pełną gębą – niezależna finansowo, posiadająca własny biznes, żyjąca w wolnym związku kobieta o niezłomnej woli i własnym zdaniu. Przyznam, że książka wzbudziła we mnie spore zainteresowanie, jak naprawdę układały się stosunki pomiędzy Klimtem a panną Flöge. Szkoda, że Elizabeth Hickey postawiła na własną wyobraźnię, a nie wnikliwsze zbadanie problemu.

Zbyt duża dawka fikcji oraz modyfikacje faktów to nie jedyne zarzuty, które można skierować pod adresem autorki. Elizabeth Hickey, z wykształcenia historyk, zaskakująco mało uwagi poświęca Wiedniowi, który szczególnie na przełomie XIX oraz XX wieku wydaje się być bardzo wdzięcznym tematem. Nie ma co liczyć na wskrzeszenie atmosfery artystycznej bohemy, czy żywe i plastyczne opisy zaułków tego wyjątkowego miasta. Sam klimat epoki, przełom wieków, który charakteryzował się przecież ogromnymi nadziejami oraz oczekiwaniami, również jest ledwie odczuwalny.

Reasumując krótko, Malowany pocałunek nie jest pozycją wybitną. To z pewnością książka aspirująca do miana ciekawego dzieła o niebanalnym artyście, która jednak w znacznym stopniu z tymi oczekiwaniami się rozmija. Postacie, która autorka postanowiła wpleść w snutą przez siebie opowieść odmalowane zostały całkiem starannie, ale efekt zdecydowanie psują rażące sztucznością oraz nienaturalnością dialogi. Ponadto akcja powieści toczy się dosyć leniwie i momentami książka po prostu wieje nudą. Przyznając szczerze, nie rozumiem również tendencji autorki do częstego ingerowania w biografie Klimta oraz Emilie Flöge. Wyszło tak, jakby Elizabeth Hickey próbowała stworzyć alternatywną historię tych obojga, a to chyba nie było jej pierwotnym zamiarem. W rezultacie działania pisarski przypominają mi postępowanie producentów tych wszystkich zeszytów, kubków, filiżanek z dziełami Klimty, które najczęściej niewiele wspólnego mają z artystycznym zacięciem, a mają po prostu zagwarantować sprzedaż towaru na przyzwoitym poziomie.