Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.

piątek, 19 lipca 2013

Umrzeć jak ostatni debil


Chyba prawie każdy słyszał o Nagrodzie Darwina. Najkrócej mówiąc, jest to wyróżnienie przyznawane tym, którzy okaleczyli się w sposób uniemożliwiający posiadania potomstwa lub rozstali się z tym światem w sposób szczególnie idiotyczny z powodu swej niezwyczajnej tępoty. Nagroda nosi imię Darwina, gdyż taka śmierć lub kalectwo uniemożliwia tym wyjątkowym debilom przekazanie swych genów następcom, czyli oczyszcza pulę genową ludzkości, co pośrednio, zgodnie z teorią ewolucji, zwiększa szanse ludzkości na dalsze trwanie.

Kiedy czytamy listę osiągnięć, które zostały uhonorowane tą nagrodą, mamy wrażenie, iż sami znamy przypadki o wiele głupszych sposobów rozstania się z tym światem, jak choćby wyczyny naszych pijanych kierowców. Dziś jednak Polska ma szansę na mocne wejście i zgarnięcie pierwszego miejsca, tym bardziej, że jednocześnie w kategorii indywidualnej i, co dużo rzadsze, gdyż ciężko zebrać dwóch prawdziwych debili do pary, drużynowej.

Jak podają media w miejscowości Seelow w Niemczech, około 20 kilometrów do polskiej granicy, zginęło dwoje Polaków. Kobieta i mężczyzna, którym nie chciało się na piechotę wracać do kraju, położyli się na drodze, by zatrzymać "na stopa" jadący samochód. Kierowca ich nie zauważył i przejechał po nich busem. Genialni autostopowicze zginęli na miejscu.

Każdy naród ma swoje przypadki godne Nagrody Darwina. Niewiele może się jednak pochwalić zbiorówkami, gdy dwie osoby zgodnie postanawiają ubiegać się o to wyróżnienie. Jeszcze mniej odstawia takie występy za granicą, gdzie, jak łatwo się domyślić, stanie się to wizytówką całego narodu. O wielu nacjach krążą po świecie stereotypy i kąśliwe dowcipy. Inna spraw, że nie o wszystkich, co też jest ciekawym tematem, na kiedy indziej jednak. Ci kradną, tamci piją, i tak dalej. Czy nie mają racji ci wszyscy, którzy mają o Polakach takie zdanie, jakie mają, a któremu oficjalne polskie media usilnie starają się zaprzeczać?

Jest oczywiste, że obiegowe pejoratywne opinie o narodach czy innych grupach ludzi zawsze są krzywdzące. Zbiorowości ludzkie nie składają się z klonów. Jednak, z drugiej strony, stereotypy przekazują ostrzeżenia. Są wizytówką mówiącą: - może nie wszyscy z nich kradną czy piją, ale chyba statystycznie robią to częściej niż inni, więc lepiej z nimi uważać. Na pewno nasi autostopowicze dopisali na polskich wizytówkach mocny akcent. Nie zgłaszam tego przypadku na stronie Nagrody Darwina, i mam nadzieję, iż nikt nie zgłosi, ale obawiam się, że i bez tego w Niemczech i Europie wizerunek Polaka otrzymał nowy element. W końcu, co raz weszło do netu, nigdy w nim nie ginie. Może nie zawsze jest to zdanie prawdziwe, ale w przypadku głupot sprawdza się idealnie, więc...

czwartek, 18 lipca 2013

O małych ustępstwach


Motywy i potrzeby, które zwykle służą nam dobrze, mogą prowadzić nas na manowce, kiedy wzbudzają je, wzmacniają je lub manipulują nimi czynniki zewnętrzne, z których siły nie zdajemy sobie sprawy. To właśnie dlatego zło jest tak wszechobecne. Jego pokusy to po prostu małe przeoczenie, niewielkie zboczenie z drogi życia, plamka na naszym bocznym lusterku, prowadząca do katastrofy.


Efekt Lucyfera Philip Zimbardo

środa, 17 lipca 2013

O Wewnętrznym Kręgu

Pomnik C.S. Lewisa zaglądającego do szafy i zatytułowany "Poszukiwacz" autorstwa Rossa Wilsona znajdujący się w Belfaście. Foto: "klndonnelly". Ten plik udostępniony jest na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 2.0.

Jestem przekonany, że u wszystkich ludzi w pewnych okresach życia, a w życiu wielu ludzi we wszystkich okresach między niemowlęctwem a późną starością, jednym z najbardziej dominujących elementów jest pragnienie, żeby być wewnątrz lokalnego Kręgu, i strach, że pozostanie się na zewnątrz… Ze wszystkich pasji, ta namiętność do Wewnętrznego Kręgu najskuteczniej skłania człowieka, który nie jest jeszcze bardzo złym człowiekiem, do robienia bardzo złych rzeczy 

C.S. Lewis, The Inner Ring (1944)
 Efekt Lucyfera Philip Zimbardo

wtorek, 16 lipca 2013

Lemański kontra Hoser

czyli o poziomie polskiego dziennikarstwa

 

Abp Henryk Hoser w Arcueil pod Paryżem, 2009. Foto: Janusz Halczewski. Ten plik udostępniony jest na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 3.0.

Od dłuższego już czasu media mielą historię konfliktu pomiędzy księdzem Wojciechem Lemańskim, proboszczem z Jasienicy pod Tłuszczem, a jego przełożonym, czyli arcybiskupem warszawsko-praskim Henrykiem Hoserem. W ostatnich dniach nie ma wydania gazety, wiadomości telewizyjnych czy pierwszej strony głównych serwisów internetowych bez nagłówków krzyczących na ten temat, jakby to była co najmniej wojna. Ba, nawet wojny, w których giną nasi żołnierze, nawet katastrofy, z wyjątkiem może brzozowej, nie mają takiego wzięcia. Nie chcę się jednak odnosić do przyczyn takiego stanu rzeczy, gdyż to temat na dłuższe, albo wręcz bardzo długie rozważania. Podobnie jak to, dlaczego Kościół wytacza taką artylerię przeciwko proboszczowi, którego główną winą jest niepokorność. Gdyby równie stanowczo, z podobnym rozmachem i nagłośnieniem, traktowano pedofilię we własnych szeregach, korupcję, przepych, bezduszność i pogoń za mamoną oraz inne patologie, pewnie notowania Kościoła znacząco by wzrosły i zamiast fasadowej powszechnej wiary stworzyły mocny, pozytywny ruch społeczny. Nie o tym jednak, jak wspomniałem, chcę napisać, a o dziennikarzach.

Sprawa Lemańskiego jak w soczewce ukazuje poziom polskiego dziennikarstwa, a raczej jego brak. W dobrze funkcjonujących demokracjach jednym z gwarantów wolności obywatelskich jest czwarta władza. Nie, nie Kościół. Dziennikarze. By tak jednak było, muszą być dociekliwi, niespolegliwi i oryginalni. U nas tymczasem świetnie funkcjonuje zasada kopiuj – wklej będąca kwintesencją naszego systemu edukacji. To, co napisze pierwszy, jest bezkrytycznie powielane przez następnych. A pierwszy zwykle pisze to, "co trzeba".

Od prawie dwóch miesięcy wszystkie media, od „postkomunistycznych” po prawicowe i kościelne, powtarzają zgodnie zwrot o odejściu Lemańskiego na emeryturę. Najpierw mówiono o tym w kontekście możliwości, teraz prawie pewności, ale zawsze mówi się o emeryturze. I nikt nie zapyta, nikt nie wyjaśni, o co chodzi z tą emeryturą. Jak w wieku 52 lat można odejść na emeryturę nie będąc mundurowym czy górnikiem? Nikt krytycznie nie spojrzy na materiały poprzedników, tylko kopiuj – wklej, jak w szkole ze ściągi do testu, jak z internetu do wypracowania. Dla mnie ta emerytura Lemańskiego to sprawa sama w sobie bez znaczenia w świetle prawdziwych problemów społecznych, w tym Kościoła; zwykły temat - sensacja dla zajęcia plebsu. Ci jednak, którzy uznają go za na tyle ważny, by umieszczać na pierwszych stronach wciąż nowe o nim newsy, powinni mu chyba trochę czasu i wysiłku poświęcić. Chyba, że myślenie jest już ponad siły stanu dziennikarskiego. Wczoraj przejrzałem sporo materiałów na temat tej „emerytury” i żadnego wyjaśnienia nie znalazłem. Ba – w źródłach niezwiązanych z aferą Lemańskiego, ale sygnowanych przez Kościół, wyszukałem informację, że poza emeryturą płaconą przez państwo, czyli taką, na którą ksiądz raczej nie powinien mieć widoków w wieku lat 52, może mieć też „emeryturę” ze środków Kościoła, ale zgodnie z Prawem Kanonicznym przysługuje ona od… lat 75! Owszem, na prośbę księdza jego biskup może ten wiek wyjątkowo obniżyć, ale to tylko na prośbę zainteresowanego, a Lemański nie tylko nie prosił, lecz się wręcz sprzeciwiał. Czyli dalej nic nie wiadomo. Ot i cały komentarz do rzetelności naszych elit dziennikarskich. Wybaczcie, że tematu tej konkretnej emerytury zgłębiać nie będę. Dla mnie to temat w sam raz do Gościa Niedzielnego albo do brukowca. Zajmowanie się takimi sprawami w czasie, gdy odłogiem leżą prawdziwe problemy; jak postępujące rozwarstwienie społeczne, pedofilia w Kościele, korupcja władzy czy inne patologie, nie świadczy dobrze o nikim. Ani o dziennikarzach, ani o odbiorcach ich twórczości, czyli narodzie czy jak kto tam woli – społeczeństwie.

Wasz Andrew

poniedziałek, 15 lipca 2013

O SEW (SPE)


Można dojść do wniosku, że w tym niewielkim eksperymencie jest coś takiego, co ma trwałą wartość nie tylko dla specjalistów w zakresie nauk społecznych, lecz także, w jeszcze większym stopniu, dla ogółu społeczeństwa. Obecnie jestem przekonany, że czymś szczególnym jest dramatyczna transformacja natury ludzkiej, nie za pomocą tajemniczych substancji chemicznych dr Jekylla, które przemieniły go w złego Mr Hyde’a, lecz pod wpływem siły sytuacji społecznych i systemów, które jest stwarzają i podtrzymują.

 Efekt Lucyfera Philip Zimbardo

Wymazane historie

Okładka książki Gumy 

Gumy

Alain Robbe-Grillet


Tytuł oryginału: Les Gommes
Tłumaczenie: Leszek Kossobudzki
Wydawnictwo: Czytelnik
Liczba stron: 271
 
 
 
Pisząc o nowej powieści (z francuskiego nouveau roman), zwanej też powieścią obiektywną, powieścią fenomenologiczną lub antywpowieścią, nie sposób jest nie wymienić nazwiska Alaina Robbe-Grilleta. Podobnie, wspominając o tym francuskim artyście, niemożliwe jest uniknięcie nawiązania do nouveau roman. Obie rzeczy – człowiek i idea – wzajemnie się przeplatają i są ze sobą nierozerwalnie powiązane. Antypowieść, o której założeniach wspominałem szerzej przy okazji omawiania sztandarowego utworu tego nurtu, Żaluzji, charakteryzuje się silną koncentracją na opisie przedmiotów, rozmyciu wątków fabularnych. Świat przedstawiony budowany przez narratora, pozbawiony jest jakichkolwiek elementów filozoficznych, czy osądów moralnych. Zdarzenia są często odtwarzane z mechaniczną precyzją, przypominającą oko kamery, dlatego, przynajmniej pozornie, posiadają one znamiona obiektywizmu. W toku dalszej lektury łatwo się jednak przekonać, że już sam wybór przedstawianych faktów, sposób ich suchej i beznamiętnej prezentacji jest, bo przecież być musi, subiektywny. Prezentując dane wydarzenia, odtwarzając wybraną historię w ten a nie inny sposób, narzuca się schemat myślowy, zgodnie z którym najprościej jest odczytać przyswajane dane. W przypadku Żaluzji, mamy ponadto do czynienia z niemiłosiernym szatkowaniem fabuły, mieszaniem jej, przywoływaniem jej fragmentów w przypadkowej kolejności. Innym popularnym zabiegiem jest wykorzystanie rozwiązań literackich, znanych powszechnie z romansów, czy kryminałów, tak jak ma to miejsce w innej powieści Robbe-Grilleta, Gumy.

Gumy, to na pierwszy rzut oka klasyczna proza detektywistyczna. Agent specjalny Wallas zostaje wysłany do niewielkiej, portowej mieściny, aby rozwikłać zagadkę śmierci miejscowego notabla, Daniela Duponta, który prawdopodobnie jest kolejną ofiarą anarchistycznej organizacji, eliminującej persony ważne dla życia ekonomicznego oraz gospodarczego kraju. W toku całej powieści nie dowiemy się, czym dokładnie kieruje się ugrupowanie, jego ideologia cały czas owiana jest mgłą tajemnicy. Można zatem odnieść wrażenie, że anarchiści są jedynie kolejnym elementem dekoracji, to trupa aktorska, która ma do odegrania swoje role, by następnie zniknąć i odejść w niebyt.

Domniemane morderstwo zostało popełnione o godzinie 7.30 wieczorem. Wallas rozpoczyna śledztwo rano i trwa ono cały dzień, aż do godziny 7.30. Akcja powieści rozgrywa się zatem w przeciągu jednej doby – zamknięcie fabuły następuje w momencie, gdy zegarek Wallasa, który zaciął się i stanął na 7.30, rusza dokładnie 24 godziny później. Całość przypomina zatem koło – zamknięty cykl, który powtarza się w nieskończoność.

Sprawa, która przypadła w udziale Wallasowi nie należy do najłatwiejszych. Początkowo dochodzenie prowadził miejscowy komendant policji, który na wyraźne polecenie władz, zaprzestał wszelkich działań i oddał się do dyspozycji Wallasa. Trudno jednak mówić o jakiejkolwiek pomocy, szczególnie w przypadku, gdy na miejscu zbrodni nie zastano ciała – wg zeznań doktora, ranny Dupont zdołał wezwać pomoc i zmarł dopiero w szpitalu, na skutek odniesionej rany postrzałowej. Śledztwo ma zatem charakter stricte poszlakowy. Niby jest trup, chociaż ciało widział jedynie lekarz, prywatnie znajomy Duponta. Jest również motyw – Dupont, na co dzień profesor ekonomii, uznany specjalista, którego śmierć w pewnym stopniu zdestabilizowałaby gospodarkę kraju, idealnie wpasowuje się w profil osobowości, mordowanych uprzednio przez anarchistów. Jest również i zabójca – widać dość nieostrożny i trochę niedoświadczony – na miejscu zbrodni pozostały odciski palców oraz wyraźne ślady cudzej obecności. Dlaczego zatem dochodzenie jest takie trudne i mozolne?

Agent Wallas był już w mieście, do której teraz wezwały go sprawy zawodowe. Jako dziecko odwiedził je z matką, jednak wspomnienia z podróży są bardzo mgliste i niewyraźne. Wallas, miłośnik spacerów, większość wizyt, niezbędnych w toku prowadzonego śledztwa, odbywa na piechotę. Ale miasto wydaje się mało przyjazne i bardzo niechętnie odkrywa swoje tajemnice. Ulice, budynki, skrzyżowania – wszystko jest do siebie bardzo podobne, zlewa się tak, że Wallas bez przerwy błąka się i co rusz gubi drogę. Od czasu do czasu, ale bardzo niechętnie, Wallas, który nie chce ujawniać ani swojej tożsamości ani misji, jaka przywiodła go do miasta, pyta o wskazówki miejscowej ludności. Wyjaśnienia jak dotrzeć do poszczególnych budynków, instytucji, czy osób okazują się najczęściej bezużyteczne, tak, że agent ciągle miota się bezsilnie po obcym mieście, które z biegiem czasu zaczyna przypominać skomplikowany labirynt, chciwie wysysający siły i energię z uwięzionej w nim ofiary. Wallas coraz bardziej przypomina elektron – pozornie wolny i swobodny, ale krążący po z góry ustalonym orbitalu, którego absolutnie nie jest w stanie opuścić.

Zapętlone miasto ze swoimi bliźniaczo podobnymi ulicami nie jest jedyną zmorą Wallasa. W miarę postępowania dochodzenia, poprzez zeznania kolejnych przesłuchiwanych, okazuje się, że agent specjalny jest zaskakująco podobny do sprawcy przestępstwa. Tożsamość coraz bardziej znużonego Wallasa zaczyna się powoli rozpływać, tak, że staje się ona bezkształtną masą, gotową przyjąć dowolną formę. Osobowość Wallasa zostaje zdominowana przez obezwładniającą siłę miasta, która wzmaga u agenta bierność oraz apatię. Śledztwo zaczyna toczyć się coraz wolniej, kolejne kroki zdają się nie przynosić oczekiwanych rezultatów. Wallas zaczyna marnować czas na mało istotne szczegóły, których rozwikłanie nie może zbliżyć go do rozwiązania zagadki. Ciąg przyczynowo skutkowy przypomina ten znany z gombrowiczowskiego Kosmosu. Niby poszczególne wydarzenia, które sprawiają wrażenia ważnych dla prowadzonego śledztwa, splatają się ze sobą wzajemnie, pozostając w pewnych koneksjach, jednak zebrane do kupy, nie tworzą niczego poza chaotyczną i bezładną mieszaniną, której sens pozostaje nieuchwytny. Zatem prowadzący śledztwo musi wziąć sprawy w swoje ręce i uzupełnić schemat, w którym ciągle widnieje poważna luka.

Narrator prowadzi z czytelnikiem swoistą grę. Śledztwo, które z biegiem czasu zdaje się mieć coraz mniejszy sens, bezładne i niezorganizowane przeplatane jest z geometrycznym ładem i porządkiem, jaki objawia się w słynnych opisach francuskiego pisarza. Szczegółowy rozkład pokoju Duponta, precyzyjny opis krzeseł rozstawionych w kawiarni jest konfrontowany z coraz bardziej nielogicznym postępowaniem czynnika ludzkiego, który reprezentuje agent specjalny Wallas.

Krótko reasumując, przyznam szczerze, że Gumy w pełni zaspokoiły moje oczekiwania, które zostały bardzo mocno rozbudzone po lekturze Żaluzji. Gumy to druga książka w dorobku francuskiego artysty i widać, że styl nouveau roman nie rozkwitł w niej jeszcze w pełnej krasie. Akcja powieści rozprowadzona jest dość płynnie, tak, że czytelnikowi stosunkowo łatwo jest za nią podążać, chociaż momentami pojawiają się fragmenty, które stanowią domniemany przebieg wydarzeń. Zabiegi znane z Żaluzji, a więc odtwarzania tych samych wydarzeń z różnych perspektyw, bardzo swobodne dysponowanie czasem akcji, są stosowane w Gumach w zdecydowanie mniejszym stopniu. Mimo wszystko, książka pozostaje lekturą absorbującą sporo czytelniczej uwagi, tak, że należy się przy niej dość mocno skoncentrować. Robbe-Grillet chętnie bawi się z czytelnikiem, puszczając do niego oko czy to poprzez nawiązania do klasyki kryminalnego gatunku, odwołania do mitów, czy słowne zabawy, której najlepszym przykładem jest sam tytuł – bohater Gum, agent Wallas, przy okazji prowadzonego śledztwa, z niewyjaśnionych w powieści przyczyn, szuka w mijanych sklepach papierniczych profesjonalnej gumki do mazania.

niedziela, 14 lipca 2013

O mundurach




Być może uniformy zmieniają nas w sforę kierowaną przez prowodyra. Samotników jest niewielu.

słowa amerykańskiego krytyka filmowego Rogera Eberta o wnioskach z filmu The Experiment odnoszące się również do SEW i cytowane w Efekcie Lucyfera Philipa Zimbardo