czyli o poziomie polskiego dziennikarstwa
Abp Henryk Hoser w Arcueil pod Paryżem, 2009. Foto: Janusz Halczewski. Ten plik udostępniony jest na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 3.0.
Od dłuższego już czasu media mielą historię konfliktu pomiędzy księdzem Wojciechem Lemańskim, proboszczem z Jasienicy pod Tłuszczem, a jego przełożonym, czyli arcybiskupem warszawsko-praskim Henrykiem Hoserem. W ostatnich dniach nie ma wydania gazety, wiadomości telewizyjnych czy pierwszej strony głównych serwisów internetowych bez nagłówków krzyczących na ten temat, jakby to była co najmniej wojna. Ba, nawet wojny, w których giną nasi żołnierze, nawet katastrofy, z wyjątkiem może brzozowej, nie mają takiego wzięcia. Nie chcę się jednak odnosić do przyczyn takiego stanu rzeczy, gdyż to temat na dłuższe, albo wręcz bardzo długie rozważania. Podobnie jak to, dlaczego Kościół wytacza taką artylerię przeciwko proboszczowi, którego główną winą jest niepokorność. Gdyby równie stanowczo, z podobnym rozmachem i nagłośnieniem, traktowano pedofilię we własnych szeregach, korupcję, przepych, bezduszność i pogoń za mamoną oraz inne patologie, pewnie notowania Kościoła znacząco by wzrosły i zamiast fasadowej powszechnej wiary stworzyły mocny, pozytywny ruch społeczny. Nie o tym jednak, jak wspomniałem, chcę napisać, a o dziennikarzach.
Sprawa Lemańskiego jak w soczewce ukazuje poziom polskiego dziennikarstwa, a raczej jego brak. W dobrze funkcjonujących demokracjach jednym z gwarantów wolności obywatelskich jest czwarta władza. Nie, nie Kościół. Dziennikarze. By tak jednak było, muszą być dociekliwi, niespolegliwi i oryginalni. U nas tymczasem świetnie funkcjonuje zasada kopiuj – wklej będąca kwintesencją naszego systemu edukacji. To, co napisze pierwszy, jest bezkrytycznie powielane przez następnych. A pierwszy zwykle pisze to, "co trzeba".
Od prawie dwóch miesięcy wszystkie media, od „postkomunistycznych” po prawicowe i kościelne, powtarzają zgodnie zwrot o odejściu Lemańskiego na emeryturę. Najpierw mówiono o tym w kontekście możliwości, teraz prawie pewności, ale zawsze mówi się o emeryturze. I nikt nie zapyta, nikt nie wyjaśni, o co chodzi z tą emeryturą. Jak w wieku 52 lat można odejść na emeryturę nie będąc mundurowym czy górnikiem? Nikt krytycznie nie spojrzy na materiały poprzedników, tylko kopiuj – wklej, jak w szkole ze ściągi do testu, jak z internetu do wypracowania. Dla mnie ta emerytura Lemańskiego to sprawa sama w sobie bez znaczenia w świetle prawdziwych problemów społecznych, w tym Kościoła; zwykły temat - sensacja dla zajęcia plebsu. Ci jednak, którzy uznają go za na tyle ważny, by umieszczać na pierwszych stronach wciąż nowe o nim newsy, powinni mu chyba trochę czasu i wysiłku poświęcić. Chyba, że myślenie jest już ponad siły stanu dziennikarskiego. Wczoraj przejrzałem sporo materiałów na temat tej „emerytury” i żadnego wyjaśnienia nie znalazłem. Ba – w źródłach niezwiązanych z aferą Lemańskiego, ale sygnowanych przez Kościół, wyszukałem informację, że poza emeryturą płaconą przez państwo, czyli taką, na którą ksiądz raczej nie powinien mieć widoków w wieku lat 52, może mieć też „emeryturę” ze środków Kościoła, ale zgodnie z Prawem Kanonicznym przysługuje ona od… lat 75! Owszem, na prośbę księdza jego biskup może ten wiek wyjątkowo obniżyć, ale to tylko na prośbę zainteresowanego, a Lemański nie tylko nie prosił, lecz się wręcz sprzeciwiał. Czyli dalej nic nie wiadomo. Ot i cały komentarz do rzetelności naszych elit dziennikarskich. Wybaczcie, że tematu tej konkretnej emerytury zgłębiać nie będę. Dla mnie to temat w sam raz do Gościa Niedzielnego albo do brukowca. Zajmowanie się takimi sprawami w czasie, gdy odłogiem leżą prawdziwe problemy; jak postępujące rozwarstwienie społeczne, pedofilia w Kościele, korupcja władzy czy inne patologie, nie świadczy dobrze o nikim. Ani o dziennikarzach, ani o odbiorcach ich twórczości, czyli narodzie czy jak kto tam woli – społeczeństwie.
Wasz Andrew





