Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.

wtorek, 11 czerwca 2013

Imperatyw lekarza




"Etycznym imperatywem lekarza jest dobro pacjentów. Zawsze. Bez względu na wszystko. Jeśli do mojego gabinetu wedrze się nielegalny imigrant i zobaczę, że wymaga leczenia, które norweskich podatników będzie kosztowało dwieście tysięcy koron, to będę go leczyć. Niezależnie od wszystkich absurdalnych reguł mówiących o tym, kto zasługuje na moją medyczną uwagę."

Arytmia Anne Holt, Even Holt

poniedziałek, 10 czerwca 2013

Po co nam oceny?




Od najmłodszych lat, gdyż granica wieku szkolnego wciąż jest przesuwana w ten sposób, by zabrać młodym pokoleniom coraz więcej ze szczęśliwych, beztroskich lat dzieciństwa, jesteśmy oceniani. Zmieniane są skale ocen, również w szkolnictwie. Stara, wypróbowana i działająca skala od 2 do 5 została zmieniona na od 1 do 6, jakby to coś mogło poprawić. Ktoś brał pieniądze za wytężanie mózgu nad tą koncepcją, ktoś brał pieniądze za wprowadzenie jej w życie. Tym razem jednak nie będę się nad tym rozwodził, choć polskie zaangażowanie w „ulepszanie” tego, co dobrze działa, skutkujące brakiem czasu i energii, by poprawić to, co działać nie chce, jest tematem fascynującym. Mnie zaciekawiło, po co w ogóle oceny w szkołach i na studiach?

System ocen, niezależnie od przyjętej skali, jest we wszystkich społeczeństwach bardzo przydatny. Oczywiście, że oceny uzyskane w różnych uczelniach tego samego poziomu są porównywalne, jeśli kryteria ich wystawiania są chociaż w przybliżeniu podobne. Czy ma to jednak sens w kraju, który pod względem moralności i mentalności, pod względem mechanizmów psychologicznych i socjologicznych, przypomina jedno wielkie więzienie? Zwłaszcza w szkołach mentalność mafijna króluje. Mienimy się krajem cywilizowanym, a zdecydowana większość uczniów oszukuje i kradnie na każdym etapie edukacji. Używanie bryków, ściąg i pasztetów jest na porządku dziennym, a uczeń, który by się wyłamał powiadamiając „pedagogów” o takich praktykach, zostałby zaszczuty jako kapuś. Nauczyciele udają, że nic nie widzą, a czasami wręcz popierają takie praktyki, gdyż lepsze oceny uczniów sprawiają, iż ich też ocenia się wyżej. Nawet szanowane uczelnie wyższe tylko udają, iż przeciwdziałają plagiatom i zakupione programy komputerowe wychwytujące takie praktyki w pracach dyplomowych stosują tak rzadko, że powstaje pytanie, po co je było kupować. Pomińmy te wszystkie patologie i wróćmy do pytania tytułowego. Po co nam te oceny?

Często w życiorysach znanych osób z naprawdę cywilizowanych krajów, do których my też chcemy się zaliczać, czytamy, iż ten lub ta był lub była pierwsza lub druga na roku, na wydziale, na kierunku, w takiej a takiej uczelni, że ukończył lub ukończyła ją z taką a taką lokatą. U nas się o takich rzeczach nie słyszy. Pewnie dlatego, iż poziom naszych elit jest tego rodzaju, iż świadectwami raczej nie mają się co chwalić. Wynika to jednak przede wszystkim z faktu, iż stopnie na dyplomie niczego u nas nie dają. Popatrzcie na nabory na stanowiska urzędnicze. Jakie są ich warunki? Czy ktoś w ogóle w nich napomyka, iż będzie brane pod uwagę z jakim wynikiem kandydaci uzyskali wymagane uprawnienia? Czy byli prymusami, czy też ostatnimi ciołkami, którzy skończyli studia po komisach, powtarzaniu roku i na ocenach dawanych z łachy, to w naszym państwie nie ma żadnego znaczenia. Liczą się układy.

Ponieważ to do niczego nie służy, nawet gdy ktoś chce, trudno nieraz do takich informacji się dostać. Jaki nauczyciel chciałby, by jego uczniowie wiedzieli, iż siedział w podstawówce, a maturę i studia ledwo przeszedł, za przysłowiowe kury i kaczki? Ile razy wejdziecie do lekarza, którego ściany obwieszone są dyplomami, poszukajcie wśród nich dyplomu ukończenia uczelni wyższej i uzyskania pierwszego stopnia naukowego. Jeśli znajdziecie, to jakbyście w lotto wygrali. Zwykle wszystkie dyplomy, to dyplomy za uczestnictwo. W sympozjach, szkoleniach, w dodatku najczęściej sponsorowanych. Czemu? A kto by poszedł do lekarza, nawet profesora, jeśli studia skończył on z „państwową” oceną? Każdy wie, że dalsze stopnie naukowe niekoniecznie odpowiadają inteligencji, wiedzy, czy czemukolwiek. Wystarczy posłuchać naszych polityków z doktoratami i profesurami, którzy słowa bez kartki wydukać nie potrafią, a jak już coś chlapną, to nikt ich nie przekona, że czarne jest czarne, a białe jest białe. Jeśli nawet w takich okolicznościach ktoś nie był w stanie uzyskać na magisterce więcej niż trzy, to daje do myślenia.

Była taka piosenka Mniej niż zero zespołu Lady Pank:


Myślisz może, że więcej coś znaczysz

Bo masz rozum, dwie ręce i chęć

Twoje miejsce na Ziemi tłumaczy

Zaliczona matura na pięć

Są tacy - to nie żart,

dla których jesteś wart

Mniej niż zero

Choć napisana za komuny (początek lat osiemdziesiątych), jej słowa stają się coraz bardziej aktualne. Coraz więcej jest ludzi, praktycznie obejmuje to cały kraj, dla których prymusi są zerem. Osobiście znam osobę, która niedawno ukończyła studia na jednej z najlepszych polskich uczelni, przez wszystkie lata nie mając w indeksie innej noty niż najwyższa, i nikt jej nawet nie wspomniał o tym, by została na uczelni. Do napisania tego tekstu zachęciło mnie jednak wydarzenie całkiem niedawne, a pokazujące jawnie, iż w Polsce, jak tuż przed rozbiorami, o komunie nie wspominając, lepszy swój choć debil, niż geniusz, ale obcy. Jest to postawa w normalnych państwach niespotykana, a u nas będąca obrazem dnia powszedniego.
Trzy dni temu* media poinformowały, iż najlepszy student w Polsce, Paweł Juszkiewicz pochodzący z Białorusi, ale mający polskie korzenie (rodzice posiadają Kartę Polaka) i czujący się Polakiem ma zostać deportowany do swej „ojczyzny”. Doszło do tego dlatego, iż postanowił na stałe zostać w kraju nad Wisłą i w nim pracować naukowo, więc po latach pobytu na karcie stałego pobytu (od 2003 roku przebywa w Polsce) rozpoczął procedurę zmierzającą do uzyskania naszego obywatelstwa. Wówczas urzędnicy mieli okazję pokazać co potrafią i zamiast docenić jego trzy fakultety, rozpoczęty doktorat, nagrody i wyróżnienia, postanowili wydalić go z kraju, gdyż ABW poinformowało, iż „zagraża” Polsce. Oczywiście (szkoła demokracji w wersji importowanej z USA), zarzuty są tak tajne, że ich treści nie może poznać nawet zainteresowany. I tutaj docieramy do sedna.

Gdyby Polska była normalnym krajem, w którym ocena na dyplomie ma jakiekolwiek znaczenie, nawet gdyby Paweł Juszkiewicz był terrorystą z Al-Ka'idy, nawet gdyby był Białoruskim J-23 i Szakalem w jednej osobie, to albo by go „zdjęto” już dawno, albo niczego by nie ujawniano. Tymczasem jakiś geniusz z ABW niczego nie robi całymi latami i pozwala prowadzić Juszkiewiczowi domniemaną wrogą działalność i jego równie genialni przełożeni tego nie widzą, a teraz pozwala nagłośnić sprawę. W normalnym, prawdziwym państwie, które ma prawdziwe służby, a nie kluby znajomków, które nie werbuje do służb wśród harcerzy (tak, tak, była taka akcja w nowej Polsce), albo od razu by takiego figuranta „zgaszono”, albo obserwowano i próbowano rozbić jego siatkę, albo ewentualnie podjęto starania, by przekabacić na swoją stronę. W żadnym razie nie nadawano by sprawie rozgłosu, a na pewno nie w taki sposób. Takie rzeczy tylko w Polsce. Tego nie ma nawet w Erze.

W takich Stanach wręcz poluje się na ludzi pokroju Juszkiewicza. Normalnych się przekupuje i namawia, by przyjechali na stałe, zostali i pracowali, a tych nie do końca praworządnych porywa się i szantażuje, również w celu nakłonienia do pracy na rzecz nowej ojczyzny, jako marchewkę obiecując obywatelstwo i pełnię praw.

A u nas? Po co nam te oceny na dyplomach? Może tym, którzy chcą wyjechać, do czegoś się przydadzą, bo na miejscu…

A co do Juszkiewicza. Taki mądry, a przez tyle lat nie załapał, o co w tym wszystkim chodzi. I niech to zostanie jako przestroga dla tych, którzy chcą pójść w jego ślady. Nie pchajcie się, gdzie Was nie chcą


Wasz Andrew

niedziela, 9 czerwca 2013

Nauczycielskie dziadostwo




Wczoraj wszystkie serwisy informacyjne, zwłaszcza radiowe, rozwodziły się nad wynikami badań opublikowanych przez Instytut Badań Edukacyjnych, które miały odpowiedzieć na pytanie, ile czasu poświęcają na pracę polscy nauczyciele. Myślałem, że mnie szlag trafi!


Kilka lat temu, kiedy jeszcze blog mój znajdował się na Onecie, popełniłem już felietonik o kondycji polskiego nauczycielstwa pod tytułem Biedni nauczyciele, który wywołał spory ferment ( w drugim dniu chyba 40 tysięcy wejść), gdyż ktoś go wypromował jako polecany przez serwis. Z onetem się pożegnałem bez żalu: albo popularność, albo wolność, ale nie o tym miałem pisać, więc do rzeczy. Przy przenoszeniu bloga oczywiście wszystkie komentarze się zgubiły, a szkoda, gdyż wyraźnie widać było trzy grupy – uczniów jadących po nauczycielach jak po łysej kobyle, nauczycieli odsądzających autora od czci i wiary, oraz… równą im liczbę nauczycieli, którzy ubolewali nad degeneracją swego środowiska. Nie przypuszczałem, że znów będę musiał wrócić do tematu.

Czytelnikom dotąd niezainteresowanym tematem od razu wyjaśnię tło całej wczorajszej sprawy. Samorządy, które obciążono obowiązkiem utrzymania szkół wszystkich szczebli z wyjątkiem wyższych, narzekają na pensum (etat) wynoszące, poza szczególnymi przypadkami, 18 godzin tygodniowo. Gdyby pensum zwiększono, koszty z tytułu wynagrodzeń byłyby mniejsze – jeden nauczyciel by „wyrobić” normę, musiałby przepracować więcej godzin, a więc nie byłoby ich tylu potrzeba by obsłużyć zapotrzebowanie uczniów. Oczywiście strona rządowa widzi to przeciwnie. Po pierwsze, Związek Nauczycielstwa Polskiego jest w tej chwili liczącą się siłą polityczną. To świadomy, zorganizowany pakiet głosów liczący się w wyborach, w dodatku powiększany przez rodziny nauczycieli i inne osoby, na które mają oni wpływ. O tym zaś, że rząd od dawna nie kieruje się dobrem Polski, tylko sondażami popularności, nie trzeba chyba przekonywać; wystarczy porównać deklaracje z czasów wyborów z tym, czym się zajmuje. I niestety nie dotyczy to bynajmniej tylko rządu obecnego. Do tego dochodzi aspekt bezrobocia. Władze już od dawna dokonują wszelkich możliwych manipulacji, by zmniejszyć jego wskaźnik (nie mylić z faktyczną wielkością). Służy temu między innymi jeden z najkrótszych w świecie okresów uznawania za bezrobotnego oraz szereg coraz to bardziej restrykcyjnych dodatkowych wymagań, które trzeba spełniać, by ten status uzyskać i utrzymać. Zwiększenie pensum byłoby strzałem w kolano strony rządowej, gdyż wzrosłoby bezrobocie wśród nauczycieli.
Jeśli chodzi o samo badanie, o którym mowa, to jego metodyka jest jedną wielką parodią badania naukowego*. Nauczyciele subiektywnie oceniali swój czas pracy i informowali o tym „badaczy”. Trzeba by być wyjątkowym kretynem, by nie wiedzieć o co chodzi, i nie podać odpowiedzi odpowiednich do planowanych wyników. Wyników, które się chce uzyskać. Ciekaw jestem, kto wymyślił taką metodę badań, kto wziął za to pieniądze i jakie. Miarą tego, jak niewiarygodne są wyniki takich pseudobadań, niech będzie to, iż świadomi celu badania respondenci, a więc pokazania jak nauczyciele obciążeni są pracą z uczniami, dokształcaniem, sprawdzaniem prac i przygotowywaniem się do zajęć, zapomnieli o tym, co jest niezwykle często podnoszone przez środowisko, czyli o papierkach. Wyniki były wprost zdumiewające pod tym względem – nauczyciele praktycznie nie są obciążeni biurokracją!

Polska z każdym rokiem staje się państwem, w którym Orwell dostałby zawału. Nauczycielami zostają ludzie, którzy nie potrafili przejść z klasy do klasy i w trakcie edukacji częściej zaliczali numerki z koleżankami lub kolegami niż piątki na świadectwie. Uczniowie nie tylko zżynają na potęgę, co w normalnych krajach, o ile w ogóle się zdarza, jest nazywane jak należy, czyli oszustwem, ale rżną jeden od drugiego, co świadczy nie tylko o demoralizacji ściągających, ale i dających ściągać. To jakaś subkultura więzienna rozdęta do wielkości państwa. Choć, zwłaszcza na wyższych etapach edukacji, dający ściągać wiedzą, że sami sobie szkodzą, gdyż ściągający, z reguły mniej predysponowani do pracy i nauki, ale za to bardziej do kombinatorstwa i układów, mogą im w przyszłości zająć miejsca pracy, nie mają odwagi się temu przeciwstawić. Wynika to w dużej mierze z przyzwolenia nauczycieli na tego rodzaju praktyki, a nawet z obawy przed szykanami, jakich dozna nie tylko ze strony kolegów, ktoś, kto zostanie „kapusiem”. Nauczycielom w to graj. Na ogół walą przez cały rok wprost z podręczników, to samo, rok w rok, i to jeszcze dobrze, jeśli nie robią błędów. Dzieciaki ściągają? Dobrze – nie trzeba się wysilać, by je nauczyć. Na egzaminie też zerżną i nauczyciel będzie dobrze oceniany przez przełożonych. Jeśli zajdzie potrzeba, sam podpowie pociechom albo pracę geniusza, który skończył przed czasem, podrzuci synkowi miejscowego bogacza, który odziedziczył po nim umiłowanie wiedzy i inteligencję. W dodatku ambitni rodzice niektórych uczniów, którzy samodzielnie sprawdzą wiedzę swych pociech, albo raczej jej brak, zapłacą u tego samego nauczyciela, albo u jego żony, za korepetycje. Kiedyś takie praktyki były nie do pomyślenia, by korepetytorem był uczący ucznia w szkole nauczyciel, a przynajmniej je ukrywano. Teraz to normalne. Oczywiście, kiedyś też zdarzali się nauczyciele źli, albo nawet bardzo źli, ale były też prawdziwe gwiazdy. Teraz ton, zwłaszcza na wsi, nadają nieudacznicy, układowicze i zwykłe nieuki. Nikt nigdy nie sprawdza, z jaką średnią nauczyciel skończył studia, gdyż jego kompetencje tak naprawdę nikogo nie obchodzą. Ma być spolegliwy i tak jak kiedyś wszyscy nauczyciele chodzili na pochód pierwszomajowy, tak teraz mają chodzić do kościoła.

W świecie biznesu tryumfuje instytucja „tajemniczego klienta”, kamery szpiegowskie, podsłuchy. O skuteczności tych rozwiązań przekonał się już niejeden na wszelkich szczeblach kariery. Urzędnicy nie są nimi w ogóle zainteresowani. Wolą fikcję tworzoną pod ich potrzeby. Świat realny w ogóle utracił przełożenie na obraz świata wyłaniający się z urzędowych dokumentów. Za moich czasów było inaczej, choć też już nie było różowo. Pamiętam jednak, iż na nauczenie języka wystarczały cztery lata. W podstawówce rosyjski, a potem dopiero angielski. I mimo tego wszyscy, którzy wybrali English, ten całkiem obcy wówczas język, gdyż nie było ani obcojęzycznej telewizji, ani internetu, od razu po maturze, bez najmniejszych problemów, zdawali FC**. Teraz dzieci mają do czynienia z angielskim od kołyski. Piosenki po angielsku, internet, wielojęzyczne kanały radia i telewizji, co tylko się chce. W dodatku państwo buli za naukę tego języka w procesie państwowej powszechnej edukacji od najmłodszych lat, a spróbujcie pogadać z przeciętnym maturzystą w języku Szekspira. Powodzenia. Oczywiście, jak ze ściąganiem; wszyscy udają, że tego nie widzą. Zaklinają rzeczywistość, podobnie jak z innymi kluczowymi przedmiotami, typu matematyka i fizyka. Nikomu z urzędników nawet nie przyjdzie do głowy, by zamiast zapowiedzianych wcześniej wizytacji wsadzić do klasy kamerę albo wysłać do szkoły ucznia z urządzeniem rejestrującym przebieg lekcji czy egzaminu. Przecież wie, jaki byłby wynik, a tego nie chce. To tak jak z urzędami skarbowymi. Na całym świecie boją się ich chyba bardziej niż policji (przypadek Ala Capone nadal straszy), ale nie u nas. W całym kraju nie znalazł się ani jeden(!) urzędnik, który by chwycił za telefon i przedstawiając się przykładowo za kierowcę TIR-a poszukującego pracy zadzwonił do firmy transportowej aby zapytać, ile dostanie na rękę. Nie zadzwoni, gdyż wie, że uruchomiłby lawinę, która mogłaby zmieść i jego, i jego rodzinę albo znajomych, więc dalej wszyscy wierzą, że pensje są takie, jak wpisuje się na umowach. Nawet, gdy w Sądzie Pracy okazuje się inaczej, nikt nie karze, choć przecież obie strony oszukują urząd podatkowy. Czego więc oczekiwać od szkół?

Ano niby nie można żądać więcej, ale nauczyciele to przecież elita. Elita, która podobnie jak lekarze, wciąż narzeka, ale ma siłę, by harować na dwóch, trzech, a rekordziści nawet na dwudziestu pięciu etatach. Bez komentarza.

Kiedy upadała komuna nauczyciele rozwodzili się nad tym, jak to ich w komunie krępowano. Jak sztywne były ramy programowe. Jak pragną autorskich programów nauczania. I co mamy? Każdy wie. W żadnej ze szkół w mojej okolicy nauczyciele nie wychodzą poza podręcznik. Dobrze, jeśli potrafią go w pełni przerobić i zrealizować minimum programowe. Dobrze, jeśli chce im się z niego czytać i nie każą, by uczniowie sami musieli „doczytać”. Tymczasem ja pamiętam, jak dziś, polonistę z podstawówki, który nie tylko nauczył mnie miłości do książek, ale pierwszy przekazał prawdziwą wiedzę o Katyniu, choć o Solidarności nikt wtedy jeszcze nawet nie myślał. Nauczył, co to odwaga cywilna oraz nieufność wobec władzy i jakoś nikt go za to na Sybir nie wysłał. Pamiętam, jak dziś, świetnych nauczycieli przedmiotów ścisłych z ostatnich lat podstawówki, świetną polonistkę i innych profesorów z ogólniaka, a przede wszystkim genialnego wręcz pedagoga, pod którego wychowawstwo trafiłem w szkole średniej, nauczyciela przedmiotów ścisłych, który nigdy nie korzystał, podobnie jak jego uczniowie, z żadnego podręcznika poza zbiorem zadań. Tak, tak! Za komuny! Mieliśmy na lekcjach tylko zeszyty, a w domu zbiory zadań i jakieś podręczniki akademickie z matematyki, wedle uznania, na wypadek nieobecności na zajęciach. Ilu jest teraz takich nauczycieli? Gdzie te programy autorskie? Nauczyciele płaczą, że muszą się "przygotowywać" do lekcji, które od lat wyglądają tak samo i nie wychodzą ani krok poza program i podręcznik. To tego mają testy i klucze, by przypadkiem nie mieć trudności z interpretacją prac geniuszy, gdyby tacy nie daj Boże się im trafili. Tacy od razu zostają odrzuceni albo stłamszeni. Schemat to ich druga wiara.

Czytałem kiedyś o którymś z laureatów Nagrody Nobla, bodajże z fizyki, iż przez całe życie nie zdarzyło mu się dwa razy skorzystać z tego samego konspektu do wykładu. Choć nie umarł młodo, za każdym razem przygotowywał nowy, a pracę dydaktyczną prowadził do śmierci. I miał czas zajmować się nauką na poziomie, który przyniósł mu Nobla! Jakiego wysiłku trzeba, by przygotować się do lekcji w gimnazjum po dziesięciu latach nauczania? Wstyd!

Oczywiście nawet dziś są i wyjątki; prawdziwi pedagodzy, nauczyciele z powołania. I oni jednak nie są bez winy, gdyż pozwalają, by dominowali ci źli. Ci, którzy do nich trafią, najczęściej przez przypadek, będą mieli szczęście, ale co z całą resztą?

Oczywiście, znajdą się szczęśliwcy, którym nawet w tych warunkach uda się uzyskać rzeczywistą wiedzę, gruntowne wykształcenie i nie zeszmacić się przy tym ani nie popaść w psychozę. Farciarze, w których proces edukacji rozbudzi umiłowanie nauki dla niej samej, ciekawość świata i nigdy nie zaspokojony głód wiedzy. Jedni dzięki przypadkowi po prostu zawsze, a przynajmniej w kluczowym momencie, trafią na odpowiedniego nauczyciela, innym pomogą rodzice lub opłaceni przez nich korepetytorzy. Martwi mnie jednak, co będzie z całą resztą i czy Polskę stać na takie marnotrawstwo w imię utrzymania się przy władzy tego samego systemu. Nie partii, ale systemu ,gdyż i PiS, i PSL, PO i Ruch Palikota, to jeden system, w ramach którego wciąż trwa wymiana ludzi, dzielenia i scalania partii, wszystko w celu „ogłupienia mas pracujących”. Może czas przy najbliższych wyborach wrzucić białe kartki do urny, by pokazać, że dość tego. Ale iść trzeba będzie, choć już się nie chce, gdyż niską frekwencją nikt się nie przejmie. A gdy ktoś mi powie, o tradycyjnych Polskich wartościach, o wyższości moralnej i innych pierdołach, o tym, że należymy do Świata i Europy, to mu powiem, że chyba na globusie. Bo to, co się dzieje w szkołach, to wdrażanie każdego nowego rocznika do mentalności garownika***, na pewno nie należy europejskiej spuścizny ani nie ma niczego wspólnego z demokracją


Wasz Andrew

* za http://wyborcza.pl/1,75478,14060457,Ile_czasu_nauczyciel_naprawde_pracuje__Lekcje_to_15.html
** tak się wtedy mówiło. Dokładnie First Certificate in English (FCE)
*** Ktoś kto odbywa lub odbył karę pozbawienia wolności

sobota, 8 czerwca 2013

Arytmia



Arytmia

(oryg. Flimmer)

Anne Holt, Even Holt

tłumaczenie: Iwona Zimnicka
wydawnictwo: Prószyński i S-ka 2012

   


Nie wiecie co to takiego kardiowerter-defibrylator? No to zaraz się dowiecie.


ICD czyli kardiowerter-defibrylator to skomplikowane urządzenie przywracające właściwy rytm serca. Każdego roku wszczepia się je milionom pacjentów na całym świecie…

Wiosną 2010 dwóch chorych z arytmią serca umiera z powodu zastosowania w ich leczeniu ICD. Coś, co miało ich ocalić, zabiło. Dr Sara Zuckerman kierująca oddziałem kardiologii w szpitalu w Bærum i jej kolega dr Ola Farmen odkrywają, że najprawdopodobniej winny jest wirus komputerowy. Wszystko wskazuje na to, że ktoś gdzieś zaprogramował mechanizm ICD w taki sposób, by odbierał życie. A wirus wciąż się rozprzestrzenia.


Tyle przeczytamy na tylnej okładce książki firmowanej przez norweską autorską spółkę rodzinną (rodzeństwo) w składzie Anne i Even Holt. Dotąd nie miałem do czynienia z twórczością Anne (brat jest w tym tandemie siłą fachową, ona pisarką), więc podszedłem do tej powieści bez specjalnych oczekiwań. Przed lekturą zapoznałem się z notką od wydawcy i wyjątkowo pozwoliłem ją sobie w całości zacytować, gdyż jest dość udana, za wyłączeniem ostatniego zdania, z którego zresztą wydawca się wycofał usuwając je z materiałów dostępnych w internecie, lecz pozostało ono niestety na wszystkich okładkach tego wydania. Niestety, gdyż nie do końca odnosi się do omawianej powieści.

Zabrałem się do czytania zachęcony, a zarazem nieco zaniepokojony, gdyż zapowiadane połączenie aspektów nowoczesnej medycyny z techniką informatyczną i warstwą kryminalną z jednej strony zapowiadało się ciekawie, a z drugiej groziło wpadkami merytorycznymi zarówno autorów, jak tłumacza. Niepokój zwiększały moje poprzednie doświadczenia z produktami tego wydawnictwa, które niejednokrotnie były najoględniej mówiąc nienajlepsze, że nie wspomnę o wspomnieniach z prób kontaktu z wydawcą, które były żenujące, gdyż nigdy nie doczekałem się odpowiedzi w żadnej z poruszanych spraw. Niemniej, jak wspomniałem, zacząłem czytać, i…

Bingo! Nie wiem skąd się u Skandynawów bierze tyle talentów, tyle naprawdę godnych uznania nazwisk na niwie literatury, a zwłaszcza literatury kryminalnej. Przecież wszystkie państwa skandynawskie, biorąc pod uwagę łączną liczbę ludności, odpowiadają ledwo państwu średniej wielkości, a ich dorobek… Światowa czołówka. Arytmia jest tego kolejnym potwierdzeniem. Fabuły nie będę oczywiście zdradzał, niech wystarczą informacje ze wspomnianej notki wydawcy. Powiem tylko tyle, iż jest ona z jednej strony dość przewidywalna, ale z drugiej zaskakuje, gdy trzeba, również w zakończeniu. Nie jest to totalne osłupienie, pewne przeczucia mamy, ale rzecz trzyma w napięciu, które budowane jest nie tylko za pomocą klasycznych niewiadomych (ustalanie sprawców) , ale również przez to, że autorzy potrafili zaciekawić czytelnika odkrywaniem mechanizmów społecznych rządzących środowiskiem wielkiego biznesu, jego styku z medycyną i finansami publicznymi. Interesujące jest także to, iż choć czytelnik wielu rzeczy dowiaduje się przed bohaterami, to wciąga go dociekanie, jak się oni odnajdą w sytuacji braku informacji, które już są znane czytającemu.

Styl powieści idealnie dopasowany do treści – wciągający do tego stopnia, że trudno się od książki oderwać. Połyka się ją z łatwością, o ile ktoś nie jest uczulony na obco brzmiące nazwiska i nazwy. Najczęściej Arytmia klasyfikowana jest jako thriller medyczny, dla mnie jednak to klasyczny skandynawski kryminał społeczny. Ta charakterystyczna warstwa, która chyba zaczęła być wyróżnikiem podobnej literatury całego regionu od czasu sukcesów szwedzkiej szkoły kryminału, nie jest aż tak wyraźna, jak w Millennium Stiega Larssona, jest bardziej zamaskowana, niemniej równie znacząca. Powieść porusza niezwykle aktualny temat moralności świata wielkiego biznesu, a raczej jej braku. Świata, w którym nie ma czegoś takiego, jak zło czy dobro, jest tylko zysk i strata. Wplatają się w to też pytania o problemy dysponowania środkami publicznymi, dostępności zaawansowanych technologii medycznych, dysproporcji zarobków i inne, jak choćby zagrożeń spowodowanych nowoczesnymi technikami informatycznymi, nad którymi coraz trudniej sprawować kontrolę powołanym do tego organom. Są one jednak podane dyskretnie, bardzo w tle, co uwydatnia typowo rozrywkowy główny nurt. Jak zwykle po lekturze tego typu zaczynam się zastanawiać, czym jest Polska. Jak długo wytrzymałby uczciwy Norweg albo Szwed w naszym kraju, gdyby musiał w nim prowadzić normalne życie, zanim trafiłby do wariatkowa. To tylko jednak taka mała dygresja.

Akcja powieści poprowadzona z wyczuciem, dużym realizmem, do tego wyraziste, przekonujące postacie, zarówno pierwszo-, jak i drugoplanowe, składają się na niezwykle udaną całość. Również owocom pracy wydawniczej i poziomowi tłumaczenia niczego nie można zarzucić, co sprawiło, iż jest to jedna z przyjemniejszych niespodzianek czytelniczych, jakie mi się ostatnio zdarzyły. Oczywiście, jak w przypadku prawie wszystkich powieści, nie namawiam na natychmiastowy najazd na księgarnię, ale do biblioteki naprawdę warto się po Arytmię udać, co stwierdzam z pełnym przekonaniem


Wasz Andrew

Arytmia [Anne Holt, Even Holt]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

piątek, 7 czerwca 2013

Nowoczesna wojna






Nowoczesna wojna. Nie można nawet udawać, że jest ludzka.



Loty i odloty

Okładka książki Dom przy Alien Avenue 

Dom przy Alien Avenue

Andrzej Dudziński

Wydawnictwo: Videograf II
Liczba stron: 255
 
 
 
 
 
 
Emigracja to dobrowolne opuszczenie granic swojego kraju. Część spośród tych, którzy się na nią decydują, są motywowani przyczynami politycznymi, jednak zdecydowana większość gnana jest powodami ekonomicznymi. Niektórzy ludzie rozstają się ze swoimi rodzinami licząc, że uda im się znaleźć godziwe zajęcie, które pozwoliłoby odłożyć nieco grosza i tryumfalnie powrócić do ojczyzny, w blasku nabytych bogactw. Jeszcze inni z kolei zakładają stałą zmianę miejsca zamieszkania, w którym można zacząć od początku całe swoje życie. Nieznane kusi wachlarzem możliwości, które w zupełnie nowej lokalizacji wydają się wprost nieograniczone. Zjawisko emigracji nie jest obce i naszej ojczyźnie. Polacy migrowali z przyczyn politycznych, np. po upadku kolejnych, nieudanych powstań oraz ekonomicznych. Ten drugi typ emigracji był szczególnie popularny za czasów PRL, kiedy to kraje zachodnie roiły się jako raje, krainy opływające mlekiem i miodem. Niewątpliwie jednym z mitycznych lądów, do którego wstęp mieli niestety tylko nieliczni wybrańcy, były Stany Zjednoczone Ameryki Północnej.

Sny i marzenia mają to do siebie, że niestety, ale rzadko kiedy się one spełniają. Nie inaczej jest w przypadku emigracji. O tym jak wygląda jej prawdziwe oblicze, o tym, że w życiu na obczyźnie jest zdecydowanie więcej cieni niż blasków traktuje książka Dom przy Alien Avenue polskiego pisarza osiadłego w Chicago, Andrzeja Dudzińskiego.

Jerzy, główny bohater powieści, której akcja rozgrywa się w latach ’80 XX wieku, to student filologii oraz początkujący pisarz, mający już za sobą literacki debiut. Jego ojciec Józef, uznany krakowski kardiochirurg, decyduje się na wyjazd za granicę, do Stanów Zjednoczonych, kuszony wizją niebotycznych zarobków, dzięki którym jego rodzina mogłaby żyć na jeszcze lepszym poziomie niż dotychczas. Opiekujący się matką Jerzy, po 5 latach, które upłynęły od wyjazdu odwiedza swojego tatę w trakcie wakacji, pragnąc na własne oczy przekonać się jak wygląda życie w mitycznej Ameryce. Mimo, że obraz, który zastaje po przyjeździe, od samego początku szokuje oraz przeczy jego dotychczasowym wyobrażeniom, Jerzy postanawia zostać w kraju pierwszej na świecie konstytucji na dłużej.

Ojciec Jerzego mieszka w Chicago, mieście, stanowiącym największą polską kolonię w USA. Niestety kłopoty językowe, problemy z przedłużeniem wizy oraz brak odpowiednich znajomości, które szczególnie na początku pobytu są niezbędne, dotychczasowy lekarz, będący świetnym fachowcem w swoim zawodzie, zmuszony jest podjąć się ciężkiej i męczącej pracy fizycznej. Robota na budowie okazuje się jedynym zajęciem, na jakie może liczyć emigrant bez języka oraz z nieważną wizą. Aby powiązać jakoś koniec z końcem, tj. by opłacić wszelkie rachunki, uiścić opłatę za lokum oraz by wysłać jeszcze kilkaset dolarów rodzinie, Józef zmuszony jest podjąć się dodatkowego zajęcia. W efekcie, przy 16 godzinach pracy na dobę, czasu starcza mu jedynie na to, by zjeść szybki posiłek pomiędzy jedną robotą, a drugą oraz wyspać się przed kolejnym, męczącym dniem. O nauce języka nie ma właściwie co marzyć. Brakuje czasu, brakuje gotówki, brakuje przede wszystkim sił. Życie Józefa, pogrążonego w wirze codziennej harówki, powoli przecieka między palcami. Egzystencja to suma mechanicznych odruchów, jedzenie, sen, picie, na której i tak ledwie starcza energii. Nietrudno wyobrazić sobie, jaki wizerunek ojca ogląda Jerzy po 5 latach takiej mordęgi. Nie jest to zadbany i elegancki kardiochirurg z delikatnymi dłońmi, które wprawnie dzierżą skalpel. Obecnie, w rękach, kiedy nie są one zajęte pracą, najczęściej gości kieliszek wódki. Każdy łyk alkoholu uśmierza nieco ból i zmęczenie oraz pozwala zapomnieć o trudnej sytuacji, z jaką boryka się Józef. O powrocie do ojczyzny nie ma na razie mowy – zaoszczędzonych pieniędzy wciąż jest za mało, by móc pokazać się w domu z podniesioną głową.

Relacja, jaka panuje pomiędzy ojcem a synem tuż po przyjeździe Jurka jest dosyć chłodna. Pierwszy z nich ma świadomość, jak wygląda w oczach swojego syna, wymizerowany, wycieńczony i zarośnięty, drugi nie potrafi ukryć rozczarowania oraz lekkiej pogardy. Józef, wiedząc, że jest już praktycznie bez szans na poprawę swojego losu, ale świadom równocześnie możliwości, jakich w jego mniemaniu daje Ameryka, namawia usilnie swojego potomka, by rozpoczął intensywną naukę języka oraz kontynuował karierę pisarską po angielsku. Jurek, owszem zostaje w Stanach, ale z biegiem czasu jego życie zaczyna bardziej przypominać życie ojca.

Dzięki Jurkowi, który jak na porządnego pisarza przystało, jest bardzo wrażliwym obserwatorem otaczającej go rzeczywistości, otrzymujemy wnikliwą analizę zachowań ludzi przebywających poza granicami swojego kraju. Pierwsze, co rzuca się w oczy, to oczywiście rozluźnienie kontaktów międzyludzkich. W przypadku, kiedy ukochana żona jest odległa o kilka tysięcy kilometrów, a człowiek przez kilka lat pozostaje sam, naturalne jest, że zaczyna on poszukiwać ciepła oraz troski u innych osób. Ponadto, wielu przybyłych do USA karmi się świadomością, że są oni tutaj tylko przejazdem, chwilowo. Skok w bok, zdrada, łatwo zatem ujdą na sucho. Trudno przecież na poważnie przyjmować krytykę, czy wyrazy potępienia od ludzi, których prawdopodobnie spotyka się pierwszy i ostatni raz w życiu. Wielu emigrantów zaczyna prowadzić podwójne życie. Długie i tęskne listy do ukochanej bądź ukochanego przeplatane są intymnymi chwilami, spędzanymi z osobami, które są tu i teraz, do których można się przytulić, z którym można porozmawiać twarzą w twarz. Co ciekawe, egzystencjalny dualizm jest dostrzegany i krytykowany dopiero dla postronnych, nowoprzybyłych obserwatorów. Dla tych, którzy w USA są już dłużej, efemeryczne związki to naturalna kolej rzeczy.

W oczy rzuca się również fakt, że emigracyjna rzeczywistość jest o wiele bardziej bezwzględna i brutalna niż jej peerelowski odpowiednik. Człowiek bez wizy jest traktowany w Stanach gorzej niż zwierze. Nie ma on żadnych praw, nie przysługują mu żadne przywileje. Trzeba się pilnować na każdym kroku, należy również uważać na innych ludzi. Wystarczy jeden telefon do Urzędu Deportacyjnego i cała przygoda dobiega końca. Człowiek żyje zatem w ciągłym napięciu, bezustannie towarzyszy mu strach oraz niepewność jutra. Oczywiście pośród takich desperatów zawsze znajdą się osobnicy, którzy potrafią bezwzględnie wykorzystać naiwność swoich rodaków. W polonijnym środowisku roi się od oszustów oraz naciągaczy. Papiery niezbędne do legalnego pobytu – proszę bardzo, ale należy się liczyć z kosztami, które mogą w każdej chwili niespodziewanie wzrosnąć. Szuka pani pracy – służę uprzejmie, tylko sama pani wie, potrzebuję troszkę środków, by jakoś zadziałać w tej kwestii tu i tam. Potrzebuje pan prawnika – znam znakomitego fachowca, który za stosowną kwotę zajmie się pana sprawą. Lewe dokumenty za horrendalne opłaty, ocierające się o handel niewolnikami pośrednictwo na rynku pracy – oto obraz Polaków za granicą, którzy starają się naciągnąć swoich rodaków w każdy możliwy sposób. Dudziński uzmysławia czytelnikowi z bezwzględną szczerością, że Polacy największej krzywdy poza granicami swojego kraju doznają ze strony swoich ziomków.

Świadomość chwili, epizodyczność pobytu w miejscu, w którym jesteśmy anonimowy okazuje się również asumptem do wyzbycia się wszelkich skrupułów. Większość pragnie nachapać się do przesytu w możliwie jak najkrótszym czasie. Kradzież towarów z miejsca pracy, nie płacenie rachunków, zaciąganie kredytów, których nie ma zamiaru się spłacić, fałszowanie zaświadczeń niezbędnych do wyłudzenia ubezpieczenia należą do całego wachlarzu działań, pozwalających osiągnąć upragnione pieniądze, które to przecież są najświętszym celem zamorskich wojaży.

Książka ma charakter obrazów codzienności z życia Jurka oraz poznanych przez niego osób. Kolejne, dosyć krótkie rozdziały, noszą tytuły imion bohaterów, których sylwetki przybliża nam autor. Jest to bardzo adekwatna forma kompozycji, która umożliwia czytelnikowi wielowymiarowe spojrzenie na polonijną rzeczywistość.

Reasumując, Andrzej Dudziński stworzył naprawdę przejmującą powieść, którą czyta się z niekłamaną niechęcią oraz obrzydzeniem. Większość wykreowanych bohaterów jest zła i zepsuta do szpiku kości. Dominuje fałsz, obłuda oraz zimna obojętność. Na podstawie lektury książki życie na emigracji jawi się jako egzystencja w dżungli, w której na każdym kroku czyha na nas niebezpieczeństwo. Ludzkie uczucia, pokroju przyjaźni, czy szczerości są tutaj na wagę złota, niestety trafiają się niezmiernie rzadko. Dudziński odmalowuje bardzo negatywny obraz Polaków na obczyźnie. Emigracja przypomina hazardową rozgrywkę – zdecydowana większość graczy przegrywa, tracąc zdrowie, pieniądze, a niekiedy i życie, a tylko niektórym, albo prawdziwym szczęściarzom, a najczęściej zwykłym niegodziwcom udaje się osiągnąć sukces.

P.S. Książkę nabyłem w księgarni Matras w promocyjnej cenie 9,90 zł. 

Wasz Ambrose 

czwartek, 6 czerwca 2013

Na drodze



Nowo przyjęty do firmy kierowca tira dzwoni do szefa z trasy
- Szefie, mała tragedia na drodze; potrąciłem psa, co robić???
- Czy samochód jest cały? - pyta szef
- Ani ryski szefie - pociesza kierowca
- To przeżuć ścierwo do rowu i jedz dalej. - odpowiada szef całkowicie uspokojony.
Mija 5 minut i kierowca znowu dzwoni do szefa
- Szefie, a co mam zrobić z radiowozem?????

środa, 5 czerwca 2013

O inkwizycji




Przerażającym paradoksem inkwizycji było to, że nieraz żarliwe oraz szczere pragnienie zwalczania zła generowało zło na skalę większą niż widziano kiedykolwiek wcześniej. Znajdowało to swój wyraz w wykorzystywaniu przez państwo i Kościół narzędzi tortur oraz metod będących skrajnym wypaczeniem jakiegokolwiek ideału ludzkiej doskonałości. Znakomita natura ludzkiego umysłu, zdolnego do tworzenia wielkich dzieł sztuki, nauki i filozofii, uległa zwyrodnieniu i została wykorzystana w służbie „twórczego okrucieństwa”, którego celem było złamanie woli.

Philip Zimbardo Efekt Lucyfera