Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.

środa, 8 maja 2013

Marsz po zdrowie

Oto najnowsze wieści na temat stanu mojego zdrowia.
Lekarz polecił mi ostatnio codzienne marsze, co najmniej godzinne.
Zacząłem sam, bo żona pracuje, ale po paru dniach poznałem sąsiadkę,
która też chodzi dla zdrowia.
Tak więc teraz codziennie maszerujemy razem.
Nigdy nie przypuszczałem, że marsz z kimś innym będzie takim dopingiem.
Prawie nie rozmawiamy ze sobą podczas marszu.
Sąsiadka idzie zwykle około 3 metry przede mną







Zacząłem ten program dopiero w zeszłym tygodniu.
A już zauważyłem postępy - byłem w stanie iść za sąsiadką ponad 10 kilometrów !
I to bez laski !!!
Czuję się każdego dnia coraz lepiej, a moje serce, ciśnienie krwi i mój kręgosłup też jakoś młodnieją.

wtorek, 7 maja 2013

Stygmaty szaleństwa

Okładka książki Trzy stygmaty Palmera Eldritcha 

Trzy stygmaty Palmera Eldritcha

Philip K. Dick


Tytuł oryginału: The Three Stigmata of Palmer Eldritch
Tłumaczenie: Zbigniew Królicki
Wydawnictwo: Dom Wydawniczy REBIS
Liczba stron: 294





Philip Kindred Dick. Czy są jeszcze ludzie, którym to nazwisko nie obiło się o uszy? Czy znajdą się tacy, którzy nie widzieli, albo choćby nie słyszeli o Łowcy androidów, czy Raporcie mniejszości? Dick, który początkowo nie cieszył się zbytnią przychylnością wydawców to obecnie pisarz wręcz legendarny. Uchodzi za jednego z czołowych oraz najbardziej rozpoznawanych amerykańskich twórców science fiction, chociaż wiele jego książek zahacza również o teologię, mistycyzm, eschatologię, czy filozofię. Życie Dicka było równie ciekawe i zbzikowane jak płodzone przez niego dzieła. Liczne eksperymenty z narkotykami oraz lekami znalazły wyraz także w jego twórczości. Znane są również objawienia, których doznawał amerykański literat. W 1974 roku Dick spotkał kobietę z naszyjnikiem zwieńczonym wisiorkiem w kształcie ryb. Promień słoneczny odbity od ozdoby trafił pisarza w głowę wywołując u niego halucynacje. Dick znalazł się w starożytnym Rzymie, w czasie prześladowania pierwszych chrześcijan. Przez kilkanaście godzin amerykański artysta naprzemiennie egzystował w dwóch rzeczywistościach, a jego umysł nawiedzały liczne wizje. W jednej z nich ujrzał swojego syna cierpiącego z powodu choroby. Pisarz bezzwłocznie zawiózł swojego potomka do szpitala, gdzie okazało się, że młody Chris ma nie wykryte dotąd kłopoty z przepukliną, które wkrótce mogły doprowadzić nawet do jego śmierci. Wszystkie te doświadczenia związane z różowym promieniem, który poszerzył także percepcję Dicka, pisarz wspomina w powieści Valis. Równie interesująca jest historia z 1963 roku, kiedy to Amerykanin w trakcie spaceru w okolicach wynajętej chaty, zaadoptowanej na literacką pracownię ujrzał na nieboskłonie twarz. Wg późniejszych wspomnień autora, twarz była olbrzymia, zapełniała ćwierć nieba. Miała puste szczeliny oczu, była metalowa i okrutna i, co najgorsze, był to Bóg. Pojechałem do mojego kościoła i rozmawiałem z księdzem. Doszedł do wniosku, że miałem widzenie Szatana. Być może to właśnie ta gęba stała się asumptem do napisania książki Trzy stygmaty Palmera Eldritcha, którą Dick ukończył w 1964 roku.
Powieść zaliczana jest do szczytowych osiągnięć pisarza i trzeba przyznać, że jest w tym stwierdzeniu sporo racji. Trzy stygmaty Palmera Eldritcha to wielopłaszczyznowa historia, którą można interpretować wg kilku kluczy, raz za razem odkrywając w niej kolejne warstwy i znaczenia. Jest to z pewnością również dzieło, które jest znacznie łatwiejsze w odbiorze w przypadku, gdy chociaż z grubsza znamy biografię samego pisarza oraz jego inne powieści. Wiele książek Dicka porusza podobne tematy, wzajemnie się zazębiając, a różne niezwykłe fakty z życia pisarza są często wplatane w jego literacki świat. W dodatku Trzy stygmaty Palmera Eldritcha posiadają bardzo specyficzną i zawiłą fabułę. W konsekwencji dość często towarzyszy nam poczucie narkotycznego błąkania się w zakamarkach umysłu wariata. W takim przypadku znajomość dickowskiego żywota oraz pomysłów wykorzystanych w innych pozycjach okazują się pomocne, by jakoś odnaleźć się w tej gmatwaninie i do reszty nie utonąć w bagnie szaleństwa.
Mamy więc bardziej lub mniej odległą przyszłość. Ziemia cierpi i to dość mocno z powodu łupieżczej działalności człowieka. Przeludnienie oraz globalne ocieplenie to jedne z wielu trawiących planetę problemów. Ze względu na panujące upały wyjście z domu na niemal każdej szerokości geograficznej jest niemożliwe bez założenia skafandra ochronnego. Tereny Antarktydy zostały zaadoptowane na kurorty, na wizytowanie których mogą pozwolić sobie jedynie najbogatsi mieszkańcy globu. ONZ rozdaje przymusowe karty powołań i wysyła wybranych członków rodzaju ludzkiego na odległe kolonie, zlokalizowane na Marsie, Wenus, czy Ganimedesie. Nowe siedziby, które stanowią baraki porozrzucane po bezkresnych pustyniach zasiedlonych planet lub księżyców, nie są do końca przystosowane do przyjęcia ludzi, dlatego nikt o zdrowych zmysłach nie kwapi się, aby opuścić Ziemię. Koloniści, pechowcy, którym nie udało się wywinąć przed wysyłką oraz nieliczne grono ochotników wiodą smutną i nudną egzystencję, która sprowadza się do oczekiwania na kolejną dawkę narkotyku Can-D. Dzięki niemu koloniści przez krótki okres czasu pozornie stają się Perky Pat oraz jej chłopakiem Waltem, czyli lalkami, na które ziemscy wygnańcy wydają ostatnie zarobione pieniądze. Bogactwo przeżywanej iluzji jest tym doskonalsze, im więcej zminiaturyzowanych elementów posiada dany zestaw.
Firma P. P. Layouts, która dostarcza zarówno akcesoria dla lalki Pat jak i narkotyk Can-D jest hegemonem na rynku. Monopol spółki należącej do Leo Bolero zostaje zachwiany, kiedy z wyprawy do odległego układu Proximy powraca przemysłowiec Eldritch Palmer, przywożąc ze sobą Chew-Z, narkotyk, który wywołuje wizje idealne, halucynacje w zasadzie nie do odróżnienia od realnych doznań. Leo Bolero jak każdy szanujący się biznesmen pragnie pozbyć się konkurencji i zlikwidować swojego najgroźniejszego przeciwnika. Jednak z chwilą podjęcia wyzwania okazuje się, że Palmer Eldritch niekoniecznie nadal jest istotą ludzką, a przejęcie narkobiznesu i wszelkich wpływów gotówki z nim związanych nie jest jego nadrzędnym celem. Leo jako pierwszy człowiek przekonuje się na własnej skórze o sile działania nowego narkotyku. Wywołane wizje są cudownie realne, ale ich sielankę burzy pojawiająca się niemal wszędzie postać Eldritcha, którego błyskawicznie można rozpoznać po protezie ręki, zdeformowanej metalowej szczęce oraz pustych i sztucznych oczach.
Można zaryzykować stwierdzenie, że opisując Palmera Eldritcha, Dick korzystał ze wspomnień z 1963 roku, które pozostały w jego umyśle po ujrzeniu tajemniczej twarzy na niebie. Twarzy, którego w jego mniemaniu była obliczem Boga. Czy zatem Palmer Eldritch jest Stwórcą, Bytem Najwyższym? A jeśli tak, to jakiej natury jest ten demiurg? Czy jest to Mesjasz, Zbawiciel, Odkupiciel, czy też Szatan, Antychryst, Fałszywy Baranek? A może w ogóle niemożliwe jest zastosowanie ludzkich wzorców i miar do oceny tej istoty? Być może kategorie złe czy dobra nie dają się w tym przypadku zastosować, ponieważ to, czym stał się Palmer Eldritch, czy też może to, co go opanowało jest zupełnie inne, różni się zbyt diametralnie od wszystkiego co znamy? Z jednej strony reklama nowego narkotyku Chew-Z mówi, że Bóg obiecuje życie wieczne, my je dajemy, z drugiej jednak, owa gwarantowana wieczna egzystencja jest wyłącznie mirażem i złudzeniem. Niemal doskonałym, ale wciąż tylko złudzeniem. Czy Bóg byłby skłonny robić nas w konia?
Warto chyba w tym momencie wspomnieć, że Dick bardzo mocno interesował się gnozą, czyli ostateczną i prawdziwą wiedzą na temat Wszechświata, ludzkiej natury, czy sensu człowieczego bytu. Wiedzę tą, która pozwalała w pełni zrozumieć otaczającą nasz rzeczywistość, można było nabyć spontanicznie, albo dojść do niej poprzez odpowiednio długą praktykę. Większość powieści z dojrzałego okresu twórczości Dicka sprawia wrażenie prób uzyskania tej absolutnej wiedzy, zrozumienia mechanizmów, które rządzą zarówno światem jak i ludzką egzystencją. Co ciekawe amerykański pisarz nie ograniczał się do czerpania informacji wyłącznie z jednego źródła. Śledząc jego kolejne utwory, widać wyraźnie, że Dick bacznie studiował wszelakiej maści religie, filozofie oraz doktryny i wyłuskiwał z nich co bardziej interesujące elementy, które w jego własnym mniemaniu zdawały się pasować do składanej przez niego budowli. W prozie Dicka możemy odnaleźć m.in. wyraźne wpływy manichenizmu – w wielu powieściach toczy się przecież walka dwóch przeciwstawnych sobie pierwiastków, światła z ciemnością, dobra ze złem, etc. Owa konfrontacja ma miejsce zarówno w makro- jak i mikrokosmosie. Obok rywalizujących ze sobą sił (np. Leo Bolero i Palmera Eldritcha) pojawia się także motyw walki, która rozgrywa się w duszach bohaterów.
W Trzech stygmatach Palmera Eldritcha pobrzmiewają również czasy, w których pisarz tworzył książkę. Przymusowa wysyłka na odległe kolonie bardzo mocno przypomina rozdawanie kart powołań przez amerykańską armię na wojnę w Wietnamie. Wielu młodych ludzi, podobnie jak dickowscy koloniści, próbowało uniknąć swojego losu, podejmując wszelkie wysiłki, by wymigać się od państwowego obowiązku. Dick, który jest chyba mistrzem tworzenia absurdu, wyposażył swojego głównego bohatera, Barneya Mayersona, jasnowidza, zatrudnionego w P.P. Layouts do prognozowania popularności potencjalnych produktów, w doktora Smile’a, przenośną walizkę będącą lekarzem antypsychiatrą. Celem doktora Smile’a było rozchwianie psychiczne swojego pacjenta, które dyskredytowałoby go w oczach komisji poborowej, wysyłającej na Marsa przyszłych kolonistów. Obok drzwi żądających zapłaty za wypuszczenie gospodarza z mieszkania, które znane są doskonale z Ubika, doktor Smile jest chyba jednym z najgenialniejszych wynalazków Dicka. Wyobraźnia tego niezwykłego autora czasami po prostu poraża i przerasta zwykłego śmiertelnika.
Inną płaszczyzną, na której możemy rozpatrywać Trzy stygmaty Palmera Eldritcha są problemy z narkotykami, po które Dick sięgał często i chętnie, korzystając w pełni z doznań oferowanych przez te używki. Lata ’60 w USA to zachłyśnięcie się narkotykami psychodelicznymi halucynogennymi. Autor popularnego Nowego wspaniałego świata, Aldoux Huxley twierdził nawet, że mistyczny stan, który asceci niektórych religii osiągają po latach treningu poprzez redukcję zbędnych bodźców, dzięki narkotykom można osiągnąć znacznie szybciej. Ten entuzjazm zebrał w Stanach śmiertelne i liczne żniwo, o czym zresztą wspomina sam Philip Dick w powieści Przez ciemne zwierciadło. Można by wysnuć tezę, że Trzy stygmaty Palmera Eldritcha to próba studzenia zapału, z jakim gloryfikowano i sięgano po narkotyki, jednak teoria ta upada niemal natychmiast, kiedy uświadomimy sobie, że Dick pisał tę powieść pod wpływem amfetaminy.
Jak zatem odczytywać tę książkę? Czy można w ogóle ją w pełni zinterpretować? Ile jeszcze ukrytych treści zaszyfrował w niej pisarz? I kim w końcu jest Palmer Eldritch? Bohumil Hrabal stwierdził niegdyś, że porządna książka nie jest po to, aby czytelnik mógł łatwiej usnąć, ale żeby musiał wyskoczyć z łóżka i tak jak stoi, w bieliźnie, pobiec do pana literata i sprać go po pysku. Wydaje mi się, że Dick osiągnął ten właśnie poziom.
Podsumowując, Trzy stygmaty Palmera Eldritcha to dzieło bardzo rozbudowanie i niezwykłe. Jak słusznie zauważyła Oceansoul w swojej recenzji jest to praktycznie cała twórczość Dicka w pigułce. Pojawia się często wykorzystywany przez pisarza motyw z kilkoma rzeczywistościami i niemożnością rozstrzygnięcia, która z nich jest prawdziwa, realna. Stykamy się z ulubionymi pytaniami pisarza wynikającymi z tej egzystencjalnej wielości. Jakie kryteria obrać, by być absolutnie pewnym, że to, co mnie otacza nie jest iluzją? I czym na Boga jest w ogóle ta cała rzeczywistość, realność? Bohaterem książki jest osobnik błądzący, popełniający jak każdy z nas ogrom błędów. To człowiek z przeszłością, z którą nie może się pogodzić i którą cały czas rozpamiętuje. Mamy wreszcie wątki filozoficzne, mistyczne, religijne. Całość tworzy prawdziwą mieszankę wybuchową, przez którą znacznie łatwiej będzie przebrnąć po lekturze krótkiej przedmowy autorstwa Jerzego Sosnowskiego pt. Kim jest Palmer Eldritch?
Na zakończenie nie pozostaje mi nic innego jak gorąco polecić Trzy stygmaty Palmera Eldritcha – poczujcie na własnej skórze rozpacz, wyobcowanie i oderwanie od rzeczywistości zagłębiając się w lekturę tej niezwykłej powieści.
P.S. Niezmiernie miło mi poinformować, że powyższy tekst został doceniony w konkursie na recenzję tygodnia za okres 3 - 9 czerwca na portalu Lubimy Czytać. Serdecznie dziękuję za to spore wyróżnienie.

Lubimy Czytać


niedziela, 5 maja 2013

Hermes, pies i gwiazda

Okładka książki Barbarzyńca w ogrodzie 

Barbarzyńca w ogrodzie

Zbigniew Herbert

Wydawnictwo: Czytelnik
Liczba stron:266









Zbigniew Herbert kojarzony jest w naszym kraju głównie jako poeta. Powszechnym uznaniem, chociaż z bezpośrednią znajomością jest już pewnie znacznie gorzej, cieszą się zbiory Hermes, pies i gwiazda, czy cykl o Panu Cogito. Niestety styczność z Herbertem najczęściej ogranicza się do murów placówki oświatowej i zapoznania się raptem z kilkoma jego utworami. Tymczasem Zbigniew Herbert to nie tylko wybitny wyznawca i sługa muzy Erato. Nasz polski wieszcz spłodził genialne dramaty (jak choćby Jaskinię filozofów, którą przeniesioną na teatralne deski możemy podziwiać w Teatrze Nowym w Krakowie z Edwardem Linde-Lubaszenką w roli głównej) oraz równie znakomite eseje. Teksty pisane prozą są pokłosiem podróży, które to Herbert uprawiał namiętnie i zaskakująco często, biorąc pod uwagę, że przyszło mu żyć w komunistycznej Polsce oraz że nie był gorącym zwolennikiem wcielenia idei Marksa oraz Engelsa w życie.

Twórczość Zbigniewa Herberta w ogromnej mierze odwołuje się do przeszłości, historii. Wątki mitologiczne są często wplatane w jego dzieła, przy czym zaznaczyć trzeba, że nie są to puste peany na cześć czasów minionych oraz złorzeczenie nad teraźniejszością. Herbert z ogromnym znawstwem prezentuje nam antycznych herosów, często odwołując się do ich ludzkich słabości oraz ułomności. Są to zatem ludzie z krwi i kości, którzy popełniają błędy, błądzą, ulegają codziennym pokusom. Godne podziwu są natomiast ich starania w dążeniu do doskonałości, nieustanna praca nad sobą, która winna stać się udziałem człowieka współczesnego.

Język, którym posługuje się Herbert, zarówno jako poeta jak i eseista, to język prosty i zrozumiały, który niezwykle umiejętnie miesza ze sobą rzeczy małe i duże: patos osiąga niemal idealną symbiozę z gorzką ironią, a obok pytań fundamentalnych miejsce znajdują rzeczy na pozór ważkie i błahe. Wszystko bez żadnych zgrzytów czy tarć. Nic zatem dziwnego, że szczególnie wiersze Zbigniewa Herberta cieszyły się ogromną popularnością, a ich walory zarówno artystyczne jak i edukacyjne, potrafili docenić także zagraniczni fachowcy. Owocem tego uznania był cały szereg nagród, które stały się głównym źródłem finansowym umożliwiającym realizację jednej z największych pasji Herberta, czyli podróży. Pierwszą zagraniczną wyprawę poeta odbył w 1958 roku. Doszła ona do skutku dzięki stypendium Związku Literatów Polskich wysokości 100 dolarów. Za tę kwotę Herbert zwiedził m.in. Francję oraz Włochy. Do kraju powrócił on w 1960 roku, a dwa lata później nakładem wydawnictwa Czytelnik ukazał się Barbarzyńca w ogrodzie, zbiór 10 esejów, napisanych pod wpływem bezpośredniego zetknięcia z kulturą basenu Morza Śródziemnego.
W opinii samego autora, Barbarzyńca w ogrodzie to zbiór szkiców oraz sprawozdanie z dwóch podróży. Pierwszej, realnej, która obejmowała zwiedzanie muzeów, miast oraz ruin. Drugiej, odbytej poprzez książki na temat widzianych miejsc. Herbertowi należy oddać, że owoc obu tych wypraw jest po prostu znakomity. Książkę, która przesączona jest ogromną i rozległą historyczną wiedzą, dzięki temu, że brak w niej bibliografii, przypisów, indeksów, etc., czyta się niezwykle przyjemnie i płynnie. Jest to jedna wielka opowieść, traktująca zarówno o miejscach i znajdujących się w nich budowlach jak i historiach i wydarzeniach z nimi związanymi. Zebrane eseje charakteryzują się dość dużym rozrzutem czasowym, jeśli brać pod uwagę epoki, które się w nich pojawią oraz sporą różnorodnością. Wspólną podróż z Herbertem zaczniemy od wyprawy do jaskini Lascaux, w której znajdują się jedne z pierwszych dowodów artystycznej działalności człowieka. Na ścianach krasowej pieczary widnieją malowidła wykonane w okresie paleolitu. Następnie artysta chociaż na chwilę postara się wskrzesić ruiny dawnej kolonii greckiej, Paestum. Będzie do dla Herberta świetny pretekst, aby opowiedzieć czytelnikowi o technikach architektonicznych starożytnych budowniczych. W Arles, dawnym mieście papieży, wyruszymy na wspólnie poszukiwania śladów wielkiego mistrza Van Gogha, przy okazji poznając bogatą historię Prowansji oraz jej najznamienitszego barda, Frédérica Mistrala. Dalej odwiedziny Orvieto, które pyszni się swoją monumentalną katedrą, będącą przykładem włoskiego renesansu. Goszcząc w Sienie poznamy burzliwe dzieje tego miasta, a Herbert przybliży nam sylwetkę malarza Duccia nie omieszkawszy przy tym wspomnieć o jego dziełach. W następnym szkicu miłość polskiego artysty do francuskiego gotyku objawi się w całej krasie. Odwiedzając kolejne katedry, Herbert wyjaśni nam sporo na temat technikami stawiania Bożych przybytków. Dowiemy się niemal wszystkiego, począwszy od źródeł finansowych tych przedsięwzięć, a na miejscu wydobycia kamienia oraz ewolucji stanowiska architekta skończywszy. Oprócz relacji z odwiedzanych miejsc, Herbert uraczy nas również interesującymi faktami. Z mroków zapomnienia wyłoniona zostanie sekta albigenesów, z którą bezlitośnie rozprawiła się Święta Inkwizycja. Następnie Herbert przeprowadzi znakomitą obronę Templariuszy, podając solidne argumenty, z powodu których Filip Piękny postanowił zgładzić ten potężny zakon. Dwa ostatnie eseje to oddanie hołdu ulubionemu malarzowi, Pierro della Francesce oraz melancholijna podróż po zabytkach, czy raczej ruinach Valois.

Jak widać ogród, do których zawitał tytułowy barbarzyńca jest rozległy oraz niezwykle obfity, a Zbigniew Herbert w pełni potrafi docenić wszystkie jego uroki. Patrząc na erudycję polskiego poety, jego rozległą wiedzę historyczną, znajomość całej masy faktów, stylów malarskich oraz architektonicznych, nietrudno uzmysłowić sobie jak przekorny jest tytuł tej książki. Oto bowiem okazuje się, że barbarzyńca, czyli człowieka zza Żelaznej Kurtyny, który dostąpił łaski goszczenia w ogrodzie sztuki zachodniej kultury, znakomicie potrafi się w tym przybytku odnaleźć, a ze swoją niepospolitą wiedzą mógłby spokojnie wcielić się w rolę przewodnika.

Ale Barbarzyńca w ogrodzie to nie tylko relacja z odwiedzanych zabytków oraz zgrabnie wplecione uwagi obejmujące historię sztuki. Herbert w swoich szkicach jawi się jako znakomity obserwator, który w sposób mistrzowski potrafi oddać prozę dnia codziennego miasteczek, w których gości. Polski podróżnik umiejętnie odmalowuje klimat i nastrój zwiedzanych miejsc, tak, że widzimy wręcz ludzi, z którymi zetknął się poeta, czujemy potrawy i wina, których zakosztował. Co ciekawe autor nie skupia się na pojedynczych osobnikach, niemal zawsze prezentując człowieka jako integralną część architektonicznego krajobrazu. Wyjątek stanowią turyści, na których Herbert nie pozostawia suchej nitki, krytykując ich zajadle za bezduszne zwiedzanie. Wychodzę prawym wejściem z katedry na rozgrzany i oślepiający plac. Przewodnicy krzykliwie poganiają stada turystów. Spoceni farmerzy z dalekiego kraju filmują każdy kawałek muru, który wskazuje objaśniacz, i posłusznie wpadają w ekstazę dotykając kamieni sprzed wieków. Nie mają zupełnie czasu na oglądanie, tak bardzo pochłonięci są fabrykowaniem namiastek. Włochy zobaczą wtedy, gdy będą u siebie, kolorowe, ruchome obrazy, które nie będą w niczym odpowiadały rzeczywistości. Nikt nie ma ochoty studiować rzeczy bezpośrednio. Mechaniczne oko niezmordowanie płodzi cienkie jak błona wzruszenia. Niestety, ale przez pół wieku, które upłynęło od publikacji książki niewiele zmieniło się w tej kwestii. W dalszym ciągu zdecydowana większość społeczeństwa woli postawić na wygodne wycieczki objazdowe, by zgodnie z regułą tanio, dużo i szybko, zwiedzić możliwie jak najwięcej (oczywiście w grę wchodzą jedynie lokalizacje polecane, znane i lubiane), po możliwie najniższych kosztach i w przeciągu kilku dni, bowiem praca, praca, praca. To smutne, ale mało kto może sobie dzisiaj pozwolić na komfort niespiesznego delektowania się sztuką, historią, czy kulturą miejsc, w których gościmy. Pewnie tym właśnie objawia się postęp ludzkości.

Barbarzyńca w ogrodzie to książka nietuzinkowa. Herbert w swoich pozornie luźno powiązanych 10 esejach udowadnia, że historia ludzkości to następujące po sobie, ale pozostające w ścisłym związku przemiany – kolejne, nowe gałęzie na wielkim i grubym pniu ludzkiego bytu. Widać tu zatem wyraźną opozycję do szkolnego systemu nauczania, który oparty jest na chirurgicznym wręcz dzieleniu historii na poszczególne epoki i style, trwające od roku A do roku B. Herbert uzmysławia czytelnikowi, że historia to jeden wielki ciąg zdarzeń, które wzajemnie na siebie wpływają i zazębiają się, tworząc jedną wielką niepodzielną całość. W swoich esejach, Herbert, podziwiający sztukę antyczną, średniowieczną, czy renesansową, staje się również surowym krytykiem współczesnych artystów. Poprzez prezentację geniuszu minionych epok, obnaża on równocześnie warsztatowe braki współczesnych twórców.

Reasumując krótko, Barbarzyńca w ogrodzie jest świetną lekturą. Herbert daje się poznać jako rewelacyjny eseista oraz erudyta. Jego wiedza historyczna, którą umiejętnie dzieli się z czytelnikiem jest wręcz przytłaczająca. Słusznie zauważył Miłosz, że jego przyjaciel zawsze miał w sobie coś z historyka sztuki. Wydaje się, że gdyby w tym podobnym tonie utrzymane były wszystkie książki historyczne, to absolutnie nikogo nie trzeba byłoby zmuszać do ich czytania. Ponadto muszę przyznać, że nieco zaskoczyła mnie dość często pojawiająca się ironia, którą Herbert niezwykle sprawnie się posługuje. Jest ona dobrze dozowana, tak, że nie można oskarżyć autora o żadne złośliwości. W książce nie zabrakło również czytelniczych smaczków, aluzji do włoskich oraz francuskich artystów. Najbardziej przypadło mi do gustu określenie mianem mistrza inwentarza Alaina Robbe-Grilleta, autora Żaluzji. Herbert często cytuje antycznych poetów, płynnie komponując ich słowa w opisywaną, współczesną rzeczywistość, wykazując w ten sposób, że owi twórcy stanowią integralną część naszej kultury. Całość napisana jest przyjemnym i lekkim językiem, wobec czego Barbarzyńca w ogrodzie staje się cudowną gawędą mistrza Herberta, z którą naprawdę warto zapoznać się osobiście.


Wasz Ambrose


niedziela, 28 kwietnia 2013

Egzystencja warta garść karmy dla kotów

Okładka książki Kochanie, zabiłam nasze koty 

Kochanie, zabiłam nasze koty

Dorota Masłowska

Wydawnictwo: Oficyna Literacka Noir sur Blanc
Liczba stron: 156
 
 
 
 



Koty są dla mnie stworzeniami dość obojętnymi. Nie przywiązuję do nich zbyt dużej wagi. Jak dotąd, nie przygarnąłem ani jednego, nad żadnym z przedstawicieli tego gatunku nie testuję mojego rodzicielskiego instynktu. Za to zupełnie inaczej sprawy mają się z Dorotą Masłowską, autorką powieści Kochanie, zabiłam nasze koty, która swego czasu została okrzyknięta jedną z najzdolniejszych polskich pisarek młodego pokolenia. Jej debiutancka Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną zrobiła zawrotną karierę i doczekała się nawet ekranizacji. Ja osobiście bardzo przestraszyłem się tego całego szumu medialnego, który został wywołany wokół młodej wówczas artystki – ów szum zagłuszył chyba nawet dyskusję nad samą książką. Pani Masłowska nie zeszła jednak z orbity moich zainteresowań. Cały czas bacznie śledzę rozwój jej kariery. Do tej pory czyniłem to niejako z boku, zza kurtyny. Czytałem o kolejnych laurach i sukcesach, nie zapoznając się z jej twórczością osobiście. Sytuacja zmieniła się, kiedy pojawiła się okazja, by najnowszą powieść Doroty Masłowskiej nabyć z 20 % rabatem. Dodatkowym argumentem, który przekonał mnie do lektury Kochanie, zabiłam nasze koty jest fakt, że książka została opublikowana na łamach wydawnictwa Noir sur Blanc. Tę oficynę literacką cenię sobie bardzo mocno, bo w końcu to ona wydaje w Polsce dzieła Henry’ego Millera, Charles’a Bukowskiego, Blaise’a Cendrarsa, Francisco Colonae czy Jonathana Coe’a. Pojawienie się Doroty Masłowskiej w tak zacnym gronie wywołało u mnie impuls, by sprawdzić, czy młoda polska pisarska rzeczywiście zasłużyła na to wyróżnienie.

Kochanie, zabiłam nasze koty to na pierwszy rzut oka książka o niczym. Fabuła prosta jak drut. Dwie przyjaciółki Farah, oraz Joanne powoli dobijają do tej jakże niechcianej przystani zwanej trzydziestką. Obie to mieszkanki wielkiej, amerykańskiej metropolii, w której równie łatwo o anonimowość jak i o konanie na ulicy bez cienia zainteresowania przechodniów. Farah jest pracowniczką agencji reklamowej. Przepełnia ją lęk przed brudem, zarazkami, bakteriami i tym wszystkim, co może zdezynfekować swoim żelem antybakteryjnym. Fobia zawęża jej perspektywę postrzegania – Farah pogrąża się w izolacji, stroniąc od spotkań ze znajomymi, barykadując się w swoim mieszkanku, będącym oazą czystości i nijakości. Jej jedyna przyjaciółka, Joanne stanowi jej idealne przeciwieństwo. Na co dzień pracuje jako fryzjerka w salonie Hairdonism, ulokowanym w jednej z bardziej alternatywnych dzielnic miasta, w której czuć ducha artyzmu. Joanne jest typową przedstawicielką konsumpcyjnego społeczeństwa. Literatura ogranicza się dla niej do kolorowej i brukowej prasy, książki są już niezrozumiałym bełkotem jajogłowych. Telewizja jest źródłem wiedzy wszelakiej. Informacyjny kał płynący z odbiornika zalewa mózg Joanne, który wchłania wszystko jak leci. Umysł tego lekkoducha wyzbyty jest jakichkolwiek filtrów. Mimo ogromu różnic, obie przyjaciółki żyją ze sobą w idealnej symbiozie. Wspólne zakupy, zajęcia jogi, fascynacja buddyzmem oraz plotki i ploteczki – oto wszystkie składniki cementujące przyjaźń obu kobiet.

Nić porozumienia zostaje jednak brutalnie przerwana, kiedy w życiu Joanne pojawia się mężczyzna. Hungarysta, który chwilowo z racji braku wolnego etatu w instytucie, pracuje na posadzie sprzedawcy armatury (Krany na Tip-tap, kupujcie krany na Tip-tap) staje się kością niezgody pomiędzy obiema przyjaciółkami, które obiecały sobie, że w ich wspólnie prowadzonej, mającej pozory szczęśliwości egzystencji, nie znajdzie się już nigdy żaden chromolony chłopak. Farah pozostaje zatem z pustką, którą stara się jakoś zapełnić. Odpowiednim kandydatem na pewno nie jest sąsiad Albert, z którym dotychczas nie zamieniła ani słowa. Widać jednak wyraźnie, że młody samiec faszerujący się lekami uspokajającymi podejmuje wyraźne próby zwrócenia na siebie uwagi Farah. Z tego powodu, staje się on bodźcem dla Farah do wyprawy na wernisaż, wystawę sztuki współczesnej, na której dziewczyna poznaje Goszę, emigrantkę z Polski. Głośna, hałaśliwa, chaotyczna oraz mocno zakręcona Go jest dla Farah objawieniem, stąd usilne zabiegania o zdobycie uznania w jej oczach.

Całość przeplatana jest snami bohaterów, w których dominują morze i syreny. Nie są to jednak bajkowe wizje, bowiem ogromne masy wody roją się od śmiecia i całego badziewa, które produkuje ludzkość, by później pozbyć się go i zatopić w odmętach oceanu. Syreny są schorowanymi stworzeniami, które toczą różne przykre dolegliwości, zarówno fizyczne jak i psychiczne. Za sprawą ludzi są one również uzależnione od alkoholu oraz tanich świecidełek. Poprzez ukazanie tego surrealistycznego świata Masłowska zdaje się prezentować naszą ludzką cywilizację głównie jako wytwórcę śmiecia i chłamu. Ludzkość w obecnej formie popadła w stagnację i zgnuśnienie. Cel naszego istnienia został przysłonięty przez różnego rodzaju substytuty, namiastki. Buddyzm znany jedynie z ustnych przekazów znajomych, czy wegetarianizm, od którego robimy chwilowe przerwy, by móc delektować się w pełni smakiem kebaba z baraniną. Do tego tanie poradniki typu Życie pełne cudów z radami pokroju uświadom sobie, ile szans codziennie zaprzepaszczasz; pogarda oddziela cię od sedna sprawy, czy rozpuść toksyczne uczucia w oddechu są dobitną diagnozą, jaką wystawia pisarka obecnej kondycji naszego społeczeństwa.

Powieść, w której doszukamy się taniego humoru oraz płytkiego absurdu sprawia wrażenie jednego głośnego westchnienia, rozgoryczenia. Plastikowe życie zdaje się być wózkiem, do którego wrzucamy różne niepotrzebne graty, pchanym bezmyślnie do przodu. Krok. Jeszcze jeden krok. I tak dalej. Ale po co właściwie? Tego nie wiemy, bowiem jakiekolwiek zagadnienia onkologiczne, od których przecież mogłaby rozboleć nas głowa lepiej zagłuszyć jest toną gadżetów. Ekologia, żywność naturalna, joga, facebook, plastik, kicz – jest tyle ciekawych tematów, których próbuje uchwycić się człowiek, by jakoś wykaraskać się z poczucia beznadziejności i bezcelowości żywota. Masłowska podjęła się tematu, który ostatnimi czasy jest mocno eksploatowany w literaturze. Było to z pewnością zagranie dość ryzykowne, bowiem siłą rzeczy następuje porównanie z innymi dziełami o tej tematyce, ale w moim mniemaniu polska pisarska całkiem zgrabnie poradziła sobie z tym zagadnieniem.

Z pewnością niepoślednią rolę odegrał tu język oraz styl pisarski. Pełen jest on słownej ekwilibrystyki oraz zabaw formą. Momentami przypomina on sztukę dla sztuki. Jest niczym maska, jedna z wielu, którą wkładamy na siebie, kiedy wchodzimy w interakcje z innymi ludźmi. Odpowiednia prezencja, niepowtarzalny styl, wyjątkowe poglądy, silenie się na oryginalność – o jakże często musimy grać w wielkim teatrze życia postacie, którymi wcale nie jesteśmy. Ale jak może być inaczej, skoro tak ciężko przychodzi nam komunikacja z drugim człowiekiem? Ileż rozmów przeprowadziliśmy w naszym życiu, które z czystym sumieniem możemy określić mianem dialogu, a nie wzajemną wymianą informacji, ale bez wysłuchiwania drugiej strony? Masłowska w swojej krótkiej powieści całkiem śmiało poczyna sobie również z groteską, wyolbrzymieniem i kpiną. Oczywiście w fabule nie mogło zabraknąć również samej pisarski, która w pewnym momencie zostaje sąsiadką Farah. Autorka nie omieszkała wspomnieć, ile trudów oraz wyrzeczeń kosztowało ją napisanie tej powieści, wyraźnie sygnalizując, że jej praca pisarska często przepełniona jest momentami twórczej niemocy. Nie wiem, czy akurat te fragmenty są niezbędne dla powieści, chociaż przyznać trzeba, że są one całkiem zgrabnie wplecione w całość.

Reasumując, najnowsze dzieło Doroty Masłowskiej nie jest tworem wybitnym. Posiada ono jednak wszelkie cechy, dzięki którym może pretendować do miana bardzo solidnej literatury. Interesująca tematyka, krytyka naszej codziennej ludzkiej głupoty oraz bogaty język, pełen słownych wygłupów dość dobrze maskują pewne niedociągnięcia, z których największym jest brak wyraźnie zarysowanej fabuły. Chociaż pewnie można się spierać, czy ta fabularna pustka nie jest zabiegiem celowym – odzwierciedleniem naszej niewyraźnej i niemrawej egzystencji. Wydaje mi się, że to książka odpowiednia szczególnie dla pokolenia twarzoksiążki, ukazanego tutaj w krzywym zwierciadle. Powieść w pełni ukazuje bezzasadność jakże powszechnego lansu i trendu bycia cool  za wszelką cenę.

Wasz Ambrose



Kochanie, zabiłam nasze koty [Dorota Masłowska]  - KLIKAJ I SłUCHAJ ONLINE

Kochanie, zabiłam nasze koty [Dorota Masłowska]  - KLIKAJ I SłUCHAJ ONLINE

czwartek, 25 kwietnia 2013

Kraska ginie


 

Kraska (Kraska zwyczajna, kraska pospolita, Coracias garrulus), w wielu regionach Polski znana również pod nazwą siwka) jest jednym z najpiękniejszych ptaków Polski i Europy. Śmiało też może konkurować o to miano ze wszystkimi ptakami świata; w końcu gusty są różne i nie wiadomo, któremu gatunkowi przypadłoby zwycięstwo. Jest po prostu cudowna. Wszystkie źródła podają, iż do niedawna była w na terenie naszego kraju ptakiem całkiem pospolitym. Czy ktoś z Was ją kiedykolwiek widział?

foto Christian Svane CC-By-SA-2.5

Ja nie tylko jej nigdy nie spotkałem, ale nawet moja mama, która od dziesiątków lat, a może nawet od zawsze, jest ptakolubem, nie widziała tytułowej ślicznotki. Dlaczego?

Zmiany liczebności kraski w Polsce w latach 1980-2011 (Opracował Andrzej Górski, kliknij aby powiększyć)

Tego ptaka już praktycznie nie ma! Wymarł jak dinozaury. No, jeszcze nie do końca. Ile jest jej w tym roku? 20 par? 30? A ile będzie w następnym? Przy tej dynamice? Jak to się mogło stać, że taki piękny ptak, żaden „szkodnik”, praktycznie wyginął? Dlaczego w tym samym kierunku zmierza wiele gatunków i czym to grozi?

W całej Polsce trwa rzeź starych drzew. Wycina się wielkie drzewa na wsi, by uzyskać miejsce pod uprawy i pozyskać tanie drewno, oraz uniknąć w przyszłości kosztów opieki nad nimi. Wycina się w miastach, by uzyskać parcele pod zabudowę, ogródki, drogi. Wzdłuż dróg wycina się, by wariaci za kierownicą mogli jeździć jeszcze idiotyczniej. Ten ostatni powód jest zresztą kuriozalny, gdyż jednocześnie sądy polskie w prawomocnych wyrokach potwierdzają, iż słup (ale nie drzewo) ma prawo stać nawet na środku ścieżki dla rowerów i jeśli rowerzysta weń uderzy, to ma „złą technikę jazdy” (sic.!). Oczywiście drzewa to nie słupy, i nawet za rowem oddzielającym od pasa ruchu zagrażają. Czy na pewno Polska to kraj Homo sapiens? Że Homo, to wiadomo, ale czy sapiens? Wygląda na to, że nasi dziadowie byli mądrzejsi, gdyż obsadzali drogi i miedze drzewami, a kto miał pieniądze zakładał parki. Czuli przez skórę, że krajobraz pozbawiony drzew źle działa na psychikę ludzką. My to udowodniliśmy naukowo, i co z tego?

Jak cierpią przez to ptaki? Popatrzcie na przekrój tego niezbyt przecież starego, ani też wielkiego drzewa, odsłonięty przez siły natury. Prawdziwy blok mieszkalny. A wyobrażacie sobie wielką topolę, lipę lub inne ogromne drzewo. Ile tam miejsca? Wszystko to znika w zastraszającym tempie, a kraska lubi dość duże i wygodne dziuple. Ten proces wywiera zresztą parcie nawet na gatunki mniej wymagające, gdyż wyparte z jednych miejsc gniazdowania ptaki muszą silniej konkurować o pozostałe, choćby nawet nie były ich wymarzonymi. A po co nam ptaki?



Bodajże Albert Einstein powiedział, że gdy umrze ostatnia pszczoła, ludziom zostanie na ziemi do 4 lat życia. To samo dotyczy pewnie ptaków, i to nawet nie ostatniego z nich. Warunkiem przetrwania człowieka jest zachowanie bioróżnorodności. Dlaczego, nie trzeba tłumaczyć. Wystarczy trochę samodzielnie pomyśleć. Dla tych, którzy są krótkowzroczni, może bardziej interesującą będzie informacja, iż niektóre bogate kraje, by ocenić szybko i wiarygodnie stopień czystości rejonu, skąd chcą kupować ekologiczną żywność, zaczynają po prostu liczyć ptaki i mierzyć różnorodność gatunkową. Im większa, tym czyściej. I nie da się tego sfałszować, jak kwitu z rzeźni, czy zaświadczenia od rolnika. Co z tego, skoro większość przejmuje się lasami zwrotnikowymi, puszczą amazońską, ale wycina wszystkie drzewa w swojej okolicy bez mrugnięcia okiem? A my, którzy wiemy, że jest źle, co mamy robić? Czyż mamy się przykuwać do drzew?

Proponuję na początek, byśmy nie wycinali drzew, gdy kupimy działkę, aby wybudować dom. Byśmy nie budowali nowego, jeśli możemy odremontować lub przebudować stary. Byśmy zawsze w rozmowach ze znajomymi mówili, co myślimy o ich postępowaniu, jeśli jest złe. Byśmy na naszej ziemi wydzielili jakiś fragment całkowicie zarośnięty, a zobaczycie, jak przyciągnie różne zwierzaki. Byście nie strzygli trawników na łyso, nie sadzili drzew i krzewów, które polskim gatunkom są nieprzydatne, jak sumaki i inne wynalazki. Wieszajcie budki lęgowe i dokarmiajcie ptaki zimą. Kraski już nie ocalicie. Aż takim optymistą nie jestem, leczo obym się mylił. Ale może ocalicie Wasze wnuki czy prawnuki. Przesadzam? Spójrzcie jeszcze raz na wykres liczebności kraski. Wiele gatunków ma podobny. A nasz, ludzki, jest wręcz odwrotny. Na razie. Kto ma akwarium, ten wie co się dzieje, gdy zostanie w nim zachwiana równowaga biologiczna. Dzień Sądu albo poważna ingerencja ze strony zatroskanego akwarysty. Tylko, że my na akwarystę nie możemy liczyć, co najwyżej na Sąd Ostateczny. Jeśli zasyfimy swe akwarium powyżej pewnej granicy, będzie za późno. Pomyślcie nad tym w chwili, gdy nie będziecie marzyć o nowym czytniku książek, o jeszcze nowszej komórce, samochodzie czy telewizorze. Próbujcie, choć i tak nie wierzę, by to cokolwiek dało. Zbyt wielu jest tych, którzy nie widzą poza kraniec własnego nosa, a przepaść zauważają dopiero podczas spadania





Wasz Andrew

Europejska kraska w  Kruger National Park w Południowej Afryce, foto Snowmanradio

 Ubarwienie kraski zmienia się wraz z uzyskaniem dojrzałości płciowej i porą roku, rys. Naumann, Naturgeschichte der Vögel Mitteleuropas

 Niebieskie odcienie na skrzydle kraski rys. Albrecht Dürer

środa, 24 kwietnia 2013

"M.R.O.K." Brian W. Aldiss - Rozszczepiony trzpień

Okładka książki MROK 

M.R.O.K.

Brian W. Aldiss


Tytuł oryginału: HARM
Tłumaczenie: Stefan Baranowski
Wydawnictwo: Vis-à-vis/Etiuda
Liczba stron: 235
 
 
 
 
Brian Aldiss to angielski pisarz science fiction, który na Wyspach Brytyjskich cieszy się całkiem sporym poważaniem. Świadczyć może o tym choćby nadany w 2005 roku tytuł Oficera Orderu Imperium Brytyjskiego za zasługi na rzecz literatury. Urodzony w 1925 roku artysta, pomimo zaawansowanego wieku wciąż pozostaje aktywnym twórcą. Jego ostatnie dzieło z 2007 roku HARM, zostało opublikowane w Polsce w 2011 roku pod tytułem MROK na łamach krakowskiego wydawnictwa vis-á-vis/Etiuda, które na swoim koncie ma również dzieła innego wybitnego pisarza science fiction, Arthura Clarke’a.

Główny bohater MROKu to Paul Fadhil Abbas Ali, młody Brytyjczyk o muzułmańskich korzeniach, albo Fremant, kolonizator odległej planety Stygii. Wszystko zależy od punktu widzenia. Brian Aldiss pozostawia nam niejako wolność wyboru co do perspektywy, z której będziemy oglądać wydarzenia. Tak więc możemy przyjąć, że Paul Fadhil Abbas Ali to autor satyrycznego wg własnego mniemania utworu, w którym główni bohaterowie rzucają luźny żart na temat zabójstwa premiera Wielkiej Brytanii. Ów fatalny żart staje się przyczyną aresztowania Paula przez agentów Ministerstwa Rozpoznawania Ośrodków Konspiracji (MROK), którzy w satyrze zaczynają dostrzegać przekaz nawołujący do działania islamskie organizacje terrorystyczne. Młody pisarz zostaje osadzony w więzieniu. Pogrążony w izolacji, niepewny nawet kraju, w którym się znajduje, Paul jest regularnie przesłuchiwany. Agenci, aby wydobyć z niego żądane informacje bez najmniejszych oporów posuwają się do tortur, fizycznego oraz psychicznego terroru. Bity, poniżany, obrażany Paul zaczyna przejawiać objawy rozszczepienia osobowości.
W takich właśnie okolicznościach pojawia się Fremant. Kolonizator nowego świata, planety Stygii, regularnie nawiedzany jest przez koszmary, w których wciela się w maltretowanego przez strażników więźnia. Stygia to świat opanowany przez ziemskich osadników, którzy zostali wysłani w przestrzeń kosmiczną ze swojej macierzystej planety, kiedy sprawy na niej zaczęły przybierać naprawdę zły obrót. Potężnie rozwinięty cywilizacyjnie Zachód, nie mniej mocarny Wschód, a między niby pustynie barbarzyństwa, biedne narody, które całą swoją złość na niesprawiedliwość świata zdają się przelewać w religijny fanatyzm. Mury kruszeją, w liberalne społeczeństwa Zachodu przenikają kropla po kropli imigranci, którzy nie zamierzają się zasymilować. Z biegiem czasu całej zachodniej cywilizacji zaczyna grozić widmo zagłady, a jedyną szansą na uratowanie szlachetnych idei zdaje się być rozpoczęcie wszystkiego od nowa, z nieskażoną fanatyzmem materią, tj. wyprawa w Kosmos i zbudowanie społeczeństwa od podstaw na odległej planecie, której ludność nie powtórzyłaby błędów Ziemian.
Akcja powieści ze względu na dwóch bohaterów oraz dwie rzeczywistości przebiega dwutorowo. Fabuła dość zgrabnie się zazębia i tak, kiedy to Paul traci przytomność lub pogrąża się w niespokojnej drzemce, gościmy na Stygii. Natomiast, gdy Fremant oddaje się we władanie Morfeusza, lub gdy co bardziej gwałtowni osadnicy postąpią z nim nie mniej brutalnie niż strażnicy więzienni z Paulem, znajdujemy się na Ziemi, błąkając się wraz z Abbasem Alim po nieprzyjaznych murach aresztu, wizytując pokoje przesłuchań, będąc świadkami kolejnych upokorzeń młodego Brytyjczyka. Zabieg wzajemnego przenikania się obu rzeczywistości, tej ziemskiej oraz stygijskiej, przypomina nieco prozę Philipa Dicka, w której również często nie jesteśmy w stanie jednoznacznie określić, czy to co nas otacza jest prawdziwe, niezmienne, trwałe oraz pewne. Niestety z żalem muszę stwierdzić, że pióro Briana Aldissa jest znacznie cięższe, a malowane przez niego wydarzenia, mnie sugestywne niż dzieła wspomnianego Dicka. To amerykański pisarz jest mistrzem tworzenia mirażu, ułudy, lirycznej fatamorgany, która jest w stanie omotać w równym stopniu bohaterów jak i czytelników.
Brianowi Aldissowi nie można natomiast odmówić fantazji oraz wyobraźni. W bardzo ciekawy sposób przedstawił on koncepcję wg której ludzie mieliby podróżować na odległe o całe lata świetlne od Ziemi planety, nie umierając przy tym ze starości. Pomysł jest na tyle oryginalny, że nie będę go tutaj zdradzać, pozbawiając czytelnika przyjemności zapoznania się z nim osobiście, a wspomnę jedynie, że ma on wiele wspólnego z lemowską ideą rozbicia człowieka na atomy, nad którą dyskutowali zawzięcie Filonous oraz Hylas w sławetnych Dialogach polskiego mistrza science fiction. Aldiss jest również znakomitym obserwatorem teraźniejszości. Poprzez ekstrapolację obecnych wydarzeń, zabarwioną sporą dozą pesymizmu, tworzy on ciekawą dystopię, w której przyszło egzystować pechowemu Paulowi Fadhilowi Abbasowi Ali. Brytyjski pisarz ukazuje jak trudna staje się wspólna egzystencja wielu nacji o diametralnie różnych spojrzeniach na zasadnicze kwestie moralne, czy religijne. Autor zdaje się ostrzegać, że dalsze wzajemne izolowanie się, tj. odcinanie się imigrantów od nowego środowiska oraz lekceważenie i brak szacunku wobec nowych sąsiadów okazywane przez rdzennych mieszkańców może prowadzić do eskalacji nieporozumień, które w końcu przerodzą się w otwarty konflikt. Wizja Aldissa, w której wykroczeniem jest już samo pochodzenie wydaje się być dość przerażająca, ale jednak jeszcze odległa. Przynajmniej pozornie, bowiem wątpliwości pojawiają się już w momencie, kiedy zaczynamy rozmyślać o amerykańskim obozie Guantanamo. Czyż warunki, w których więziony jest Paul, tj. przemoc na porządku dziennym, brak realnej możliwości obrony oraz brak obiektywnego procesu, różnią się w znaczący sposób od warunków, w których przetrzymywani są lokatorzy amerykańskiego więzienia na terenie Kuby?
Planeta Stygia wraz z kolejnymi rządami, które obejmują nad nią władzę jest już typowym przykładem antyutopii. Brian Aldiss wystawia przed czytelnikiem następne akty tego samego przedstawienia o nazwie ludzka ułomność manifestowana przez metody rządzenia. Okazuje się, że bezwzględny, odpowiedzialny za eksterminację rdzennych mieszkańców planety tyran nie jest wcale lepszy od religijnego fanatyka, który natrafiwszy na równie zaciekłego obrońcę swojej doktryny, potrafi dyskutować jedynie za pomocą argumentów siłowych. Na deser pisarz serwuje jeszcze rządy czystej, przynajmniej w założeniu nauki. Co zabawne, pozbawiona jest ona zasad moralnych, ale nie ludzkich słabości oraz małostkowości, tak więc również nie spełnia ona pokładanych w niej oczekiwań. Nie ma zatem złotego środka, wszystkie rozwiązania jawią się jako złe i nieprawidłowe. Zaskakuje nieco fakt, że ponoć specjalnie wyselekcjonowani Ziemianie-kolonizatorzy tak łatwo powielają błędy swoich przodków, ale być może właśnie taka jest natura ludzka. Mało pojętni z nas uczniowie, zbyt dumni, aby wysłuchiwać rady starszych i bardziej doświadczonych od nas samych, stąd toczące się bez końca koło historii oliwione jest krwią.
Reasumując, MROK to całkiem ciekawa pozycja, chociaż wzbudza ona we mnie bardzo dychotomiczne odczucia. Z jednej strony to bardzo interesująca wizja przyszłości, do tego niebanalny pomysł rozdzielenia narracji pomiędzy dwóch bohaterów żyjących w jednym ciele. Powieść Aldissa jest na pewno oryginalna i nieszablonowa. Mierzi jednak okrutnie sam sposób realizacji idei, jakie musiały przyświecać pisarzowi podczas tworzenia książki. Rozpoczęty wątki zdają się być rozgrzebane niczym świeże zwłoki, są wyraźnie niedopracowane i nieukończone. Proza Aldissa momentami sprawia wrażenie niechlujnej. W rezultacie zamiast w pełni cieszyć się lekturą, zaczynamy koncentrować się na nieistotnych szczegółach, które skutecznie psują radość czytania. Powieść było mi ciężko w pełni docenić, ponieważ to czym jest książka przysłania wyobrażenie, czym mogłaby być, gdyby w pełni wykorzystano zawarty w fabule potencjał. Z tego powodu znacznie bardziej niż zalety MROKu zauważalne są jego niedociągnięcia oraz zmarnowane pomysły.

O komunikacji






"Czyż człowiek nie ma swego charakteru, swoich interesów, gustów, namiętności, wedle których każdy przedmiot przesadza lub łagodzi? Mów, jak jest!... To może nie zdarza się ani dwa razy w ciągu dnia w całym dużym mieście. A ten, który słucha, czy pod tym względem lepszy jest od tego, który mówi? Nie. Z czego wynika niezbicie, iż może dwa razy w ciągu dnia w całym wielkim mieście rozumie się czyjeś słowa tak, jak były mówione."