Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.

czwartek, 7 lutego 2013

Prawa autorskie

czyli opium dla mas




Do napisania niniejszego tekstu zdopingowała mnie sytuacja dotycząca kociokwiku panującego w Polsce w dziedzinie praw autorskich. Takiej mieszaniny cwaniactwa, złodziejstwa, niewiedzy, oszołomstwa i zakłamania próżno szukać w innych dziedzinach prawa, choć i tam nie jest różowo, a dowodem nieustający potok nowych tematów dla programów typu Uwaga czy Państwo w państwie. Cała ta materia, to ciągłe gadanie o piractwie, już doprowadza mnie do pasji, tym bardziej, iż większość społeczeństwa gotowa jest walczyć na noże o prawa autorskie, lub przeciw nim, nawet nie starając się zrozumieć, że sprawa wcale nie jest jednoznaczna prawnie, doktrynalnie, ani tym bardziej moralnie.

Intuicyjnie zrozumiałym jest, iż twórca powinien mieć prawa do korzyści ze swej pracy, przykładowo z rozpowszechniania jego utworu. Na pierwszy rzut oka wydaje się to logiczne i moralne. Już tutaj jednak, po głębszym zastanowieniu, można mieć wątpliwości.

  • Nasi pradziadowie nie mieli copyrightek i jakoś żyli. Chopin, Mozart i całe pokolenia innych artystów wszelkich możliwych rodzajów sztuki nie mieli ZAiKS-u i jakoś dawali sobie radę.
  • Czas trwania praw autorskich w większości przypadków jest uzależniony od długości życia twórcy (wygasa po określonym czasie od jego śmierci). Widać tu zależność od postępów medycyny, która w przyszłości może wydłużyć czas życia, a więc i nałożyć blokadę na korzystanie z pewnych idei nawet na całe stulecia (już teraz przy stu latach życia prawa autorskie mogą obowiązywać dwa wieki (sto lat życia twórcy + sto lat po śmierci). Widać także nierówność wobec prawa w świetle zróżnicowania średniej życia w różnych krajach i warstwach społecznych. Biedni żyją krócej i będą za to dodatkowo karani również krótszą ochroną prawną ich dzieł. Również arbitralne przyjmowanie długości czasu takiej ochrony (czemu akurat 70, 100, a nie 79 lat?) świadczy o sztuczności i braku moralnych czy rozumowych podstaw owych przepisów.
  • W przeszłości wielokrotnie zdarzało się, iż wynalazku czy odkrycia dokonywano niezależnie od siebie w różnych miejscach, w tym samym lub różnym czasie. Dlaczego ten, kto pierwszy zgłosi wynalezione przez siebie rozwiązanie, metodę, motyw lub ideę ma być chroniony kosztem pozostałych, którzy zostaną pozbawieni praw do owoców swej pracy?
  • Jeśli prawo autorskie ma służyć zwiększaniu dochodów twórcy, można by to uznać za moralnie uzasadnione. Coraz częściej jednak prawa autorskie służą temu, by dana koncepcja nie ujrzała światła dziennego. Jest to ewidentne działanie przeciwko postępowi, wolności i zdrowemu rozsądkowi. No, chyba że zysk za wszelką cenę, nawet za cenę dobra całej ludzkości, ma służyć za moralność.
  • Wielokrotnie zdarzało się, zwłaszcza w biedniejszych państwach, takich jak Polska, iż właściwy twórca był pozbawiany praw do swego wynalazku, gdyż nie miał pieniędzy na dopełnienie kosztownych rozwiązań będących podstawą późniejszego dowodzenia swych praw (patenty). W konsekwencji ci, którzy daną rzecz stworzyli, musieli później kupować prawa do niej od tych, którzy z procesem twórczym nie mieli niczego wspólnego, a mieli za sobą tylko pieniądze i zastępy prawników.

    Ponadto w ostatnim czasie ujawnia się coraz większa presja na zaostrzanie ochrony praw autorskich i rozciąganie jej poza granice absurdu. Oto niedawno jedna z największych firm produkujących drukarki komputerowe praktycznie wygrała wojnę z producentami oferującymi tańsze tusze do tych drukarek zakazując im takiej działalności. Jednocześnie coraz więcej firm montuje w swych produktach rozwiązania sprawiające, iż ich żywotność nie będzie wykraczać poza okres gwarancji. Zaczęło się od pończoch i żarówek. Teraz widzimy coraz więcej takich rozwiązań w sprzęcie elektronicznym. Jeśli dalej będziemy iść w tym kierunku, za jakiś czas do samochodu będzie można montować tylko oryginalne części, opony marek wskazanych przez producenta, napraw dokonywać tylko w serwisie, a wszystko to w tym celu, by produkt nie służył nam dłużej, niż przewidywał producent. A najciekawsze, że koncerny stosujące takie praktyki, reklamują się jako ekologiczne i nikt przeciwko temu nie protestuje. A przecież, jeśli przy produkcji wyrobu stosuje się specjalne rozwiązania, które mają skrócić jego naturalną żywotność, nawet przy najlepszej woli nie można tego nazwać rozwiązaniem ekologicznym. W dodatku jest to oszustwo, gdyż świadomie i sztucznie obniża się wartość produktu, a to dodatkowo zwiększa koszty produkcji, którymi i tak obciąża się konsumenta. Gdzie tu moralność? I jak można mówić, że łamanie tak rozumianych praw autorskich jest niemoralne?

    Kiedyś w dawnej komunistycznej encyklopedii widziałem przy cybernetyce, informatyce i kilku innych naukach odnośnik -> nauka burżuazyjna (pseudonauka stworzona w celu ogłupienia mas pracujących). Szkoda, że nie spojrzałem wtedy na hasło „prawa autorskie”. Mam wrażenie, że sprawy zmierzają właśnie w tym kierunku.

    Każdy, kto uważnie śledzi bieżące doniesienia z tej dziedziny widzi, iż szlachetna w założeniach idea ulega coraz większym wypaczeniom. Likwidacja kilku dużych „pirackich” przedsięwzięć spowodowała spadek obrotów firm „legalnych” działających na tym samym obszarze. Wytłumaczenie jest proste. Ludzie nie chcą kupować drogich płyt czy filmów „w ciemno”. Kota w worku nie są skłonni kupować, ale zacisną chętnie pasa, by mieć w najlepszej możliwej jakości (oryginalny) egzemplarz ulubionej płyty czy filmu. Mimo tego większość dąży do jeszcze ostrzejszej walki z „piratami”. Czasami się zastanawiam, czy to właśnie sprytne firmy żyjące z takiej walki (to przecież już cały sektor biznesowy), nie nakręcają wciąż od nowa tej sprawy i nie podburzają co bardziej podatnych na manipulację celebrytów i polityków. Dochodzi do tego nawet, iż niektórzy wychodzą z propozycjami, by swojego egzemplarza (nośnika) oryginalnego programu, e-booka (!sic) czy muzyki lub filmu nie wolno było dalej pożyczać, odsprzedawać lub darować!

    Ciekawostką, na którą prawie nikt nie zwraca uwagi, jest fakt, iż sposób informowania o prawach autorskich i warunkach licencji jest sprzeczny nie tylko z przepisami prawa, ale nawet jego fundamentalnymi zasadami. Kupując w kiosku ofoliowaną gazetkę nie mamy możliwości przed zawarciem umowy dowiedzieć się, jakie są warunki licencji (postanowienia zawieranej właśnie przez nas umowy) na używanie dołączonej do niej płytki z oprogramowaniem, muzyką, filmem czy inną zawartością. Ba – czasami oznaczone jako chronione prawami autorskimi są treści dostępne w domenie publicznej lub ograniczonych praw autorskich, a nie słyszałem, by ktokolwiek odpowiedział za takie łamanie prawa. Kuriozum jest zaś powszechna klauzula, iż płytki nie wolno dalej odsprzedawać. To tak jakbyś kupił samochód i dopiero w domu, w garażu, dowiedział się z notki przyklejonej pod kołem zapasowym w bagażniku, iż nie wolno ci odsprzedać tego koła inaczej jak razem z samochodem. Albo że nie możesz samodzielnie naprawić usterki zakupionego produktu, co w przypadku samochodu na razie budziłoby sprzeciw, ale jest już normą w dziedzinie oprogramowania. Przykłady można mnożyć. Paranoja. Gdzie fundamentalne prawo do poznania warunków umowy przed jej zawarciem?! No i te warunki!

    Jeśli już jesteśmy przy nieuczciwych biznesach, to wspomnę tylko, iż jest coraz poważniejsza grupa ludzi, którzy nieźle żyją z wykorzystywania niekompetencji sądów, prokuratury i policji w tej materii. Powiem tylko, iż miałem przyjemność zostać oskarżony przez jedną z takich firm. Uczyniła sobie ona źródło dochodu z mapek, które umieściła w internecie. Potem zajmowała się ściganiem webmasterów amatorów, blogerów i innych frajerów. Na ogół zadowalała się dość słoną opłatą „za straty”, ale opornych ścigała za pomocą policji i prokuratury, które to instytucje takie usługi wykonują gratisowo. Żeby było ciekawie, nie sprawdzają one, czy skarżący faktycznie ma tytuł prawny do treści, których nieprawnego wykorzystania dochodzi. W tym wypadku firma skarżąca była sama oskarżona przez Instytut Geodezji i Kartografii, gdyż nie zapłaciła za mapy, które sama do sieci wstawiła, czyli po prostu je ukradła. Znając tę sytuację z oskarżenia się ucieszyłem, tym bardziej, iż moja mapa, choć bliźniaczo podobna do wspomnianych, została wygenerowana z oryginalnego legalnego programu znanej firmy, który to program posiadam zresztą do dzisiaj. Okazało się, że cieszyłem się za wcześnie myśląc, iż będę mógł sam potem dochodzić swych praw z tytułu zniesławienia. Policja i prokuratura wielce gorliwie kilkakrotnie mnie przesłuchiwała i dokonywała dwukrotnie (!sic) oględzin płytki ze wspomnianym programem. Dopiero po kilku miesiącach uznała, że chyba da mi spokój. Odmówiono jednak wszczęcia postępowania o fałszywe oskarżenie, gdyż „przecież zarzutów mi nie przedstawiono”. Mogłem niby się odwoływać od tego postanowienia albo pozywać na drodze cywilnej, ale miałem już wcześniejsze doświadczenia, które mnie zniechęciły – trzy razy wykorzystywano moją twórczość bez mej zgody, i dowiedziałem się w trakcie prowadzonych z mojego zawiadomienia postępowań, iż policja i prokuratura chętnie odwala robotę za firmy, które mają na etacie zastęp prawników, bojąc się ich i woląc mieć święty spokój, ale olewa zwykłych ludzi. Zwłaszcza, jeśli oskarżonym o naruszenie praw autorskich ma być duża zagraniczna firma kapitałowa, gdzie trudno znaleźć winnego podjęcia jednej konkretnej decyzji, a pokrzywdzonym jest przysłowiowy Kowalski. Postępowania moje umarzano, po zażaleniu podejmowano i bez żadnych czynności znów umarzano. Na bezczelnego. Dałem sobie spokój.

    Mając powyższe na uwadze i widząc wśród znajomych z sieci kompletną beztroskę jednych oraz przesadną ostrożność drugich, postanowiłem skrótowo i praktycznie przedstawić moje podejście do tematu, co może pierwszych ustrzec od kłopotów w przyszłości, a drugim dać nieco więcej śmiałości.

    Mamy zasadniczo trzy rodzaje praw autorskich:

    1. Pełna ochrona, wszelkie prawa autorskie zastrzeżone, Copyrigt, All rights reserved, itd.
    2. Pewne prawa zastrzeżone, Some rights reserved, Creative Commons
    3. Prawa “porzucone”, Copy left

    Pierwsze trzeba omijać z daleka. Ich zastosowanie bez dogadania się (na piśmie) z właścicielem praw, to pewna droga do kłopotów. I tutaj ważna uwaga. Zgodnie z obowiązującym u nas prawem każde dzieło podlega ochronie, nawet jeśli nie jest oznaczone ©. Są cwaniacy, o czym już wspominałem, którzy specjalnie umieszczają w sieci treści (mapy, grafiki, zdjęcia, itp.) nie oznaczając rodzaju praw autorskich, które ich dotyczą, a potem żyją ze ścigania naiwnych, którzy te rzeczy umieścili na swych stronach i blogach. Wszelkie więc treści, przy których nie ma informacji o prawach autorskich lepiej omijać z daleka i traktować jako Copyrighted. Oczywiście są wyjątki. Dla książkolubów najważniejsze są dwa: cytat i recenzja. Tych chyba nie trzeba wyjaśniać. Szczególnym casusem wydaje się sprawa okładek, co do której książkoluby mają ciągłe wątpliwości. Zamieszczają na swych blogach i stronach linki do witryn, z których pochodzi zdjęcie okładki, lub zaznaczają, iż sami je zrobili, cyrk po prostu. Tym jednak zajmiemy się w punkcie trzecim.

    W przypadku pewnych praw zastrzeżonych sprawa jest klarowna i czysta. Jeśli wypełnimy warunki licencji, często wystarczy uznanie autorstwa, możemy korzystać. Niekomercyjnie! To ważne, gdyż moim zdaniem blog czy strona z reklamami przynoszącymi dochód nie jest działalnością niekomercyjną i oby ktoś się kiedyś na tym nie przejechał.

    Prawa odrzucone to ciekawa konstrukcja stanowiąca techniczne i moralne odwrócenie praw zastrzeżonych. Twórca najpierw zastrzega prawa do swego dzieła (by jakiś cwaniak po czasie nie dowodził, iż należą do niego) a następnie zezwala wszystkim na dowolne kopiowanie, dystrybuowanie oraz modyfikowanie danej pracy lub pracy pochodnej pod warunkiem, iż wszelkie kopie i dzieła pochodne również będą objęte klauzulą copyleft. Cel takiego zabiegu jest chyba jasny dla każdego. Tutaj dochodzimy do domeny publicznej (public domain).


    Najogólniej jest to zbiór wszystkich tych wartości, które nie są objęte prawami autorskimi, jak choćby dzieła, których czas ochrony wygasł ze względu na upływ czasu. W Polskim prawie pojęcie jako takie nie występuje, zastępuje je wygaśnięcie praw majątkowych, ale nie mieszajmy tutaj zbytnio, by nie zaciemniać obrazu. Sęk bowiem w tym, iż w Polsce, i nie tylko, nie brak cwaniaków. Robią oni zdjęcie starego obrazu, lub jeszcze innego dzieła, do którego prawa wygasły, i oznaczają jako prawa zastrzeżone , gdyż „zrobili zdjęcie”. Jest to kolejny, ewidentny przykład oszołomstwa i zastoju mózgowego, jakiego niektórzy doznają na sam dźwięk słów „prawa autorskie”. Łatwo bowiem wywieść, iż takie podejście jest sprzeczne nie tylko z samą ideą domeny publicznej, ale także z ograniczonym w czasie trwaniem praw autorskich (w Polsce praw majątkowych z nim związanych). Krótki przykład – ktoś kiedyś zrobił piękne zdjęcie na którym zbił majątek, ale z mocy przepisów oraz upływu czasu prawa do niego wygasły. Ktoś inny robi zdjęcie tego zdjęcia i co? Mamy znów prawa autorskie biegnące od początku, tylko dla nowego autora? GŁUPOTA! Zapamiętajmy więc formułkę „Zgodnie z oficjalnym oświadczeniem Wikimedia Foundation wierne reprodukcje dwuwymiarowych utworów z domeny publicznej są w domenie publicznej, zajmowanie przeciwnego stanowiska godzi w samą ideę domeny publicznej”. To samo można odnieść do praw autorskich, które wygasły. I tu wracamy do okładek książek, czasopism, plakatów filmów, itd. umieszczanych w recenzjach. Jeśli uznajemy, że stanowią one element recenzji, wizualny cytat, ograniczenia praw autorskich nas nie dotyczą. Jeśli zaś nie, to dotyczą. W żadnym jednak wypadku nie ma żadnych praw ktoś, kto zdjęcie takiego czegoś wykonał, nawet gdy prawa autorskie trwają. Trwają bowiem prawa autorskie twórcy do okładki, które wyłączamy na zasadzie cytatu i recenzji, ale nie prawa tego, kto tę okładkę odwzorował. No, chyba, że odwzorował ją „artystycznie”. Jeśli nie chcecie mieć problemów z takim „artystą”, który wykonując robotę przewidzianą dla maszyny zwanej skanerem uważa się za twórcę, po prostu sami skanujcie okładki, róbcie zdjęcia plakatów. Chyba każdy telefon komórkowy ma teraz aparat wystarczający do zrobienia zdjęcia na bloga, a w każdej bibliotece jest skaner. A jeśli nawet nie ma, to gdzieś w pobliżu jest.

    Jak już wyżej wspomniałem, nawet to, że będziecie działać zgodnie z prawem, nie ustrzeże Was przed pójściem do sądu lub zapłaceniem doli cwaniakowi, jeśli na takiego traficie. A sądy, zwłaszcza polskie, są nieobliczalne. Nie ma u nas prawa precedensu, a sądy orzekają „według własnego przekonania”* i „własnego doświadczenia życiowego”**. Lub jego braku, i to zawsze trzeba brać pod uwagę. Podobnie jak to, iż są to tylko moje refleksje, a nie wykładnia obowiązująca, gdyż takiej nie ma.

    W sumie mógłbym na tym poprzestać, ale chciałbym Wam też pokazać na konkretnym przykładzie, jak kłamliwe są wrzaski płatnych tub przemysłu wydawniczego, wypisujących na wszelkich możliwych forach, iż tylko zaostrzenie praw autorskich da artystom godziwą zapłatę za ich trud. Romuald Lipko; klawiszowiec zespołu Budka Suflera i kompozytor, tylko z tytułu praw autorskich dostaje rocznie ok. 2 mln złotych. Do tego dochodzą jeszcze udziały z honorarium za koncerty (zespół bierze 60 tys. Złotych za jeden koncert) i inne przychody***. Pozostawię to bez komentarza i na tym temat zakończę


    Wasz Andrew


    * Sąd ocenia wiarogodność i moc dowodów według własnego przekonania, na podstawie wszechstronnego rozważenia zebranego materiału. Art. 233.§ 1.KPC
    ** Art. 7.kpk Organy postępowania kształtują swe przekonanie na podstawie wszystkich przepro-wadzonych dowodów, ocenianych swobodnie z uwzględnieniem zasad prawidłowe-go rozumowania oraz wskazań wiedzy i doświadczenia życiowego.
    *** http://www.wprost.pl/ar/185311/Ile-zarabiaja-polscy-muzycy/

środa, 6 lutego 2013

Romans w cieniu dwudziestolecia

Okładka książki Romans Teresy Hennert 

Romans Teresy Hennert

Zofia Nałkowska

Wydawnictwo: Czytelnik
Liczba stron: 173
 
 
 
 
 

Zofia Nałkowska niewątpliwie należy do grona najlepiej kojarzonych polskich pisarek. Nawet jeden z kraterów na dość odległej, z punktu widzenia naszych ziemskich miar odległości, Wenus został nazwany Nalkowska. Urodzona w 1884 roku w Warszawie autorka parała się również dramatopisarstwem, publicystyką oraz polityką. Ponadto była członkinią Polskiej Akademii Literatury, działała aktywnie w PEN Clubie oraz Związku Zawodowych Literatów Polskich, udzielała się w Towarzystwie Opieki nad Więźniami. Po wojnie została posłanką Sejmu Ustawodawczego, brała także udział w pracach Głównej Komisji Badania Zbrodni Niemieckich w Polsce, czego pokłosiem jest jedna z najbardziej znanych jej książek, Medaliony. Nałkowska posiada biografię bogatą w każdym aspekcie – w życiu prywatnym była dwukrotnie mężatką, jeszcze w trakcie pierwszego małżeństwa wraz z Leonem Rygierem zmieniła wyznanie na kalwinizm, aby ewentualnie łatwiej uzyskać rozwód. Burzliwe życie nie przeszkadzało Nałkowskiej w regularnym tworzeniu znakomitych powieści, do których zapewne można zaliczyć Romans Teresy Hennert.

Książka ta uznawana jest za jedną z najznakomitszych, jaka ukazała się w pierwszych latach istnienia II Rzeczpospolitej. Opinia bardzo przychylna, może nieco wyrośnięta, ale z pewnością zawierająca w sobie sporo prawdy, bowiem Romans Teresy Hennert to ambitna proza psychologiczna, prezentująca równocześnie bogatą panoramę życia codziennego oraz obyczajów Polski z okresu dwudziestolecia międzywojennego.
Znaczek z podobizną Zofii Nałkowskiej [http://salonliteracki.pl/blog/przeczytanki/]
Akcja powieści rozgrywa się w Warszawie. Czytelnik jest świadkiem rozkwitu dwóch romansów. Ofiarami kobiecego uroku padają wojenni kamraci, podstarzały już porucznik Gondziłł oraz jego młodszy kolega, pułkownik Omski. Gondziłł, lekkoduch, żyjący na krawędzi ubóstwa, ale zawsze potrafiący wysupłać ostatnie grosze na wystawny i suto zakrapiany alkoholem obiad z kolegami zakochuje się w młodej sekretarce Elżbiecie, córce pana Sasina, przedsiębiorcy drzewnego. Niemal równocześnie otrzymuje propozycję pracy dla znanego i szanowanego dyrektora Hennerta. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności zajęcie wiąże się z interesami pana Sasina. Gondziłł bez większego namysłu przystaje zatem na propozycję, a za zarobione pieniądze stara się sprostać kolejnym kaprysom młodocianej kochanki. Działalność Gondziłła nie jest jednak do końca legalna i kiedy wychodzi na jaw, jego dotychczasowi mocodawcy kategorycznie się od niego odcinają. Żona Gondziłła, Binia przeżywa podwójny dramat – nagle okazuje się, że jej ukochany mąż jest przestępcą, a ponadto niemal wszystkie oszczędności przepuszczał na prezenty dla swojej kochanki. Binia nie jest w stanie, czy też nie chce uwierzyć w podwójne życie małżonka, upierając się przy tezie, że Gondziłł padł ofiarą prowokacji.

Drugi, tytułowy romans dotyczy pułkownika Omskiego oraz żony dyrektora Hennerta, Teresy. Pułkownik Omski to narzeczony Basi Olinowskiej, znajomej Elżbiety Sasin, również pracującej na stanowisku sekretarki w biurze dyrektora Hennerta. Omski to człowiek z dość mrocznym dzieciństwem – jego ojciec regularnie upokarzał matkę, stosując wobec niej zarówno przemoc fizyczną jak i psychiczną. Znęcał się nad nią z lubością opowiadając o kolejnych kochankach oraz upodlając się. Wydaje się, że poprzez tak bezwzględne traktowanie swojej małżonki, ojciec Omskiego próbował zamaskować własne kompleksy w stosunku do lepiej urodzonej partnerki. Młodość Basi Olinowskiej to idealne przeciwieństwo trudnych przeżyć Omskiego – można nawet odnieść wrażenie, że jest to przykład kolejnej skrajności, tyle, że odwrotnej. Basia żyła w rodzinie przewrażliwionej na punkcie wzajemnego dobra oraz szczęścia. Prześcigając się w trosce o siebie oraz uprzejmościach, rodzicie Basi powoli utracili kontakt z rzeczywistością, tworząc równocześnie wokół swojego dziecka nieprzenikalną skorupę, przez którą nie powinny przebijać się żadne bodźce z okrutnego świata zewnętrznego. Związek Olinowskiej z Omskim jest zatem podyktowany wzajemną fascynacją – Omski postrzega Basię przez pryzmat szczęścia rodzinnego, którego nie dane mu było zakosztować, z kolei Omski dla Basi staje się pierwszym krokiem w żmudnej drodze do niezależności oraz uwolnienia się spod toksycznego wpływu tonącej w słodyczy miłości rodziców.

W momencie kiedy Omski poznaje Teresę Hennert, od razu jego serce zostaje ogarnięte obsesyjną żądzą posiadania tej kobiety. Można odnieść wrażenie, że destrukcyjna natura odziedziczona po ojcu, bierze górę nad rozumem Omskiego. Stopniowo pogrąża się on w miłosnym szaleństwie, rujnując swój związek narzeczeński z Basią. Targają nim co prawda wyrzuty sumienia, nie jest jednak w stanie przezwyciężyć uczucia, które zawładnęło nim totalnie. Omski staje się cieniem Teresy, starając się jej towarzyszyć niemal na każdym kroku. Z coraz większymi trudnościami może zaakceptować fakt, że Teresa jest żoną Hennerta, a więc z prawnego punktu widzenia nie należy do niego oraz że wcale nie kwapi się do tego, by opuścić męża. Teresa wzbudza w Omskim skrajne emocje – z jednej strony pragnie on jej ponad wszystko, z drugiej jednak darzy ją również szczerą nienawiścią. Drażni go jej styl bycia, dwuznaczna przeszłość, ciągłe kontakty z byłym kochankiem. Miłosny szał Omskiego doprowadza cały romans do fatalnego finału.

Romans Teresy Hennert to z pewnością interesująca proza psychologiczna. Nałkowska znakomicie prezentuje kolejne wzorce zachowań, odkrywa mechanizmy typowej Hassliebie (miłości-nienawiści), przedstawia, nierzadko mroczne osobowości ludzkie. Jednak studium miłosnych uniesień to tylko jeden z tematów poruszanych w książce. Powieść ta, serwuje nam bowiem szczegółowy wzgląd w środowisko oficerów, przemysłowców, dyplomatów, słowem całej śmietanki towarzyskiej II RP. Bardzo celne obserwacje z pewnością ułatwiał fakt, że w momencie powstawania powieści, Nałkowska była żoną wyższego oficera. Książka jest zatem również bardzo gorzką krytyką środowiska inteligencko-mieszczańskiego. Jest wyrazem rozczarowania, jakie przyniosły niespełnione nadzieje dotyczące odradzającego się popiołów niepodległego kraju.

Dywagacje na temat kondycji politycznej oraz obyczajowej II Rzeczpospolitej, Nałkowska przeprowadziła za pomocą szwagra Bini, profesora Laterny, jego syna Andrzeja, będącego zarazem komunistą oraz młodego porucznika i poety Lina. Cała trójka prowadzi regularne dyskusje dotyczące kształtu powojennego państwa. Przewijają się tematy patriotyzmu, nacjonalizmu, konieczności przeprowadzenia rewolucji socjalistycznej. Ogólny obraz, który maluje się na podstawie prowadzonych konwersacji nie jest zbyt optymistyczny. W społeczeństwie nadal istnieją głębokie podziały, wielu obywateli żyje na krawędzi ubóstwa, arystokracja oraz bogatsze sfery mieszczańskie toną w zepsuciu, a kierunek polityczny, który obrał okręt II Rzeczpospolita zdaje się prowadzić donikąd.

Krótko reasumując, Romans Teresy Hennert to bardzo dobra lektura. Nałkowska umiejętnie splotła wątki miłosne z doniosłymi problemami natury społecznej i politycznej. W mojej opinii najciekawiej została zaprezentowana sylwetka Omskiego, który zdaje się być symbolem maszyny wojennej, w jaką można zamienić człowieka. Bezrobotny i tonący w nudzie w czasie pokoju pułkownik próbuje znaleźć ujście dla swoich militarnych ciągotek w brutalności oraz zbrodni. Omski ze swoim barbarzyńskim okrucieństwem zdaje się być uosobieniem wojny wraz z jej katalitycznym działaniem na pobudzanie najgorszych instynktów.

Jacy jesteśmy



"Ludzie są niedoskonali. Jesteśmy skomplikowani, nie da się nas zdefiniować żadnymi mądrymi powiedzeniami czy sentencjami."
Będę tam Shin Kyung-sook

wtorek, 5 lutego 2013

Polska gnije jak ryba





Dlaczego jak ryba? Gdyż po pierwsze psuje się od głowy, a po drugie smród, który jednych odrzuca, przez innych wychwalany jest pod niebiosa, i w dodatku soczek z tego eksperymentu jest na wagę złota*.

Nie lubię tego tematu, chociaż jest łatwy i może być mottem niekończącej się opowieści w codziennych odcinkach. Każdy dzień dostarcza nowych materiałów do wykorzystania. Wystarczy włączyć radio lub TV, otworzyć gazetę lub wejść w neta. Tyle tylko, że wkurza mnie, iż naród tak godny podziwu w chwilach klęski, tak się degeneruje, gdy po raz pierwszy od wieków ma okazję zaznać pokoju i rządzić się po swojemu. Do napisania niniejszego tekstu sprowokował mnie błahy z pozoru incydent, który obnaża i ogniskuje symptomy totalnego upadku:

„20 stycznia w Sieradzu policjanci zatrzymali do kontroli volkswagena passata. W terenie zabudowanym zamiast z dozwoloną prędkością 50 km/godz. jechał ponad dwa razy więcej: 111.

Za kierownicą auta siedział Władysław Serafin. Mundurowi relacjonują, że przedstawił się jako europarlamentarzysta, którego chroni immunitet. Pokazał legitymację z unijnymi pieczęciami, ważną do 2015 roku. Policjanci kojarzyli go z mediów jako polityka, więc podejrzeń nie mieli. Jak każe prawo w przypadku osób objętych immunitetem, odstąpili od ukarania kierowcy, czyli wręczenia 500 zł mandatu i wpisania na konto 10 punktów karnych.

Kierowca pojechał więc dalej, a funkcjonariusze wszczęli postępowanie, żeby najpierw doprowadzić do uchylenia immunitetu, a potem ukarać polityka za przekroczenie prędkości. Dość szybko ustalili jednak, że mężczyzna nie jest europarlamentarzystą. Co gorsza - nie ma prawa siadać za kierownicą, bo trzy lata temu stracił uprawnienia do kierowania pojazdami.”**

Pominę już dalszy ciąg, przypominający stały refren podobnych wydarzeń, czyli niemoc policji w kwestii przesłuchania pana Serafina, który jest przecież osobą publiczną, a nie mafiosem ani szpiegiem korzystającym z bezpiecznych lokali i fałszywych tożsamości. Zacznijmy jednak od początku.

Oto widzimy jednego z reprezentantów dumnego narodu, który powinien świecić przykładem. I świeci, takim na polską miarę. Zatrzymują go dzielni policjanci, którzy za pieniądze podatników są szkoleni w znajomości psychologii, prawa i Bóg wie czego jeszcze, wyposażani są w komputery, bazy danych i możliwości weryfikacji tożsamości oraz legalności dokumentów i uprawnień, z czego bez skrępowania korzystają ilekroć zwykły kierowca nie zapali świateł samochodowych w słoneczny dzień, student piwko wypije w parku albo spotkają innego podobnie niebezpiecznego osobnika. W tym przypadku jednak nie dociekają, nie sprawdzają trzeźwości kierowcy ani możliwości jazdy na fazie. Wierzą na słowo. Już za samą wpadkę z tym, iż dali się nabrać, powinni zostać dyscyplinarnie zwolnieni. A o tym nawet mowy nie ma; nie wspomina się o tym, by czymkolwiek służbie uchylili. Dużo gorsze jednak jest to, iż w ogóle nie znają prawa, którego podobno mają strzec. Nie jest bowiem prawdą, iż policja nie ma prawa zatrzymać posła. Jest to chyba jedno z najczęściej powtarzanych kłamstw o policji i politykach. Otóż ma! Wyraźnie o tym mówi art. 105 Konstytucji RP. W dodatku, nawet gdyby faktycznie był posłem i faktycznie nie można by go było zatrzymać, a oba twierdzenia są fałszywe, policja ma obowiązek zapobiec niebezpieczeństwu dla życia i zdrowia innych osób. Czy gdyby pan Serafin był posłem i miał kaprys na oślep postrzelać na ulicy z pistoletu, policjanci puściliby go wolno z pistoletem i zezwolili dalej strzelać gdzie popadnie? A czym różni się jazda z taką prędkością w terenie zabudowanym? Wszak to właśnie policja przekonuje nas, że to nie dziadowskie drogi rodem z Kamczatki, nie jej własna niemoc, a nadmierna prędkość jest zabójcza.


Dajmy jednak spokój biednym panom z drogówki, których kariera zawodowa w większości polega na kręceniu fajerą i machaniu lizakiem. Zajmijmy się ich przełożonymi; wykształconymi oficerami, którzy nawet nie biorą pod uwagę możliwości ukarania policjantów, a przynajmniej o tym nie wspominają. Wręcz ich bronią, i to ewidentnie kłamiąc, choćby w kwestii możliwości zatrzymania posła, który zresztą posłem nie jest. Po pierwsze ich podwładni dali się wystrychnąć na dudków  i objawili w całej pełni nieznajomość podstawowego elementu naszego systemu prawa, czyli Konstytucji. Po drugie nie dopełnili obowiązków nie sprawdziwszy stanu trzeźwości kierowcy i nie zapobiegli jego dalszej jeździe, choć jego zachowanie przed zatrzymaniem do kontroli wskazywało, iż z jakiegoś powodu znajduje się w odmiennych stanach świadomości, no bo jak inaczej wytłumaczyć fakt poruszania się z taką prędkością w terenie zabudowanym będący ewidentnym wyrazem pogardy wobec prawa i bezpieczeństwa innych. A rzecznik policji, czyli osoba upubliczniająca oficjalne stanowisko policji jako całości, nie widzi w działaniach policji niczego nagannego.

Jak można mieć nadzieję, że będzie dobrze, skoro nasze elity prezentują taki właśnie poziom i robi się wszystko, by takie działania uchodziły im płazem? Pijany biskup samochodem demoluje latarnię, politycy jeżdżą jak widać, a spolegliwa policja idzie wszystkim na rękę kiedy tylko jest to możliwe. Jeśli wariata za kierownicą nie zatrzyma latarnia albo, nie daj Boże, inny samochód, to nikt go nie zatrzyma. Czy gdyby pan Serafin był posłem w momencie zdarzenia, w ogóle byśmy się o tym dowiedzieli? I o ilu takich wypadkach nie dowiemy się nigdy? Jak można mieć nadzieję na normalność w przyszłości, skoro przykład idzie z góry, a jaki on jest, każdy widzi.

Dużą rolę, a moim zdaniem najważniejszą, w prawidłowym działaniu udanych demokracji jest czwarta władza, czyli mass-media. Prasa, radio, telewizja, internet. Dziennikarze. A jaki poziom prezentuje większość polskich adeptów tej profesji? Czy chociaż jeden wytknął, iż poseł nie jest aż taki bezkarny, jak usiłuje nam wmówić policja i prokuratura? Mam wrażenie, iż poza nielicznymi chwalebnymi wyjątkami, które rzetelnie przygotowują się do tematów, jakie zamierzają poruszać, reszta dziennikarzy tokuje jak głuszce i łyka wszystko, co im podetka sprytny rozmówca. Wolne media są przeciwwagą dla systemu władzy, gdy inne mechanizmy demokracji zawodzą. By to działało, dziennikarze muszą być jednak sprytniejsi i mądrzejsi niż politycy i ich mocodawcy. Czy u nas tak jest?

Większość i tak wierzy, że coś się zmieni, gdy społeczeństwo wybierze nową ekipę. Nie widzi tego, że już tyle razy wybierano, i za każdym razem wychodzi tak samo. Jeśli społeczeństwo nie ma mechanizmów ani determinacji, by zmienić coś w trakcie rządów danej ekipy, poczynając od zachowania samych władz, to niech zapomni, że zdoła coś zmienić wrzucając do drewnianej skrzynki pomazane krzyżykami kartki.


Wasz Andrew


* Garum – słony sos rybny o wyrazistym smaku, uzyskiwany ze sfermentowanych ryb. Wnętrzności surowych ryb mieszano z solą i dodatkami, przykrywano i wystawiano na słońce. Gdy całość sfermentowała, płyn odcedzano i przelewano do amfor. Garum o wybitnie intensywnym smaku i woni była droższa niż złoto o tej samej wadze.


*** pkt. 5. Poseł nie może być zatrzymany lub aresztowany bez zgody Sejmu, z wyjątkiem ujęcia go na gorącym uczynku przestępstwa i jeżeli jego zatrzymanie jest niezbędne do zapewnienia prawidłowego toku postępowania.

poniedziałek, 4 lutego 2013

Będę tam





From Somewhere Afar the Phone Keeps Ringing for Me

Shin Kyung-Sook

tłumaczenie: Marzena Stefańska-Adams
ilustracje: Katarzyna Łucznik
okładka: Janusz Sierkiewski
Wydawnictwo Kwiaty Orientu, 2012

Kiedy po raz pierwszy brałem do ręki najnowszą powieść znanej i uznanej południowokoreańskiej pisarki Shin Kyung-Sook pod tytułem Będę tam, udostępnioną polskiemu czytelnikowi przez Wydawnictwo Kwiaty Orientu, już wiedziałem, iż czeka mnie przeżycie unikalne, może przyjemne, może nie, ale na pewno oryginalne. Zdawałem sobie sprawę, iż lektura nie będzie łatwa, bowiem moja wiedza o mentalności Koreańczyków, historii i realiach ich życia jest żadna. Obawiałem się, że mogę się znaleźć w sytuacji Koreańczyka, który przygodę z polską literaturą zaczyna od Dziadów. Szanse na prawidłową percepcję nikłe. Na szczęście książka okazała się bardzo luźno osadzona w realiach i moja szczątkowa znajomość historii regionu wystarczyła, ale zacznijmy od początku, czyli od okładki.

Frontowa szata graficzna, w pierwszej chwili nieco dziwaczna, choć znacząco intrygująca, stoi na najwyższym poziomie, a jej stylistyka nabiera znaczenia tym pełniejszego, im bardziej zagłębiamy się w lekturę. Nie zdradza niczego, zanim nie zaczniemy czytać, by stawać się coraz bardziej zrozumiałą z każdym przeczytanym rozdziałem,  aż do pełnej akceptacji każdego elementu grafiki po zakończeniu lektury. Jest to nie tylko jedna z lepszych okładek, jakie zdarzyło mi się ostatnio widzieć, ale nawet zdecydowanie lepszą niż ta, w którą zaopatrzono koreański oryginał.

Monochromatycznym ilustracjom, których sporo w powieści, niewiele można zarzucić, no może poza tym, że o ile krajobrazy, zwierzęta i architektura oddane są świetnie, o tyle postacie ludzkie w moim odczuciu nie wychodzą rysowniczce najlepiej. Na szczęście grafiki są w tych miejscach, gdzie się znajdować powinny, a co ważniejsze dobrze korespondują z bieżącym nastrojem i klimatem danego fragmentu, co jest na tyle rzadkie w dzisiejszych wydaniach, iż zasługuje na szczególne podkreślenie.

Uderzyło mnie, iż nie podano w polskim wydaniu tytułu oryginału ani też jego wersji anglojęzycznej. O ile jestem zagorzałym przeciwnikiem wymyślania nowych tytułów przez kolejnych wydawców i tłumaczy, to w tym wyjątkowym przypadku mam wrażenie, iż Będę tam jest zdecydowanie lepszym rozwiązaniem niż From Somewhere Afar the Phone Keeps Ringing for Me, gdyż tak właśnie brzmi wersja anglojęzyczna, i na pewno idealnie trafionym, choć co do zgodności z oryginałem koreańskim wypowiadać się oczywiście nie mogę.

Przejdźmy teraz do tego, co w książce najważniejsze, czyli do treści. Jeśli szukacie żywej, dynamicznej akcji, nie jest to książka dla Was. I nie jest to absolutnie powieść łatwa w odbiorze. Na połkniecie jej w jeden dzień, choć objętością nie przeraża. Nie ma szans.

Będę tam to opowieść o losach czwórki młodych Koreańczyków; dwóch dziewcząt - Jeong-Yun (która jest postacią wiodącą) i Mi-ru  oraz dwóch chłopców - Myeong-seo i Dana. Moment, gdy opuszczają oni domy rodzinne i próbują, każde na swój sposób, wejść w dorosłe życie, przypada na czas dyktatury wojskowej w Korei Południowej wciąż będącej pod permanentną, trwającą zresztą do dziś, presją zagrożenia atakiem z Północy. Ciekawy zabieg nadający fikcyjnej przecież fabule bardziej formę osobistych wspomnień, niż klasycznej opowieści, podkreśla, iż wydarzenia są tylko tłem dla przeżyć wewnętrznych naszych bohaterów. Do połowy lektury nie wiemy nawet, co dzieje się w kraju, koncentrujemy się tylko na uczuciach, doznaniach i emocjach naszej czwórki oraz nielicznych zdarzeniach dotyczących osób, które są z nią związane. Dopiero później brutalna i pełna chaosu rzeczywistość ogółu wdziera się w świat ograniczony wcześniej jedynie do najbliższych. Zaczynają znikać ludzie, zaczynają umierać w dziwnych okolicznościach, rodzi się bunt i coraz więcej osób zaczyna przeciw tej rzeczywistości protestować.

Ktoś porównał Będę tam do Stowarzyszenia Umarłych Poetów*, stawiając je na równi. W moim odczuciu to ogromne nieporozumienie. Porównywać wartość artystyczną tych dwóch dzieł jest mi niezwykle trudno. Raz, że do formy zawsze przykładam mniejszą wagę, niż do treści, a dwa, iż nasze pierwsze polskie wydanie jest bardzo kiepskie stylistycznie. Nie będę dociekał, czy to wina tłumaczki, czy nie, ale faktem jest, iż w tekście, zwłaszcza pod koniec, pełno nie tylko niezręczności stylistycznych, zdarzają się nawet ewidentne, wręcz szkolne błędy przypominające humor zeszytów. Tych ostatnich jest niewiele, i mogą tylko śmieszyć, ale tych pierwszych jest prawdziwe zatrzęsienie, przez co, i tak niełatwa przecież, lektura momentami staje się prawdziwą męką. Pozostawmy jednak formę w spokoju i przejdźmy do meritum. Wspomniane arcydzieło PeteraWeira i Nancy H. Kleinbaum*, jakkolwiek dotyczące podstawowych problemów człowieczeństwa, takich jak prawo do indywidualności stojące w opozycji do obowiązków wynikających z przynależność do grupy, opowiada historię, która może się zdarzyć wszędzie i zawsze, która zdarza się nawet w tej chwili w niezliczonej ilości miejsc, w niezliczonej ilości wariantów. W tym leży jego genialność. Będę tam to całkiem inna bajka.

Czwórka bohaterów Shin Kyung-Sook składa się z osób nadwrażliwych. Każda z nich swym wewnętrznym bólem i chaosem mogłaby obdzielić kopę bohaterów europejskiego romantyzmu. Całkowicie nieasertywni, nie potrafią się porozumieć nawet z najbliższymi, a protezą komunikacji międzyludzkiej, zresztą najeżoną kolcami niczym róża, jest widoczny na polskiej okładce powieści telefon. Przepełnieni gorącymi, głęboki uczuciami i rozpaczliwie pragnący pomocy, nie potrafią niczego dać innym, ani niczego od innych przyjąć. Zdarzenia, takie jak śmierć bliskich, będące w końcu niezbędnym elementem ludzkiego istnienia, zdają się przerastać możliwości ich psychiki. Wydają się okaleczeni od urodzenia, choć autorka nie poskąpiła im i świeższych ran. Nawet kota dała im kalekiego. Nie potrafią być razem, a samotność ich zabija.

Nie wiem, czy czwórka młodych Koreańczyków z Będę tam jest reprezentatywna dla ichniego ówczesnego społeczeństwa, lecz na pewno nie jest powszechnym obrazem młodzieży w globalnym ujęciu. Nawet jeśli autorka celowo, niczym w soczewce lub krzywym zwierciadle, chciała przedstawić nadwrażliwą i najogólniej rzecz biorąc patologiczną osobowość, wystarczyło mieć jednego takiego bohatera. Czterej muszkieterowie z takimi problemami to już mocno naciągany eksperyment. Chyba, że takie postawy są naprawdę normą w Korei, a wtedy byłoby to najbardziej godne współczucia społeczeństwo na Ziemi.

Mimo tej dysfunkcyjności i skupienia na wewnętrznych problemach tak rozdętych, iż przesłaniają rzeczywistość, zaciekawiły mnie okruszki realiów, które pokazują uważnemu obserwatorowi jak odmienna jest koreańska mentalność i rzeczywistość od naszej. W całej powieści praktycznie nie ma słowa o pieniądzach. Czterej młodzi ludzie rozpoczynają nowe życie po opuszczeniu gniazd rodzinnych i ten temat dla nich nie istnieje. Kupują bilety, jedzenie, książki… Nawet jeśli pada cena czegoś, pieniądze nie są problemem. Dla Polaka, jeśli jest biedny, jest to zawsze ważny temat, a jeśli jest bogaty, jeszcze ważniejszy. Ciekawe zderzenie. Albo sprawa demonstracji. U nas zawsze demonstruje się przeciw komuś, infantylnie wierząc, iż zmiana króla lub symbolu może zmienić cokolwiek. Koreańczycy w powieści Shin Kyung-Sook demonstrują przeciw czemuś. Przeciw temu, że ludzie giną bez wieści, przeciw rzeczywistości, która im nie odpowiada, przeciw swemu bólowi, którego już nie mogą znieść. Ale zawsze przeciw czemuś, a nie przeciw komuś. Brak tej znanej nam nienawiści nakierowanej wręcz personalnie. Jest to tak wyraźnie, iż aż uderza.

Jak więc ocenić tę powieść, tak odmienną od wszystkiego, co znamy? Niezwykle trudno. Tym bardziej, iż miejscami, obok mistrzowsko oddanych stanów ducha i lirycznych opisów krajobrazowych trafiamy na ewidentne głupoty. „Obszar był bardzo suchy, ponieważ nie padało na nim w ciągu ostatnich dziesięciu tysięcy lat” – to o Płaskowyżu Nazca, sławnym z geoglifów, o których pisarka się rozpisuje. Pikanterii dodaje fakt, iż najprawdopodobniej, gdy książkę tę pisała, czyli w 2009 roku, region ten nawiedziły tak ulewne deszcze, że zagroziły właśnie tym przesławnym rysunkom, które ją urzekły, a najdłuższy okres bez opadu na Ziemi wynosi podajże niecałe 15 lat, a nie 10000, i bynajmniej nie został on zarejestrowany w tym miejscu**. Jeśli ktoś tak przegina, to jak oceniać jego wiarygodność w tych sprawach, które trudniej zweryfikować? Zawsze mnie fascynuje, co też podkusza niektórych autorów, by się samemu na takie miny wsadzać i niejako psuć efekty pracy godnej wirtuoza. A jaką rzetelność prezentują ci, którzy uważają Będę tam za bezbłędne arcydzieło, tego omawiać nie będę.

Pomimo niedociągnięć nie żałuję, iż książkę tę przeczytałem. Naprawdę mnie wciągnęła i w pewnym sensie dosłownie się nią delektowałem. Mam wrażenie, że jeśli ktoś świadomie się zdecyduje na lekturę, wiedząc jakie są jej ograniczenia, też będzie zadowolony. Siła jej nie leży bowiem w niej samej, a w odczuciach i refleksjach, do których nas zmusza. To gra między pisarką, a umysłem czytelnika, i trzeba przyznać, iż w tym Shin Kyung-Sook jest naprawdę dobra. Inna sprawa, że i w tej kategorii znajdziemy w bibliotece wiele innych książek na pewno nie gorszych od Będę tam. Jest to więc rzecz warta poznania, odmienna od wszystkiego co już przeczytałem, ale raczej nie jest warta polecenia jako jedna z tych, które przeczytać koniecznie trzeba


Wasz Andrew


* Stowarzyszenie Umarłych Poetów (Dead Poets Society) – amerykański film dramatyczny z 1989 roku w reżyserii Petera Weira i książka napisana na podstawie scenariusza tego filmu przez Nancy H. Kleinbaum.
** Najdłuższy okres bez opadu zarejestrowany na Ziemi: 14 lta 5 miesięcy Arica, Chile - od października 1903 do stycznia 1918