Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.

wtorek, 5 lutego 2013

Polska gnije jak ryba





Dlaczego jak ryba? Gdyż po pierwsze psuje się od głowy, a po drugie smród, który jednych odrzuca, przez innych wychwalany jest pod niebiosa, i w dodatku soczek z tego eksperymentu jest na wagę złota*.

Nie lubię tego tematu, chociaż jest łatwy i może być mottem niekończącej się opowieści w codziennych odcinkach. Każdy dzień dostarcza nowych materiałów do wykorzystania. Wystarczy włączyć radio lub TV, otworzyć gazetę lub wejść w neta. Tyle tylko, że wkurza mnie, iż naród tak godny podziwu w chwilach klęski, tak się degeneruje, gdy po raz pierwszy od wieków ma okazję zaznać pokoju i rządzić się po swojemu. Do napisania niniejszego tekstu sprowokował mnie błahy z pozoru incydent, który obnaża i ogniskuje symptomy totalnego upadku:

„20 stycznia w Sieradzu policjanci zatrzymali do kontroli volkswagena passata. W terenie zabudowanym zamiast z dozwoloną prędkością 50 km/godz. jechał ponad dwa razy więcej: 111.

Za kierownicą auta siedział Władysław Serafin. Mundurowi relacjonują, że przedstawił się jako europarlamentarzysta, którego chroni immunitet. Pokazał legitymację z unijnymi pieczęciami, ważną do 2015 roku. Policjanci kojarzyli go z mediów jako polityka, więc podejrzeń nie mieli. Jak każe prawo w przypadku osób objętych immunitetem, odstąpili od ukarania kierowcy, czyli wręczenia 500 zł mandatu i wpisania na konto 10 punktów karnych.

Kierowca pojechał więc dalej, a funkcjonariusze wszczęli postępowanie, żeby najpierw doprowadzić do uchylenia immunitetu, a potem ukarać polityka za przekroczenie prędkości. Dość szybko ustalili jednak, że mężczyzna nie jest europarlamentarzystą. Co gorsza - nie ma prawa siadać za kierownicą, bo trzy lata temu stracił uprawnienia do kierowania pojazdami.”**

Pominę już dalszy ciąg, przypominający stały refren podobnych wydarzeń, czyli niemoc policji w kwestii przesłuchania pana Serafina, który jest przecież osobą publiczną, a nie mafiosem ani szpiegiem korzystającym z bezpiecznych lokali i fałszywych tożsamości. Zacznijmy jednak od początku.

Oto widzimy jednego z reprezentantów dumnego narodu, który powinien świecić przykładem. I świeci, takim na polską miarę. Zatrzymują go dzielni policjanci, którzy za pieniądze podatników są szkoleni w znajomości psychologii, prawa i Bóg wie czego jeszcze, wyposażani są w komputery, bazy danych i możliwości weryfikacji tożsamości oraz legalności dokumentów i uprawnień, z czego bez skrępowania korzystają ilekroć zwykły kierowca nie zapali świateł samochodowych w słoneczny dzień, student piwko wypije w parku albo spotkają innego podobnie niebezpiecznego osobnika. W tym przypadku jednak nie dociekają, nie sprawdzają trzeźwości kierowcy ani możliwości jazdy na fazie. Wierzą na słowo. Już za samą wpadkę z tym, iż dali się nabrać, powinni zostać dyscyplinarnie zwolnieni. A o tym nawet mowy nie ma; nie wspomina się o tym, by czymkolwiek służbie uchylili. Dużo gorsze jednak jest to, iż w ogóle nie znają prawa, którego podobno mają strzec. Nie jest bowiem prawdą, iż policja nie ma prawa zatrzymać posła. Jest to chyba jedno z najczęściej powtarzanych kłamstw o policji i politykach. Otóż ma! Wyraźnie o tym mówi art. 105 Konstytucji RP. W dodatku, nawet gdyby faktycznie był posłem i faktycznie nie można by go było zatrzymać, a oba twierdzenia są fałszywe, policja ma obowiązek zapobiec niebezpieczeństwu dla życia i zdrowia innych osób. Czy gdyby pan Serafin był posłem i miał kaprys na oślep postrzelać na ulicy z pistoletu, policjanci puściliby go wolno z pistoletem i zezwolili dalej strzelać gdzie popadnie? A czym różni się jazda z taką prędkością w terenie zabudowanym? Wszak to właśnie policja przekonuje nas, że to nie dziadowskie drogi rodem z Kamczatki, nie jej własna niemoc, a nadmierna prędkość jest zabójcza.


Dajmy jednak spokój biednym panom z drogówki, których kariera zawodowa w większości polega na kręceniu fajerą i machaniu lizakiem. Zajmijmy się ich przełożonymi; wykształconymi oficerami, którzy nawet nie biorą pod uwagę możliwości ukarania policjantów, a przynajmniej o tym nie wspominają. Wręcz ich bronią, i to ewidentnie kłamiąc, choćby w kwestii możliwości zatrzymania posła, który zresztą posłem nie jest. Po pierwsze ich podwładni dali się wystrychnąć na dudków  i objawili w całej pełni nieznajomość podstawowego elementu naszego systemu prawa, czyli Konstytucji. Po drugie nie dopełnili obowiązków nie sprawdziwszy stanu trzeźwości kierowcy i nie zapobiegli jego dalszej jeździe, choć jego zachowanie przed zatrzymaniem do kontroli wskazywało, iż z jakiegoś powodu znajduje się w odmiennych stanach świadomości, no bo jak inaczej wytłumaczyć fakt poruszania się z taką prędkością w terenie zabudowanym będący ewidentnym wyrazem pogardy wobec prawa i bezpieczeństwa innych. A rzecznik policji, czyli osoba upubliczniająca oficjalne stanowisko policji jako całości, nie widzi w działaniach policji niczego nagannego.

Jak można mieć nadzieję, że będzie dobrze, skoro nasze elity prezentują taki właśnie poziom i robi się wszystko, by takie działania uchodziły im płazem? Pijany biskup samochodem demoluje latarnię, politycy jeżdżą jak widać, a spolegliwa policja idzie wszystkim na rękę kiedy tylko jest to możliwe. Jeśli wariata za kierownicą nie zatrzyma latarnia albo, nie daj Boże, inny samochód, to nikt go nie zatrzyma. Czy gdyby pan Serafin był posłem w momencie zdarzenia, w ogóle byśmy się o tym dowiedzieli? I o ilu takich wypadkach nie dowiemy się nigdy? Jak można mieć nadzieję na normalność w przyszłości, skoro przykład idzie z góry, a jaki on jest, każdy widzi.

Dużą rolę, a moim zdaniem najważniejszą, w prawidłowym działaniu udanych demokracji jest czwarta władza, czyli mass-media. Prasa, radio, telewizja, internet. Dziennikarze. A jaki poziom prezentuje większość polskich adeptów tej profesji? Czy chociaż jeden wytknął, iż poseł nie jest aż taki bezkarny, jak usiłuje nam wmówić policja i prokuratura? Mam wrażenie, iż poza nielicznymi chwalebnymi wyjątkami, które rzetelnie przygotowują się do tematów, jakie zamierzają poruszać, reszta dziennikarzy tokuje jak głuszce i łyka wszystko, co im podetka sprytny rozmówca. Wolne media są przeciwwagą dla systemu władzy, gdy inne mechanizmy demokracji zawodzą. By to działało, dziennikarze muszą być jednak sprytniejsi i mądrzejsi niż politycy i ich mocodawcy. Czy u nas tak jest?

Większość i tak wierzy, że coś się zmieni, gdy społeczeństwo wybierze nową ekipę. Nie widzi tego, że już tyle razy wybierano, i za każdym razem wychodzi tak samo. Jeśli społeczeństwo nie ma mechanizmów ani determinacji, by zmienić coś w trakcie rządów danej ekipy, poczynając od zachowania samych władz, to niech zapomni, że zdoła coś zmienić wrzucając do drewnianej skrzynki pomazane krzyżykami kartki.


Wasz Andrew


* Garum – słony sos rybny o wyrazistym smaku, uzyskiwany ze sfermentowanych ryb. Wnętrzności surowych ryb mieszano z solą i dodatkami, przykrywano i wystawiano na słońce. Gdy całość sfermentowała, płyn odcedzano i przelewano do amfor. Garum o wybitnie intensywnym smaku i woni była droższa niż złoto o tej samej wadze.


*** pkt. 5. Poseł nie może być zatrzymany lub aresztowany bez zgody Sejmu, z wyjątkiem ujęcia go na gorącym uczynku przestępstwa i jeżeli jego zatrzymanie jest niezbędne do zapewnienia prawidłowego toku postępowania.

poniedziałek, 4 lutego 2013

Będę tam





From Somewhere Afar the Phone Keeps Ringing for Me

Shin Kyung-Sook

tłumaczenie: Marzena Stefańska-Adams
ilustracje: Katarzyna Łucznik
okładka: Janusz Sierkiewski
Wydawnictwo Kwiaty Orientu, 2012

Kiedy po raz pierwszy brałem do ręki najnowszą powieść znanej i uznanej południowokoreańskiej pisarki Shin Kyung-Sook pod tytułem Będę tam, udostępnioną polskiemu czytelnikowi przez Wydawnictwo Kwiaty Orientu, już wiedziałem, iż czeka mnie przeżycie unikalne, może przyjemne, może nie, ale na pewno oryginalne. Zdawałem sobie sprawę, iż lektura nie będzie łatwa, bowiem moja wiedza o mentalności Koreańczyków, historii i realiach ich życia jest żadna. Obawiałem się, że mogę się znaleźć w sytuacji Koreańczyka, który przygodę z polską literaturą zaczyna od Dziadów. Szanse na prawidłową percepcję nikłe. Na szczęście książka okazała się bardzo luźno osadzona w realiach i moja szczątkowa znajomość historii regionu wystarczyła, ale zacznijmy od początku, czyli od okładki.

Frontowa szata graficzna, w pierwszej chwili nieco dziwaczna, choć znacząco intrygująca, stoi na najwyższym poziomie, a jej stylistyka nabiera znaczenia tym pełniejszego, im bardziej zagłębiamy się w lekturę. Nie zdradza niczego, zanim nie zaczniemy czytać, by stawać się coraz bardziej zrozumiałą z każdym przeczytanym rozdziałem,  aż do pełnej akceptacji każdego elementu grafiki po zakończeniu lektury. Jest to nie tylko jedna z lepszych okładek, jakie zdarzyło mi się ostatnio widzieć, ale nawet zdecydowanie lepszą niż ta, w którą zaopatrzono koreański oryginał.

Monochromatycznym ilustracjom, których sporo w powieści, niewiele można zarzucić, no może poza tym, że o ile krajobrazy, zwierzęta i architektura oddane są świetnie, o tyle postacie ludzkie w moim odczuciu nie wychodzą rysowniczce najlepiej. Na szczęście grafiki są w tych miejscach, gdzie się znajdować powinny, a co ważniejsze dobrze korespondują z bieżącym nastrojem i klimatem danego fragmentu, co jest na tyle rzadkie w dzisiejszych wydaniach, iż zasługuje na szczególne podkreślenie.

Uderzyło mnie, iż nie podano w polskim wydaniu tytułu oryginału ani też jego wersji anglojęzycznej. O ile jestem zagorzałym przeciwnikiem wymyślania nowych tytułów przez kolejnych wydawców i tłumaczy, to w tym wyjątkowym przypadku mam wrażenie, iż Będę tam jest zdecydowanie lepszym rozwiązaniem niż From Somewhere Afar the Phone Keeps Ringing for Me, gdyż tak właśnie brzmi wersja anglojęzyczna, i na pewno idealnie trafionym, choć co do zgodności z oryginałem koreańskim wypowiadać się oczywiście nie mogę.

Przejdźmy teraz do tego, co w książce najważniejsze, czyli do treści. Jeśli szukacie żywej, dynamicznej akcji, nie jest to książka dla Was. I nie jest to absolutnie powieść łatwa w odbiorze. Na połkniecie jej w jeden dzień, choć objętością nie przeraża. Nie ma szans.

Będę tam to opowieść o losach czwórki młodych Koreańczyków; dwóch dziewcząt - Jeong-Yun (która jest postacią wiodącą) i Mi-ru  oraz dwóch chłopców - Myeong-seo i Dana. Moment, gdy opuszczają oni domy rodzinne i próbują, każde na swój sposób, wejść w dorosłe życie, przypada na czas dyktatury wojskowej w Korei Południowej wciąż będącej pod permanentną, trwającą zresztą do dziś, presją zagrożenia atakiem z Północy. Ciekawy zabieg nadający fikcyjnej przecież fabule bardziej formę osobistych wspomnień, niż klasycznej opowieści, podkreśla, iż wydarzenia są tylko tłem dla przeżyć wewnętrznych naszych bohaterów. Do połowy lektury nie wiemy nawet, co dzieje się w kraju, koncentrujemy się tylko na uczuciach, doznaniach i emocjach naszej czwórki oraz nielicznych zdarzeniach dotyczących osób, które są z nią związane. Dopiero później brutalna i pełna chaosu rzeczywistość ogółu wdziera się w świat ograniczony wcześniej jedynie do najbliższych. Zaczynają znikać ludzie, zaczynają umierać w dziwnych okolicznościach, rodzi się bunt i coraz więcej osób zaczyna przeciw tej rzeczywistości protestować.

Ktoś porównał Będę tam do Stowarzyszenia Umarłych Poetów*, stawiając je na równi. W moim odczuciu to ogromne nieporozumienie. Porównywać wartość artystyczną tych dwóch dzieł jest mi niezwykle trudno. Raz, że do formy zawsze przykładam mniejszą wagę, niż do treści, a dwa, iż nasze pierwsze polskie wydanie jest bardzo kiepskie stylistycznie. Nie będę dociekał, czy to wina tłumaczki, czy nie, ale faktem jest, iż w tekście, zwłaszcza pod koniec, pełno nie tylko niezręczności stylistycznych, zdarzają się nawet ewidentne, wręcz szkolne błędy przypominające humor zeszytów. Tych ostatnich jest niewiele, i mogą tylko śmieszyć, ale tych pierwszych jest prawdziwe zatrzęsienie, przez co, i tak niełatwa przecież, lektura momentami staje się prawdziwą męką. Pozostawmy jednak formę w spokoju i przejdźmy do meritum. Wspomniane arcydzieło PeteraWeira i Nancy H. Kleinbaum*, jakkolwiek dotyczące podstawowych problemów człowieczeństwa, takich jak prawo do indywidualności stojące w opozycji do obowiązków wynikających z przynależność do grupy, opowiada historię, która może się zdarzyć wszędzie i zawsze, która zdarza się nawet w tej chwili w niezliczonej ilości miejsc, w niezliczonej ilości wariantów. W tym leży jego genialność. Będę tam to całkiem inna bajka.

Czwórka bohaterów Shin Kyung-Sook składa się z osób nadwrażliwych. Każda z nich swym wewnętrznym bólem i chaosem mogłaby obdzielić kopę bohaterów europejskiego romantyzmu. Całkowicie nieasertywni, nie potrafią się porozumieć nawet z najbliższymi, a protezą komunikacji międzyludzkiej, zresztą najeżoną kolcami niczym róża, jest widoczny na polskiej okładce powieści telefon. Przepełnieni gorącymi, głęboki uczuciami i rozpaczliwie pragnący pomocy, nie potrafią niczego dać innym, ani niczego od innych przyjąć. Zdarzenia, takie jak śmierć bliskich, będące w końcu niezbędnym elementem ludzkiego istnienia, zdają się przerastać możliwości ich psychiki. Wydają się okaleczeni od urodzenia, choć autorka nie poskąpiła im i świeższych ran. Nawet kota dała im kalekiego. Nie potrafią być razem, a samotność ich zabija.

Nie wiem, czy czwórka młodych Koreańczyków z Będę tam jest reprezentatywna dla ichniego ówczesnego społeczeństwa, lecz na pewno nie jest powszechnym obrazem młodzieży w globalnym ujęciu. Nawet jeśli autorka celowo, niczym w soczewce lub krzywym zwierciadle, chciała przedstawić nadwrażliwą i najogólniej rzecz biorąc patologiczną osobowość, wystarczyło mieć jednego takiego bohatera. Czterej muszkieterowie z takimi problemami to już mocno naciągany eksperyment. Chyba, że takie postawy są naprawdę normą w Korei, a wtedy byłoby to najbardziej godne współczucia społeczeństwo na Ziemi.

Mimo tej dysfunkcyjności i skupienia na wewnętrznych problemach tak rozdętych, iż przesłaniają rzeczywistość, zaciekawiły mnie okruszki realiów, które pokazują uważnemu obserwatorowi jak odmienna jest koreańska mentalność i rzeczywistość od naszej. W całej powieści praktycznie nie ma słowa o pieniądzach. Czterej młodzi ludzie rozpoczynają nowe życie po opuszczeniu gniazd rodzinnych i ten temat dla nich nie istnieje. Kupują bilety, jedzenie, książki… Nawet jeśli pada cena czegoś, pieniądze nie są problemem. Dla Polaka, jeśli jest biedny, jest to zawsze ważny temat, a jeśli jest bogaty, jeszcze ważniejszy. Ciekawe zderzenie. Albo sprawa demonstracji. U nas zawsze demonstruje się przeciw komuś, infantylnie wierząc, iż zmiana króla lub symbolu może zmienić cokolwiek. Koreańczycy w powieści Shin Kyung-Sook demonstrują przeciw czemuś. Przeciw temu, że ludzie giną bez wieści, przeciw rzeczywistości, która im nie odpowiada, przeciw swemu bólowi, którego już nie mogą znieść. Ale zawsze przeciw czemuś, a nie przeciw komuś. Brak tej znanej nam nienawiści nakierowanej wręcz personalnie. Jest to tak wyraźnie, iż aż uderza.

Jak więc ocenić tę powieść, tak odmienną od wszystkiego, co znamy? Niezwykle trudno. Tym bardziej, iż miejscami, obok mistrzowsko oddanych stanów ducha i lirycznych opisów krajobrazowych trafiamy na ewidentne głupoty. „Obszar był bardzo suchy, ponieważ nie padało na nim w ciągu ostatnich dziesięciu tysięcy lat” – to o Płaskowyżu Nazca, sławnym z geoglifów, o których pisarka się rozpisuje. Pikanterii dodaje fakt, iż najprawdopodobniej, gdy książkę tę pisała, czyli w 2009 roku, region ten nawiedziły tak ulewne deszcze, że zagroziły właśnie tym przesławnym rysunkom, które ją urzekły, a najdłuższy okres bez opadu na Ziemi wynosi podajże niecałe 15 lat, a nie 10000, i bynajmniej nie został on zarejestrowany w tym miejscu**. Jeśli ktoś tak przegina, to jak oceniać jego wiarygodność w tych sprawach, które trudniej zweryfikować? Zawsze mnie fascynuje, co też podkusza niektórych autorów, by się samemu na takie miny wsadzać i niejako psuć efekty pracy godnej wirtuoza. A jaką rzetelność prezentują ci, którzy uważają Będę tam za bezbłędne arcydzieło, tego omawiać nie będę.

Pomimo niedociągnięć nie żałuję, iż książkę tę przeczytałem. Naprawdę mnie wciągnęła i w pewnym sensie dosłownie się nią delektowałem. Mam wrażenie, że jeśli ktoś świadomie się zdecyduje na lekturę, wiedząc jakie są jej ograniczenia, też będzie zadowolony. Siła jej nie leży bowiem w niej samej, a w odczuciach i refleksjach, do których nas zmusza. To gra między pisarką, a umysłem czytelnika, i trzeba przyznać, iż w tym Shin Kyung-Sook jest naprawdę dobra. Inna sprawa, że i w tej kategorii znajdziemy w bibliotece wiele innych książek na pewno nie gorszych od Będę tam. Jest to więc rzecz warta poznania, odmienna od wszystkiego co już przeczytałem, ale raczej nie jest warta polecenia jako jedna z tych, które przeczytać koniecznie trzeba


Wasz Andrew


* Stowarzyszenie Umarłych Poetów (Dead Poets Society) – amerykański film dramatyczny z 1989 roku w reżyserii Petera Weira i książka napisana na podstawie scenariusza tego filmu przez Nancy H. Kleinbaum.
** Najdłuższy okres bez opadu zarejestrowany na Ziemi: 14 lta 5 miesięcy Arica, Chile - od października 1903 do stycznia 1918

niedziela, 3 lutego 2013

Debiutant pozywa recenzenta 2

Odsłona druga




Jakiś czas temu, po opublikowaniu pamiętnej recenzji i otrzymaniu groźby pozwania do sądu, dostałem list niniejszej treści:


jpietrasinski@wp.pl
26.01 (8 dni temu)
do mnie

Szanowny Panie,

Nabyłem Asymetrię Gibowskiego, jestem w trakcie lektury. Szukając w internecie recenzji natrafiłem na Pańską. Całkowicie się zgadzam. Też uważam, że Asymetria nie przyczyni się do większej tolerancji ani otwartości naszego społeczeństwa. Wyolbrzymia i utrwala stereotypy dotyczące Rosji. Dla mnie także najważniejszy jest aspekt oddziaływania książki na społeczeństwo. A ta pozycja jest ewidentnie szkodliwa. Apologecie wspólnych idei nie muszę tłumaczyć, co mam na myśli.
Uważam, że niepotrzebnie rozreklamował Pan tę książkę. W tym przypadku należało sprawę przemilczeć. Gdy dano mi znać, że Asymetria próbuje wejść na rynek, zareagowałem błyskawicznie. Tak samo nasi przyjaciele. Na Wikipedii strona Asymetrii została natychmiast skasowana ? jako reklama. W porównywarkach cenowych wpisane są błędne słowa kluczowe oraz brak grafiki. Osobiście zadbałem, aby kanały dystrybucyjne stały się niedostępne dla tej pozycji. Dzięki zbiorowemu wysiłkowi Asymetria nie dotrze do szerokich mas czytelniczych. Bardzo proszę, nie sugerować bibliotekom kupna tej książki.

Co do przyszłego procesu sądowego, proszę się niczym nie martwić. Jeśli nie stać Pana na dobrego adwokata, z przyjemnością załatwię to i pokryję wszelkie koszta.

Z wyrazami szacunku

dr Janusz Pietrasiński   

Przewodniczący Towarzystwa
Przyjaźni Polsko-Rosyjskiej

Na list nie odpowiedziałem oczywiście, gdyż mam wrażenie, iż jest to infantylna prowokacja, tym bardziej, iż TPPR od lat już chyba nie istnieje. Kto mógł się zniżyć do takich zagrywek i w jakim celu, mogę się tylko domyślać. Szkoda tylko, że autor tej epistoły nie wysilił swego mózgu na tyle, by zauważyć, iż nie jestem żadnym wielkim przyjacielem Rosji. Na pewno nie większym niż Niemiec, Francji czy dowolnego innego kraju. Pewno nawet nie czytał żadnej mojej recenzji (ani felietonu) poza tą jedną, która go interesowała.

Najpierw miałem zamiar o sprawie zapomnieć, na zasadzie, by g… nie tykać, ale jednak publikuję liścik ku przestrodze innych recenzentów, by wiedzieli, jakich zagrywek można się spodziewać w przypadku szczerych recenzji. Inna sprawa, że mnie to bawi i umacnia w tym, iż trzeba być bezkompromisowym. No i w końcu wiem, że moje recenzje naprawdę mają dla kogoś jakieś znaczenie ;)

Wasz Andrew

sobota, 2 lutego 2013

Idealna para



Adam i Ewa tworzyli idealną parę:
- On nie musiał wysłuchiwać, za kogo ona mogła wyjść za mąż. 
- Ona nie musiała wysłuchiwać, jak gotowała jego matka.

piątek, 1 lutego 2013

Weź paragon

I puknij się w łeb!  



Znów, jak co roku, niewolnikom, w jakich się zmienia nasze społeczeństwo, władza miesza w głowach przy użyciu mass mediów jej powolnych i setek dziennikarzy zbyt spolegliwych, lub po prostu zbyt głupich, by samodzielnie pomyśleć.

"Do 24 lutego trwa ogólnopolska akcja "Weź paragon". W jej ramach urzędnicy, ale też i mieszkańcy miasta mogą sprawdzić, czy sprzedawcy lub wykonawcy usługi wydają paragony."*

A przez cały rok to nie mogą? Po co utrzymywane z naszych pieniędzy urzędasy wydają pieniądze na reklamowanie i organizowanie takich akcji, skoro tak powinno być przez cały rok? Czyż nie przyznają tym samym, że przez resztę roku nie robią tego, za co biorą pieniądze?

„Weź paragon.” Sam se weź! Idź do księdza i weź paragon. Do adwokata, do lekarza albo nauczyciela ze szkoły publicznej, który nie widzi niczego zdrożnego w udzielaniu płatnych korepetycji uczniom swej własnej klasy, których powinien skutecznie uczyć w trakcie lekcji w szkole. Jak to jest, że organy państwa z uporem maniaka ścigać będą szarego, biednego obywatela za przysłowiowy grosz, ale w ogóle nie są zainteresowane w ściganiu wielkich i bogatych, których dochody pozostają poza wszelką kontrolą?

Pamiętacie historię Ala Capone? Karierę tego chyba najbardziej rozpoznawalnego ze wszystkich mafiosów w historii świata przerwał nie kto inny jak urząd skarbowy. Czy nasza skarbówka pogrążyła choćby jednego polskiego Capona? Z tego, co widzimy, to najchętniej czepia się gospodyń wiejskich organizujących tradycyjne loterie na Święto Strażaka, taksówkarzy i drobnych sklepikarzy. Czemu nie interesują ich nierównie większe przepływy kapitałowe – choćby palestra, kler i lekarze. Nauczyciele to osobna sprawa. To prawdziwe święte krowy, o czym już kiedyś pisałem, ale od upadku komuny całkiem stracili pozory przyzwoitości. Pod okupacją ZSRR w każdej szkole każda złotówka przyjęta od ucznia musiała być kwitowana, niezależnie od tego, na co była przeznaczona. Teraz pokwitowanie jest wyjątkiem, a normą mafia style.

Rozumiem, że ze względów politycznych władza może chcieć zwolnić z podatków pewne grupy społeczne. Nie te biedne, ale te wpływowe. Silne finansowo lub politycznie, choćby przez mocne związki zawodowe. Jestem temu absolutnie przeciwny, ale rozumiem. Nie rozumiem natomiast, dlaczego zwalnia je z ewidencjonowania dochodów. Jeśli władza chce, niech da im stawkę podatkową zero, ale niech ewidencjonują swe dochody tak, jak każdy inny obywatel. Przecież teraz już naprawdę nikt w Polsce nie wie, nawet w przybliżeniu, jaka jest skala tych przywilejów. Jakie byłyby wpływy z podatków, gdyby kasy fiskalne dostali księża, nauczyciele, prawnicy i lekarze. A może o to chodzi. Może społeczeństwo nie przełknęłoby tego? Dlatego nie biorę paragonów. W d… sobie ich przecież nie wsadzę, a na co innego mi się nie przydadzą.


Wasz Andrew


*http://wodzislawslaski.naszemiasto.pl/artykul/1710289,wez-paragon-akcja-ogolnopolska-mamy-prawo-zadac-paragonu-od,id,t.html

Metafizyczny erotyzm

Okładka książki Pornografia 

Pornografia

Witold Gombrowicz

Wydawnictwo: Literackie
Liczba stron: 152
 
 
 
 
 
 
Pornografia to trzecia z kolei powieść Witolda Gombrowicza. Pracę nad nią, przebywający na emigracji Gombrowicz rozpoczął w roku 1955, tuż po porzuceniu pracy w Banco Polaco w Buenos Aires. W momencie jej wydania, polski twórca, mający na koncie Ferdydurke, Trans-Atlantyk, zbiór opowiadań Bakakaj oraz dramaty Iwona, księżniczka Burgunda i Ślub, cieszył się już sporą estymą w literackim światku. Książka, która ukazała w 1960 roku na łamach emigracyjnego Instytutu Literackiego wywołała niemałe kontrowersje.
 
Bowiem Pornografia to nie tylko prowokacyjny tytuł. To głównie negacja wartości, tradycji, kultury, utartych wzorców zachowań. Cytując jeden z listów Konstantego Jeleńskiego do Gombrowicza: Jest to – trudno o bardziej entuzjastyczne zdanie – książka najbardziej skandaliczna, jaka kiedykolwiek została napisana w języku polskim. Skandaliczna po prostu dlatego, że odsłania pewne pokłady prawdy i rzeczywistości, które wymykają się najodważniejszym, najbardziej obiektywnym i najgłębszym podejściom „psychologicznym”.
 
Akcja powieści rozgrywa się w okupowanej przez hitlerowców Polsce w roku 1943. Już w tym momencie należy się zatrzymać i zaznaczyć, że czas oraz miejsce wydarzeń to kwestia bardzo ciekawa i istotna. Rok 1943, Polska w środku zawieruchy wojennej. Tymczasem, od 1939, Gombrowicz przebywa na emigracji, w dalekiej Argentynie, więc wszystkie opisywane wydarzenia, jak również całe tło, to projekcja wyobraźni autora. Jak zaznacza w bardzo krótkim wstępie Gombrowicz przedstawiona Polska to Polska imaginacyjna, czasem pewnie pomylona, a czasem fantastyczna.

czwartek, 31 stycznia 2013

Książki i świat



"Książki to także świat, i to świat, który człowiek sobie wybiera, a nie na który przychodzi."

Wiesław Myśliwski Traktat o łuskaniu fasoli

środa, 30 stycznia 2013

Skąd się brali SS-mani?



Jest oczywistym, iż spośród ludzi różnego autoramentu, wśród których nie brakowało fanatyków, opętanych żądzą władzy i zwykłych sadystów. Łatwo wierzyć w to, że to były potwory. Jest to jednak z gruntu rzeczy fałszywy obraz, choć dobrze działający na naszą psychikę. Prawda, iż byli to w większości normalni ludzie, tacy jak większość z nas, jest trudna do ścierpienia. Natomiast pełna prawda - mówiąca, iż nie jest nawet potrzebna żadna ideologia, poczucie narodowej wspólnoty i wyższości rasowej czy nienawiść do dawnych wrogów, wystarczy tylko praca w odpowiednich warunkach i odrobina władzy, by z ludzi zrobić zwierzęta, wręcz boli nasze umysły. Niestety liczne badania naukowe i eksperymenty* potwierdzają, że wszyscy, za wyjątkiem nielicznych, wyjątkową prawością obdarzonych, możemy stać się SS-manami. Nie musimy nawet przytaczać owych kontrolowanych środowisk, w których do takich właśnie przemian doprowadzano, by zobaczyć, jak zwykli ludzie skazują innych na śmierć, cierpienie, upodlenie. Choć mają możliwość, by ratować, nie czynią tego i nie mają nawet sobie niczego do zarzucenia. Możemy to na co dzień zobaczyć w naszym społeczeństwie. Zajmijmy się Narodowym Funduszem Zdrowia i Zakładem Ubezpieczeń Społecznych.

NFZ ma 1,8 oszczędności!** Swoją drogą, to chyba jakaś liczba dla jednych przeklęta, a przez drugich ulubiona, gdyż w 2009 roku tyle właśnie wydano na pensje pracowników ZUS, które tylko w tamtym roku wzrosły średnio o 338 złotych***! Ciekawe ilu rodaków miało takie podwyżki? Co rok to lepiej. Teraz dowiadujemy się, iż na premie dla 280 urzędników z warszawskiej centrali NFZ przeznaczono 1 milion 800 tysięcy złotych (znowu magiczna liczba 1,8). Średnia premia wyniosła więc 6428,57 zł. Urzędnicy z NFZ, poza premiami, otrzymali też nagrody, w 2012 r. średnio w wysokości 3000 zł.****. Jak to jest, że instytucje, które choćby chorym na SM nie są w stanie zapewnić refundacji leków na poziomie nawet najbiedniejszych krajów Europy, które nie są w stanie rencistom i emerytom zapewnić godziwego życia, mają oszczędności i pieniądze na premie? Czy mają sumienie ludzie, którzy zasłaniając się brakiem pieniędzy odmawiają pomocy chorym, skazując ich na cierpienia, kalectwo, a nierzadko i śmierć, sami jednocześnie obdarowując się nawzajem premiami i nagrodami? Czy naprawdę kula karabinowa, Cyklon B albo szubienica jest gorsza od kartki papieru, z której chory dowiaduje się, iż nie dostanie leku, gdyż ktoś inny musi robić oszczędności, którymi zapracuje sobie na premię? SS-mańskie metody przynajmniej były szybkie, a ludzie umierali w środku piekła zwanego wojną, a nie w środku demokratycznego społeczeństwa, którego władze przyklaskują społecznym zbiórkom na chorych, a same dzielą się pieniędzmi, które mogłyby przeznaczyć na ratowanie ich zdrowia i życia, na oszczędzenie bólu, na poprawienie bytu biedoty w kraju, w którym renciści niejednokrotnie dosłownie przymierają głodem. Dlaczego nie znajdzie się w szeregach ZUS-u i NFZ ani jeden odważny, który ratowałby ludzi, do opieki nad którymi instytucje te są powołane i przeciwstawił się takim praktykom? Który potępiłby te wyroki śmierci w białych rękawiczkach? Przecież za bunt nie grozi im ani obóz koncentracyjny, ani szubienica czy zesłanie na front wschodni. ZUS powie, że dba o rencistów i emerytów, a NFZ, iż ratuje życie. Nieprawda. To my ratujemy. To my, podatnicy, dajemy na ZUS, NFZ, na chorych i emerytów. Oni mieli tylko dzielić, a nie robić oszczędności i obrzucać się nawzajem nagrodami. Zanim więc użyjecie słowa SS-man jako synonimu zła absolutnego zastanówcie się, tym bardziej, iż choć w ZUS-ie ani w NFZ nie objawił się publicznie żaden sprawiedliwy, to wśród gwardzistów Hitlera byli tacy, którzy postawili swe życie na szalę dla ratowania przedstawicieli niższej rasy, jak choćby oficer SS Leichner, który do dziś ma ufundowaną przez miejscowych Polaków kapliczkę we wsi Biała w Puszczy Noteckiej. Marzy mi się, bym usłyszał, że ktoś w ZUS lub NFZ się zbuntował i uratował życie jakiemuś rodakowi stawiając je wyżej niż prywatę i ciepłą posadkę. I nie wstydził się publicznie pokazać, ż tak można, że inni czynią źle. To chyba jednak tylko marzenia.

Dlaczego o tym piszę? Z przebiegu Eksperymentu Stanfordzkiego* wynika, że ludzie będący częścią systemu nie mają możliwości wyrwać się ze swych ról katów i ofiar, za wyjątkiem obdarzonych osobowością herosów, ale takich jest niewielu. Jedynie osoby z zewnątrz mogą próbować wpłynąć na zmianę sytuacji. Czynię to więc na miarę moich możliwości i piętnuję, i wołam. Może ktoś to usłyszy i kogoś, kto ma większe możliwości, też sumienie ruszy i uruchomią się, niczym kawałki domina, resztki przyzwoitości we władzach naszego kraju. Choć nadziei nie mam


Wasz Andrew

Ps. Wczoraj wieczorem w Ekspresie Reporterów (TVP2) oglądałem reportaże z dwóch spraw, o których już wcześniej słyszałem. Jedna to historia eksmisji człowieka w stanie agonalnym przeprowadzona wbrew stanowisku obecnego na miejscu lekarza i komornika (!sic) przez Wojskową Agencję Mieszkaniową. Nieszczęśnik ten zmarł kilka godzin później. Urzędnicy WAM, którzy pewnie co niedzielę, o ile nie częściej, biegają do kościółka, nie mogli poczekać i przesunąć eksmisji nawet o jeden dzień! Druga to historia młodego chłopaka, który za kradzież węgla z PKP poszedł siedzieć i zmarł, gdyż nikt nie chciał słuchać ani jego, ani matki. Nikt nie przyjmował do wiadomości, że jest poważnie chory, a lekarze więzienni tak go leczyli, aż zszedł w szpitalu, choć gdyby od razu rozpoczęto prawidłowe leczenie, nie byłoby problemów. W obu wypadkach uderzająca jest postawa urzędników. Jeśli nie popełniono przestępstwa, właściwie, jeśli im go nie udowodniono, to nic się nie stało. Dla takich ludzi nie ma czegoś takiego jak współczucie, godność, bycie porządnym człowiekiem. Takie kryteria oceny dla nich nie istnieją, a słowa "szkoda", "przepraszam" czy "żałuję" nie przechodzą im przez usta. Jeśli nie ma odpowiedzialności, nie ma problemu. Na pytanie o poczucie przyzwoitości, jedna z osób odpowiedziała: „Jestem urzędnikiem, kieruję się przepisami prawa.” Szkoda, że tylko wybiórczo i trzymając się jednych przepisów narusza inne, w dodatku nadrzędne, jak ustawy i Konstytucję. Jakoś kojarzy mi się to z usprawiedliwieniem typu „Taki miałem rozkaz”.

 I Jeszcze jedno. W tym kraju prawie wszyscy deklarują się jako katolicy i mają poczucie wyższości w stosunku do niewierzących, wierzących w innego boga, a zwłaszcza wobec wyznań mniej licznych, jak choćby Świadków Jehowy. Może przyjrzyjmy się tym ostatnim, o których już kiedyś pisałem. Oni nad prawa ludzkie przekładają Prawa Boskie i kto o tym zapomina, jest wykluczony ze wspólnoty wierzących. U nas kiedyś latało się do spowiedzi, by uspokoić sumienie. Teraz już nawet tego nie ma. Może już sumień nie ma. I to niech będzie ostateczny komentarz.


* Wspomnę choćby Stanfordzki Eksperyment Więzienny (Stanford Prison Experiment – SPE) z 1971 roku (można sobie wygooglować – warto)
** http://www.se.pl/wydarzenia/kraj/18-miliarda-oszczednosci-w-nfz-arukowicz-wydaj-te-pieniadze-na-leczenie-mojego-synka_299930.html 
*** http://nczas.com/wiadomosci/oblicza-socjalizmu/raport-nik-zus-rozdaje-miliony-na-premie/ 
**** http://www.se.pl/wydarzenia/kraj/gigantyczne-premie-dla-urzednikow-z-nfz-otrzymali-prawie-2-miliony-zlotych_303598.html