Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.
czwartek, 3 stycznia 2013
O cenzurze
"Za komuny przynajmniej było wiadomo, o czym nie można pisać i co trzeba wydawać w podziemiu. Cenzura ekonomiczna okazała się znacznie bardziej nieprzewidywalna i drapieżna."
Mariusz Zielke Wyrok
środa, 2 stycznia 2013
Objawił się polski Larsson?
Wyrok
Mariusz Zielke
Czarna Owca 2012seria/cykl wydawniczy: Czarna Seria
Kiedy w moje łapki trafił, nieco przypadkiem zresztą, Wyrok Mariusza Zielke, nie bardzo się paliłem do lektury. Coś tam o tej książce i o autorze pozytywnie obiło mi się o uszy, ale nauczony smutnym doświadczeniem nie dowierzałem naszym krytykom i ich głosom. „Dobre bo polskie” zawsze kojarzy mi się z przekorną myślą, iż pewnie rzecz oznaczana podobnymi etykietkami niewiele ma zalet poza tym, że jest „nasza”.
W końcu, gdy stosik książek oczekujących na moim biurku w kolejce na przeczytanie nieco się przerzedził, przyszła kolej i na to opasłe dość tomisko. Szata graficzna okładki, faktycznie kojarząca się nieco z Millennium Stiega Larssona (wydanym przez tę samą oficynę wydawniczą), podsyciła we mnie po równo nadzieję, jak i obawę. Nadzieję, iż w końcu w Polsce pojawi się ktoś podobny do wielkiego Szweda i obawę, iż to tylko tani chwyt marketingowy, a mnie czeka jedynie kolejny zawód. Zebrałem się jednak na odwagę i śmiało zacząłem czytać.
Od pierwszych stron lektury narzucają się nam analogie między wspomnianymi autorami i ich powieściami. Głównym bohaterem Wyroku jest polski dziennikarz Jakub Zimny, w wielu aspektach przypominający Bloomkvista z trylogii Millennium. Styl prowadzenia akcji, klimat i oparcie w głęboko zdiagnozowanych problemach społecznych, stopień komplikacji fabuły i jej wielowątkowość, a nawet maniera literacka obu autorów są podobne. Zielke zresztą wielokrotnie w swej powieści, mniej lub bardziej wprost, nawiązuje do sławnego kolegi po piórze ze Szwecji i jego trylogii, czym dodatkowo uwodzi czytelnika, gdyż robi to z rzadko spotykanym wyczuciem.
Głównym tematem Wyroku jest świat polskich finansistów i polityków będący totalną patologią, podobnie jak nasze media zapewniające mu osłonę przed społecznym oburzeniem. Jak będzie przebiegać walka Zimnego z polskim bagnem nie zdradzę. To trzeba przeczytać.
Czytelnik, który dotąd nie za bardzo interesował się ekonomią, finansami, działaniem mediów i mechanizmami polityki może na początku książki odczuwać pewną trudność, nim zapozna się z niektórymi terminami ekonomicznymi. Zapewniam jednak, że jest to niczym w porównaniu z tym, co czeka czytelników przy pierwszych spotkaniach z dobrą marynistyką chociażby, gdzie bez uporczywego poszerzania wiedzy trudno o prawidłowy odbiór. W lekturze Wyroku słownik pewnie nie będzie nawet potrzebny, jeśli tylko ktoś nie jest ostatnim leniem umysłowym i będzie czytał uważnie. Koncentracja jest niezbędna również ze względu na komplikację fabuły, liczne odniesienia do rzeczywistości i refleksje, które lektura wywołuje, a to wymaga wielokrotnie równoległego myślenia na kilku płaszczyznach. Mimo tego książka wciąga niczym najlepsza powieść akcji do tego stopnia, że odkładałem ją dopiero wtedy, gdy musiałem.
Zawsze podkreślałem, że jestem wielbicielem szwedzkiej szkoły kryminału społecznego i ubolewałem nad tym, iż nie mamy w naszym kraju autorów piszących w tym kanonie. Nie ma co ukrywać – Mariusz Zielke przełamał tę złą passę. W Wyroku mamy wszystko, czego potrzebuje dobry kryminał społeczny – i zabójstwa, i ich umocowanie w społecznej patologii, napięcie i klimat, jednym słowem styl i szyk. Brak mi trochę wielotorowości Larssona, który nie koncentrował się na jednym temacie, ale jednocześnie atakował kilka dysfunkcji społeczeństwa szwedzkiego. Rozumiem jednak, że być może Zielke nie chciał się rozdrabniać, nie chciał naraz pokazywać wszystkich wad dzisiejszej Polski, by nie zostać okrzykniętym zdrajcą i polakofobem. I tak, mimo wszystko, wyszło na to, że Polska jest dzikim krajem, gorszym niż niejeden z najbardziej egzotycznych zakątków świata. Pewnie wielu czytelników zastanawiać się będzie, czy nie przesadził?
Kto miał choć jaki taki kontakt z polskim sądownictwem, policją i służbami, kto choćby tylko uważnie i krytycznie ogląda telewizję, tak jak się za komuny oglądało, ten wie, że naprawdę jest jeszcze gorzej. Nie trzeba porównywać, przywołanej również w powieści, sprawy piramidy finansowej stworzonej przez Bernarda Madoffa, który już odsiaduje faktyczne dożywocie, do jej naszego odpowiednika, czyli sprawy afery Amber Gold, która zdaje się powoli umierać ze starości. Lepiej wspomnieć wyciszone szybko głosy inwestorów Amber Gold, którzy kilkakrotnie przed kamerami się żalili, iż w postępowaniu dotyczącym Amber Gold są traktowani jak należy (sic!), ale gdy chcą rozmawiać w sprawach innych podobnych przedsięwzięć, w których ich oszukano, to nikt nie chce ich nawet wysłuchać! Wystarczy wspomnieć nagradzany program Państwo w państwie. Wystarczy wspomnieć dziesiątki afer, które wszystkie pozamiatano pod dywan czy, jak w przypadku afery solnej, nawet nie wstrzymano przestępczej działalności i nie udawano, że się coś w tej sprawie robi. W każdym normalnym kraju jedna z takich afer wystarczyłaby, by wywołać trzęsienie ziemi, które zmiotłoby całą scenę polityczną, a nie tylko partię rządzącą, ale u nas nic się nie dzieje. Ba – szarzy ludzie są gotowi skakać sobie do gardeł w obronie swoich sympatii politycznych i mają gdzieś, że wszyscy główni gracze do spółki z gangsterami biznesu ich okradają. Mają gdzieś, że już za kilkanaście lat emerytury, za wyjątkiem nielicznych wyjątków, będą głodowe, że nie będzie tego, co jeszcze niedawno było normą w całym demokratycznym świecie – powszechnego dostępu do szkolnictwa i świadczeń medycznych. Można tak ciągnąć w nieskończoność. Po prostu Polska nie jest normalnym krajem, a Polacy nie są normalnym społeczeństwem i w moim odczuciu zakończenie Wyroku jest absolutnie nierealne. Nawet najarany optymista w taki koniec, którego zresztą nie zdradzę, w naszych realiach nie uwierzy, chyba że w dodatku jest po prostu głupi. Przepraszam wszystkich za mocne słowa, ale mam przekonanie, iż tak właśnie jest. Polska polityczna góra jest niczym Gomorra w stadium daleko bardziej posuniętej degeneracji niż ta włoska. W naszym wielkim biznesie i polityce takie hasła jak przyzwoitość już nie istnieją. Jedynym wyznacznikiem, powodem i usprawiedliwieniem, ceną i nagrodą jest kasa. Kasa i władza; władza dla kasy, kasa dla władzy. Jeśli trzeba kogoś okraść, jeśli trzeba zatruć środowisko czy nawet zabić, nie ma problemu, jest tylko kwestią za ile. A zresztą – ile jest warte życie ludzkie? Na pewno dla tysiąca nie warto zabić, ale dla miliona? A dla dziesięciu, w dodatku nie samemu i osobę, której nawet nie znamy? Ten temat Zielke, z powodów, które chyba rozumiem, potraktował zbyt łagodnie, ukazując granicę między gangsterami i biznesmenami; granicę której tak naprawdę już często nie ma. Jest już tylko granica między dobrymi i złymi ludźmi, ale takiego podziału nie używa się już nie tylko w naszej polityce, ale nawet w kościele.
Poza głównym tematem powieść ma wiele smaczków, prawdziwych perełek, jak choćby ukazanie sieci i internetu jako, wbrew powszechnemu mniemaniu, środka masowego przekazu podatnego na cenzurę i manipulację nie mniej, niż prasa czy telewizja, a może nawet bardziej. Nie będę się jednak rozwodził nad drobiazgami. Diabeł tkwi w tych szczegółach i zapewniam, że są warte samodzielnego poznania i docenienia.
Znów wracamy do porównań między Larssonem i Zielke. Pierwszy miał łatwo. Pisał o kraju, w którym, jak w każdym, są jakieś patologie, i choć nie da się wygrać z nimi wojny, gdyż są emanacją odwiecznej walki dobra ze złem, to realne jest wygrywanie bitew i ma sens walka o to, by tego zła było jak najmniej. Nasz pisarz miał przed sobą prawdziwe wyzwanie; jak napisać powieść o walce dobra ze złem, której akcja rozgrywa się w kraju, gdzie występek jest normą, a cnota wyjątkiem? Gdzie ludzi dzieli się na swoich i obcych, a nie na dobrych i złych? Gdzie urzędujący urzędnik państwowy wysokiego szczebla potrafi powiedzieć do kamery, iż nic nie zrobił w sprawie ewidentnego aferalnego łamania prawa, gdyż każdy w Polsce wie, że duży może więcej, a wielki może wszystko… Gdzie taki drugi kraj, gdzie ludzie są gotowi podpisywać listy w obronie pedofila tylko dlatego, że jest księdzem, którego zresztą widują w większości raz na tydzień przez godzinę w kościele i nic o nim nie wiedzą? Jak w takim kraju napisać zakończenie, które byłoby realne, a nie zniechęciło i nie przestraszyło ostatnich prawych i sprawiedliwych? Nie wiem. Jest to niemożliwe zapewne i z tego powodu moje uwagi o nierealnym zakończeniu nie są zarzutem wobec autora, a jedynie wyrazem żalu i rozpaczy nad tym, co się dzieje z naszym krajem, który po raz kolejny zaprzepaszcza szansę, którą dała mu historia.
Wracając do Wyroku i Mariusza Zielke – zdecydowanie najlepsza polska powieść w swej klasie i autor, który jako pierwszy nie uciekł w przeszłość, przyszłość ani płytkość, tylko sięgnął do tego, co nas zgubi, gdyż osobiście nie wierzę, by dało się to jeszcze naprawić. Zapraszam do lektury, dla mnie nieco dołującej, ale bezapelacyjnie wspaniałej
Wasz Andrew
Józef Ignacy Kraszewski "Zygmuntowskie czasy" - Dawno i nieprawda
Zygmuntowskie czasy
Józef Ignacy Kraszewski
Wydawnictwo: MG
Liczba stron: 418
Józef Ignacy Kraszewski często określany
jest mianem człowieka instytucji. Rzuciwszy okiem na zakres jego
działalności, trudno się z tym stwierdzeniem nie zgodzić. Kraszewski był
zarówno pisarzem jak i wydawcą, publicystą, historykiem jak również
działaczem społecznym i politycznym. W swoim długim życiu (1812 – 1887)
spłodził 232 powieści. Ta zawrotna liczba pozwala mu piastować palmę
pierwszeństwa, jeśli chodzi o liczbę wydanych dzieł w całej historii
polskiej literatury. Niestety ilość nie zawsze idzie w parze z jakością.
U Kraszewskiego obok dzieł bardzo dobrych, do których zaliczam Starą baśń, spotkać można pozycje zdecydowanie słabsze, jak np. Zygmuntowskie czasy.
poniedziałek, 31 grudnia 2012
Szczęśliwego Nowego Roku!
W Nowym 2013 Roku życzę Wam wszystkim, tego co i sobie, by Bóg dam nam cierpliwość, byśmy się pogodzili z tym, czego zmienić nie jesteśmy w stanie, by dał nam siłę, byśmy zmieniali to, co zmienić możemy i by dał nam mądrość, abyśmy odróżniali jedno od drugiego. A poza tym zdrowia i miłości życzę...
niedziela, 30 grudnia 2012
Zasady walki
"To żaden pieprzony pokaz Bruce'a Lee, chłopcy. Jeśli jakiś sukinsyn będzie na tyle głupi, żeby stanąć w sportowej pozycji gotowości, zastrzelcie go albo rąbnijcie łopatą w łeb."
Jan Guillou Wróg wroga
sobota, 29 grudnia 2012
Dobro i zło
"Dobro i zło muszą istnieć obok siebie, a człowiek musi dokonywać wyboru."
Mahatma Gandhi
motto powieści Ivo Vuco Synonim zła
piątek, 28 grudnia 2012
W dwóch światach
Piękny umysł (2001)
(oryg. A Beautiful Mind)
reżyseria: Ron Howard
scenariusz: Akiva Goldsman
pełna „lista płac”
Tytuł Piękny umysł obił mi się o uszy już wielokrotnie, zapewne podobnie jak wielu z Was, których jak i mnie, kinomanami trudno określić. Kiedy więc kilka dni temu można było obejrzeć ten film w telewizji, skorzystałem z okazji, choć absolutnie nie wiedziałem czego się spodziewać. Byłem jak tabula rasa, na której miały się zapisać wrażenia z seansu nieskażone cudzymi opiniami i sądami autorytetów.
Piękny umysł jest biograficzną opowieścią, nie do końca co prawda zbieżną w szczegółach z autentyczną historią i książką pióra Sylvii Nasar pod tym samym tytułem z 1998 roku, na której podstawie powstał, ale to nie ma w tym akurat przypadku większego znaczenia. Główną postacią, której życie poznajemy, jest John Forbes Nash Jr (Russell Crowe). Śledzimy jego drogę do Nagrody Nobla, perypetie jego miłości do jednej ze studentek (Alicia Larde – w tej roli Jennifer Connelly) i walkę z postępującą schizofrenią paranoidalną, która sprawia, iż żyjąc w naszym świecie, genialny matematyk żyje jednocześnie w innym, dla nas niewidocznym, przenikającym się z tym realnym i zaludniającym nasz świat postaciami, które widzi tylko John.
Bardzo się cieszę, że przed obejrzeniem filmu nie czytałem żadnej o nim opinii. Dzięki temu mogłem w pełni cieszyć się seansem, nie wiedząc jak się skończą poszczególne wątki historii ani w którym momencie nastąpią punkty zwrotne. Krytycy filmowi, za co ich zdecydowanie potępiam, znacznie częściej niż ich literaccy koledzy, przedstawiają całość fabuły, posuwając się nawet do zdradzania kluczowych momentów i zakończenia. Odbierają widzom to, co ich samych często bawiło i co nierzadko jest jednym z atutów filmu. A Piękny umysł, mimo iż w dużej mierze biograficzny, gwarantuje nam i napięcie, i zainteresowanie tym, co wyniknie za chwilę ze sceny, która akurat się rozgrywa. I tak do samego końca.
Nie cytując dokładnie, przytoczę jednak myśl filmowego psychiatry zajmującego się Nashem. Dr Rosen (w tej roli Christopher Plummer) mówi nam, że człowiekowi trudno sobie wyobrazić, jak czuje się ktoś, którego cały świat legł w gruzach, któremu odebrano wszystko, który wszystko utracił. Jednak jeszcze trudniej wyobrazić sobie zdrowemu, jak czuje się schizofrenik, który się dowiaduje o swojej chorobie i o tym, że jego świat nie został nawet zniszczony, ale w ogóle nigdy nie istniał! „Piękny umysł” to jeden z najpiękniejszych i najbardziej poruszających filmów o walce z chorobą psychiczną w historii kina.
Jakby tego było mało, mamy jeszcze cudownie poprowadzony wątek związku Nasha z jedną ze studentek (wspomniana Alicja Larde), który sprawia, iż film jest piękną historią wielkiej miłości, takiej „na dobre i na złe”, która nie umiera nawet wtedy, gdy przychodzi złe nie z tego świata.
Role Nasha i Larde to prawdziwa wirtuozeria. Crowe i Connelly dają prawdziwy popis gry aktorskiej, która już nie jest rzemiosłem. Nie gorzej wypadają role drugoplanowe. O tym poziomie nasze „gwiazdy” mogą tylko marzyć. Nie da się obrazów z Pięknego umysłu wyrzucić z pamięci, podobnie jak wzruszeń i przemyśleń, do których nas zmusza. Gdyby przyznane mu nagrody ustawić na jednej półce, wyglądałaby imponująco i niesamowicie: cztery Oscary, cztery Złote Globy, dwie BEFTA oraz osiem innych nagród. I na pewno nie zostały one przyznane na wyrost. Dla mnie jednak ważne są jeszcze inne rzeczy.
W filmie jest moment come back’u Nasha do Pricneton, sięgnięcia po Nagrodę Nobla i powszechne uznanie (nie zdradzam chyba fabuły, gdyż każdy wykształcony wie, kto to Nash, nawet humanista, podobnie jak nawet matematyk wie, kto to Szekspir). Mam wrażenie, iż w Polsce przyjaciele z uczelni raczej by przeszkadzali w powrocie szalonemu koledze po fachu, zwłaszcza posiadając świadomość, iż jest on lepszy od nich i może ich wyprzedzić w karierze. Nasz model wyścigu szczurów odbiega od modelu amerykańskiego i wciąż bardziej przypomina polskie piekło, niż jakikolwiek wyścig. Oczywiście, że Piękny umysł to ukryta reklama MIT-u (Massachusetts Institute of Technology) i Princeton, jednych z najlepszych uczelni na świecie, ale może między innymi dzięki takiemu właśnie podejściu do indywidualności są one tym, czym są? Mekką najpiękniejszych umysłów na świecie, która obiecuje wyrozumiałość wobec odmienności i docenienie geniuszu?
Mam wrażenie, że w naszym zbiurokratyzowanym systemie, w którym liczą się testy, punkty i średnie, nie ma miejsca dla takich jak Nash. To smutna refleksja i tym bardziej bolesna, iż ta nasza urawniłowka preferująca cieniaków i średniaków, a zwłaszcza kombinatorów i cwaniaków, była niedawno tematem mojego felietoniku o systemie stypendialnym odzierającym wybitnych z godności i środków finansowych, gdyż jest z tym chyba z roku na rok gorzej i nie widać końca tego trendu.
Powracając do samego filmu; trwa 2 godziny i 15 minut, lecz ani przez chwilę się nie dłuży. Wciąga niczym najlepsza sensacja, romans i dramat w jednym, a jeszcze w dodatku, mam taką nadzieję, skłoni choć kilka osób do zainteresowania się teorią gier i matematyką, która rządzi wszystkim, niezależnie od tego, czy tego chcemy, czy nie. Ale to już temat na osobne rozważania. Gorąco zapraszam do obejrzenia Pięknego Umysłu
Wasz Andrew
czwartek, 27 grudnia 2012
Kmicic na emigracji
Synonim zła
Ivo Vuco
Bellona 2012
Synonim zła to powieściowy debiut Ivo Vuco, Serba z urodzenia, a Polaka z wyboru i częściowo z krwi. Do lektury przystąpiłem bez żadnych informacji wstępnych, bez zapoznawania się nie tylko z recenzjami, ale nawet z notką zamieszczoną na okładce. Książka okazała się wielkim zaskoczeniem, w pozytywnym tego zwrotu znaczeniu, i momentalnie wciągnęła mnie tak bardzo, iż pochłonąłem ją w jednym, nieprzerwanym zaczytaniu.
Pisarz zaserwował nam fikcyjną opowieść, zawierającą jednak elementy autobiograficzne, napisaną, zabieg już w literaturze nienowy, w formie wspomnień lokatora celi śmierci. Głównym bohaterem powieści jest Bartłomiej Shmidt – Polak, którego marzeniem życia był New York; magiczne miasto za Wielką Wodą. Nie to, co będzie w nim robił, nie osoby, które w nim pozna, ale po prostu sam fakt, by tam dotrzeć, żyć i być może umrzeć. Od razu i bez żadnego owijania w bawełnę stwierdzę, iż od dawna już nie czytałem niczego z pogranicza gangsterki, sensacji i kryminału, co tak by mnie przekonało. Fabuła, choć nieco schematyczna, zawiera jednak ewidentny powiew świeżości, nowe pomysły i wyraźny odcisk indywidualności, który, mam nadzieję, stanie się znakiem firmowym pisarza. Świetnie oddane są klimaty miejsc, środowisk i wydarzeń. Akcja jest niezwykle dynamiczna, postacie wyraziste i, co dość rzadkie ostatnio, przekonujące charakterologicznie. Bartek od razu kojarzy mi się z głównym bohaterem Potopu – niezbyt głęboko zarysowaną, ale silną osobowością, budząca wielką sympatię czytelnika pomimo ewidentnych wad; niedostatków intelektu, moralności i zdrowego rozsądku. To jednak właśnie te wady poniekąd stanowią o oddziaływaniu na czytelnika obu postaci – sienkiewiczowskiej i tej nowej. Książka ma więc wszystko to, co niezbędne by mieć szanse na znalezienie się w absolutnej czołówce gatunku, nie tylko w Polsce. Choć styl nie jest może tak cyzelowany, jak na przykład u Marka Krajewskiego, to jednak biorąc pod uwagę bohatera i tematykę opowieści, jest odpowiedni; ani zbyt prymitywny, ani zbyt „literacki”. Film nakręcony w Hollywood na podstawie tej książki na pewno byłby hitem.
W postaci Bartłomieja Shmidta Ivo Vuco perfekcyjnie oddał to, co odróżnia Polaków od wielu innych narodów, choćby od Skandynawów, i co jest jedną z naszych największych słabości. Moralność, która uważa, że nie wolno okradać i mordować ludzi, ale okradanie instytucji nie jest naganne. A państwo jest największą instytucją i najłatwiej ją okraść. Brak nam poczucia, że tylko mocne i bogate państwo może zagwarantować bezpieczeństwo i spokojne życie zwykłym obywatelom, a biedne i słabe państwo, jak pisał Guillou, to szeroko otwarte wrota dla mafii i innych patologii. To dziwne, że wiedzą o tym Szwedzi, na nie czują tego Polacy, którzy tylokrotnie z własnej po części winy tracili niepodległość i ponosili konsekwencje prywaty i warcholstwa swych rodaków. Niestety, Kmicice wciąż budzą naszą sympatię. Nic się tu nie zmieniło i oby dalsze losy Polski nie powtórzyły się kiedyś w konsekwencji wciąż powtarzanych w kółko grzechów.
Gdy czytałem Synonim zła, ze wzmożoną siłą powróciły do mnie pytania, które niejednokrotnie nękały mnie w przypadku lektur wielu innych książek wydanych w obecnych czasach, w czasach komputerów. - Jak to jest, że gość pisze naprawdę rewelacyjną powieść i psuje ją ewidentnymi wpadkami? Przykłady? „Granat gazowy i trutka na szczury przeszkodzi psom w złapaniu śladu mechanoskopijnego.” Psy „łapią” ślady odorologiczne (osmologiczne). Śladem mechanoskopijnym jest na przykład ślad po łomie na krawędzi drzwi czy na ościeżnicy. Co miałby z tym robić pies? Polizać? Żenada! Nie wspomnę o tym, że bohaterowi, który ma tylko jedną nogę, można założyć łańcuchy na kostki obu nóg. Ivo Vuco potrafi!
Wydanie książki nie jest dziełem jednej osoby. Przynajmniej kilka powinno ją przeczytać i na pewno przynajmniej kilka bierze pieniądze za to, by wyłapać i usunąć błędy wszelkich rodzajów. Mają pomoce, których kiedyś, choćby w czasach Conan Doyla czy Sienkiewicza, nie było; komputery, programy, kursy szybkiego czytania, kursy koncentracji, całą wiedzę internetu. I walą gafy, po których w dawnych czasach pisarz i wydawnictwo popełniliby zbiorowe samobójstwo w najbardziej ustronnym kącie piwnicy w budynku wydawnictwa. Jak to jest, że NIKT spośród ekipy zaangażowanej w wydanie powieści ani nikt z recenzentów nie zauważył błędów karygodnych z punktu widzenia elementarnej wiedzy i logiki powieściowych faktów? Pomyłkę pisarza jestem w stanie zrozumieć i nawet nie ma czego wybaczać. Nie ma ludzi nieomylnych, a nie mylą się tylko ci, którzy nic nie robią, ale cała reszta? Nie ma już niczego takiego jak czytanie ze zrozumieniem? Czy wszystko musi być niedorobione? Cywilizacja badziewia? Ja tego nie trawię.
Pomijając jednak ewidentne wpadki, na których wspomnienie krew się we mnie burzy, gdyż wystarczyłby jeden uczciwy i rzetelny recenzent, aby je poprawić, muszę ocenić powieść bardzo wysoko. Nie są wspomniane wady, poza momentami, w których się objawiają, na tyle ważkie, by zepsuć prześwietną ucztę czytelniczą, jaką jest Synonim zła. Mam przeczucie, iż Ivo Vuco jest wschodzącą gwiazdą gatunku na firmamencie nie tylko polskiej literatury i z pełnym przekonaniem zachęcam do przeczytania jego pierwszej powieści; pomimo wspomnianych niedoróbek jest wspaniała
Wasz Andrew
Za egzemplarz tej książki dziękuję serwisowi nakanapie.pl
Subskrybuj:
Posty (Atom)





