Dzisiaj kolega mnie zapytał: Czy wiesz co to jest nekrofilia? No ja na to trzasnąłem regułkę... A on na to: To pociąg do zakopanego!!!
Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.
niedziela, 16 września 2012
Klaus Mann "Mefisto" - Trefniś hitlerowskiego piekła
Mefisto
Klaus Mann
Tytuł oryginału: Mephisto
Tłumaczenie: Jadwiga Dmochowska
Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy
Seria: Klub Interesującej Książki
Liczba stron: 355
Thomas Mann, to z pewnością osoba, która
każdemu czytelnikowi przywodzi na myśl jakieś skojarzenia: literacka
nagroda Nobla z 1929 roku, autor takich powieści-fundamentów literatury
niemieckiej jak Czarodziejska góra, Doktor Faustus, czy Śmierć w Wenecji.
Ciekawi mnie zatem, ile osób wie, że Mann mógł pochwalić się całkiem
licznym potomstwem, bo aż szóstką dzieci, z czego dwoje z nich
postanowiło pójść w ślady ojca i chwycić za pióro: Klaus i Erika.
sobota, 15 września 2012
Sarkazm
Angielskie powiedzenie (przypisywane niekiedy Oscarowi Wilde (Sarcasm is the lowest form of humour but the highest form of wit).
piątek, 14 września 2012
Ranczo Wilkowyje
Od jakiegoś czasu mamy możliwość w TVP1 oglądać serial Ranczo Wilkowyje. Ja takie produkcje zwykle omijam z daleka, jednak w pewnym zakresie mam z nimi do czynienia, gdy inni domownicy siedzą przed telewizorem, a sam zajmuję się książką lub komputerem. Nie dziwię się im, że to oglądają, gdyż geniusze po wielogodzinnej wytężonej pracy umysłowej muszą się chyba trochę ogłupić, żeby odpocząć. Tak myślałem, ale nie widziałem w tym serialu niczego ciekawego, podobnie jak w innych podobnych produkcjach.
Już od dawna miałem zamiar skrytykować na mym blogu stały element Rancza, jakim jest ławeczka przed sklepem, na której miejscowi alkoholicy przyjmują swoją codzienną dawkę napojów, których spożywanie w miejscach publicznych jest zabronione. Ewidentnie jest to propagowanie alkoholizmu jako stylu życia, a co za tym idzie - łamanie prawa.
Kilka tygodni temu zdarzyło mi się oglądnąć cały odcinek Rancza i... zaciekawiło mnie. Odtąd chętnie włączam telewizor zawsze, gdy jest emitowane. Nie z powodu gry aktorów, która choć sympatyczna, jest obciążona tymi wszystkimi wadami, które są normą w polskiej sztuce aktorskiej i które sprawiają, że Oskary zdobywają Polacy różnych profesji, ale nie tej. Urzekły mnie alegoryczne obrazy naszej rzeczywistości. Postacie wójta (obecnie senatora), Czerepacha i innych są prześwietne, a ukazanie Kościoła, mechanizmów polityki i władzy, jest rewelacyjne. Ktoś marzący o karierze politycznej może podpatrzeć różne ciekawe chwyty, powszednie dla członków klasy rządzącej (zwanej też klasa polityczną), a szokujące dla zwykłych ludzi, którzy z tym środowiskiem jeszcze nie mieli do czynienia. Inna sprawa, że Kościół, tą polską władzę dusz, potraktowano zdecydowanie bardziej ulgowo, niż władzę świecką. Pięknie oddane są również różne mechanizmy i postawy obecne w dzisiejszej wsi polskiej. Nie wiem, jak będzie dalej, ale ostatnie odcinki były rewelacyjne. Szkoda tylko, że nadawane są w godzinach, gdy młodzież siedzi przed telewizorami, bo jednak ta pijacka ławeczka stanowi kuszącą alternatywę wobec pozostałych nisz społecznych, które czekają na młodych. Zwłaszcza kusi swego rodzaju uczciwością moralną, która przeciwstawiona jest Kościołowi, który za pieniądze na remont świątyni jest gotów przymknąć oczy na ewidentne niegodziwości. O polityce i politykach już nawet nie wspominam. Oczywiście dla równowagi mamy też postacie z gruntu uczciwe, które nie dają się wchłonąć złu i którym własna moralność służy za ostateczny osąd. Niestety nie jest ich za wiele.
Większość krytyków wychwala serial za humor. Szczerze mówiąc, ja widzę mnóstwo ironii, lecz powodów do szczęśliwego, beztroskiego śmiechu nie zauważam. Czasami mamy chyba wręcz do czynienia z sarkazmem, a nie ironią. Chyba, że dla kogoś śmieszne jest zło pleniące się niczym Barszcz Sosnkowskiego, zanik zwykłej ludzkiej przyzwoitości, państwo z każdym rokiem ulegające dalszej degrengoladzie, czy Kościół bardziej nastawiony na mamonę, niż niejedna świecka organizacja pożytku publicznego. Tym, którzy w trakcie seansu Rancza beztrosko się śmieją, dedykuję wiecznie żywe słowa Nikołaja Gogola: „Z czego się śmiejecie? Z siebie samych się śmiejecie!”
Ciekaw jestem, w jakim kierunku się to wszystko rozwinie i polecam ten serial jako wyjątkowy na tle innych tasiemców, które serwuje telewizja. Co dalej, jak wspomniałem, nie wiem,, lecz przynajmniej ostatnie odcinki były warte obejrzenia
Wasz Andrew
czwartek, 13 września 2012
Niech to się nigdy nie kończy
Åke Edwardson
Niech to się nigdy nie kończy
(oryg.: Låt det aldrig ta slut)
tłumaczenie: Małgorzata Kłos
seria/cykl wydawniczy: Erik Winter tom 4, Czarna Seria
wydawnictwo: Czarna Owca 2012
Niech to się nigdy nie kończy jest czwartą odsłoną cyklu powieściowego pióra Ake Edwardsona, którego głównym bohaterem jest komisarz Erik Winter ze szwedzkiej policji, ale dla mnie miała to być pierwsza konfrontacja z twórczością tego autora. Jako wielbiciel szwedzkiej szkoły kryminału społecznego przystąpiłem do lektury z ciekawością, a nawet zapałem.
Znacie to uczucie, gdy podczas uroczej jazdy po nowo oddanej do użytku drodze koło waszego auta wpada w dziurę, która zatrzymuje was w miejscu? Coś takiego zafundował mi Ake Edwardson i sprawił, iż zamiast pochłaniać w swej wyobraźni świat wykreowany w powieści, doznałem głębszej refleksji.
Wielokrotnie już wcześniej chodziło mi po głowie pytanie, które jednak właśnie ta lektura szczególnie mocno wyartykułowała w mym umyśle: Dlaczego ludzie obdarzeni świetnym piórem, niezłą wyobraźnią i na pewno sporą wiedzą, nie mogą się powstrzymać od wtrącania w dobry w gruncie rzeczy tekst ewidentnych bzdur? Co za diabeł cholerny ich do tego kusi, skoro właśnie te momenty, które są błędami godnymi kretyna, mogliby pominąć i niczego by to w konstrukcji fabuły nie zmieniło?
W omawianej powieści zauważyłem dwie ewidentne wpadki. Pierwsza to ryska na obiektywie, która była widoczna na zdjęciach (odbitkach). Kto chce zobaczyć, jak trzeba „zarysować” obiektyw, by było to widoczne na zwykłych odbitkach, niech zajrzy >TUTAJ<. Po co Edwardson wsadził się na taką minę? Druga to moment, gdy detektyw wchodzi przez okno. Najpierw je z zewnątrz otwiera, a potem dopiero coś pod nie podstawia i zagląda do środka, by się upewnić, że w pomieszczeniu nie ma nikogo, kto mógłby go zobaczyć. Kretyństwo! Nawet najmniej rozgarnięty stójkowy najpierw się upewni, iż nikogo w środku nie ma, a dopiero potem będzie forsował okno. Lapsusy ewidentnie niepotrzebne i nie mogę zrozumieć, jak mogły się przydarzyć komuś, kto napisał naprawdę niezłą powieść kryminalną. Niestety, Niech to się nigdy nie kończy nie jest przykładem szwedzkiego kanonu. Raczej bliżej tej powieści do produkcji zza wielkiej wody. Brak rzeczywistego zwrócenia uwagi na konkretne problemy społeczne, fabuła jakaś taka sztucznie zagmatwana i dla mnie osobiście niezbyt przekonująca, podobnie jak motywy i konstytucja psychologiczna czarnych charakterów.
Z jakim przestępstwem tym razem zmierzył się Erik Winter i jak mu się powiodło, nie będę zdradzał. To powieść ewidentnie jednorazowa, więc im mniej się wie przed jej przeczytaniem, tym większa szansa, iż się nam choć trochę spodoba. Styl jest bowiem niezły. Udało się autorowi zwłaszcza oddanie konieczności zespołowej pracy policjantów zwalczających cięższe gatunkowo formy przestępczości i wpływ tego fachu na życie prywatne. To chyba najbardziej szwedzki rys tej książki, reszta nie różni się od kolejnej odsłony Kojaka czy Policjantów z Miami. Jeśli ktoś lubi kryminały, może sięgnąć po tą powieść. Da mu pewnie ona mniejszą lub większą dozę dobrej rozrywki, ale nie lepszą niż na czwórkę w starej skali ocen. Pozostałym odradzam i polecam wybrać inną lekturę. Jest przecież w czym wybierać
wtorek, 11 września 2012
Mechaniczne pszczoły
Pszczoła pijąca wodę - foto: Bartosz Kosiorek (Gang65)
W wielu krajach rosnąca śmiertelność pszczół miodnych jest coraz większym problem, nie tylko dla pszczelarzy. Nasze środki masowego przekazu od kilku dni dmą w radosne i dumne trąby narodowej wyższości informując, iż nasi naukowcy prowadzą pionierskie prace mające na celu skonstruowanie „sztucznej pszczoły” i Polacy są na tym polu prawdopodobnie najbardziej zaawansowani.
Kiedy słucham tych wypowiedzi, mam wrażenie, iż choć drogą radosnego kapitalizmu podążamy od niedawna, to jesteśmy w tym infantylnym widzeniu świata, a zwłaszcza postępu, charakterystycznym dla neofitow boga biznesu, najbardziej gorliwi na świecie, a na to się jeszcze nakłada nasza skłonność do hurra-akcji zastępujących nam konsekwencję i rzetelną pracę. Z jednej strony jako społeczeństwo niby popieramy ekologię, gdyż tak wypada, ale z drugiej z największą gorliwością angażujemy się we wszystko, co jest jej zaprzeczeniem.
Jak uczy dorobek jednego z największych umysłów naszego narodu* warunkiem nieśmiertelności organizmu jest stagnacja, a rozwój jest gwarantem śmierci. W pewnym sensie, jeśli rozwój zamienić na postęp, a śmierć rozszerzyć nie tylko na nią samą, na śmierć całkowitą, ale i na kryzys, dotyczy to nie tylko pojedynczych osobników, ale całych populacji oraz procesów zachodzących zarówno w nich, jak i w innych zbiorach. Z tych najprostszych spraw, które intuicyjnie znane były choćby niektórym tradycyjnym kulturom Ameryki, my zdajemy się nie rozumieć niczego.
Gdybyśmy naprawdę byli ludźmi na miarę naszych czasów, mądrzejszymi od zachłystujących się wizją postępu współczesnych Juliuszowi Verne, zauważylibyśmy, że coś te pszczoły zabija. Albert Einstein miał powiedzieć podobno, iż rodzajowi ludzkiemu zostaną cztery lata istnienia od momentu, gdy umrze ostatnia pszczoła. Dziwi mnie, co zresztą świadczy o poziomie umysłowym naszych dziennikarzy, że nikt z nich nie zauważył, iż geniusz fizyki najpewniej nie miał na myśli śmierci ludzkości z braku miodu, ani nawet masowego głodu z powodu wymierania roślin będącego następstwem braku zapylaczy. Są rośliny, które zapylaczy nie potrzebują, że nie wspomnę o morzach i oceanach, gdzie jest tyle pożywienia, iż dla pewnej liczby ludzi na pewno wystarczy. Po prostu to coś, co zabija pszczoły, zabije w końcu, niekoniecznie bezpośrednio, również i nas. A my, zamiast skierować wysiłki na zbadanie tego zagrożenia i opracowanie sposobów jego wyeliminowania, konstruujemy sztuczne zapylacze. Prawdziwie ekologiczne widzenie świata!
Każda grupa społeczna, każdy naród i państwo, tak jak każda rodzina, ma pewną ilość środków do dyspozycji. Jeśli wykorzysta je na jedno, zabraknie na drugie. Środki, które spożytkujemy na konstruowanie ersatzu zapylaczy, nie zostaną wykorzystane na zbadanie podstaw problemu wymierania pszczół i opracowanie ratunku. I nie mam na myśli tylko pieniędzy i mózgów naukowców. Chodzi również o miejsce w świadomości społecznej, o mentalność całego społeczeństwa, a zwłaszcza młodego pokolenia, któremu znów wmawia się, że wszystko można zastąpić czymś, co da się skonstruować i wyprodukować, a potem sprzedać i kupić.
Wszystkim fascynatom mechanicznych pszczół i innych nowych technologii proponuję już dziś nauczyć się jeść plastik. Na tej drodze nic innego nas nie czeka.
Wasz Andrew
* Marian Mazur, którego książkę CYBERNETYKA I CHARAKTER w szczególności polecam
piątek, 7 września 2012
"Antylopa szuka myśliwego" Wojciech Albiński - Afrykańskie Safari w miejskiej dżungli
Antylopa szuka myśliwego
Wojciech Albiński
Wydawnictwo: Twój Styl
Liczba stron:164
Wojciech Albiński, autor krótkiego zbioru opowiadań Antylopa szuka myśliwego, to z pewnością postać nietuzinkowa. Rocznik 1935, student wydziału geodezji Politechniki Warszawskiej, w latach swojej młodości współredaktor pisma Współczesność, gdzie publikował pojedyncze wiersze i felietony. W roku 1963 opuścił granice Rzeczpospolitej Ludowej. Los skojarzył go najpierw z Paryżem, była jeszcze Genewa, z której to ruszył na podbój Afryki. Albiński pracował jako geodeta, mieszkał w Botswanie, następnie w Republice Południowej Afryki. Jako pisarz zadebiutował w wieku 68 lat, w roku 2004 zbiorem opowiadań Kalahari, który znalazł uznanie w oczach krytyków, o czym świadczą Nagroda Literacka im. Mackiewicza oraz nominacja do Nagrody Nike.
Akcja wszystkich sześciu opowieści ze zbioru Antylopa szuka myśliwego,
podobnie jak poprzednie utwory, rozgrywa się na Czarnym Lądzie.
Historie napisane piórem Albińskiego zahaczają o różnorakie tematy,
znamienne jest jednak, że Afryka, zaprezentowana w tym zbiorze, to
kontynent, na którym w pełni zagościła już zdegenerowana, by nie rzec
ostrzej – dzika, cywilizacja zachodnia. Cała etniczność przedstawiona w
opowiadaniach sprowadza się jedynie do filmów historycznych, czy souvenirów, które sprzedają lokalni mieszkańcy.
Śmierć plantatora to
intrygująca historia aktora, który pracuje dla raczkującej wytwórni
filmowej w nowym zagłębiu kina, Luluwood. Mimo sławy oraz popularności,
artysta, który najczęściej wciela się w rolę okrutnych białych, drży o
swoje życie – obawia się linczu prostej społeczności, która pewnego razu
może nie rozróżnić fikcji od rzeczywistości.
Kto z państwa popełnił ludobójstwo?
to chyba największa perełka całego zbioru. To znakomite studium
ukazujące rażącą nieskuteczność wszelakich organizacji działających w
Afryce. Rzecz dzieje się w Lobo, w okresie krwawych walk plemiennych
pomiędzy klanami Xabu i Wabu. Szybko przekonujemy się, że wraz ze
zwycięstwem w demokratycznych wyborach jednego plemienia, równocześnie
rozpoczyna się eksterminacja drugiego. Albiński opisał tutaj metodę
działania komisji, mającej zająć się zapobieganiem aktom zemsty,
świetnie ukazując bezradność europejskich oraz światowych specjalistów,
który za nic nie mogą zrozumieć jak głęboki dół niechęci oraz wrogości
został wykopany pomiędzy oboma plemionami. Przy okazji autor pokazuje
krzywdę, która spotkała cały ogrom plemion afrykańskich w momencie, gdy
od linijki wyznaczano granice kolejnych niepodległych państw, tak, że
często na obszarze jednego kraju znalazły się ludy, od dawna darzące się
szczerą nienawiścią. Niejako mimochodem Albliński zwrócił również uwagę
na katalityczny wpływ cywilizacji Zachodu na skuteczność mordowania
drugiego człowieka.
Ojciec Izydor to interesująca
historia trójki czarnoskórych mieszkańców RPA skazanych za propagowanie
komunizmu. Sąd, nie będąc w stanie rozstrzygnąć, czy rzeczywiście
oskarżeni dopuścili się zarzucanych im czynów, prosi o pomoc eksperta w
dziedzinie ideologii, teologii oraz logiki, ojca Izydora. Duchowny znany
jest ze swojego antykomunistycznego usposobienia, zatem prośba o
wystąpienie w roli eksperta okazuje się próbą zmontowania pokazowego
procesu, w którym siewcy leninowskich idei zostaliby przykładnie
ukarani. Los jednak pokaże, że często lubi bywać przewrotny.
Antylopa szuka myśliwego
opowiada o losach młodego architekta, karierowicza, który w trosce o
stabilne oraz dostatnie życie daje się w końcu skusić na finansowe
machlojki. To równocześnie obraz dzikiego kapitalizmu, który zaczyna
wdzierać się na Czarny Ląd jak i pustki duchowej nowobogackich
dorobkiewiczów, dla których pieniądze oraz luksusy stają się celem samym
w sobie.
Nowa, nieoczekiwana kariera to
krótka historia doświadczonego i cenionego inżyniera, który na skutek
upadku apartheidu, zniesienia embarga, otwarcia się RPA na prądy płynące
spoza granic kraju, traci pracę – firma, w której dotychczas był
zatrudniony zmuszona została w końcu do zamknięcia działalności, jako,
że nie radziła sobie z zagraniczną konkurencją. Biały technokrata nie
może pogodzić się ze swoją deklasacją, trudna do zaakceptowania staje
się również sytuacja, w której to czarnoskórzy mieszkańcy RPA zaczynają
zajmować wyższe, kierownicze stanowiska. Ukojenie przyjdzie z najmniej
oczekiwanego kierunku.
Zamykające cały zbiór opowiadanie, Moro i mistrz
to rodzaj przypowieści. Tytułowy doktor Moro to początkujący adept
czarnoksięstwa. Bazując na doświadczeniach swojego mistrza, po
wnikliwych i uważnych obserwacjach, Moro decyduje się przeprowadzić
własny seans spirytualistyczny, który kończy się jednak sprawą w sądzie i
oskarżeniem o oszustwo. W opresji młodemu człowiekowi, z pomocą oraz
życiową radą przychodzi Mistrz.
Proza Albińskiego zaprezentowana w
recenzowanym zbiorze opowiadań porusza zagadnienia z szerokiego zakresu
tematycznego. Zahacza o ludobójstwa, które regularnie dokonywane są w
Afryce (Kto z państwa popełnił ludobójstwo?), przedstawia
proces narodzin cywilizacji w wydaniu zachodnim, której cechami
szczególnymi są konsumpcjonizm, nie liczenie się z dobrem drugiego
człowieka, umiłowanie do zbytku oraz zerwanie z korzeniami kulturowymi (Śmierć plantatora, Antylopa szuka myśliwego).
Opisuje także powolny, acz sukcesywny proces zamierania tej prawdziwej
Afryki, którego symbolem stają się rdzenni Afrykańczycy, zamknięci w
wieżowcach, zatrudnieni do wyrobu na masową skalę podróbek sztuki
afrykańskiej (plemiennych masek, figurek, biżuterii, etc.).
Warto zaznaczyć, że wszystkie historie
są bardzo krótkie, sprawiają wręcz wrażenie zalążków, z których mogłyby
narodzić się naprawdę dobre powieści. Język, którym operuje autor jest
suchy, rzeczowy i do bólu oszczędny, przez co niemal w każdym
opowiadaniu towarzyszy nam uczucie niedopowiedzenia, nienasycenia. Ze
zdziwieniem przyjmujemy fakt, że kolejna kartka książki to już nowe
opowiadanie. Narrator, który obdarowuje nas skromną, aczkolwiek bardzo
precyzyjną relacją, jest tylko świadkiem wydarzeń, które relacjonuje.
Wstrzymuje się od jakichkolwiek ocen, nie wydaje osądów. Wydaje się
jednak, że Albiński, poprzez zaprezentowanie takich, a nie innych
problemów, z którymi boryka się Afryka, pragnie zwrócić na nie uwagę
czytelnika – przy czym często, problemy te przyjmują rangę
uniwersalnych, dotyczących także mieszkańców pozostałych części globu.
Antylopa szuka myśliwego to
moje pierwsze spotkanie z piórem Albińskiego. Bardzo spodobało mi się
spojrzenie polskiego pisarza na Afrykę, z odrobiną dystansu, z
perspektywy człowieka z zewnątrz, który dzięki temu posiada szersze
spojrzenie na całość zachodzących procesów. Z czystym sumieniem mogę
polecić tę pozycją wszystkich fanom krótkiej formy literackiej.
P.S.
Zbiór do nabycia za 2,00 zł w księgarniach Matras!
czwartek, 6 września 2012
Wyznanie
Wyznanie
Roman Gren
wydawnictwo: Czarne 2012
Wielu recenzentów pisze, że Wyznanie to wspomnienia jedenastoletniego polskiego chłopca, który się dowiaduje, iż jest Żydem. Jak wielki jest to dramat możemy zrozumieć tylko, jeśli pamiętamy o jednej z różnic pomiędzy judaizmem a innymi wierzeniami, o której jednak wszyscy zdają się zapominać. Kto jest Żydem, może co najwyżej mieć obywatelstwo polskie. Nie może być narodowości polskiej, bowiem narodowość żydowska jest nierozerwalnie związana z wyznaniem, odwrotnie niż chrześcijaństwo, islam czy inne wielkie religie, które są niezależne od narodowości. Można być Irakijczykiem i zarazem chrześcijaninem, albo Izraelczykiem wyznającym islam. Nie można być jednak Polakiem, w rozumieniu tożsamości narodowej, a nie administracyjnej decyzji nadającej obywatelstwo, będąc wyznania mojżeszowego, gdyż wchodząc w nie, automatycznie uzyskujemy status narodowości żydowskiej*. Dlatego stres jedenastolatka, który uważał się za Polaka, a dowiaduje się, iż jest Żydem, musi być dużo większy, niż gdyby się dowiedział, że jest wyznawcą Proroka, uczniem Buddy czy spadkobiercą wizji Lenina. Zwłaszcza, jeśli jak nasz główny bohater, znajduje się w zdecydowanie antysemickim otoczeniu.
Dramat ten nie jest jednak opowiedziany w sposób przekonujący. Przynajmniej dla mnie. Forma nie jest ani powieścią, ani nowelą, choć tej ostatniej odpowiada objętościowo. To fragment wiru myśli chłopca uderzonego wspomnianą wiadomością, którego umysł kolapsuje i wybucha. Niestety wszystko ubrane jest w słownictwo osoby dorosłej, do tego gruntownie wykształconej, a opowiadane z pozycji chłopca, jeśli jedenastoletniego, to wyjątkowo ciemnego, który nie wie niczego pewnego ani o chrześcijaństwie, ani o komunizmie (socjalizmie), który wówczas panuje, ani w końcu o jak się okazuje dlań najważniejszym – judaizmie. Nie wie nawet kogo przedstawia figura Matki Boskiej. Gdyby to wszystko działo się w głowie przedszkolaka – może byłoby łatwiejsze do przełknięcia. W takiej formie, jaka jest, dla mnie jest niestrawne.
Wyznanie nie jest nowelą ani tym bardziej powieścią. To sztucznie bezładna gonitwa myśli biednego dziecka. Sztuczna, gdyż napisana wygładzonym, poetyckim wręcz, choć do prozy należącym, językiem dorosłego. Językiem, który ma wiele uroku i mógłby zachwycić, gdyby go użyto do czego innego. Sztuczna, gdyż pozbawiona początku i końca. To jakby fragment całości. Wiem, że to zamierzone, ale w moim odczuciu nie wyszło.
Wielkie wrażenie w umyśle naszego głównego bohatera wywarło skojarzenie, iż jest Żydem, a Żydzi zabili Jezusa Chrystusa. Tłucze się w jego głowie jak echo zajmując znaczną część objętości Wyznania, i brak mi oczywistego stwierdzenia, iż Jezus też był Żydem, a to znacząco zmienia wartość emocjonalną wspomnianego już leitmotivu. Kłóci się również ten wątek i waga, jaką przykłada nasz bohater do sprawców śmierci Jezusa z tym, iż nie wie nawet, kto to jest Matka Boska i nie potrafi rozpoznać Jezusa na obrazie.
Reasumując – lektura Wyznania jest interesującym doznaniem, ale nie na tyle, by warto było specjalnie po nie udawać się do biblioteki, gdzie jest wiele innych, wartościowszych książek czekających z utęsknieniem, aż ktoś po nie sięgnie. A szkoda, bo z takim piórem, jakim dysponuje Roman Gren, można osiągnąć wiele
Wasz Andrew
Subskrybuj:
Posty (Atom)




