Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.

poniedziałek, 3 września 2012

Coś więcej niż książka

Książka dla Manuela 

Książka dla Manuela

Julio Cortázar


Tytuł oryginału: Libro de Manuel
Tłumaczenie: Zofia Chądzyńska
Wydawnictwo: MUZA S. A.
Liczba stron: 448
 
 
 
 
Na okładkach książek Julio Cortázara, których kolejna już edycja ukazała się nakładem wydawnictwa Muza S.A., możemy przeczytać, że argentyński pisarz to Wielki Kronopio, patrzący na świat zdziwionymi oczami dziecka, erudyta, meloman, wybitny intelektualista i Obywatel, a zarazem jeden z twórców realizmu magicznego. Śmiało rzec można, że żaden z tych pochwalnych peanów nie jest przesadzony, a jeśli jesteśmy z tych, co to nie wierzą ludziom na słowo, to nic prostszego jak przekonać się o wielkości Cortázar osobiście, np. przez lekturę powieści Książka dla Manuela, o której to słów kilka chciałbym napisać.

Już sam tytuł rodzi pytanie, które w sposób nieskrępowany wypływa z odmętów naszych myśli: kim mianowicie jest/był ów Manuel i cóż takiego wielkiego uczynił, że zasłużył sobie na całą książkę i to w dodatku takiego giganta literatury, jakim niewątpliwie jest Cortázar?

Zanim rozwikłam tę nurtującą kwestię, pozwolę sobie wcześniej wspomnieć czasach, o które zahaczymy w trakcie wędrówki po tej ciekawej lekturze. Akcja powieści rozgrywa się w głównej mierze w latach 70’ XX wieku, a więc w okresie niepokojów, które targały wówczas kontynentem południowoamerykańskim: wzmożona aktywność organizacji lewicowych, liczne manifestacje robotnicze oraz studenckie, nierzadko tłumione siłą, operacja Kondor (prowadzona przez państwa Ameryki Łacińskiej, przy wymiernym wsparciu USA, której celem była eliminacja jednostek buntujących się przeciw rządzącej klasie politycznej, jej bilans to 50 tysięcy ofiar śmiertelnych, 30 tysięcy osób zaginionych oraz 400 tysięcy ludzi, którzy wtrąceni zostali do więzienia, gdzie często byli bici oraz torturowani), etc. Sama fabuła snuta jest w roku 1970, chociaż gęsto poprzecinana jest retrospekcjami, w Paryżu, gdzie mieszkają główni bohaterów, którzy w zdecydowanej większości pochodzą z krajów Ameryki Południowej. Co ciekawe, wśród tej mozaiki osobowości, natrafimy na polski akcent – aktorkę paryskich teatrów, pochodzącą z Krakowa Ludmiłę, zwaną pieszczotliwie Ludlud lub Poleczką. Za sprawą pióra Cortázara śledzimy losy grupy przyjaciół, emigrantów, którzy bezustannie negują zastały porządek rzeczy: światowy system rządów, niesprawiedliwość społeczną, pustą propagandę, prześladowania, które dotykają opozycję w ich ojczystych krajach. W trakcie nieustannych dyskusji, wymian poglądów, spostrzeżeń, gęsto podlewanych mate oraz grappą, przyjdzie nam w końcu poznać Susanę oraz Patricio, rodziców Manuela, dla którego pisana, czy raczej tworzona jest książka. Okazuje się być ona zbiorem wszelakiej maści artykułów, tekstów, reklam, danych statystycznych, wycinanych z gazet i wklejanych do zeszytu. Głównym architektem książki jest Susana, ale dzielnie sekundują jej w tym przyjaciele, dzięki czemu prezent, który w przyszłości otrzyma Manuel charakteryzuje się nieprzeciętną oryginalnością, niepowtarzalnością oraz różnorodnością. Wszystkie wklejki są jednocześnie wycinkami małej części duszy, czy też życia codziennego osoby, który wybrała fragment w danej chwili dla niej najistotniejszy, najważniejszy, najbardziej godny uwagi.

Warto wspomnieć, że opisywani bohaterowie nie prowadzą jedynie pustej retoryki. Swoje poglądy, czy raczej niezadowolenie, starają się manifestować. Stąd organizacja, do której należą – Draka, której celem jest ogólnoświatowa rewolucja. Początkowe akcje przeprowadzane przez buntowników są dość niewinne, by nie rzec naiwne – sprowadzają się do łamania ogólnie przyjętych wzorców zachowań, kontestacji powszechnych norm oraz zwyczajów, jak krzyk w kinie podczas seansu, czy jedzenie w dystyngowanej restauracji na stojąco. Z czasem jednak kaliber działań znacząco rośnie, aż wreszcie dochodzi do draki z prawdziwego zdarzenia, o której opowie już jednak niezrównany Julio Cortázar.

Na uwagę zasługuje również sposób prowadzenia narracji w Książce dla Manuela. Uczciwie trzeba przyznać, że dla czytelnika z pewnością nie jest ona łatwa i wbrew zapewnieniom wydawcy, ociera się jednak o magię oraz oniryzm. Przede wszystkim narrator powieści jest zmienny i mam tu na myśli zarówno formę (uraczymy zarówno pierwszo- jak i trzecioosobową odmianę) oraz samą osobę narratora. Najprościej rzecz ujmując, można stwierdzić, że raz po prostu wchodzimy w myśli kolejnych bohaterów, niekiedy przysłuchujemy się dialogom z perspektywy bezstronnego widza, a czasami jesteśmy świadkami monologu wypowiadanego przez daną postać. Ową zmienność punktu czytania podkreślają też zabiegi pisarza w postaci urwanej myśli, niedokończonej wypowiedzi, równoczesnej percepcji tego samego wydarzenia z odmiennych punktów widzenia, czy płynności w przeskoku z formy pierwszo- w trzecioosobową. Stąd poczucie oniryzmu, o którym wspominałem – momentami czujemy, że umysł nasz tonie w oparach alkoholu, obraz nakreślony przez Cortázara staje się coraz bardziej niewyraźny oraz zamglony.

Osobną kwestią jest pytanie, kim jest ten, co to wiesz, o którym regularnie wspominają bohaterowie książki. Z niewyraźnych oraz niepełnych wzmianek można próbować utożsamiać go z samym Cortázarem. W końcu ten, co to wiesz, jest świadkiem niemal każdego wydarzenia, mimo, że rzadko kiedy bierze w nim czynny udział – najczęściej jest słuchaczem, widzem, obserwatorem. Ponadto tworzy on fiszki (krótkie notatki mające ukazać jak funkcjonuje Draka?, opisy wydarzeń, w których biorą udział jego przyjaciele?, schematy fabularne tworzonej powieści? próby sprecyzowania pewnych rzeczy, pozwalających z różnych punktów widzenia spojrzeć na krótką, lecz burzliwą historię Draki oraz ludzi pokroju Marcosa, Patricia lub Ludmiły?). Możemy mniemać, że ten, co to wiesz jest, czy też próbuje być, pisarzem.

Kolejną rzeczą, która rzuca się w oczy jest swoisty dualizm świata przedstawionego. Z jednej strony uczestniczymy w rewolucji, do której próbują doprowadzić bohaterowie, obserwujemy ich kolejne posunięcia, przysłuchujemy się racją, które wysnuwają w odpowiedzi na przeczytane w gazecie codziennej kolejne doniesienia na temat wybryków lewicy. Z drugiej strony Cortázar otwiera przed nami fascynujący oraz nieco perwersyjny świat życia prywatnego, który w największej mierze dotyczy Andrésa Fava oraz jego trójkątnego związku z Francine i Ludmiłą. Andrés buntuje się przeciw systemowi na swój własny, egoistyczny sposób. Nie należy on do Draki, jest osobą bardziej w typie tego, co to wiesz. Woli prowadzić niekończące się dyskusje przy winie oraz papierosie z Ludmiłą, czytać ambitne książki, czy słuchać muzyki pokroju tej proponowanej przez Karlheinza Stockhausena oraz łamać obyczajowe morale poprzez współżycie z dwoma kobietami na raz.

Równie interesującą postacią jest Lonstein, Żyd argentyńskiego pochodzenia, który w Paryżu pracuje w prosektorium, zajmując się przygotowaniem trupów do ich ostatniej podróży. Uwagę zwraca charakterystyczny język, którym się posługuje, pełen neologizmów, gier słownych, intelektualnych szarad oraz obsesyjne wręcz spowiadanie się z onanizmu każdemu, kto tylko napatoczy się do dyskusyjnego kręgu. W końcu, w trakcie długiej nocnej debaty z tym, co to wiesz, Lonsteinowi udaje się wyłuszczyć wszystkie racje, które nakazują mu obnosić się ze swoją perwersją seksualną, chociaż wcale nie jest zboczeńcem, a mówienie o masturbacji innym w ogóle nie sprawia mu przyjemności. Lonstein to po prostu następny wojownik z formą – zwraca on uwagę, że onanizm to w dalszym ciągu temat tabu, chociaż w rzeczywistości dotyczy on niemal każdego mężczyzny, a nie tylko podlotków, którzy nie zasmakowali jeszcze kobiecego łona. Poprzez obnażanie kolejnego zakłamania, Lonstein stara się stworzyć w murze drobny wyłom, który być może z czasem doprowadzi do runięcia całej konstrukcji obyczajowego kłamstwa.

Na koniec, krótko reasumując, wspomnieć można, że Książka dla Manuela jest niejako książką dla całego, młodego pokolenia, które stanie się naturalnym spadkobiercą idei, o jakie walczyli ludzie pokroju Cortázara. To swoisty traktat moralno-polityczny, w którym wyraźnie powiedziane jest, że obowiązkiem każdego człowieka jest reagowanie na niesprawiedliwość społeczną, to równocześnie świetne studium, ukazujące, do czego prowadzi ludzka nienawiść, ślepy nacjonalizm, wspierany przemocą oraz agresją. Język prezentowany przez argentyńskiego pisarza z pewnością nie jest łatwy – autor często wodzi czytelnika za nos prowadząc z nim gierki słowne pełne koślawej semantyki, bawi się powieściowymi schematami, wplatając w fabułę wątki kryminalne, erotyczne czy dygresyjne. O wyjątkowości powieści decydują z pewnością liczne wstawki, które się w niej pojawiają. Wycinki z prasy codziennej, towarzysząca głównym bohaterom, wśród której przeczytamy m.in. wywiady z amerykańskimi żołnierzami opowiadającymi o torturach prowadzonych na wietnamskich więźniach, doniesienia dotyczące ruchów lewicowych w państwach Ameryki Łacińskiej oraz bieżących wydarzeń politycznych, czy wstrząsające relacje osób przetrzymywanych oraz torturowanych przez przedstawicieli organów państwowych w Ameryce Południowej. Książka może i nie jest łatwa, ale z pewnością warto podjąć trud, by zapoznać się z jej treścią.

P.S. W Matrasie omawiana pozycja do nabycia za jedyne 19,90 zł.

piątek, 31 sierpnia 2012

Chcemy państwa bogaczy i niewolników!

Dziś na głównej stronie wiadomości w onecie, co do którego obiektywizmu mam bardzo poważne zastrzeżenia, ukazały się wypowiedzi „analityków finansowych”, którzy oznajmiali, iż na miejscu premiera, w celu zapobieżenia kryzysowi, zlikwidowaliby darmowe studia, darmową opiekę zdrowotną i w ogóle wszystko co się da. Oczywiście dziennikarze, którzy z nimi rozmawiali, nawet nie zapytali, czy w ogóle w głowie im postało jakiekolwiek obciążenie kosztami kryzysu najbogatszych warstw społeczeństwa. Widocznie dziennikarzom też nawet nie przyszło do głowy, że ktoś inni niż najbiedniejsi powinien ponosić skutki sytuacji zawinionej właśnie przez bogatych, gdyż nie ulega wątpliwości, że główną winę za wywołanie kryzysu ponoszą politycy i sektor bankowy.

Nie dziwię się też tym, którzy mówią, że na miejscu premiera zabraliby ludowi wszystkie zdobycze socjalne łącznie nawet z emeryturami i rentami, choć nie powiem, że mnie to nie oburza. Oburza, ale rozumiem. Ci, którzy w Polsce choć przez chwilę są premierami, nigdy już do normalnej pracy wracać nie muszą. Co więc kogoś, kto zostanie premierem, mogą obchodzić ciemne masy. Plebs jest biedny, bo głupi, a głupi, bo biedny. Polska to nie Stany, gdzie trzeba mieć pieniądze, by zostać politykiem. U nas się zostaje politykiem, by zdobyć pieniądze. Pieniądze dla przeciętnego rodaka nieosiągalne w żaden sposób. Ubolewam nad tym, ale mnie to nie dziwi.

Najbardziej zasmuciła mnie ankieta powiązana z owymi wypowiedziami analityków, którzy przecież właśnie również, jako przedstawiciele świata finansów, zaliczają się do winnych kryzysu.

Jakie kryzysowe decyzje rządu mógłbyś zaakceptować:





Jak widać posiadanie komputera z dostępem do internetu nie ma żadnego przełożenia na poziom inteligencji. Może nawet przeciwdziała jej rozwojowi, gdyż umożliwia jeszcze skuteczniejsze niż telewizja pranie mózgu i indoktrynację zwaną pięknie marketingiem. Z ankiety wyraźnie widać, iż przeciętny internauta nie widzi dalej niż losowo wybrany respondent spod budki z piwem, ba może nawet widzi i rozumie mniej, gdyż przytłoczony nadmiarem zbędnych informacji, których na ogół nie potrafi filtrować, nie ma czasu na refleksję i wyrobienie własnego zdania. O wiele częściej zdarza mi się spotkać prostaka i pijaka, który pomimo braku wiedzy ma szersze horyzonty i ciekawe poglądy, niż uczestnika internetowego forum, który zaskoczyłby mnie w pozytywnym sensie tego słowa. Wróćmy jednak do wspomnianej ankiety.

Prawie wszyscy głosujący byli przeciwni podwyżkom podatków i składek na ZUS. Zrozumiałe, gdyż dotyka to każdego. Już znacznie większa grupa była gotowa zgodzić się na obniżenie waloryzacji rent i emerytur, co z czasem przełoży się na ich obniżenie. Widać, że respondenci nie widzą nie tylko poza kraniec własnego nosa, ale nawet nie widzą siebie w czasie. Interesuje ich tylko to, co dzisiaj. A dzisiaj jeszcze nie są emerytami ani rencistami. Idźmy dalej, gdyż jest jeszcze ciekawiej.

Na wprowadzenie odpłatności za leczenie zgadza się już prawie co piąty, a niemal co czwarty zgadza się na wprowadzenie płatnych studiów! Nawet w Stanach, które są postrzegane jako symbol drapieżnego kapitalizmu, a na pewno są mniej opiekuńcze niż państwa Starej Europy, coraz mocniej się zauważa konieczność i korzyści z powszechnej opieki zdrowotnej oraz wyrównywania szans na zdobycie wyższego wykształcenia. Pomimo tego, iż Stany podkupują cudzą inteligencję, na co Polski nigdy nie będzie stać, coraz silniej dąży się tam do wyrównywania szans na wyższe wykształcenie dla uzdolnionych, ale niezamożnych rodaków. Nasza młodzież zaś, jak widać, jest coraz bardziej gotowa, by pójść w kierunku kapitalizmu, ale takiego sprzed stu lat! Nie wspomnę już, że takie propozycje są nawoływaniem do złamania prawa, a konkretnie Konstytucji, której lekturę wszystkim polecam.

Ktoś powie, że prawie połowa respondentów opowiedziała się przeciw wszelkich takim zakusom. A je powiem, że jedynie niecała połowa. Co to bowiem znaczy wprowadzenie odpłatności za studia i opiekę zdrowotną?

Mam dziwne przeczucie, że ten temat nieprzypadkowo pojawił się w czasie afery Amber Gold. Problem tego parabanku jest marginalny w skali kraju, choćby w porównaniu do tarapatów finansowych drogowców po naszej radosnej działalności autostradowej związanej z Euro. Obym się mylił, ale nie zaskoczy mnie wcale, gdy rząd, korzystając z tej zasłony dymnej, zajmującej uwagę mediów i tłuszczy, przeprowadzi jakieś zmiany w prawie, które w normalnej sytuacji stałyby się celem nagonki medialnej.

Marcin Plichta jest wielkim przestępcą, podobno, gdyż na razie nie został za Amber Gold skazany, więc póki co, w świetle prawa, jest równie godnym szacunku człowiekiem jak każdy inny obywatel. Za co jednak jest potępiany? Ano za to, że obiecywał, a nie dotrzymał.

Od upadku PRL miliony Polaków odprowadzały składki i podatki, które miały im zapewnić wolną od dalszych opłat opiekę zdrowotną i dostęp do edukacji, również studiów wyższych. Nie darmową, co jest jednym z najbardziej kłamliwych sformułowań, tylko wolną od dalszych opłat, a finansowaną właśnie z tych składek, które płacili. Obietnice te państwo, a więc rządzący, zawarli w ustawach i Konstytucji. Teraz, nagle się mówi, że nie ma na to pieniędzy. A ja się pytam – Czym się różni postępowanie Rzeczpospolitej wobec swych obywateli od postępowania Marcina Plichty? Może skalą? Straty z powodu działalności Plichty idą w miliony, a straty, na jakie swych obywateli narażają kolejne pokolenia polskich polityków, idą w miliardy, a raczej biliony.

Naczelna zasada prawa cywilnego brzmi: Pacta sunt servanda*. Szkoda, że Państwo Polskie o tym nie pamięta. Tak jak o zwykłej ludzkiej przyzwoitości, ani nawet o doświadczeniach przeszłych pokoleń i innych narodów.


Wasz Andrew



* łac. Umów należy dotrzymywać.

środa, 29 sierpnia 2012

Wszyscy jesteśmy perypatetykami



Ludzie od wieków pielgrzymują do tzw. miejsc świętych w poszukiwaniu oświecenia, wybaczenia, zrozumienia. W pielgrzymkach nie jest ważny cel, ważna jest droga – bez względu na to, czy pielgrzymujemy do świętego drzewa lub kamienia, miejsca urodzenia lub śmierci osoby uznanej w którejś z religii za świętą, czy też do miejsca, które owiane jest mgłą mistycyzmu najważniejsze jest to, co dzieje się po drodze w naszej głowie.

Podczas chodzenia poprawia się krążenie krwi, wydzielają się endorfiny, więcej tlenu dociera do mózgu, zaczynamy jaśniej myśleć – nierzadko znajdujemy wtedy rozwiązanie ważkiego problemu lub wpadamy na bardzo kreatywny pomysł.

Gdybyście mieli wybrać się w pieszą podróż życia – dokąd byście się wybrali i dlaczego?

Powyższe to tytuł i temat najnowszego, właśnie trwającego konkursu w serwisie LubimyCzytac.pl. Dlaczego przytaczam wszystko w całości, choć nie zamierzam w nim brać udziału? Ano z tego powodu, iż oburza mnie taki tekst od początku do końca mający formę sprytnej manipulacji mającej podstępnie szerzyć w społeczeństwie wypaczone stereotypy. Oczywiście dopuszczam możliwość, że wydźwięk taki nie jest zamierzony przez autora, że po prostu „samo tak wyszło”. To jednak nie zmienia stanu rzeczy, gdyż nieświadomość oraz brak złej woli nie mogą być usprawiedliwieniem skoro, jak mówi mądrość ludowa; piekło nie złem, a dobrymi chęciami jest wybrukowane.

Zacznijmy od tytułu. „Wszyscy jesteśmy...” Formułując taki nagłówek, zwłaszcza w serwisie uważanym za jeden z bardziej inteligentnych i wyważonych w polskiej części sieci, należy zdawać sobie sprawę z tego, jak wielu ludzi bezkrytycznie przyjmuje treści publikowane w internecie. Pytam więc autora, czy aby na pewno wszyscy jesteśmy perypatetykami? Czyżby twierdził, że ci, którzy nie są, nie istnieją?

Zaraz po tytule czytamy, iż ludzie od wieków pielgrzymują do miejsc świętych i mistycznych, a podczas tego myślą wydajniej, bardziej kreatywnie. Ktoś nie znający znaczenia słowa perypatetyk, z kontekstu może domniemywać, że oznacza ono pielgrzyma lub kogoś, kto w marszu próbuje pracować umysłem. Tymczasem tak przecież nie jest. Dalej czytamy, że chodzenie jest super ze względów zdrowotnych i intelektualnych, ba nawet pomaga rozwiązywać problemy i wpadać na kreatywne pomysły. Mam nadzieję, że liczni czytelnicy, którym z powodu różnych schorzeń nie zaleca się długich spacerów, nie wezmą naszego konkursowego tematu zbyt serio, gdyż zamiast na listę geniuszy, filozofów lub świętych, trafią do szpitala, albo i gorzej. A że niestety znam kilka osób, które po uzyskaniu z wiarygodnego, według nich źródła informacji, iż coś jest zdrowe, aplikują to sobie bez zastanowienia, więc zawsze pisząc takie teksty należy uciekać od zdecydowanej jednoznaczności, gdyż co dobre nawet dla wielu, rzadko dobre dla wszystkich.

Perypatetyk ma różne znaczenia, ale jedno z głównych, najbliższe temu, które sugeruje kontekst naszego tekstu, oznacza (z łac. Peripateticus - przechadzający się) kogoś, kto jak Arystoteles, podczas wykładania swych myśli lubi się przechadzać. Przechadzać, a nie godzinami maszerować przez dziesiątki kilometrów, jak to się praktykuje w pielgrzymkach. I, podkreślmy to, wykładania, dyskutowania, ale nie kreatywnego samotnego myślenia czy wewnętrznego dogłębnego przeżywania. Historia zna wielu wynalazców, uczonych i filozofów, którzy mieli swoje samotnie, w których dokonywali tytanicznych i zadziwiających efektami wysiłków mózgu. Wieża, beczka, a nawet wanna, ale przestrzeń zdecydowanie ograniczona, najczęściej wręcz ciasna. Niełatwo będzie jednak autorowi omawianego tekstu wyszukać takowych, którzy by swoich błyskotliwych teorii lub skojarzeń doznali podczas wielogodzinnego marszu.

„W pielgrzymkach nie jest ważny cel (...) najważniejsze jest to, co dzieje się po drodze w naszej głowie”. Gdyby wierzący czytali uważnie, autor mógłby mieć poważne problemy. Z tej wypowiedzi jasno wynika, że nie jest ważne czy pielgrzymujemy do Mekki, Jasnej Góry czy sracza na Łysej Górze, ważne tylko, by endorfiny, o których dalej mowa, zapewniły nam dobry humor, a tlen w dużych dawkach docierający do mózgu, zapewnił, by „działo się w głowie”.

Chyba jedyną prawdziwą i niewypaczoną informacją w tym tekście jest właśnie ta, iż podczas marszu (zaznaczmy, że w zdrowej okolicy, a nie pełną spalin szosą) wydzielają się owe endorfiny, a organizm (nie tylko mózg) się dotlenia. Dlatego właśnie uwielbiam długie marsze, choć na pielgrzymkę z różnych powodów bym się nie wybrał. Zwłaszcza tą najpowszechniejszą, grupową. Choćby z tej przyczyny, że w tłumie, najczęściej rozśpiewanym, rozmodlonym lub rozgadanym, trudno usłyszeć własne myśli. Uwielbiam trasy prowadzące mnie wśród jak najbardziej nieskażonej przyrody w interesujące lub piękne miejsca. Nie ma to jednak niczego wspólnego z pielgrzymką.

A moja podróż życia? Jaki cel bym dla niej wybrał? To tak, jakby chcieć wybrać jedną, najważniejszą książkę w życiu. Jest ich tyle do wyboru, że nie potrafiłbym wybrać tylko jedną, by powiedzieć o niej: - To książka mego życia. Podobnie z celem mojej wymarzonej pieszej wędrówki. Jest tyle miejsc, które warto zobaczyć, nawet bez opuszczania naszego kraju, iż życia nie starczy, by je odwiedzić.

poniedziałek, 27 sierpnia 2012

"Szalona geometria miłości" Susan Guzner - Miłosne sztormy

Szalona geometria miłości 

Szalona geometria miłości

Susan Guzner

Tytuł oryginału: La insensata geometria del amor
Tłumaczenie: Teresa Tomczyńska 
Wydawnictwo: MUZA S.A.
Seria: Salsa
Liczba stron: 448
 
 
Urodzona w 1944 r. Susana Guzner to argentyńska pisarka, lesbijka i wojująca feministka. Od roku 1976, kiedy to jej siostra zginęła z rąk działaczy Antykomunistycznego Sojuszu Argentyńskiego (Alianza Anticomunista Argentina, określanego mianem Triple A), ultraprawicowej grupy paramilitarnej, przebywa na emigracji w Hiszpanii. Najpierw przez 20 lat mieszkała w Madrycie, by następnie osiąść w Las Palmas na Wyspach Kanaryjskich. W swoim burzliwym oraz frapującym życiu, Guzner, z zawodu psycholog i psychoterapeutka, pracowała jako doradca reklamowy w hiszpańskich firmach, felietonistka i recenzentka w czasopismach oraz gazetach codziennych (Ozone, Women, Art Pencil International, Era, El Faro de Vigo, Medios de Comunicación Social, Amigos del Teatro del Teatro Juan Bravo de Segovia), tworzyła także scenariusze seriali telewizyjnych. Co najciekawsze, Susana Guzner jako pisarka zadebiutowała dopiero w wieku 57 lat, wydaną w 2001 roku Szaloną geometrią miłości.

piątek, 24 sierpnia 2012

Zapisane w gwiazdach


Wielu wierzy, że przyszłość zapisana jest w gwiazdach. Czy w gwiazdach, tego nie wiem, ale może w Wordzie?

A Wy co o tym sądzicie?





środa, 22 sierpnia 2012

Rroaghr, czyli czas na debiut

Rroaghr 

Rroaghr

Jakub Dziwior

Wydawnictwo: My Book
Liczba stron: 197








Powieść Rroaghr to oficjalny debiut pisarski Jakuba Dziwiora. Sam autor to, przynajmniej póki co, persona raczej anonimowa w książkowym światku, chociaż co do jego zdolności władania piórem nie można mieć żadnych wątpliwości, szczególnie, gdy miało się styczność z artykułami jego autorstwa, publikowanymi na łamach satyrycznego serwisu internetowego Wielka Rzeczpospolita pod pseudonimem Red_81. Płodzone przez niego teksty zawsze charakteryzowały się lekkością oraz specyficznym humorem. Nie inaczej jest w przypadku jego pierwszej powieści.

Rroaghr, bo z pewnością pierwsze, co przykuwa czytelniczą uwagę, jest szalenie zagadkowy i równie trudny do odczytania tytuł, to imię głównego bohatera, młodego drwala z plemienia Swargów. Uprzedzając pytanie o to niewątpliwie dziwaczne zawołanie, wyjawię, że w książce pojawia się kilka wersji na temat jego pochodzenia, z czego zdecydowanie najlepsza w moim mniemaniu brzmi następująco: Inni twierdzili, że gdy po trzech dniach narodzin syna świętowaniu ojciec Rroaghra przed kapłanem stanął, jedynie to w stanie z siebie był wydusić, zanim w świńskim korycie ukojenie żołądka sfatygowanego był znalazł. W każdym bądź razie, rodzina oraz znajomi zwracają się zdrobniale do bohatera Rory. Młodzian ów charakteryzuje się niezbyt wysoką lotnością umysłu i, o gorzka ironio, wyraźnie wbrew swojej woli zostaje wplątany w intrygę bogów, którzy nie mogąc prowadzić ze sobą bezpośredniej walki, decydują się wyjaśnić swoje animozje za pomocą rąk zwykłych i zawsze w takich sytuacjach pokrzywdzonych śmiertelników.

W takich właśnie okolicznościach autor zabiera nas w równie ciekawą, co zabawną podróż po wielkiej krainie Allemanii. Wspólnie z narratorem będziemy świadkami serii konfliktów, które targną cesarstwem Allemanii, krwawą walką o sukcesję po przedwcześnie zmarłym, prawowitym władcy, doskonale znaną nam z historii europejskich dworów. Wędrować będziemy po świecie ogarniętym wojenną zawieruchą, weźmiemy udział w niejednym starciu zbrojnym. Co ciekawe, znajdziemy się także poza krańcami oficjalnie uznawanego świata, skąd zresztą sam Rory pochodzi.

Ponadto dzięki powieści dowiemy się także, jak to się mogło stać, że we wspomnianym kraju cały panteon bóstw został zastąpiony przez wiarę w Jedynego i Wielkiego. Światło dzienne ujrzy sekret, jakim cudem Lucek, czyli były bóg spadających szyszek został tym owym Wielkim i Jedynym. Być może dla niektórych czytelników, ta właśnie niezwykła, a przy tym arcykomiczna forma ewolucji religii politeistycznej w monoteistyczną, okaże się jedynie słuszną.

Wydaje mi się, że na szczególną uwagę zasługuje styl, w jakim napisana została powieść. Reprezentatywną próbkę mamy w przytoczonym wyżej cytacie objaśniającym pochodzenia imienia Rroaghr. Mnie osobiście początkowo drażnił nieco zastosowany szyk przestawny budowanych zdań, które gęsto ukwiecone są archaizmami, ale dość szybko bystry czytelnik zorientuje się, że jest to zabieg celowy, mający dodatkowo podkreślić i uwydatnić absurd, przebijający się przez każdą stronnicę księgi. Sama proza przypomina nieco książki Terry’ego Pratchetta, przy czym z pewnością Jakubowi Dziwiori nie można stawiać obraźliwych i niesłusznych zarzutów o nieudolne próby imitacji angielskiego twórcy Świata Dysku. Po prostu pióro polskiego pisarza jest równie lekkie, a lektura wywołuje u czytającego równie częste i podniosłe salwy śmiechu.

Ciepłe słowa należą się także samym wykreowanym bohaterom. Co prawda motyw nieco przygłupawego, acz silnego i posiadającego gołębie serce, herosa jest starym chwytem literackim, ale Rory budzi u czytelnika autentyczną sympatię, który z uprzejmym zainteresowaniem śledzi jego dalsze losy. Bardzo szybko polubimy z pewnością też kompanów Rorego, spotykanych po drodze: sprytny i przebiegły Unro, opanowany i spokojny Wieprzysław oraz pragnący rabować, gwałcić i palić wszystko, co się rusza, zbój Isztvan to postacie nieszablonowe, a każda z nich dostarczy niejednego powodu do śmiechu. Następny literacki szablon, tym razem związany z napotykaniem przez głównego bohatera kolejnych towarzyszy podróży, znany dobrze choćby z Alicji w Krainie Czarów, został umiejętnie wykorzystany oraz wpleciony w fabułę powieści.

Krótko podsumowując należy uczciwie przyznać, że debiut literacki Jakuba Dziwiora wypadł dobrze. Nie chcę gloryfikować powieści Rroagrh ponad miarę, ponieważ doskonale zdaję sobie sprawę, że przemawia przeze mnie sympatia oraz szacunek, którymi darzę autora w oparciu o jego dotychczasową twórczość i wkład w rozwój portalu Wielka Rzeczpospolita. Stąd mniemam, że moja opinia z pewnością zabarwiona jest niejedną nutką subiektywizmu. Ale jedno mogę rzec z pełnym przekonaniem: książka Rroagrh, którą możemy nabyć zarówno w formie tradycyjnej jak i cyfrowej, to z pewnością dobrze wydane pieniądze (a nie tak jak zasugerował mi autor w dedykacji: najgorzej zainwestowane 24 zł w Twoim życiu). Powieść gwarantuje miło spędzony czas oraz niejeden uśmiech.


Wasz Ambrose

Pij mleko, będziesz kaleką



Zwykle nie korzystam z cudzych tekstów. Dokładnie, jak dotąd, zdarzyło mi się to jeden raz*. Teraz jednak znów postanowiłem w całości zacytować artykuł, który wart jest przeczytania i przemyślenia. Ponieważ naprawdę wartościowe rzeczy zdarzają się w sieci rzadko i giną w morzu amatorskiego bełkotu oraz płatnej propagandy, uważam za swój obowiązek ocalić je od zaginięcia i dać im szansę dotarcia chociaż do jeszcze kilku odbiorców. Zapraszam do lektury

Zawarte w mleku składniki powodują uszkodzenie wielu narządów wewnętrznych człowieka.

Pij mleko, będziesz wielki jak Kayah albo Bogusław Linda - przekonują reklamy. Guzik prawda. Krowie mleko to nie przepis na karierę dla dziecka, ale na jego kłopoty.

O zaletach mleka zapewniają polskie dzieci twórcy najgłośniejszej dziś społecznej reklamy, politycy i oczywiście koncerny mleczarskie, którym publiczna akcja jest wyjątkowo na rękę.

Dziewczynka z reklamy jest nieśmiała, szczerbata i pewnie od dawna siedzi w ostatniej ławce. Kiedy przyznaje się klasie, że chciałaby zostać piosenkarką, dzieci wybuchają śmiechem. Dziewczynka wypija szklankę mleka i po latach zostaje gwiazdą popu. Przesłanie jest jasne.

Moda na picie

Akcja ruszyła we wrześniu 2002 roku i trwa do dziś. Jej organizator - Międzynarodowe Stowarzyszenie Reklamy, za swój cel uznał "intensyfikację działań profilaktyki osteoporozy poprzez wykreowanie mody na picie mleka". Inaczej mówiąc - jak będziesz miał ciepły stosunek do mleka, nie będziesz w przyszłości chodził o kulach. Stowarzyszenie promuje mleko za darmo.

- Firmy reklamowe postrzegane są często jak krwiopijcy - przyznaje Paweł Kowalewski, wiceprezes Stowarzyszenia. - Postanowiliśmy to zmienić. Mleko, którego spożycie drastycznie w Polsce spada, wydało nam się odpowiednie.

W promocyjną machinę wciągnięto telewizję, rozgłośnie, gazety. I gwiazdy z pierwszych stron kolorowych czasopism. Nie tylko Kayah i Bogusława Lindę, ale też mistrza kierownicy Krzysztofa Hołowczyca i polską snowboardzistkę Jagnę Marczułajtis. Urodę Jagny można podziwiać w multipleksach, tuż przed pokazami "Starej baśni".

- Nie wahałam się ani chwili - zapewnia snowboardzistka. - To był wspaniały i oryginalny pomysł. Poza tym bardzo lubię mleko.

Nie tylko ona. Lubi je także mistrz świata w skokach narciarskich, Fin Veli-Matti Lindstroem, który w prasie i telewizji postanowił (choć już nie za darmo) promować... polskie świeże mleko. Moda na mleko przeniosła się z telewizji na ulicę. We wrześniu posłanka SLD Sylwia Pusz wraz z wolontariuszami w białych kitlach rozdała na poznańskich przystankach autobusowych cztery tysiące kartoników mleka, także czekoladowego.

W promocję napoju od polskiej krowy włączyła się nawet część lekarzy. Zagrzmieli, że dzieci piją mleka za mało i że to źle się skończy.

Na usługach koncernów

Ale nie wszyscy medycy tak myślą. Jednym z nich jest doktor Eugeniusz Zbigniew Siwik, autorytet w dziedzinie ginekologii i położnictwa, twórca pierwszej w Polsce Kliniki i Szkoły Porodu Naturalnego. Z zamiłowania dietetyk.

- Medycyna bierze dziś udział w jednym z największych oszustw ostatniego stulecia - twierdzi. - Jest na usługach koncernów, którym nie zależy na zdrowiu dzieci, tylko na pieniądzach. Lekarze nabrali wody w usta, bo tak jest bezpieczniej.

Siwik używa mocnych słów. Twierdzi, że zawarte w mleku składniki powodują uszkodzenie wielu narządów wewnętrznych człowieka, nieodwracalne zmiany w układzie naczyniowym, sercowym i kostnym.

- Mleko, wbrew powszechnemu mniemaniu, nie wzmacnia kości, tylko je osłabia. Zawarte w nim białko wypłukuje wapń z organizmu. Mleko krowie to najlepszy przepis na wózek inwalidzki - grozi.

- Jeśli wierzymy, że mleko to źródło wapnia chroniącego przed osteoporozą (osłabieniem kości), musimy pamiętać, że osteoporoza jest najbardziej rozpowszechniona w regionach świata o wysokim spożyciu mleka, np. w Europie Północnej, Kanadzie i USA - zauważa również Annemarie Colbin, autorka książki "Osteoporoza".

Kilka lat temu zrzeszająca pięć tysięcy członków międzynarodowa organizacja Lekarze na Rzecz Medycyny Odpowiedzialnej wydała oświadczenie, w którym ostrzega przed piciem mleka. Lista przeciwwskazań jest długa.

Zasadniczym powodem sprzeciwu wobec białego eliksiru jest przekonanie, że człowiek, podobnie jak pozostałe ssaki, przystosowany jest do spożywania mleka tylko w okresie niemowlęcym.

- Człowiek nie krowa, czterech żołądków nie ma - twierdzi Mariusz Gawlik, lekarz ze Stargardu Szczecińskiego, przez lata pracujący na dziecięcym oddziale laryngologicznym. - Mały człowiek nie jest cielęciem, które potrzebuje innego składu witamin i minerałów niż wolno rozwijający się ludzki organizm. Z tego powodu picie mleka krowiego jest patologią. I przyczyną setek chorób.

Mleko krowie nie jest dobrze przyjmowane przez ludzki organizm. Tego argumentu nie odpierają nawet zagorzali jego zwolennicy.

- Nietolerancja laktozy to poważna i, niestety, częsta komplikacja. Sam też mleka nie toleruję - przyznaje nawet Waldemar Broś, wiceprezes Polskiego Stowarzyszenia Spółdzielni Mleczarskich.

Lekarze z międzynarodowej organizacji LMO twierdzą, że 80 procent ludzkości mleka po prostu nie trawi. W Polsce, gdzie tradycja picia mleka jest długa, problemy z przyswajaniem cukru mlecznego, zwanego laktozą, ma połowa obywateli.

Z badań doktor Doroty Szostak-Węgierek z Instytutu Żywienia i Żywności w Warszawie wynika, że prawie 20 procent polskich dzieci ma niedobór enzymu trawiącego laktozę. - Objawy nietolerancji mleka mogą ujawniać się nawet po latach - twierdzi dietetyczka.

Proszę, nie pij

Nie chodzi jednak tylko o laktozę. W 2001 roku nowozelandzki badacz doktor Corrie McLachlan ogłosił wyniki badań, z których wynikało, że mleko, a właściwie zawarta w nim kazeina (rodzaj białka), jest przyczyną chorób serca. Wnioski naukowca umieszczono w międzynarodowym internetowym serwisie o wymownej nazwie "No milk page" (strona bez mleka). Do odwiedzenia serwisu, na którym znalazło się wiele publikacji, ostrzegających ludzi przed piciem mleka z różnych powodów, do dziś zachęca na swojej stronie internetowej zespół lekarzy III Kliniki Chorób Dziecięcych Akademii Medycznej w Białymstoku.

Złudzeń nie pozostawia także Frank Oski, profesor pediatrii z renomowanej John Hopkins School of Medicine, który w trosce o zdrowie dzieci napisał nawet książkę "Proszę, nie pij mleka".

Ale polskie dzieci piły mleko i piją nadal.

Katarzyna Woleńska jest nauczycielką. Ma 28 lat i koszmarne wspomnienia z dzieciństwa.

- W moim domu panował kult mleka - mówi. Śniadanie kończyło się dla Woleńskiej dość schematycznie. Wymioty, biegunki, wysypka. Rodzice podejrzewali uczulenie, więc wyrzucili z jej jadłospisu pomidory i truskawki, choć je uwielbiała. Alergię na mleko wykryto u niej, kiedy dostała się na studia. Za późno. Była już astmatyczką.

- Mleko jest jednym z najgroźniejszych alergenów pokarmowych. Ma aż pięć składników, które mogą być fatalnie tolerowane przez człowieka - przyznaje profesor Edward Tadeusz Zawisza, jeden z najwybitniejszych polskich alergologów.

- Ale groźne mogą być także zanieczyszczenia mleka, takie jak penicylina i białka pszenicy.

Zdobycz bakterii

- Polskie mleko jest już czyste i wciąż naturalne - zapewnia Waldemar Broś. - Z drugiej strony krowa nie jest maszyną, tylko żywych organizmem. Zdarza się, że zachoruje, pobrudzi się.

Broś nie chce wracać pamięcią do wczesnych lat 90., kiedy kontenery z polskim mlekiem w proszku służby celne innych krajów uznawały za radioaktywne. I późnych lat 90, kiedy inspektorzy Unii Europejskiej natknęli się w Polsce na rzekę brudnego mleka, z gronkowcem w tle. Dziś polskie mleko spełnia normy UE w ponad 80 procentach. Zgodnie z normami mleko klasy ekstra powinno zawierać nie więcej niż sto tysięcy bakterii. - Nawet jeśli jest ich więcej, to i tak znikają pod wpływem pasteryzacji - zapewnia Broś.

Ale Tomasz Nocuń, internista, ostrzega, że proces pasteryzacji zamienia mleko w zupę pełną martwych, toksycznych bakterii, które zatruwają organizm. I powodują kolejne alergie.

Alergolog, profesor Zawisza leczy ludzi uczulonych na mleko od dziesięcioleci. Liczba pacjentów z każdym rokiem powiększa się. Dla niektórych mleczna euforia kończy się śmiercią. Jak dla leczonego przez alergologa dyplomaty, którego na przyjęciu poczęstowano ciastkiem, w skład którego wchodziło mleko. Udusił się.

Nie leczona alergia na mleko nie zawsze kończy się zgonem, ale może kończyć się poważną chorobą. Z chorobami oczu włącznie. - Przewlekłe alergie pokarmowe, w tym także alergia na mleko, mogą pośrednio prowadzić do schorzeń ocznych, z zapaleniem rogówki oka włącznie - przyznaje doktor Anna Ambroziak ze Szpitala Okulistycznego w Warszawie.

Profesor Zawisza zauważa, że problem byłby łagodniejszy, gdyby Polska nie była krajem rolniczym, w którym mleko uznawane jest za podstawę pożywienia. Jesteśmy szóstym co do wielkości producentem mleka w Europie (7 mld litrów rocznie).

Mleka pije się mało w Afryce, prawie nie pije w Chinach i Japonii. - W samym tylko Kioto żyje czterysta osób, które ukończyły sto cztery lata życia. To ponad dwa razy więcej niż w całych Stanach Zjednoczonych - wyjaśnia Eugeniusz Zbigniew Siwik. - Ci ludzie są długowieczni, bo nie znają smaku mleka.

Zdrowie na sercu

Najwięcej piją mleka Amerykanie i Finowie. I tam notuje się najwięcej przypadków chorych na serce i cukrzycę. W Polsce mleko stało się towarem politycznym. Sloganem "Szklanka mleka dla każdego ucznia" rząd Leszka Millera postanowił zdobyć poparcie społeczne. I mleko zagościło w szkołach na dobre.

- Podawanie dzieciom w wieku szkolnym mleka skazuje je na choroby i cierpienia - zapewnia Eugeniusz Zbigniew Siwik. - Mamy jak w banku, że w przyszłości wiele z nich będzie zawałowcami.

A zbuntowany lekarz Tomasz Nocuń dodaje, że trudno mu uwierzyć w szlachetne intencje pomysłodawców akcji "Pij mleko". - Stworzono wielką reklamową machinę, która napędzać ma jedynie koniunkturę dla firm mleczarskich - twierdzi.

Producentom mleka sprzyjają także rządowe programy. Polscy producenci mogą starać się o dotację z Funduszu Promocji Mleczarstwa. Ta przychylność władz spowodowana jest, formalnie, troską o dobro dzieci i młodzieży. Takiej polityce, opartej na przekonaniu, że bez szklanki mleka dziennie polskie dziecko wyrośnie na półgłówka i inwalidę, sprzyjać mają badania. I tak Instytut Żywności i Żywienia odkrył, że jadłospis polskiego jedenastolatka zaspokaja połowę dziennego zapotrzebowania na wapń. Co oznacza, że większość jedenastolatków będzie w przyszłości chorować na osteoporozę. A tą zagrożonych jest dziś dziewięć milionów Polaków.

Naukowcy z organizacji Lekarze na rzecz Medycyny Odpowiedzialnej podnoszą, że istnieje zależność między insulinozależną cukrzycą (zwaną inaczej młodzieńczą) a alergią na mleko, a konkretnie zawarte w nim albuminy (czyli grupy białek rozpuszczalnych w wodzie). I znów - największy odsetek osób chorych na cukrzycę młodzieńczą notuje się w Finlandii, tam, gdzie dzieciom wmawia się mleko pod każdą postacią.

Adamowi Karbiszowi z Krakowa też wmawiano. Karbisz jest właścicielem firmy poligraficznej. Ma 34 lata i większość wakacji spędził na koloniach. - Podstawą jedzenia były placki ziemniaczane, mielony i mleko - przyznaje. - Wychowawcy byli sympatyczni i fanatyczni. Nie pozwalali odejść od stołu, jeśli szklanka z mlekiem nie była pusta. Przez wiele kolejnych lat chorowałem na przemian na anginę i zapalenie uszu.

Karbisz przestał jeździć na kolonie, bo zaprzyjaźniony z rodziną lekarz domyślił się przyczyny kłopotów zdrowotnych dziecka. - Był odważny w poglądach, to i miał poważne problemy z utrzymaniem pracy. Lekarz, który jest wrogiem mleka, staje się wrogiem ludu - twierdzi mężczyzna.

Ale lekarz Karbisza nie był wielkim odkrywcą. Pionier nauki o żywieniu doktor Max Bircher-Benner o szkodliwości mleka trąbił już pod koniec XIX wieku (dziś w Zurychu istnieje słynna klinika jego imienia). Twierdził, że mleko powinno być najwyżej dodatkiem do diety. Wyjątkiem są, według niego, łatwiej przyswajalne dla człowieka kwaśne produkty mleczne (jogurty, sery) i mleko pełne, prosto od krowy karmionej trawą.

Ewa Wachowicz, z zawodu technolog żywienia, kiedyś Miss Polonia, dziś producent programów telewizyjnych i matka małej Oli, kupuje mleko prawie wyłącznie od kobiety ze wsi.

- Tylko takie jest wartościowe - uważa. - W życiu nie podałabym dziecku produktu z napisem UHT. Skład mleka, podgrzewanego do tak wysokich temperatur budzi wątpliwości. Białko ścina się i nie wiemy do dziś, jaki może to mieć wpływ na zdrowie. Nie przypuszczam, by był pozytywny.

Zupa z bakterii

- Każdy chciałby mieć własną krowę pod blokiem i doić ją według potrzeb - mówi Waldemar Broś. - Ale to niemożliwe. Musimy dostosować się do wymogów cywilizacyjnych i podgrzewać mleko, by miało dłuższą wartość. Prawda, zabijamy też dobrą florę bakteryjną, ale to koszty cywilizacji.

Część naukowców uważa jednak, że mleko i tak trzeba pić, bo ma dużo cennych wartości.

- Jest wiele produktów, bogatszych w witaminy i minerały - zapewnia Barbara Bachurska, lekarz pediatra z Katowic. - Mitem jest także przekonanie, że mleko zawiera mnóstwo drogocennego wapnia. Znacznie więcej ma go plaster żółtego sera.

To wariaci

- Przestaliśmy słuchać natury - uważa Eugeniusz Zbigniew Siwik. - Stworzyliśmy przemysł, który powoli, ale skutecznie nas zabija. Siwik twierdzi, że w swoich poglądach, nawet w Polsce nie jest już osamotniony. - Ci, którym zależy na zdrowiu dzieci, będą mówić coraz głośniej. Będą mówić o podstępnej "białej śmierci", którą w imię niezrozumiałych racji wynosi się pod niebiosa - zapewnia.

- Zastanawiam się nad pewną kontrakcją. Nad tym, czy nie wytoczyć procesu Kayah i Lindzie, oskarżając ich o szerzenie kłamliwych i szkodliwych poglądów. A przynajmniej nad tym, czy nie spróbować postawić przed sądem tych, którzy namówili piękne i sławne osoby do tej tragicznej w skutkach reklamy?

Na przeciwników mleka patrzy się jak na złoczyńców albo wariatów. - Oni są chyba nienormalni? - zastanawia się Jagna Marczułajtis. - Przecież gdyby mleko było niezdrowe, to nie byłoby go w sklepach!

Wybaczamy dziwaczne poglądy joginom, taoistom i mieszkańcom Polinezji. Gdy do głosu dochodzą polscy lekarze, ich poglądy uznajemy za obrazoburcze. To wariaci. Mleko jest przecież rzeczą świętą. Niepodważalną jak rosół, schabowy i karp na wigilię. Wiedzą o tym dorośli i wiedzą dzieci. Zwłaszcza te, którym marzy się kariera i które do picia mleka zostały namówione przez wielkie gwiazdy. Ale jaka jest prawda?


* Pierwszym był Kryzys w Polsce

poniedziałek, 20 sierpnia 2012

Próba Amber Gold



Od kilku dni różne aspekty afery Amber Gold są jednym z głównych tematów w mediach masowego przekazu. Podobne rzeczy, od czasu do czasu, zdarzają się pewnie wszędzie. Trzeba jednak przyznać, że choć nasza rozmiarami nie umywa się nawet do amerykańskiej afery Bernarda Madoffa, to bardzo ciekawe będzie końcowe porównanie tych dwóch tak podobnych oszustw finansowych. Już teraz wstępna konfrontacja pokazuje, iż o ile amerykański system był wadliwy, skoro w porę nie wykrył działalności Madoffa, to nasz jest o niebo gorszy. Porównanie obnaża tragiczny stan polskiego państwa. Madoff bowiem nie posiadał na koncie pęczka wyroków za podobne czyny, co by mu uniemożliwiło jakąkolwiek działalność finansową. Marcin Plichta, jego odpowiednik, miał spaprane konto, co w każdym normalnym kraju zamknęłoby mu drogę do działalności w branży. Osiem wyroków za działalność w sektorze finansowym (za Wprost 24 - 10 Sie 2012). W dodatku wszystkie kolejne wyroki, choć za przestępstwa podobne, Marcin Plichta otrzymywał co najwyżej w zawieszeniu. To również jest chyba ewenementem na skalę światową. W takich Stanach Plichta już dawno zgniłby w więzieniu. Madoff nie miał też za pomocnika syna premiera. Dziwny kraj, dziwne obyczaje.


Ja jednak nie o tym, nie o samej aferze, jej bohaterach i ofiarach, choć ciekaw jestem wyroku, który być może otrzyma Plichta. Madoff dostał 150 lat odsiadki. Ciekawe, jak wypadnie riposta polskiego wymiaru sprawiedliwości w stosunku do naszego finansisty. Jak jednak znowu nie o tym. Ja o zwykłej przyzwoitości.

Do napisania niniejszego tekstu sprowokowała mnie wypowiedź przedstawiciela klasztoru dominikanów, którą oglądałem w telewizji, a którą można skrócić do stwierdzenia, iż nie zamierzają oddać nikomu ani grosza z pieniędzy (chyba milion złotych), które podarował im Plichta. Oburzyło mnie to tym bardziej, że wcześniej dyrektor gdańskiego ogrodu zoologicznego i Andrzej Wajda, którzy otrzymali podobne darowizny od najbardziej znanego w ostatnim tygodniu polskiego biznesmena, obiecali zwrot pieniędzy. Nie bardzo i nie do końca w to wierzę, no bo niby skąd zoo miałoby znaleźć na to środki? Pewnie w grę wchodzi tylko niewykorzystana część darowizny. W przypadku Wajdy, który od Plichty dostał wparcie na film o Wałęsie, pewnie też chodzi bardziej o PR, niż o co innego. Niemniej jednak... A Kościół? Czy to on przypadkiem nie powinien świecić przykładem moralnym? Kuriozalnym już elementem wypowiedzi przedstawiciela dominikanów było to, że będą się modlić za Plichtę i za pokrzywdzonych. W tej właśnie kolejności!

Kiedy chodziłem na lekcje religii, które jeszcze nie odbywały się w publicznych szkołach, po spowiedzi istniało coś takiego jak pokuta i zadośćuczynienie, oraz naprawa szkody, o ile to możliwe. Teraz mój niesmak budzi widok wiernych goniących prosto od konfesjonału do komunii. Tym bardziej, iż niejeden z nich żyje bez ślubu, czy w inny podobnie nienaprawialny sposób łamie przykazania, a wie o tym ten, który im opłatek podaje, nie tylko z racji spowiedzi, ale choćby tego, że co roku chodzi po kolędzie i zapisuje kto, gdzie i z kim oraz za ile. Gdzie jest coś takiego jak zwykła przyzwoitość? Jeśli już dominikanie te pieniążki od Plichty wzięli, to czemu, nie jako wybrańcy w służbie boskiej, od których powinno wymagać się jeszcze surowszego przestrzegania norm moralnych, ale jako po prostu porządni ludzie, nie obiecali ich zwrotu? Skoro poczucie zwykłej, ludzkiej przyzwoitości zanika nawet wśród kleru, to dokąd zmierza to społeczeństwo?

A może rację ma pewien znajomy biznesmen, który powiedział mi, iż wielu czyni darowizny na rzecz Kościoła, ale bierze pokwitowania na sumy znacznie wyższe? Obie strony są zadowolone. Jedna dostaje pieniążki, których inaczej nigdy by nie zobaczyła, a drudzy mają kwit na dziesięć razy więcej niż darowali.

Jak jest w tym wypadku, nie wiem. Nie ma to zresztą znaczenia. Jeśli Kościół publicznie odmawia zwrotu pieniędzy, o których wie, iż pochodzą z przestępstwa i z krzywdy ludzkiej, to dla mnie traci moralne prawo do pouczania innych.

Chcę tutaj dodać, iż do napisania tego felietoniku ostatecznie zdopingowała przekonała mnie osoba bardzo wierząca, która jednak jest ostatnio coraz bardziej sfrustrowania rozbieżnościami pomiędzy tym, co Kościół głosi, a tym, jak sam się prowadzi.


Wasz Andrew