A Wy co o tym sądzicie?
Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.
piątek, 24 sierpnia 2012
Zapisane w gwiazdach
środa, 22 sierpnia 2012
Rroaghr, czyli czas na debiut
Rroaghr
Jakub Dziwior
Wydawnictwo: My Book
Liczba stron: 197
Powieść Rroaghr to oficjalny debiut pisarski Jakuba Dziwiora. Sam autor to, przynajmniej póki co, persona raczej anonimowa w książkowym światku, chociaż co do jego zdolności władania piórem nie można mieć żadnych wątpliwości, szczególnie, gdy miało się styczność z artykułami jego autorstwa, publikowanymi na łamach satyrycznego serwisu internetowego Wielka Rzeczpospolita pod pseudonimem Red_81. Płodzone przez niego teksty zawsze charakteryzowały się lekkością oraz specyficznym humorem. Nie inaczej jest w przypadku jego pierwszej powieści.
Rroaghr, bo z pewnością
pierwsze, co przykuwa czytelniczą uwagę, jest szalenie zagadkowy i
równie trudny do odczytania tytuł, to imię głównego bohatera, młodego
drwala z plemienia Swargów. Uprzedzając pytanie o to niewątpliwie
dziwaczne zawołanie, wyjawię, że w książce pojawia się kilka wersji na
temat jego pochodzenia, z czego zdecydowanie najlepsza w moim mniemaniu
brzmi następująco: Inni twierdzili, że gdy po trzech dniach narodzin
syna świętowaniu ojciec Rroaghra przed kapłanem stanął, jedynie to w
stanie z siebie był wydusić, zanim w świńskim korycie ukojenie żołądka
sfatygowanego był znalazł. W każdym bądź razie, rodzina oraz znajomi zwracają się zdrobniale do bohatera Rory.
Młodzian ów charakteryzuje się niezbyt wysoką lotnością umysłu i, o
gorzka ironio, wyraźnie wbrew swojej woli zostaje wplątany w intrygę
bogów, którzy nie mogąc prowadzić ze sobą bezpośredniej walki, decydują
się wyjaśnić swoje animozje za pomocą rąk zwykłych i zawsze w takich
sytuacjach pokrzywdzonych śmiertelników.
W takich właśnie okolicznościach autor
zabiera nas w równie ciekawą, co zabawną podróż po wielkiej krainie
Allemanii. Wspólnie z narratorem będziemy świadkami serii konfliktów,
które targną cesarstwem Allemanii, krwawą walką o sukcesję po
przedwcześnie zmarłym, prawowitym władcy, doskonale znaną nam z historii
europejskich dworów. Wędrować będziemy po świecie ogarniętym wojenną
zawieruchą, weźmiemy udział w niejednym starciu zbrojnym. Co ciekawe,
znajdziemy się także poza krańcami oficjalnie uznawanego świata, skąd
zresztą sam Rory pochodzi.
Ponadto dzięki powieści dowiemy się
także, jak to się mogło stać, że we wspomnianym kraju cały panteon bóstw
został zastąpiony przez wiarę w Jedynego i Wielkiego. Światło dzienne
ujrzy sekret, jakim cudem Lucek, czyli były bóg spadających szyszek
został tym owym Wielkim i Jedynym. Być może dla niektórych czytelników,
ta właśnie niezwykła, a przy tym arcykomiczna forma ewolucji religii
politeistycznej w monoteistyczną, okaże się jedynie słuszną.
Wydaje mi się, że na szczególną uwagę
zasługuje styl, w jakim napisana została powieść. Reprezentatywną próbkę
mamy w przytoczonym wyżej cytacie objaśniającym pochodzenia imienia
Rroaghr. Mnie osobiście początkowo drażnił nieco zastosowany szyk
przestawny budowanych zdań, które gęsto ukwiecone są archaizmami, ale
dość szybko bystry czytelnik zorientuje się, że jest to zabieg celowy,
mający dodatkowo podkreślić i uwydatnić absurd, przebijający się przez
każdą stronnicę księgi. Sama proza przypomina nieco książki Terry’ego
Pratchetta, przy czym z pewnością Jakubowi Dziwiori nie można stawiać
obraźliwych i niesłusznych zarzutów o nieudolne próby imitacji
angielskiego twórcy Świata Dysku. Po prostu pióro polskiego pisarza jest
równie lekkie, a lektura wywołuje u czytającego równie częste i
podniosłe salwy śmiechu.
Ciepłe słowa należą się także samym
wykreowanym bohaterom. Co prawda motyw nieco przygłupawego, acz silnego i
posiadającego gołębie serce, herosa jest starym chwytem literackim, ale
Rory budzi u czytelnika autentyczną sympatię, który z uprzejmym
zainteresowaniem śledzi jego dalsze losy. Bardzo szybko polubimy z
pewnością też kompanów Rorego, spotykanych po drodze: sprytny i
przebiegły Unro, opanowany i spokojny Wieprzysław oraz pragnący rabować,
gwałcić i palić wszystko, co się rusza, zbój Isztvan to postacie
nieszablonowe, a każda z nich dostarczy niejednego powodu do śmiechu.
Następny literacki szablon, tym razem związany z napotykaniem przez
głównego bohatera kolejnych towarzyszy podróży, znany dobrze choćby z Alicji w Krainie Czarów, został umiejętnie wykorzystany oraz wpleciony w fabułę powieści.
Krótko podsumowując należy uczciwie przyznać, że debiut literacki Jakuba Dziwiora wypadł dobrze. Nie chcę gloryfikować powieści Rroagrh
ponad miarę, ponieważ doskonale zdaję sobie sprawę, że przemawia przeze
mnie sympatia oraz szacunek, którymi darzę autora w oparciu o jego
dotychczasową twórczość i wkład w rozwój portalu Wielka Rzeczpospolita.
Stąd mniemam, że moja opinia z pewnością zabarwiona jest niejedną nutką
subiektywizmu. Ale jedno mogę rzec z pełnym przekonaniem: książka Rroagrh,
którą możemy nabyć zarówno w formie tradycyjnej jak i cyfrowej, to z
pewnością dobrze wydane pieniądze (a nie tak jak zasugerował mi autor w
dedykacji: najgorzej zainwestowane 24 zł w Twoim życiu). Powieść gwarantuje miło spędzony czas oraz niejeden uśmiech.
Wasz Ambrose
Wasz Ambrose
Pij mleko, będziesz kaleką
Zawarte w mleku składniki powodują uszkodzenie wielu narządów wewnętrznych człowieka.
Pij mleko, będziesz wielki jak Kayah albo Bogusław Linda - przekonują reklamy. Guzik prawda. Krowie mleko to nie przepis na karierę dla dziecka, ale na jego kłopoty.
O zaletach mleka zapewniają polskie dzieci twórcy najgłośniejszej dziś społecznej reklamy, politycy i oczywiście koncerny mleczarskie, którym publiczna akcja jest wyjątkowo na rękę.
Dziewczynka z reklamy jest nieśmiała, szczerbata i pewnie od dawna siedzi w ostatniej ławce. Kiedy przyznaje się klasie, że chciałaby zostać piosenkarką, dzieci wybuchają śmiechem. Dziewczynka wypija szklankę mleka i po latach zostaje gwiazdą popu. Przesłanie jest jasne.
Moda na picie
Akcja ruszyła we wrześniu 2002 roku i trwa do dziś. Jej organizator - Międzynarodowe Stowarzyszenie Reklamy, za swój cel uznał "intensyfikację działań profilaktyki osteoporozy poprzez wykreowanie mody na picie mleka". Inaczej mówiąc - jak będziesz miał ciepły stosunek do mleka, nie będziesz w przyszłości chodził o kulach. Stowarzyszenie promuje mleko za darmo.
- Firmy reklamowe postrzegane są często jak krwiopijcy - przyznaje Paweł Kowalewski, wiceprezes Stowarzyszenia. - Postanowiliśmy to zmienić. Mleko, którego spożycie drastycznie w Polsce spada, wydało nam się odpowiednie.
W promocyjną machinę wciągnięto telewizję, rozgłośnie, gazety. I gwiazdy z pierwszych stron kolorowych czasopism. Nie tylko Kayah i Bogusława Lindę, ale też mistrza kierownicy Krzysztofa Hołowczyca i polską snowboardzistkę Jagnę Marczułajtis. Urodę Jagny można podziwiać w multipleksach, tuż przed pokazami "Starej baśni".
- Nie wahałam się ani chwili - zapewnia snowboardzistka. - To był wspaniały i oryginalny pomysł. Poza tym bardzo lubię mleko.
Nie tylko ona. Lubi je także mistrz świata w skokach narciarskich, Fin Veli-Matti Lindstroem, który w prasie i telewizji postanowił (choć już nie za darmo) promować... polskie świeże mleko. Moda na mleko przeniosła się z telewizji na ulicę. We wrześniu posłanka SLD Sylwia Pusz wraz z wolontariuszami w białych kitlach rozdała na poznańskich przystankach autobusowych cztery tysiące kartoników mleka, także czekoladowego.
W promocję napoju od polskiej krowy włączyła się nawet część lekarzy. Zagrzmieli, że dzieci piją mleka za mało i że to źle się skończy.
Na usługach koncernów
Ale nie wszyscy medycy tak myślą. Jednym z nich jest doktor Eugeniusz Zbigniew Siwik, autorytet w dziedzinie ginekologii i położnictwa, twórca pierwszej w Polsce Kliniki i Szkoły Porodu Naturalnego. Z zamiłowania dietetyk.
- Medycyna bierze dziś udział w jednym z największych oszustw ostatniego stulecia - twierdzi. - Jest na usługach koncernów, którym nie zależy na zdrowiu dzieci, tylko na pieniądzach. Lekarze nabrali wody w usta, bo tak jest bezpieczniej.
Siwik używa mocnych słów. Twierdzi, że zawarte w mleku składniki powodują uszkodzenie wielu narządów wewnętrznych człowieka, nieodwracalne zmiany w układzie naczyniowym, sercowym i kostnym.
- Mleko, wbrew powszechnemu mniemaniu, nie wzmacnia kości, tylko je osłabia. Zawarte w nim białko wypłukuje wapń z organizmu. Mleko krowie to najlepszy przepis na wózek inwalidzki - grozi.
- Jeśli wierzymy, że mleko to źródło wapnia chroniącego przed osteoporozą (osłabieniem kości), musimy pamiętać, że osteoporoza jest najbardziej rozpowszechniona w regionach świata o wysokim spożyciu mleka, np. w Europie Północnej, Kanadzie i USA - zauważa również Annemarie Colbin, autorka książki "Osteoporoza".
Kilka lat temu zrzeszająca pięć tysięcy członków międzynarodowa organizacja Lekarze na Rzecz Medycyny Odpowiedzialnej wydała oświadczenie, w którym ostrzega przed piciem mleka. Lista przeciwwskazań jest długa.
Zasadniczym powodem sprzeciwu wobec białego eliksiru jest przekonanie, że człowiek, podobnie jak pozostałe ssaki, przystosowany jest do spożywania mleka tylko w okresie niemowlęcym.
- Człowiek nie krowa, czterech żołądków nie ma - twierdzi Mariusz Gawlik, lekarz ze Stargardu Szczecińskiego, przez lata pracujący na dziecięcym oddziale laryngologicznym. - Mały człowiek nie jest cielęciem, które potrzebuje innego składu witamin i minerałów niż wolno rozwijający się ludzki organizm. Z tego powodu picie mleka krowiego jest patologią. I przyczyną setek chorób.
Mleko krowie nie jest dobrze przyjmowane przez ludzki organizm. Tego argumentu nie odpierają nawet zagorzali jego zwolennicy.
- Nietolerancja laktozy to poważna i, niestety, częsta komplikacja. Sam też mleka nie toleruję - przyznaje nawet Waldemar Broś, wiceprezes Polskiego Stowarzyszenia Spółdzielni Mleczarskich.
Lekarze z międzynarodowej organizacji LMO twierdzą, że 80 procent ludzkości mleka po prostu nie trawi. W Polsce, gdzie tradycja picia mleka jest długa, problemy z przyswajaniem cukru mlecznego, zwanego laktozą, ma połowa obywateli.
Z badań doktor Doroty Szostak-Węgierek z Instytutu Żywienia i Żywności w Warszawie wynika, że prawie 20 procent polskich dzieci ma niedobór enzymu trawiącego laktozę. - Objawy nietolerancji mleka mogą ujawniać się nawet po latach - twierdzi dietetyczka.
Proszę, nie pij
Nie chodzi jednak tylko o laktozę. W 2001 roku nowozelandzki badacz doktor Corrie McLachlan ogłosił wyniki badań, z których wynikało, że mleko, a właściwie zawarta w nim kazeina (rodzaj białka), jest przyczyną chorób serca. Wnioski naukowca umieszczono w międzynarodowym internetowym serwisie o wymownej nazwie "No milk page" (strona bez mleka). Do odwiedzenia serwisu, na którym znalazło się wiele publikacji, ostrzegających ludzi przed piciem mleka z różnych powodów, do dziś zachęca na swojej stronie internetowej zespół lekarzy III Kliniki Chorób Dziecięcych Akademii Medycznej w Białymstoku.
Złudzeń nie pozostawia także Frank Oski, profesor pediatrii z renomowanej John Hopkins School of Medicine, który w trosce o zdrowie dzieci napisał nawet książkę "Proszę, nie pij mleka".
Ale polskie dzieci piły mleko i piją nadal.
Katarzyna Woleńska jest nauczycielką. Ma 28 lat i koszmarne wspomnienia z dzieciństwa.
- W moim domu panował kult mleka - mówi. Śniadanie kończyło się dla Woleńskiej dość schematycznie. Wymioty, biegunki, wysypka. Rodzice podejrzewali uczulenie, więc wyrzucili z jej jadłospisu pomidory i truskawki, choć je uwielbiała. Alergię na mleko wykryto u niej, kiedy dostała się na studia. Za późno. Była już astmatyczką.
- Mleko jest jednym z najgroźniejszych alergenów pokarmowych. Ma aż pięć składników, które mogą być fatalnie tolerowane przez człowieka - przyznaje profesor Edward Tadeusz Zawisza, jeden z najwybitniejszych polskich alergologów.
- Ale groźne mogą być także zanieczyszczenia mleka, takie jak penicylina i białka pszenicy.
Zdobycz bakterii
- Polskie mleko jest już czyste i wciąż naturalne - zapewnia Waldemar Broś. - Z drugiej strony krowa nie jest maszyną, tylko żywych organizmem. Zdarza się, że zachoruje, pobrudzi się.
Broś nie chce wracać pamięcią do wczesnych lat 90., kiedy kontenery z polskim mlekiem w proszku służby celne innych krajów uznawały za radioaktywne. I późnych lat 90, kiedy inspektorzy Unii Europejskiej natknęli się w Polsce na rzekę brudnego mleka, z gronkowcem w tle. Dziś polskie mleko spełnia normy UE w ponad 80 procentach. Zgodnie z normami mleko klasy ekstra powinno zawierać nie więcej niż sto tysięcy bakterii. - Nawet jeśli jest ich więcej, to i tak znikają pod wpływem pasteryzacji - zapewnia Broś.
Ale Tomasz Nocuń, internista, ostrzega, że proces pasteryzacji zamienia mleko w zupę pełną martwych, toksycznych bakterii, które zatruwają organizm. I powodują kolejne alergie.
Alergolog, profesor Zawisza leczy ludzi uczulonych na mleko od dziesięcioleci. Liczba pacjentów z każdym rokiem powiększa się. Dla niektórych mleczna euforia kończy się śmiercią. Jak dla leczonego przez alergologa dyplomaty, którego na przyjęciu poczęstowano ciastkiem, w skład którego wchodziło mleko. Udusił się.
Nie leczona alergia na mleko nie zawsze kończy się zgonem, ale może kończyć się poważną chorobą. Z chorobami oczu włącznie. - Przewlekłe alergie pokarmowe, w tym także alergia na mleko, mogą pośrednio prowadzić do schorzeń ocznych, z zapaleniem rogówki oka włącznie - przyznaje doktor Anna Ambroziak ze Szpitala Okulistycznego w Warszawie.
Profesor Zawisza zauważa, że problem byłby łagodniejszy, gdyby Polska nie była krajem rolniczym, w którym mleko uznawane jest za podstawę pożywienia. Jesteśmy szóstym co do wielkości producentem mleka w Europie (7 mld litrów rocznie).
Mleka pije się mało w Afryce, prawie nie pije w Chinach i Japonii. - W samym tylko Kioto żyje czterysta osób, które ukończyły sto cztery lata życia. To ponad dwa razy więcej niż w całych Stanach Zjednoczonych - wyjaśnia Eugeniusz Zbigniew Siwik. - Ci ludzie są długowieczni, bo nie znają smaku mleka.
Zdrowie na sercu
Najwięcej piją mleka Amerykanie i Finowie. I tam notuje się najwięcej przypadków chorych na serce i cukrzycę. W Polsce mleko stało się towarem politycznym. Sloganem "Szklanka mleka dla każdego ucznia" rząd Leszka Millera postanowił zdobyć poparcie społeczne. I mleko zagościło w szkołach na dobre.
- Podawanie dzieciom w wieku szkolnym mleka skazuje je na choroby i cierpienia - zapewnia Eugeniusz Zbigniew Siwik. - Mamy jak w banku, że w przyszłości wiele z nich będzie zawałowcami.
A zbuntowany lekarz Tomasz Nocuń dodaje, że trudno mu uwierzyć w szlachetne intencje pomysłodawców akcji "Pij mleko". - Stworzono wielką reklamową machinę, która napędzać ma jedynie koniunkturę dla firm mleczarskich - twierdzi.
Producentom mleka sprzyjają także rządowe programy. Polscy producenci mogą starać się o dotację z Funduszu Promocji Mleczarstwa. Ta przychylność władz spowodowana jest, formalnie, troską o dobro dzieci i młodzieży. Takiej polityce, opartej na przekonaniu, że bez szklanki mleka dziennie polskie dziecko wyrośnie na półgłówka i inwalidę, sprzyjać mają badania. I tak Instytut Żywności i Żywienia odkrył, że jadłospis polskiego jedenastolatka zaspokaja połowę dziennego zapotrzebowania na wapń. Co oznacza, że większość jedenastolatków będzie w przyszłości chorować na osteoporozę. A tą zagrożonych jest dziś dziewięć milionów Polaków.
Naukowcy z organizacji Lekarze na rzecz Medycyny Odpowiedzialnej podnoszą, że istnieje zależność między insulinozależną cukrzycą (zwaną inaczej młodzieńczą) a alergią na mleko, a konkretnie zawarte w nim albuminy (czyli grupy białek rozpuszczalnych w wodzie). I znów - największy odsetek osób chorych na cukrzycę młodzieńczą notuje się w Finlandii, tam, gdzie dzieciom wmawia się mleko pod każdą postacią.
Adamowi Karbiszowi z Krakowa też wmawiano. Karbisz jest właścicielem firmy poligraficznej. Ma 34 lata i większość wakacji spędził na koloniach. - Podstawą jedzenia były placki ziemniaczane, mielony i mleko - przyznaje. - Wychowawcy byli sympatyczni i fanatyczni. Nie pozwalali odejść od stołu, jeśli szklanka z mlekiem nie była pusta. Przez wiele kolejnych lat chorowałem na przemian na anginę i zapalenie uszu.
Karbisz przestał jeździć na kolonie, bo zaprzyjaźniony z rodziną lekarz domyślił się przyczyny kłopotów zdrowotnych dziecka. - Był odważny w poglądach, to i miał poważne problemy z utrzymaniem pracy. Lekarz, który jest wrogiem mleka, staje się wrogiem ludu - twierdzi mężczyzna.
Ale lekarz Karbisza nie był wielkim odkrywcą. Pionier nauki o żywieniu doktor Max Bircher-Benner o szkodliwości mleka trąbił już pod koniec XIX wieku (dziś w Zurychu istnieje słynna klinika jego imienia). Twierdził, że mleko powinno być najwyżej dodatkiem do diety. Wyjątkiem są, według niego, łatwiej przyswajalne dla człowieka kwaśne produkty mleczne (jogurty, sery) i mleko pełne, prosto od krowy karmionej trawą.
Ewa Wachowicz, z zawodu technolog żywienia, kiedyś Miss Polonia, dziś producent programów telewizyjnych i matka małej Oli, kupuje mleko prawie wyłącznie od kobiety ze wsi.
- Tylko takie jest wartościowe - uważa. - W życiu nie podałabym dziecku produktu z napisem UHT. Skład mleka, podgrzewanego do tak wysokich temperatur budzi wątpliwości. Białko ścina się i nie wiemy do dziś, jaki może to mieć wpływ na zdrowie. Nie przypuszczam, by był pozytywny.
Zupa z bakterii
- Każdy chciałby mieć własną krowę pod blokiem i doić ją według potrzeb - mówi Waldemar Broś. - Ale to niemożliwe. Musimy dostosować się do wymogów cywilizacyjnych i podgrzewać mleko, by miało dłuższą wartość. Prawda, zabijamy też dobrą florę bakteryjną, ale to koszty cywilizacji.
Część naukowców uważa jednak, że mleko i tak trzeba pić, bo ma dużo cennych wartości.
- Jest wiele produktów, bogatszych w witaminy i minerały - zapewnia Barbara Bachurska, lekarz pediatra z Katowic. - Mitem jest także przekonanie, że mleko zawiera mnóstwo drogocennego wapnia. Znacznie więcej ma go plaster żółtego sera.
To wariaci
- Przestaliśmy słuchać natury - uważa Eugeniusz Zbigniew Siwik. - Stworzyliśmy przemysł, który powoli, ale skutecznie nas zabija. Siwik twierdzi, że w swoich poglądach, nawet w Polsce nie jest już osamotniony. - Ci, którym zależy na zdrowiu dzieci, będą mówić coraz głośniej. Będą mówić o podstępnej "białej śmierci", którą w imię niezrozumiałych racji wynosi się pod niebiosa - zapewnia.
- Zastanawiam się nad pewną kontrakcją. Nad tym, czy nie wytoczyć procesu Kayah i Lindzie, oskarżając ich o szerzenie kłamliwych i szkodliwych poglądów. A przynajmniej nad tym, czy nie spróbować postawić przed sądem tych, którzy namówili piękne i sławne osoby do tej tragicznej w skutkach reklamy?
Na przeciwników mleka patrzy się jak na złoczyńców albo wariatów. - Oni są chyba nienormalni? - zastanawia się Jagna Marczułajtis. - Przecież gdyby mleko było niezdrowe, to nie byłoby go w sklepach!
Wybaczamy dziwaczne poglądy joginom, taoistom i mieszkańcom Polinezji. Gdy do głosu dochodzą polscy lekarze, ich poglądy uznajemy za obrazoburcze. To wariaci. Mleko jest przecież rzeczą świętą. Niepodważalną jak rosół, schabowy i karp na wigilię. Wiedzą o tym dorośli i wiedzą dzieci. Zwłaszcza te, którym marzy się kariera i które do picia mleka zostały namówione przez wielkie gwiazdy. Ale jaka jest prawda?
za http://www.wegetarianie.pl/Article1099.html za Kulisy nr 42/2003
* Pierwszym był Kryzys w Polsce
poniedziałek, 20 sierpnia 2012
Próba Amber Gold
Od kilku dni różne aspekty afery Amber Gold są jednym z głównych tematów w mediach masowego przekazu. Podobne rzeczy, od czasu do czasu, zdarzają się pewnie wszędzie. Trzeba jednak przyznać, że choć nasza rozmiarami nie umywa się nawet do amerykańskiej afery Bernarda Madoffa, to bardzo ciekawe będzie końcowe porównanie tych dwóch tak podobnych oszustw finansowych. Już teraz wstępna konfrontacja pokazuje, iż o ile amerykański system był wadliwy, skoro w porę nie wykrył działalności Madoffa, to nasz jest o niebo gorszy. Porównanie obnaża tragiczny stan polskiego państwa. Madoff bowiem nie posiadał na koncie pęczka wyroków za podobne czyny, co by mu uniemożliwiło jakąkolwiek działalność finansową. Marcin Plichta, jego odpowiednik, miał spaprane konto, co w każdym normalnym kraju zamknęłoby mu drogę do działalności w branży. Osiem wyroków za działalność w sektorze finansowym (za Wprost 24 - 10 Sie 2012). W dodatku wszystkie kolejne wyroki, choć za przestępstwa podobne, Marcin Plichta otrzymywał co najwyżej w zawieszeniu. To również jest chyba ewenementem na skalę światową. W takich Stanach Plichta już dawno zgniłby w więzieniu. Madoff nie miał też za pomocnika syna premiera. Dziwny kraj, dziwne obyczaje.
Ja jednak nie o tym, nie o samej aferze, jej bohaterach i ofiarach, choć ciekaw jestem wyroku, który być może otrzyma Plichta. Madoff dostał 150 lat odsiadki. Ciekawe, jak wypadnie riposta polskiego wymiaru sprawiedliwości w stosunku do naszego finansisty. Jak jednak znowu nie o tym. Ja o zwykłej przyzwoitości.
Do napisania niniejszego tekstu sprowokowała mnie wypowiedź przedstawiciela klasztoru dominikanów, którą oglądałem w telewizji, a którą można skrócić do stwierdzenia, iż nie zamierzają oddać nikomu ani grosza z pieniędzy (chyba milion złotych), które podarował im Plichta. Oburzyło mnie to tym bardziej, że wcześniej dyrektor gdańskiego ogrodu zoologicznego i Andrzej Wajda, którzy otrzymali podobne darowizny od najbardziej znanego w ostatnim tygodniu polskiego biznesmena, obiecali zwrot pieniędzy. Nie bardzo i nie do końca w to wierzę, no bo niby skąd zoo miałoby znaleźć na to środki? Pewnie w grę wchodzi tylko niewykorzystana część darowizny. W przypadku Wajdy, który od Plichty dostał wparcie na film o Wałęsie, pewnie też chodzi bardziej o PR, niż o co innego. Niemniej jednak... A Kościół? Czy to on przypadkiem nie powinien świecić przykładem moralnym? Kuriozalnym już elementem wypowiedzi przedstawiciela dominikanów było to, że będą się modlić za Plichtę i za pokrzywdzonych. W tej właśnie kolejności!
Kiedy chodziłem na lekcje religii, które jeszcze nie odbywały się w publicznych szkołach, po spowiedzi istniało coś takiego jak pokuta i zadośćuczynienie, oraz naprawa szkody, o ile to możliwe. Teraz mój niesmak budzi widok wiernych goniących prosto od konfesjonału do komunii. Tym bardziej, iż niejeden z nich żyje bez ślubu, czy w inny podobnie nienaprawialny sposób łamie przykazania, a wie o tym ten, który im opłatek podaje, nie tylko z racji spowiedzi, ale choćby tego, że co roku chodzi po kolędzie i zapisuje kto, gdzie i z kim oraz za ile. Gdzie jest coś takiego jak zwykła przyzwoitość? Jeśli już dominikanie te pieniążki od Plichty wzięli, to czemu, nie jako wybrańcy w służbie boskiej, od których powinno wymagać się jeszcze surowszego przestrzegania norm moralnych, ale jako po prostu porządni ludzie, nie obiecali ich zwrotu? Skoro poczucie zwykłej, ludzkiej przyzwoitości zanika nawet wśród kleru, to dokąd zmierza to społeczeństwo?
A może rację ma pewien znajomy biznesmen, który powiedział mi, iż wielu czyni darowizny na rzecz Kościoła, ale bierze pokwitowania na sumy znacznie wyższe? Obie strony są zadowolone. Jedna dostaje pieniążki, których inaczej nigdy by nie zobaczyła, a drudzy mają kwit na dziesięć razy więcej niż darowali.
Jak jest w tym wypadku, nie wiem. Nie ma to zresztą znaczenia. Jeśli Kościół publicznie odmawia zwrotu pieniędzy, o których wie, iż pochodzą z przestępstwa i z krzywdy ludzkiej, to dla mnie traci moralne prawo do pouczania innych.
Chcę tutaj dodać, iż do napisania tego felietoniku ostatecznie zdopingowała przekonała mnie osoba bardzo wierząca, która jednak jest ostatnio coraz bardziej sfrustrowania rozbieżnościami pomiędzy tym, co Kościół głosi, a tym, jak sam się prowadzi.
Wasz Andrew
sobota, 18 sierpnia 2012
Dziwna sprawa ta młodość
Księżyc wschodzi
Jarosław Iwaszkiewicz
Wydawnictwo: Czytelnik
Liczba stron: 223
Wydanie książki Księżyc wschodzi z roku 1964, poprzedzone jest przedmową autora, Jarosława Iwaszkiewicza. Autor stwierdza w niej: Dziwna
sprawa ta młodość. Dziwna sprawa ta twórczość młodości. Kiedy sobie
odczytuję tę powieść napisaną czterdzieści lat temu, dziw mnie bierze,
że można było tak tworzyć. Instynktem bardziej niż obmyślaniem,
improwizacją niż staraniem. Wydaje się, że tymi właśnie krótki
słowami idealnie można podsumować tę właśnie literacką pozycję pana
Iwaszkiewicza napisaną dość dawno, bo w roku 1924 i to ich twardo należy
się trzymać w wędrówce po meandrach psychiki głównego bohatera
Antoniego.
Księżyc wschodzi to klasyczny
Bildungsroman, czyli powieść o dojrzewaniu. Antoni, w chwili, gdy go
poznajemy, kończy właśnie edukację szkolną i wybiera się na wakacje na
wieś do swojej ciotki, by odpocząć przed trudami studenckiego życia.
Początkowo jednak boi się tego wyjazdu – wieś jawi mu się dość obco i
mało atrakcyjnie, dodatkowo, rodzina, która ma go gościć jest mu
praktycznie nieznana. Powieść w ogromnej mierze poświęcona jest
kształtowaniu się psychiki młodego bohatera. Wspólnie z nim przeżywamy
pierwsze rozterki miłosne, rozważamy egzystencjalne problemy, próbujemy
odnaleźć sens i cel życia.
A przyznać trzeba, że Tosiek to
prawdziwy myśliciel – egzystencjalista. Człowiek z duszą romantyka,
który w sposób znacznie bardziej intensywny niż pozostali odbiera bodźce
słane przez rzeczywistość. Początkowo jednak to osobnik, który nie
potrafi dłużej zainteresować się jednym tematem – teoretycznie ciekawi
go wszystko, ale jak gdyby ślizga się po powierzchni danego problemu,
nic nie jest w stanie zaabsorbować go całkowicie. Wakacje na wsi wydają
się zatem fantastyczną okazją, by uporządkować myśli, zająć się
rozwikłaniem supła życiowych decyzji.
Iwaszkiewicz akcję powieść osadził w
miejscu swojego dzieciństwa, a więc na ukraińskich kresach. W sposób
znakomity odmalował on panoramę kijowskiej prowincji. Chodzi mi tutaj
zarówno o przyrodę, która odgrywa w książce znaczącą rolę, jak i
krajobraz społeczny. Fabuła rozgrywa się niespiesznie, bardzo powoli.
Opisy natury są żywe i plastyczne, pisarz poświęca im sporo miejsca,
przez co akcja często grzęźnie jeszcze w zarodku. Przyjemnie jest jednak
czytać to swoiste studium malowniczych widoków, wędrować z bohaterami
po kolorowych ogrodach, wdychać zapach mięty, traw, kwiatów, tonąć wśród
morza zboża, pływać łódką wśród szuwar, czy nieśpiesznie i uważnie
czytać poezję przy akompaniamencie brzęczących leniwie owadów.
Iwaszkiewicz zdaje się wyraźnie podkreślać, że człowiek jest jedynie
cząstką otaczającej go przyrody. Równocześnie zwraca uwagę, że uważna
kontemplacja natury, oddawanie jej należnej czci i szacunku, dają
uczucia pogodzenia, spełnienia, spokoju.
Wspomnieć należy tutaj również o
zabiegu, który jest bardzo charakterystyczny dla artystów, wiodących
swój dalszy żywot z dala od domu rodzinnego, w którym przeżywali
dzieciństwo. Wieś nakreślona iwaszkiewiczowskim piórem z pewnością
została nieco podkoloryzowana, autor nie obronił się przed drobną
mitologizacją raju utraconego, stąd sielankowe opisy, którymi wyraźnie
naznaczone są liczne stronnice książki.
Istotne jest jednak to, że autor zdołał
też wykroić ze swojej powieści całkiem syty kawałek dla problemów
społecznych, który dominowały na kresach w początkach XX wieku. Sytuacja
jest tutaj dość szczególna i naprawdę mocno zagmatwana. Gubernia
kijowska to typowy obszar pogranicza, gdzie ścierają się ze sobą
najróżniejsze wpływy. I Wojna Światowa jeszcze nie wybuchła, dlatego na
mapie wciąż nie widnieje Polska, ale w powieści nie brak za to Polaków.
Nasi rodacy to w większości przedstawiciele szlachty, do których należą
wielkie majątki ziemskie. Chłopstwo to w głównej mierze biedna i słabo
wykształcona rdzenna ludność ukraińska, a na domiar tego wszystkiego,
prominentni urzędnicy państwowi to z kolei Rosjanie. Iwaszkiewicz bardzo
celnie ukazał wszystkie problemy, które gnębiły ten kocioł. Chłopi
żywili naprawdę sporą urazę do polskiego Jaśnie Państwa, które często
odnosiło się do nich z pogardą, lekceważąc ich problemy. Na żadną
sprawiedliwość z ich strony raczej nie mieli co liczyć, a dodatkowo
rozsierdzał ich niemal codzienny widok znudzonych szlacheckich dzieci,
które bez celu włóczyły się po okolicy, na wszystkich patrząc z góry,
emanując wręcz pompatycznością i ignorancją. Do sprawy Ukraińców zgoła
inaczej podchodzili polscy właściciele ziemscy, którzy oczekiwali od
chłopów wdzięczności za sam fakt bycia. W mniemaniu szlachty to właśnie
majątek ziemski był źródłem dóbr wszelakich, płynących obficie do
ukraińskiego motłochu: począwszy od miejsc pracy przy dworze, a
skończywszy na trzymaniu tego całego bydła ludzkiego w ryzach
przyzwoitości. Jeszcze inną kwestię stanowili Rosjanie, którzy z
wiadomych względów nie cieszyli się zbytnią estymą wśród Polaków, a
którzy dodatkowo prowadzili intensywną rusyfikację ukraińskich chłopów,
podburzając ich przeciw polskiej szlachcie. Przyznać trzeba, że
Iwaszkiewicz poprzez raczej skromne, peryferyjne wręcz opisy,
wleczące się nieśmiało gdzieś na obrzeżach fabuły, zaserwował
czytelnikowi naprawdę klarowny oraz ciekawy obraz społecznych kresów
ukraińskich, ukazując skomplikowane zależności, które panowały pomiędzy
nacjami zamieszkującymi ten obszar Europy.
Na zakończenie warto jeszcze wspomnieć o
kreacji bohaterów, których w powieści przewinie się kilka. Antoni,
wokół którego rozgrywa się cała akcja, jak już wspominałem, to młody
osobnik, który dopiero wkracza w dorosłe życie i poznaje zarówno jego
ciemne jak i jasne strony. Równie ciekawą postacią jest kuzyn Jerzy,
którego pierwowzorem w moim mniemaniu mógł być znany doskonale z Biesów
Dostojewskiego Mikołaj Wsiewołodowicz Stawrogin. To osobnik o ogromnej
charyzmie, cieszący się niesłabnącym autorytetem praktycznie wszędzie,
gdzie się tylko zjawi. Cechuje go jednak niesamowita wręcz zmienność
charakterów – z równą łatwością popuszcza wodze swojego szaleństwa, co
sprawia wrażenie człowieka wyważonego, dystyngowanego. Wszędzie go pełno
i mimo, że niekiedy sprawia wrażenie lekkoducha, to z pewnością nie
jest to jego natura. Wydaje się, że Jerzy, podobnie jak Stawrogin, ma
wyraźnie problemy z odnalezieniem sensu życia, dodatkowy kłopot sprawia
brak oparcia w jakimś moralnym autorytecie. Młodzian ów, wzorem swojego
bohatera z Biesów, bywa okrutny i bezlitosny. Uderza szczególnie chęć i
przyjemność płynąca z kierowania losami innych. Jerzy chełpi się tym, że
jedynie siłą perswazji, w wyniku gorliwej dyskusji, za pomocą logicznej
argumentacji doprowadza do samobójstwa Knabego – podobnie rzecz się
miała ze Stawroginem, kiedy to pod wpływem jego koncepcji odebrać sobie
życie postanowił inżynier Kiryłow. Obaj zdają się gonić wiatr w polu –
są niesamowicie żywotni, pełni energii, wewnętrznie jednak przeraźliwie
okaleczeni – brak im jakieś elementarnej cząstki duszy i wydaje się, że
ich życie poszukiwaniom tej właśnie brakującej materii jest
podporządkowane.
Reasumując, Księżyc wschodzi to powieść
dość udana. Wydaje mi się, że do gustu przypadnie szczególnie osobom o
romantycznym usposobieniu, którzy rozsmakowują się w każdej doznanej
chwili życia. To ciekawy obraz zmian, jakie zachodzą w młodym człowieku,
który dopiero wydeptuje swoje życiowe ścieżki. Całość okraszona została
pięknymi opisami ukraińskich kresów oraz interesującą analizą
społeczną. Swoją pierwszą przygodę z twórczością Jarosława Iwaszkiewicza
uważam za udaną.
piątek, 17 sierpnia 2012
Tarcza zamiast masła
fot. Jacek Turczyk
Prezydent Bronisław Komorowski uraczył nas prezentem godnym... No właśnie; kogo?
Uznał mianowicie, co z dumą ogłosił, iż Polska powinna wybudować sobie własną tarczę antyrakietową, niezależnie od tej made in USA. Mało mnie szlag nie trafił! Może Pan Prezydent nie zauważył, że mamy kryzys?
Czy punkt widzenia aż tak bardzo może zależeć od punktu siedzenia? Jak się okazuje, może. Z wysokości urzędu i dobrobytu Pana Prezydenta nie widać, iż bezrobocie mamy już większe niż w USA, a wśród młodych osiągnęło ono takie przerażające rozmiary, pomimo masowych wyjazdów za granicę trwających od wielu lat, iż niełatwo dokopać się do rzetelnych danych na ten temat.
Uważam za hańbę i obrazę resztek przyzwoitości, jaka została w polskiej klasie politycznej, by w celu odwrócenia uwagi wyborców od ważkich problemów kraju, z którymi nie wiadomo co zrobić, i od miałkości własnej działalności, proponować wojskowym zakup dalszych, bezużytecznych, za to kosztownych zabawek, by połechtać naszą narodową dumę i ułańską fantazję.
W kraju, w którym jak w żadnym innym odbiera się chorym leki onkologiczne nawet w trakcie kuracji, w którym odmawia się refundowania nawet leków na SM i dziesiątków innych refundowanych w większości krajów aspirujących do miana cywilizowanych, w tym kraju Prezydent rzuca takie propozycje.
Nie potrafię sobie wyobrazić czym skończyłaby się taka propozycja w Hiszpanii, Grecji, a nawet w obecnych Niemczech. Pewnie ich przywódcy nie potrafią sobie wyobrazić, by w czasie rozmów o obecnym kryzysie choćby bąknąć o takich pomysłach. Nas jednak stać.
Nie stać nas na porządne nagrody dla olimpijskich medalistów, obciachowe nawet w porównaniu do tych, które afrykańskie ojczyzny ufundowały swoim zawodnikom, ale stać nas na tarczę! Własną!
Nie stać nas na porządną opiekę zdrowotną, na powszechną opiekę stomatologiczną, na prawdziwie darmową edukację, ale na to nas stać! Powiedzcie to chorym, umierającym w poczuciu braku godności i ich rodzinom, którym się tłumaczy, że nie ma pieniędzy. Powiedzcie sportowcom, powiedzcie uzdolnionym, którzy nie mogą się rozwijać, dla dobra Polski zresztą, gdyż ojczyzny nie stać na prawdziwe wsparcie. Polski nie stać na nic, co mogłoby pomóc tym, którzy są poniżej średniej, ale stać na marmurowe elewacje urzędów, limuzyny i przywileje dla polityków, niekoniecznie najwyższego szczebla. Nie stać na mniej urągające przyzwoitości zapomogi dla chorych i najbiedniejszych, dla rodzin poległych w Afganistanie, ale stać na kolosalne odszkodowania dla rodzin kolesiów, którzy zginęli w Smoleńsku. Stać nawet na TARCZĘ!
Kiedyś w Europie głośny stał się slogan „Armaty zamiast masła”, którego autorem był bodajże Rudolf Hess. Pomijając tragedię jaka z tego wynikła, miało ono cel i gdyby sprawa się udała, a brakowało niewiele, Niemcy byłyby rzeczywiście „über alles, über alles in der Welt”. Nas nie stać nawet na ofensywnego ducha i zamiast armat w haśle mamy tarczę!
Od dość dawna każdy inteligentny w stopniu choćby minimalnym wie, iż podstawą sukcesu na wojnie jest manewr i inicjatywa. Każdy, kto chciał się chronić za tarczą przegrywa. Pancerz czołgów od zawsze przegrywa starcie z pociskiem. Czołg pozbawiony możliwości manewru jest skazany na zagładę. Przegrali wierzący w Linię Maginota. Nie oparła się nawet Linia Mannerheima*. Kto ma inicjatywę i możliwość manewru ten decyduje o sposobie ataku i obrony. Co nam z własnej tarczy antyrakietowej, jeśli każdy będzie o niej wiedział? Tarcza rodem z USA ma wartość tylko jako symbol i element wsparcia ze strony amerykańskiej potęgi. Bez tego wsparcia jest bezużyteczna. Potencjalny przeciwnik może nas po prostu rozjechać czołgami lub rozwalić artylerią. Dokładniej, biorąc pod uwagę w kim go upatrujemy, może nas po prostu zatupać.
Nie wiem, czy Prezydent nie zdaje sobie sprawy z bezcelowości takich wydatków jak owa tarcza, a jeśli nie zdaje, to dlaczego, czy też zdaje, ale dla osobistych korzyści jest gotów rzucać takie pomysły, którym pewne wąskie kręgi zainteresowanych głośno przyklasną, gdyż są dla nich prawdziwą gratką, ale które są zdecydowanie szkodliwe dla społeczeństwa. Dla mnie obie możliwości są równie godne napiętnowania.
Najsmutniejsze w tym wszystkim jest to, że internauci, a więc zasadniczo młodsza część społeczeństwa, nie widzi bagna w jakie daje się wpędzać. Większość z nich nie dożyje emerytury albo jej nie otrzyma, bo kto poza politykiem i urzędnikiem zdoła utrzymać się w pracy dłużej, niż średnia życia w danym kraju. Oni zdają się tego nie widzieć i jak pokazuje sonda Onetu dwie trzecie respondentów na portalu popiera pomysł Prezydenta!
Wydaje się, że dzisiejsza młodzież jest mądra, ale to pozory, Jest jeszcze głupsza niż starsze pokolenia w ich wieku. Otumaniona reklamami i pseudowiedzą z internetu nie ma nawet tego krytycyzmu wobec kitów wciskanych przez władzę, który komuna zaszczepiła ich rodzicom i dziadom. Jaki to kontrast choćby w porównaniu do pragmatycznych Czechów, którzy poważnie przymierzają się do całkowitej likwidacji swej armii!
Historia jest przewrotnie sprawiedliwa. Najbardziej na polską komunę psioczyli niebogaci i teraz oni najbardziej biorą w tyłek od polskiego kapitalizmu. Dzisiejsza młodzież, przynajmniej ta mająca większość w internecie, zachłystuje się wolnością polegającą na kupowaniu coraz to nowych gadżetów (gdzie tu ekologia), nowych ciuchów i wszystkiego, co nowe, a właśnie ona będzie pracować na emerytury poprzednich pokoleń w większości bez szans na doczekanie własnej. Jedni przekonają się, jaką to jesteśmy Zieloną Wyspą, gdy stracą pracę, inni gdy zachorują, czego zresztą nikomu nie życzę. Pewnie niewielu z nich będzie stać na refleksję, że w czasie, gdy oni marzyli o Tarczy, w innych krajach, jak choćby w Hiszpanii, młodzi przynajmniej próbowali walczyć o swoją przyszłość. Czy im się uda nie wiem i czarno to widzę, ale przynajmniej próbują. U nas najbardziej mnie boli łatwość z jaką społeczeństwo daje się złapać na hasła, zamiast patrzeć co tak naprawdę zrobiono dla niego, a co przeciw niemu. Niemiec czy Amerykanin, Hiszpan czy Anglik – wszyscy głosują i popierają tego, kto bardziej przekonująco obieca im pracę, płacę, opiekę zdrowotną, emeryturę czy inne korzyści. Mam wrażenie, że większość z nas, niestety, nadal idzie za tymi, którzy dmą w górnolotne hasła w ogóle nieprzystające do potrzeb i rzeczywistości. Chciałbym uwierzyć, że się omyliłem, ale to chyba niemożliwe
Wasz Andrew
* Linia Mannerheima – zespół fińskich umocnień obronnych z lat 1930-tych na Przesmyku Karelskim, osłaniających kraj przed atakiem ze strony Związku Radzieckiego. Uważana była za nie do pokonania, nawet w sprzyjających warunkach, zarówno przez wojskowych, jak i cywilnych ekspertów. Podczas wojny zimowej 1939–1940 (w czasie prawdziwej rosyjsko-fińskiej zimy!) tylko przez 3 miesiące powstrzymała ataki Armii Czerwonej.
czwartek, 16 sierpnia 2012
Sprzedawca broni
Hugh Laurie (znany szerzej jako dr House)
Sprzedawca broni
(oryg. The Gun Seller)
tłumaczenie: Jacek Konieczny
W.A.B. 2009
Sięgając po anglosaską książkę reklamowaną jako bestseller, zwłaszcza z kręgu sensacji, kryminału i thrillera, zawsze mam obawy, że trafię na gniota, który sukces sprzedażowy zawdzięcza nie wysokiemu poziomowi, a infantylności, przez co bez trudu trafia do szerokich mas, czyli inaczej mówiąc plebsu. Zabrałem się więc do lektury Sprzedawcy broni trochę jak pies do jeża.
Główną postacią powieści jest Thomas Lang, były żołnierz i twardziel jakich mało, obecnie robiący jako bodyguard na prywatne zlecenia osób, które potrafią docenić jego specyficzne umiejętności i oczywiście odpowiednio zapłacić. Otrzymuje propozycję, którą jest tym razem zabójstwo. Choć odmawia, zostaje wplątany w aferę pełną szpiegów, biznesowych mafiozów, terrorystów i innych atrybutów dzisiejszych klimatów a la James Bond. Dzieje się dużo i szybko, zgodnie z filmowym i powieściowym kanonem 007.
Trzeba przyznać, że Hug Laurie ma niezłe pióro, podobnie jak jest niezłym aktorem. O ile nie obcuje się z nim zbyt długo. Dr House był świetny, przez kilka pierwszych odcinków; dopóki nie zauważyłem, iż każdy następny jest podobny, a co gorsze, aktor prezentuje wciąż te same miny i ruchy, jakby jego mimika i dynamika jego ciała ograniczała się do bardzo ograniczonego katalogu, z którego tylko i wyłącznie korzysta. Gdyby zrobiono jedynie kilka odsłon filmowego Doktora, pewnie miałbym o nim lepsze zdanie, a tak przestałem go już dawno w ogóle oglądać. Podobnie jest niestety z jego pisarstwem.
Pierwszy rozdział zadziwia zabawą słowem i skojarzeniami. Każdy akapit, każde zdanie niemalże, zawiera jakąś porcję humoru, w dodatku humoru bardzo różnorodnego. Choć autor jest w tym naprawdę niezły i łatwo przytoczyć mnóstwo prawdziwych perełek literackiego dowcipu, co w dodatku uatrakcyjnia osobę głównego bohatera, gdyż jest on zarazem narratorem, już po kilku rozdziałach zaczyna to być męczące, potem zaś wręcz denerwujące i nudne. Humor na siłę, w każdej wypowiedzi, w każdej myśli, a jakby się dało, to w każdym słowie. Na szczęście wkrótce akcja rusza z kopyta i szybko wciąga czytelnika. Przy okazji, gdyż jak się coś dzieje, to trzeba to opisać, nie ma miejsca na tyle tych do przesytu humorystycznych ozdobników, co poprawia styl. Fabuła nie jest specjalnie skomplikowana, powiedziałbym nawet, iż nieco schematyczna, ale nie byłoby się specjalnie do czego przyczepić, gdyby nie dążenie do happy endu na siłę. Wobec dynamiki i rozmiaru zagrożeń, jakich nie poskąpił pisarz swojemu herosowi, szczęśliwe zakończenie odbiera powieści wiele z realizmu. Z drugiej strony rzecz biorąc, autor przyłożył się do zapewnienia klimatu autentyczności, czyli realiów broni i uzbrojenia, choć kilku wpadek nie uniknął. Poważnym zgrzytem jest też ogromny błąd w głównej tezie powieści, czyli ogromnej sile biznesu polegającego na produkcji broni i uzbrojenia oraz na handlu nimi, które wprost sterują światem. Nie wiem nawet, czy to błąd, czy świadome przekłamanie, ale to po prostu totalna bzdura. Na ogólnoświatowej liście firm o największych obrotach, z których wiele przewyższa PKB całych państw, wspomniana branża prawie nie występuje. Tak właśnie rodzą się miejskie legendy i pseudowiedza.
Gdyby Laurie zamiast powieści stworzył krótszą formę literacką, w której z racji jej ograniczeń nastawiłby się albo na humor, albo na akcję, być może powstałoby coś rewelacyjnego. A tak mamy twór na kształt barszczu, w którym starano się upchnąć zbyt wiele i zbyt różnorodnych grzybów. Mam wrażenie, jakby powstanie tej powieści zostało poprzedzone lekturą poradnika jak napisać bestseller. Mamy i przemoc, i miłość, i ciemne interesy, i walkę dobra ze złem, rycerza w srebrnej zbroi i twardziela w jednej osobie. Nie powiem, że nie da się tego przeczytać, wręcz przeciwnie. Można przeczytać z przyjemnością, a momentami nawet wielką przyjemnością. Można nawet sobie wypisać ze Sprzedawcy broni wiele uroczych cytatów, głębokich złotych myśli i innych perełek, ale na pewno nie warto tego czytać dwa razy. Kto chce, niech sobie tą powieść pożyczy, raczej się nie zawiedzie, ale do kupowania nie zachęcam. Świetna - w sam raz na jeden raz
Wasz Andrew
wtorek, 14 sierpnia 2012
Testament
Testament
(oryg. The Codex)
Douglas Preston
tłumaczenie: Marek Mastalerz
Prószyński i S-ka 2006
Trzej synowie ekscentrycznego multimilionera Maxwella Broadbenta wezwani listownie przez ojca przybywają jednocześnie do jego monumentalnego domu położonego w odludnej okolicy Santa Fe w stanie Nowy Meksyk. Zastają dom ogołocony ze skarbu jakim była kolekcja dzieł sztuki zgromadzona przez właściciela. Nie ma w nim również Maxwella. Co się stało z ich ojcem i jego wartymi blisko pół miliarda dolarów zbiorami? Po co wezwał swych synów? Tego nie zdradzę – przeczytajcie sami.
Jeśli lubicie rozrywkę w klimacie Przygód Indiana Jonesa, Testament* jest powieścią w sam raz dla Was. Zarazem w sam raz na jeden raz. I zarazem nie jest to określenie pejoratywne, a stwierdzenie faktu. Nie znajdziecie w tej książce wielkich głębi; rozterek moralnych, cierpienia duszy czy problemów społecznych, choć pewne ważkie tematy zostały weń dyskretnie i nie nachalnie wplecione. Znajdziecie za to solidną, niewymagającą myślenia rozrywkę na tyle sprawnie napisaną, iż wciąga pozwalając oderwać się od denerwujących i nierzadko dołujących realiów codzienności. Za pierwszym razem lektura jest zdecydowanie interesująca i daje dużo zadowolenia, jeśli oczekujemy tego, co ten właśnie kanon oferuje. Na drugie podejście i smakowanie Testament jednak moim zdanie nie zasługuje, więc polecam jako rzecz godną przeczytania, ale nie zachęcam do nabywania.
Oceniając powieść Prestona w ramach specyfiki gatunku, w którym została napisana, nie mam mu niczego do zarzucenia. Inna sprawa, że wolę nie tak odległe rodzajowo powieści, w których zawarto więcej prawdziwych ciekawostek i realnej wiedzy historycznej, że wspomnę choćby tylko naszego Nienackiego i jego cykl o Panu Samochodziku. To jednak nieco inna bajka, więc na tym zakończę
Wasz Andrew
* Wciąż zadziwia mnie maniera wielu tłumaczy, którzy zamiast jak najwierniej przekładać tytuł, wymyślają nowy. W tym wypadku polska wersja jest przynajmniej związana z treścią powieści, choć całkiem inaczej niż angielski tytuł w oryginale.
Subskrybuj:
Posty (Atom)




