Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.

piątek, 17 sierpnia 2012

Tarcza zamiast masła


fot. Jacek Turczyk
Prezydent Bronisław Komorowski uraczył nas prezentem godnym... No właśnie; kogo?

Uznał mianowicie, co z dumą ogłosił, iż Polska powinna wybudować sobie własną tarczę antyrakietową, niezależnie od tej made in USA. Mało mnie szlag nie trafił! Może Pan Prezydent nie zauważył, że mamy kryzys?

Czy punkt widzenia aż tak bardzo może zależeć od punktu siedzenia? Jak się okazuje, może. Z wysokości urzędu i dobrobytu Pana Prezydenta nie widać, iż bezrobocie mamy już większe niż w USA, a wśród młodych osiągnęło ono takie przerażające rozmiary, pomimo masowych wyjazdów za granicę trwających od wielu lat, iż niełatwo dokopać się do rzetelnych danych na ten temat.

Uważam za hańbę i obrazę resztek przyzwoitości, jaka została w polskiej klasie politycznej, by w celu odwrócenia uwagi wyborców od ważkich problemów kraju, z którymi nie wiadomo co zrobić, i od miałkości własnej działalności, proponować wojskowym zakup dalszych, bezużytecznych, za to kosztownych zabawek, by połechtać naszą narodową dumę i ułańską fantazję.

W kraju, w którym jak w żadnym innym odbiera się chorym leki onkologiczne nawet w trakcie kuracji, w którym odmawia się refundowania nawet leków na SM i dziesiątków innych refundowanych w większości krajów aspirujących do miana cywilizowanych, w tym kraju Prezydent rzuca takie propozycje.

Nie potrafię sobie wyobrazić czym skończyłaby się taka propozycja w Hiszpanii, Grecji, a nawet w obecnych Niemczech. Pewnie ich przywódcy nie potrafią sobie wyobrazić, by w czasie rozmów o obecnym kryzysie choćby bąknąć o takich pomysłach. Nas jednak stać.

Nie stać nas na porządne nagrody dla olimpijskich medalistów, obciachowe nawet w porównaniu do tych, które afrykańskie ojczyzny ufundowały swoim zawodnikom, ale stać nas na tarczę! Własną!

Nie stać nas na porządną opiekę zdrowotną, na powszechną opiekę stomatologiczną, na prawdziwie darmową edukację, ale na to nas stać! Powiedzcie to chorym, umierającym w poczuciu braku godności i ich rodzinom, którym się tłumaczy, że nie ma pieniędzy. Powiedzcie sportowcom, powiedzcie uzdolnionym, którzy nie mogą się rozwijać, dla dobra Polski zresztą, gdyż ojczyzny nie stać na prawdziwe wsparcie. Polski nie stać na nic, co mogłoby pomóc tym, którzy są poniżej średniej, ale stać na marmurowe elewacje urzędów, limuzyny i przywileje dla polityków, niekoniecznie najwyższego szczebla. Nie stać na mniej urągające przyzwoitości zapomogi dla chorych i najbiedniejszych, dla rodzin poległych w Afganistanie, ale stać na kolosalne odszkodowania dla rodzin kolesiów, którzy zginęli w Smoleńsku. Stać nawet na TARCZĘ!

Kiedyś w Europie głośny stał się slogan „Armaty zamiast masła”, którego autorem był bodajże Rudolf Hess. Pomijając tragedię jaka z tego wynikła, miało ono cel i gdyby sprawa się udała, a brakowało niewiele, Niemcy byłyby rzeczywiście „über alles, über alles in der Welt”. Nas nie stać nawet na ofensywnego ducha i zamiast armat w haśle mamy tarczę!

Od dość dawna każdy inteligentny w stopniu choćby minimalnym wie, iż podstawą sukcesu na wojnie jest manewr i inicjatywa. Każdy, kto chciał się chronić za tarczą przegrywa. Pancerz czołgów od zawsze przegrywa starcie z pociskiem. Czołg pozbawiony możliwości manewru jest skazany na zagładę. Przegrali wierzący w Linię Maginota. Nie oparła się nawet Linia Mannerheima*. Kto ma inicjatywę i możliwość manewru ten decyduje o sposobie ataku i obrony. Co nam z własnej tarczy antyrakietowej, jeśli każdy będzie o niej wiedział? Tarcza rodem z USA ma wartość tylko jako symbol i element wsparcia ze strony amerykańskiej potęgi. Bez tego wsparcia jest bezużyteczna. Potencjalny przeciwnik może nas po prostu rozjechać czołgami lub rozwalić artylerią. Dokładniej, biorąc pod uwagę w kim go upatrujemy, może nas po prostu zatupać.

Nie wiem, czy Prezydent nie zdaje sobie sprawy z bezcelowości takich wydatków jak owa tarcza, a jeśli nie zdaje, to dlaczego, czy też zdaje, ale dla osobistych korzyści jest gotów rzucać takie pomysły, którym pewne wąskie kręgi zainteresowanych głośno przyklasną, gdyż są dla nich prawdziwą gratką, ale które są zdecydowanie szkodliwe dla społeczeństwa. Dla mnie obie możliwości są równie godne napiętnowania.

Najsmutniejsze w tym wszystkim jest to, że internauci, a więc zasadniczo młodsza część społeczeństwa, nie widzi bagna w jakie daje się wpędzać. Większość z nich nie dożyje emerytury albo jej nie otrzyma, bo kto poza politykiem i urzędnikiem zdoła utrzymać się w pracy dłużej, niż średnia życia w danym kraju. Oni zdają się tego nie widzieć i jak pokazuje sonda Onetu dwie trzecie respondentów na portalu popiera pomysł Prezydenta!

Wydaje się, że dzisiejsza młodzież jest mądra, ale to pozory, Jest jeszcze głupsza niż starsze pokolenia w ich wieku. Otumaniona reklamami i pseudowiedzą z internetu nie ma nawet tego krytycyzmu wobec kitów wciskanych przez władzę, który komuna zaszczepiła ich rodzicom i dziadom. Jaki to kontrast choćby w porównaniu do pragmatycznych Czechów, którzy poważnie przymierzają się do całkowitej likwidacji swej armii!

Historia jest przewrotnie sprawiedliwa. Najbardziej na polską komunę psioczyli niebogaci i teraz oni najbardziej biorą w tyłek od polskiego kapitalizmu. Dzisiejsza młodzież, przynajmniej ta mająca większość w internecie, zachłystuje się wolnością polegającą na kupowaniu coraz to nowych gadżetów (gdzie tu ekologia), nowych ciuchów i wszystkiego, co nowe, a właśnie ona będzie pracować na emerytury poprzednich pokoleń w większości bez szans na doczekanie własnej. Jedni przekonają się, jaką to jesteśmy Zieloną Wyspą, gdy stracą pracę, inni gdy zachorują, czego zresztą nikomu nie życzę. Pewnie niewielu z nich będzie stać na refleksję, że w czasie, gdy oni marzyli o Tarczy, w innych krajach, jak choćby w Hiszpanii, młodzi przynajmniej próbowali walczyć o swoją przyszłość. Czy im się uda nie wiem i czarno to widzę, ale przynajmniej próbują. U nas najbardziej mnie boli łatwość z jaką społeczeństwo daje się złapać na hasła, zamiast patrzeć co tak naprawdę zrobiono dla niego, a co przeciw niemu. Niemiec czy Amerykanin, Hiszpan czy Anglik – wszyscy głosują i popierają tego, kto bardziej przekonująco obieca im pracę, płacę, opiekę zdrowotną, emeryturę czy inne korzyści. Mam wrażenie, że większość z nas, niestety, nadal idzie za tymi, którzy dmą w górnolotne hasła w ogóle nieprzystające do potrzeb i rzeczywistości. Chciałbym uwierzyć, że się omyliłem, ale to chyba niemożliwe


Wasz Andrew


* Linia Mannerheima – zespół fińskich umocnień obronnych z lat 1930-tych na Przesmyku Karelskim, osłaniających kraj przed atakiem ze strony Związku Radzieckiego. Uważana była za nie do pokonania, nawet w sprzyjających warunkach, zarówno przez wojskowych, jak i cywilnych ekspertów. Podczas wojny zimowej 1939–1940 (w czasie prawdziwej rosyjsko-fińskiej zimy!) tylko przez 3 miesiące powstrzymała ataki Armii Czerwonej.

czwartek, 16 sierpnia 2012

Sprzedawca broni



Hugh Laurie (znany szerzej jako dr House)

Sprzedawca broni
(oryg. The Gun Seller)
tłumaczenie: Jacek Konieczny
W.A.B. 2009


Sięgając po anglosaską książkę reklamowaną jako bestseller, zwłaszcza z kręgu sensacji, kryminału i thrillera, zawsze mam obawy, że trafię na gniota, który sukces sprzedażowy zawdzięcza nie wysokiemu poziomowi, a infantylności, przez co bez trudu trafia do szerokich mas, czyli inaczej mówiąc plebsu. Zabrałem się więc do lektury Sprzedawcy broni trochę jak pies do jeża.

Główną postacią powieści jest Thomas Lang, były żołnierz i twardziel jakich mało, obecnie robiący jako bodyguard na prywatne zlecenia osób, które potrafią docenić jego specyficzne umiejętności i oczywiście odpowiednio zapłacić. Otrzymuje propozycję, którą jest tym razem zabójstwo. Choć odmawia, zostaje wplątany w aferę pełną szpiegów, biznesowych mafiozów, terrorystów i innych atrybutów dzisiejszych klimatów a la James Bond. Dzieje się dużo i szybko, zgodnie z filmowym i powieściowym kanonem 007.

Trzeba przyznać, że Hug Laurie ma niezłe pióro, podobnie jak jest niezłym aktorem. O ile nie obcuje się z nim zbyt długo. Dr House był świetny, przez kilka pierwszych odcinków; dopóki nie zauważyłem, iż każdy następny jest podobny, a co gorsze, aktor prezentuje wciąż te same miny i ruchy, jakby jego mimika i dynamika jego ciała ograniczała się do bardzo ograniczonego katalogu, z którego tylko i wyłącznie korzysta. Gdyby zrobiono jedynie kilka odsłon filmowego Doktora, pewnie miałbym o nim lepsze zdanie, a tak przestałem go już dawno w ogóle oglądać. Podobnie jest niestety z jego pisarstwem.

Pierwszy rozdział zadziwia zabawą słowem i skojarzeniami. Każdy akapit, każde zdanie niemalże, zawiera jakąś porcję humoru, w dodatku humoru bardzo różnorodnego. Choć autor jest w tym naprawdę niezły i łatwo przytoczyć mnóstwo prawdziwych perełek literackiego dowcipu, co w dodatku uatrakcyjnia osobę głównego bohatera, gdyż jest on zarazem narratorem, już po kilku rozdziałach zaczyna to być męczące, potem zaś wręcz denerwujące i nudne. Humor na siłę, w każdej wypowiedzi, w każdej myśli, a jakby się dało, to w każdym słowie. Na szczęście wkrótce akcja rusza z kopyta i szybko wciąga czytelnika. Przy okazji, gdyż jak się coś dzieje, to trzeba to opisać, nie ma miejsca na tyle tych do przesytu humorystycznych ozdobników, co poprawia styl. Fabuła nie jest specjalnie skomplikowana, powiedziałbym nawet, iż nieco schematyczna, ale nie byłoby się specjalnie do czego przyczepić, gdyby nie dążenie do happy endu na siłę. Wobec dynamiki i rozmiaru zagrożeń, jakich nie poskąpił pisarz swojemu herosowi, szczęśliwe zakończenie odbiera powieści wiele z realizmu. Z drugiej strony rzecz biorąc, autor przyłożył się do zapewnienia klimatu autentyczności, czyli realiów broni i uzbrojenia, choć kilku wpadek nie uniknął. Poważnym zgrzytem jest też ogromny błąd w głównej tezie powieści, czyli ogromnej sile biznesu polegającego na produkcji broni i uzbrojenia oraz na handlu nimi, które wprost sterują światem. Nie wiem nawet, czy to błąd, czy świadome przekłamanie, ale to po prostu totalna bzdura. Na ogólnoświatowej liście firm o największych obrotach, z których wiele przewyższa PKB całych państw, wspomniana branża prawie nie występuje. Tak właśnie rodzą się miejskie legendy i pseudowiedza.

Gdyby Laurie zamiast powieści stworzył krótszą formę literacką, w której z racji jej ograniczeń nastawiłby się albo na humor, albo na akcję, być może powstałoby coś rewelacyjnego. A tak mamy twór na kształt barszczu, w którym starano się upchnąć zbyt wiele i zbyt różnorodnych grzybów. Mam wrażenie, jakby powstanie tej powieści zostało poprzedzone lekturą poradnika jak napisać bestseller. Mamy i przemoc, i miłość, i ciemne interesy, i walkę dobra ze złem, rycerza w srebrnej zbroi i twardziela w jednej osobie. Nie powiem, że nie da się tego przeczytać, wręcz przeciwnie. Można przeczytać z przyjemnością, a momentami nawet wielką przyjemnością. Można nawet sobie wypisać ze Sprzedawcy broni wiele uroczych cytatów, głębokich złotych myśli i innych perełek, ale na pewno nie warto tego czytać dwa razy. Kto chce, niech sobie tą powieść pożyczy, raczej się nie zawiedzie, ale do kupowania nie zachęcam. Świetna - w sam raz na jeden raz


Wasz Andrew

wtorek, 14 sierpnia 2012

Testament



Testament

(oryg. The Codex)
Douglas Preston
tłumaczenie: Marek Mastalerz
Prószyński i S-ka 2006


Trzej synowie ekscentrycznego multimilionera Maxwella Broadbenta wezwani listownie przez ojca przybywają jednocześnie do jego monumentalnego domu położonego w odludnej okolicy Santa Fe w stanie Nowy Meksyk. Zastają dom ogołocony ze skarbu jakim była kolekcja dzieł sztuki zgromadzona przez właściciela. Nie ma w nim również Maxwella. Co się stało z ich ojcem i jego wartymi blisko pół miliarda dolarów zbiorami? Po co wezwał swych synów? Tego nie zdradzę – przeczytajcie sami.

Jeśli lubicie rozrywkę w klimacie Przygód Indiana Jonesa, Testament* jest powieścią w sam raz dla Was. Zarazem w sam raz na jeden raz. I zarazem nie jest to określenie pejoratywne, a stwierdzenie faktu. Nie znajdziecie w tej książce wielkich głębi; rozterek moralnych, cierpienia duszy czy problemów społecznych, choć pewne ważkie tematy zostały weń dyskretnie i nie nachalnie wplecione. Znajdziecie za to solidną, niewymagającą myślenia rozrywkę na tyle sprawnie napisaną, iż wciąga pozwalając oderwać się od denerwujących i nierzadko dołujących realiów codzienności. Za pierwszym razem lektura jest zdecydowanie interesująca i daje dużo zadowolenia, jeśli oczekujemy tego, co ten właśnie kanon oferuje. Na drugie podejście i smakowanie Testament jednak moim zdanie nie zasługuje, więc polecam jako rzecz godną przeczytania, ale nie zachęcam do nabywania.

Oceniając powieść Prestona w ramach specyfiki gatunku, w którym została napisana, nie mam mu niczego do zarzucenia. Inna sprawa, że wolę nie tak odległe rodzajowo powieści, w których zawarto więcej prawdziwych ciekawostek i realnej wiedzy historycznej, że wspomnę choćby tylko naszego Nienackiego i jego cykl o Panu Samochodziku. To jednak nieco inna bajka, więc na tym zakończę


Wasz Andrew



* Wciąż zadziwia mnie maniera wielu tłumaczy, którzy zamiast jak najwierniej przekładać tytuł, wymyślają nowy. W tym wypadku polska wersja jest przynajmniej związana z treścią powieści, choć całkiem inaczej niż angielski tytuł w oryginale.

poniedziałek, 13 sierpnia 2012

Buchbachem w patriotę

Trans-Atlantyk 

Trans-Atlantyk

Witold Gombrowicz

Wydawnictwo: Literackie
Liczba stron: 144
 
 
 
 
 
 
 
Zabierając się za lekturę Trans-Atlantyku, warto do tego smakowitego dania nieco się przyszykować, tak by nasze czytelnicze podniebienie mogło w pełni docenić wszystkie walory smakowe, jakie dziełu temu nadał autor, tj. Witold Gombrowicz. Rozpocząć należy chyba od krótkiej genezy powstawania powieści i rzec warto, że w roku 1939, a więc w tym samym, w którym to podli i źli Niemcy, w dobie poprawności politycznej zwani faszystami, napadli bezkarnie na II Rzeczpospolitą, uruchomiono pierwszą linię oceaniczną pomiędzy Polską a Ameryką Łacińską. W dziewiczy rejs na przetarcie szlaków wybrany został transatlantyk Chrobry, a jednym z jego znamienitych gości, który został zaproszony do wzięcia udziału w kursie, był nie kto inny, jak właśnie Witold Gombrowicz. Do Buenos-Aires statek przybył 21 sierpnia 1939 roku, a kilka dni później, gdy szykował się do powrotu, trwała już wojenna zawierucha. Polski pisarz odmówił wejścia na pokład i odpłynięcia do Europy, skazując się tym samym na upływające pod znakiem wszelakich niedogodności, samotności a i czasem biedy, trudne życie emigranta. To właśnie emigracyjne niedole, egzystencja tocząca się na obczyźnie w formie zmitologizowanej oraz groteskowej stały się źródłem natchnienia do napisania Trans-Atlantyku, chociaż sam Gombrowicz ostrzega przed zbyt dosłownym odczytywaniem powieści: „Trzeba dodać dla porządku, choć to może niepotrzebne: „Trans-Atlantyk” jest fantazją. Wszystko – wymyślone w bardzo luźnym tylko związku z prawdziwą Argentyną i prawdziwą kolonią polską w Buenos Aires. Moja „dezercja” także inaczej przedstawia się w rzeczywistości (szperaczy odsyłam do mego dziennika)”.

poniedziałek, 6 sierpnia 2012

Surowy chłód Ziemi Ognistej

Opowieści z Dalekiego Południa 

Opowieści z Dalekiego Południa

Francisco Coloane


Tytuł oryginału: Cabo de Hornos, Golfo de Penas, Tierra del Fuego
Tłumaczenie: Joanna Skórnicka i Adam Elbanowski
Wydawnictwo: Oficyna Literacka Noir sur Blanc
Liczba stron: 433
 
 
 
 
Opowieści z Dalekiego Południa to książka chilijskiego pisarza, Francisco Coloane, w skład której wchodzą trzy zbiory opowiadań. Najstarszy to Przylądek Horn – składa się on z 14 nastrojowych historii, w 1941 został nagrodzony w Konkursie Miasta Santiago z okazji czterechsetnej rocznicy założenia. Zatoka Penas mieści w sobie 18 opowiadań, została opublikowana w 1945 roku, natomiast Ziemia Ognista to zbiór 9 pozycji z 1956 roku, która została uhonorowana Nagrodą Miasta Santiago oraz doroczną Nagrodą Literacką Stowarzyszenia Pisarzy Chilijskich. Na podstawie przyznanych wyróżnień, stwierdzić można, że przyjdzie nam się zmierzyć z dziełem wybornym (a co najważniejsze, to pierwsze wrażenie wcale nie odbiega od rzeczywistości).

Sam autor, to również postać nietuzinkowa. Urodzony w 1910 roku w Quemchi, porcie drzewnym na chilijskiej wyspie Chiloé, syn kapitana statku wielorybniczego, po którym odziedziczył miłość i szacunek do morza oraz żyłkę poszukiwacza przygód. W swoim ciekawy życiu Colonae imał się różnych zajęć, był m.in. owczarzem i zarządcą w estancjach Ziemi Ognistej, prowadził poszukiwania ropy naftowej w okolicach Cieśniny Magellana, towarzyszył w wyprawach łowcom fok, przez 4 lata pływał na statku La Baquedano. Doświadczenia płynące z tak dynamicznie prowadzonej egzystencji zostały zawarty również w Opowieściach z Dalekiego Południa. Wszelakie przeżycia, drobne epizody, które na stałe wryły się w pamięć, wyjątkowe, napotkane na krętych ścieżkach życia osobowości – wszystko to stało się surowcem dla niespożytej wyobraźni pisarza, który wspaniałym językiem przeniósł doznane, czy zasłyszane historie na papier. Opisy nie są jednak jedynie odtworzeniem oglądanych obrazów, czy przepisywaniem zasłyszanych opowieści – to żywe słowo, które śmiało wkracza w bramy literatury najwyższych lotów. Sam Colonae mówił: „w swoich opowiadaniach i powieściach próbowałem wyrazić duszę Chilijczyka, przede wszystkim wywodzącego się znad Cieśniny Magellana i z wyspy Chiloé; o jego człowieczej wielkości świadczą morza, zatoki i góry, kruszone i podmywane przez tysiącletnie lody południa, za którymi potem wdarł się najbardziej burzliwy z ziemskich oceanów. W tej monumentalnej scenerii pojawia się człowiek, czasem mały jak źdźbło, a czasem potężny jak zachodnie wiatry”. W rezultacie my, czytelnicy, uzyskaliśmy od pisarskiego twórcy-Demiurga wspaniały świat przedstawiony, w którym człowiek prowadzi ciężką, ale niestrudzoną walkę z nieokiełznanym żywiołem.

Wydaje mi się, że szczególnie wart podkreślenia w Opowieściach z Dalekiego Południa jest język. Przybiera on różne formy – w Przylądku Horn służy do opisu historii często niezwykłych, niekiedy nastrojowych, budzących także grozę. To studium ludzi wystawionych na działanie dzikiej i nieujarzmionej przyrody oraz surowego klimatu Dalekiego Południa. To znakomity zapis zmian, które zachodzą w umyśle samotnej jednostki, do mózgu której puka szaleństwo. Poławiacze fok, pasterze owiec, myśliwi – wszystkich ich łączy dojmująca samotność oraz niegasnące pragnienie kobiecego łona, jakże niedostępnego i nierealnego na tym odludnym pustkowiu. Niektórych chuć doprowadza do zbrodni, innych do szaleństwa, którego granica jest zresztą bardzo cienka, są i tacy, którzy potrafią opanować swoje pożądanie płciowe. Nieco inny klimat towarzyszy Zatoce Penas, którą śmiało uznać można za zbiór pisarskich impresji. Opowiadania są króciutkie, przypominają bardziej obrazy, fotografie – brak wyraźnie zarysowanej fabuły. Jako porównanie na myśl przychodzi mi szybkie zanurzanie głowy tuż pod taflę jeziora i podziwianie podwodnych widoków – bohaterów tych utworów podglądamy tylko przez chwilę i krótko, ich życie toczy się dalej swoim losem – jak? nie jest nam już dane, by się tego dowiedzieć. Ostatni zbiór, Ziemia Ognista, to z kolei niedługie opowiadania, pełne brawury, szczypty sensacji, w których pierwsze skrzypce odgrywają awanturnicy: bandyci, buntownicy, poszukiwacze złota – historie kończą się wyraźną pointą, autor nie powstrzymuje się od moralnych ocen postępowania nakreślonych bohaterów.

Akcja wszystkich trzy zbiory opowiadań, które tworzą Opowieści z Dalekiego Południa, rozgrywa się na południowych rubieżach Ameryki Południowej – w Argentynie, bądź Chile, gdzie potężne pasmo Andów wcina się jęzorem pomiędzy dwa oceany: Atlantycki oraz Spokojny. Pisarz zabiera nas w miejsca, gdzie wciąż dominuje dzika, dziewicza wręcz przyroda, w której człowiek wydaje się jedynie obcym elementem, próbującym zakłócić panujący od wieków ład. Uderzają malownicze, pobudzające wyobraźnię opisy – znać od razu, że autor darzy głęboką estymą otaczającą go naturę. W tych właśnie ekstremalnych, warunkach, istota ludzka prezentuje całą paletę skrajnych zachowań, począwszy od kompletnej degrengolady moralnej (zabójstwa za worek złota, odmówienie leku umierającemu przyjacielowi by przejąć jego majątek, zbrodnie popełnione ze zwykłej zawiści, czy zazdrości), skończywszy na potężnych aktach heroizmu (poświęcenie życia na morzu w celu ratowania przyjaciół). Niestety wydaje się, że często znacznie bardziej godnymi zaufania towarzyszami zmagań z Matką Ziemią okazują się zwierzęta: wierne swojemu panu nawet do śmierci psy oraz ufne swojemu jeźdźcowi wierzchowce. Być może właśnie z powodu przewagi wzorców negatywnych, które przyjmuje człowiek, szczególną wartość zyskują opisy przyjaźni, jaka zawiązuje się między niektórymi – jest to najczęściej surowe, typowo męskie, szorstkie uczucie, gdzie nie okazuje się zbytnio emocji, a przywiązanie do przyjaciela wyraża się poprzez działanie, czyny, przelotne spojrzenia, czy wymianę doświadczeń. Jest to jednak uczucie trwałe i silne – na śmierć i życie.

Krótko podsumowując, Opowieści z Dalekiego Południa, jako całość, prezentują się znakomicie. To prawdziwa uczta wyobraźni, Coloane zabiera nas w uroczą podróż po nieco tajemniczym i mało znanym zakątku globu, w którym przyszło mu dorastać oraz żyć. Zachwycają zarówno opisy przyrody jak i opowiadane historie, ciekawość wzbudzają także nakreślone ludzie sylwetki – okazuje się, że Ziemia Ognista to miejsce wymarzone dla włóczykijów, wędrowców, awanturników, którzy nigdzie nie mogą zagościć na stałe. Pozycję polecam czytać powoli i niespiesznie, tak by móc w pełni delektować się każdą stroną. A jest czym!

P.S. Książka do nabycia w bardzo atrakcyjnej cenie - w księgarniach Matras zapłacimy za nią jedyne 9,90 zł. Uważam, że za taką kwotę naprawdę warto pokusić się o kupno tej pozycji.

czwartek, 2 sierpnia 2012

PPP

czyli o Polsce, powstańcu i policji




No i znów obchodzimy kolejną rocznicę Powstania Warszawskiego. Kilka lat temu napisałem tekst na jego temat i zatytułowałem Powstanie okiem heretyka, a przypomniałem go kilka dni temu. Nie będę się więc znów rozwodził nad samym Powstaniem, a opowiem dziejach mojego felietonu. Mówią one bowiem wiele o tym, czy Polacy miłują wolność, czy też jak twierdzili różni mniej i bardziej znani krytycy naszych wad narodowych, obdarzeni swobodą sami uczynią sobie piekło i sami się zniewolą skuteczniej, niż potrafili to zrobić dawni zaborcy. Pokazuje jak autocenzura zastąpiła cenzurę i to z jeszcze lepszą skutecznością.

Powstanie okiem heretyka napisałem pierwotnie nie z zamiarem publikacji na blogu, ale w celu przesłania do redakcji jednego ze znanych ogólnopolskich serwisów. Tak też zrobiłem. Czas upływał, a tekst wciąż się nie ukazywał. Po miesiącu lub dwóch poprosiłem grzecznie o wyjaśnienie mi powodów, dla których felieton „nie poszedł”, gdyż ich znajomość pozwoli mi uniknąć popełniania podobnych błędów w przyszłości. Odpowiedź otrzymałem długą, uprzejmą i wyczerpującą. Skracając; wyjaśniono mi, iż tekst mój do oceny dostało kilku redaktorów (znane nazwiska, ale nie będę ich tutaj przytaczał). Połowa recenzentów stwierdziła, że hipoteza, o której napisałem w Powstaniu okiem heretyka, jest rodem z kosmosu, w związku z czym nie nadaje się do publikacji, choć sam tekst napisany całkiem nieźle. Druga połowa stwierdziła, iż jest odwrotnie, Sami w duchu dopuszczają możliwość, iż hipoteza jest prawdziwa, jednak tekst na słabym poziomie, więc nie nadaje się... No comment.

Na tym miałem zakończyć, ale okazało się, iż życie dopisało jeszcze jeden aktualny komentarz do powstańców i prawdziwego stosunku Państwa Polskiego do swych obywateli, a w szczególności do patriotów.

Jest wiele definicji państwa, ale w życiu zwykłego człowieka objawia się ono przez swe organy i instytucje, przez które dochodzi do kontaktów między państwem, a obywatelem. Oto przypadek, który jak na zamówienie znalazł swój finał, przynajmniej w prawnym wymiarze, akurat przed rocznicą powstania:

Waldemar Nowakowski nie był zwykłym człowiekiem. Był żołnierzem Powstania Warszawskiego. Ale nawet powstańcem nie był zwyczajnym. Po wojnie nie ograniczył się tylko do celebrowania rocznic, pisania książek czy innych zajęć zwyczajowo kultywowanych przez kombatantów. Nie spoczął na laurach i medalach, choć zebrał ich imponującą ilość. Stworzył prywatne muzeum broni powstania, choć nie tylko z tego okresu. Przez pół wieku, kosztem wielu wyrzeczeń i ogromnego wysiłku, stworzył zbiory, które były na tyle wartościowe, iż eksponaty z jego kolekcji były wypożyczane między innymi przez Muzeum Powstania Warszawskiego, z którym też współpracował jako specjalista od historycznej broni i uzbrojenia.

Przez sześćdziesiąt lat nikt mu nie rzucał kłód pod nogi. Ani wstrętna, zbrodnicza komuna, ani napaleni na tworzenie nowego ludzie Solidarności, ani nawet nawiedzona ekipa Kaczyńskiego. Aż nagle, w czasach prześwietnej demokracji pod rządami liberalnego Tuska, dzielna policja, która wyłapała już wszystkich pedofili, mafiosów, skorumpowanych polityków i narkotykowych dilerów, wtargnęła do wielkiego przestępcy (choć starca i inwalidy) Waldemara N. i skonfiskowała jego arsenał, a jego samego oskarżyła o posiadanie broni bez zezwolenia. Potraktowano go z respektem, bowiem do akcji nie wysłano byle dzielnicowych, ale ludzi z Wydziału ds. Zwalczania Terroru Kryminalnego i Zabójstw! Oczywiście Sąd umorzył postępowanie karne, ale nie znalazł już na tyle klasy, by zwrócić kolekcję właścicielowi. Po wyczerpaniu wszystkich instancji, co świadczy o uporze sądów, które do upadłego broniły pierwotnego rozstrzygnięcia, sprawa trafiła do Strassburga i tuż przed rocznicą Powstania nasz ekspert dostał prezent – Trybunał nakazał zwrócić mu kolekcję (sygnatura 55167/11, wyrok z 24 lipca 2012 r., Waldemar Nowakowski przeciwko Polsce) dołączając w uzasadnieniu miażdżącą krytykę naszego sądownictwa i mentalności, a pośrednio Państwa Polskiego.

Coraz częściej słyszymy o pomyłkach policji, która (dobrze, że na razie nie wozami pancernymi) wjeżdża nad ranem nie do tych drzwi co trzeba. Sądy nie lepsze. Akt oskarżenia bywa wielokrotnie wystarczającym do skazania dowodem, co dostarcza niekończących się tematów do programów typu Państwo w Państwie. I nikt za te wszystkie patologie nie odpowiada. Nikt nie raczy nawet powiedzieć przepraszam. Jak Śląski Komendant Policji, który zamiast na klęczkach błagać pokrzywdzonych o wybaczenie, jeszcze pozywa do sądu Redaktora Super Ekspessu, za nazwanie policjantów, którzy wpadli nie do tego mieszkania, co trzeba, debilami. Inna sprawa, że to stanowisko ma dobre tradycje, bo Mieczysław K., jeden z poprzedników obecnego komendanta, spędził prawie latka jako podejrzany w aferze mafii paliwowej.

Pomyłki zdarzają się wszędzie. Większość winowajców jednak ponosi konsekwencje swych pomyłek. Nie policja i nie sądy. Czują się tak bezkarni, że słowo przepraszam nie przechodzi im przez usta, a zamiast tego marnotrawią państwowe, czyli moje i wasze pieniądze, na ściganie po sądach tych, którzy wytykają im błędy. Zamiast ścigać mafiosów w swych własnych szeregach, szukają sukcesów ścigając podobnych Waldemarowi Nowakowskiemu "bandziorów". W statystyce takie rzeczy wyglądają poważnie – nie mają nazwiska, tylko kategorię przestępstwa i artykuł. Na przykład art. 263 § 2 - kto bez wymaganego zezwolenia posiada broń palną lub amunicję, podlega karze pozbawienia wolności od 6 miesięcy do lat 8. Oczywiście zawsze podaje się do lat 8, bo to jeszcze podnosi wagę sukcesu. O tym, że od 6 miesięcy, nikt nie wspomina.

Czy o taką Polskę walczył powstaniec Waldemar Nowakowski? Śmiem wątpić. Tym bardziej, że za granicą musiał szukać obrony przed ojczyzną, która chciała mu zabrać to, czego nie zabrało mu nawet okupacyjne, sowieckie państwo zwane PRLem.


Wasz Andrew

wtorek, 31 lipca 2012

Fenomen K-5

czyli jak wybrać aparat fotograficzny


Zdjęcie reklamowe protoplasty K-5.

Każdy z mniej lub bardziej zaawansowanych fotoamatorów staje, od czasu upowszechnienia fotografii cyfrowej, przynajmniej kilka razy w życiu przed dylematem: co kupić. Kiedyś, w dobie fotografii analogowej, aparaty się tak nie starzały. Dobrze dobrana do potrzeb użytkownika lustrzanka czy dalmierzowiec niejednokrotnie służyły dożywotnio nie tylko nabywcy, ale i jego potomkom. Niestety, aparaty cyfrowe nieporównanie szybciej lądują na śmietniku. Z jednej strony powstają wciąż nowe modele o zdecydowanie lepszych parametrach, głównie w zakresie zależnym od elektroniki, czyli z lepszymi matrycami, AF*, stabilizacją i ekranami, a z drugiej, w przeciwieństwie do aparatów analogowych, żywotność elektroniki jest ograniczona, a naprawa awarii kluczowych elementów starego aparatu najczęściej okazuje się nieopłacalna lub w ogóle niemożliwa, chyba że na zasadzie kanibalizacji bliźniaczej jednostki, która też jednak będzie już miała swój wiek. Jak więc wybrać aparat, by ten spory niejednokrotnie wydatek przyniósł nam możliwie długo trwającą radość?

We wstępie wspomniałem, iż to pytanie nurtuje głównie amatorów. Dlaczego? Profesjonaliści wiedzą dokładnie, czego potrzebują i nie mają takich dylematów. Ponadto zwykle na początku swej zawodowej drogi dokonali wyboru i są przywiązani do wybranej marki i systemu. I bynajmniej nie wiążą ich sentymenty. Im większy format, tym zmiana systemu kosztowniejsza. Jeśli ktoś zainwestował w obiektywy i inny sprzęt równowartość luksusowego samochodu lub nawet domu, to będzie szukał nowego body, gdy przyjdzie czas, w tym samym systemie. Przywiązanie mocniejsze niż niejeden węzeł małżeński.

Amatorzy mają łatwiej. Nawet posiadacze lustrzanki obrośniętej w akcesoria mogą się przesiąść na sprzęt konkurencji, gdyż rynek wtórny sprzętu amatorskiego jest dość dobrze rozwinięty. Łatwo kupić i łatwo sprzedać; wystarczy zajrzeć do znanych serwisów aukcyjnych. Również większość forów internetowych poświęconych poszczególnym markom posiada swe giełdy używanego sprzętu. Jest w czym wybierać, tylko co wybrać?

Na temat wyboru sprzętu napisano już niezliczoną ilość poradników. By nie powtarzać podkreślę tylko, iż musimy sami się zastanowić, co i gdzie zamierzamy fotografować. Od tego zależeć będzie kategoria sprzętu, którego szukamy. Jeśli będziemy fotografować pejzaże, nie będziemy potrzebować długich ogniskowych, co z kolei niezbędne jest dla miłośników dzikiej przyrody. Jeśli chcemy uwieczniać sekrety świata mrówek, potrzebny nam sprzęt do makro. Ważne jest też, co chcemy robić z naszymi zdjęciami. Do publikacji w internecie lub domowym albumie wystarczy kompakt, jednak do poważniejszych zastosowań przyda nam się coś o lepszych parametrach. Sprostają temu w pewnym zakresie tylko nieliczne kompakty, ale zasadniczo należy zwrócić się wtedy w kierunku lustrzanek lub bezlusterkowców. To wszystko można wyczytać w sieci, prasie czy książkach. W czym więc problem?

Zauważyłem, iż nawet bardzo zaawansowani amatorzy, pomimo znalezienia odpowiedzi na powyższe pytania, dokonują wyborów irracjonalnych. Nic dziwnego, skoro wszyscy mistrzowie sprzedaży bezpośredniej twierdzą, iż sprzedaż z zasady jest irracjonalna. Z drugiej jednak strony, skoro ktoś ma wieloletnie doświadczenie i włożył dużo wysiłku w określenie swych wymagań, w zracjonalizowanie swej przyszłej decyzji, to dlaczego sama decyzja o zakupie bywa często intuicyjna?

Gdy mamy już sprecyzowane wymagania zaczynamy się zastanawiać, co wybrać spośród dziesiątek, a nawet setek modeli aparatów, które je potencjalnie spełniają. Oczywiste, że chcemy kupić coś możliwie najlepszego, za możliwie najmniejszą cenę. Zaczyna się szukanie w rankingach, testach sprzętu, pytanie na forach. I tu jest pies pogrzebany. Pułapkę jaką zastawia na nas agresywny marketing prześledźmy na przykładzie bardzo ciekawej konstrukcji, jaką jest lustrzanka cyfrowa Pentax K-5.





Pentax to firma z tradycjami, znana każdemu miłośnikowi fotografii, choć w naszym kraju niezbyt popularna. To taki sprzęt dla outsiderów w świecie zdominowanym przez Canona i Nikona. Pod koniec roku 2010 miało miejsce oficjalne wejście na rynek półprofesjonalnego Pentaxa K-5, który był bezpośrednim następcą K-7, chwalonego za niezwykle udany, uszczelniony korpus sprzedawany w zestawie z również uszczelnionymi obiektywami. K-5 otrzymał jednak całkowicie nowe wnętrze i we wszystkich liczących się testach zbierał niezwykle pochlebne recenzje za matrycę, bezkonkurencyjne tryby ISO pozwalające na zdjęcia w kiepskim świetle, ergonomię, wizjer, itd. Jednym słowem rewelacja, gdyby nie cena, która wynosiła na początku podajże 1460 Euro, czyli nawet po dzisiejszym kursie nieco ponad 6 tysięcy złotych. I ta uwaga jest podnoszona praktycznie we wszystkich opiniach, gdyż testy są robione wtedy, gdy jest największe zainteresowanie aparatem, czyli w momencie jego wejścia na rynek. W dodatku początkowe serie K-5 były dotknięte kilkoma wadami, o których również możemy w tych ocenach przeczytać. Jak więc wyglądają dzieje K-5 na rynku?

Pierwsze partie zakupili głównie napaleńcy skuszeni świetnymi parametrami, uszczelnianym korpusem nie do przecenienia w trudnych warunkach atmosferycznych, rewelacyjnymi wysokimi ISO oraz miłośnicy marki, dla których nic poza Pentaxem nie wchodziło w rachubę. Były to więc decyzje irracjonalne, za które stosunkowo wielu z nich zostało ukaranych wadliwymi egzemplarzami, które trzeba było odsyłać do serwisu. Jak ciężko się rozstać ze świeżym nabytkiem każdy wie i każdy może wyobrazić sobie taką gorycz. Najciekawsze jednak jest to, co działo się później, a właściwie dzieje się do dzisiaj.

Pentax K-5, może po części w związku z małą popularnością marki w Polsce, zjechał istotnie z ceny. Dzisiaj z uszczelnianym obiektywem 18-55 mm można go kupić za około 3400 zł. Mamy więc rewelacyjny sprzęt, w tej klasie bezkonkurencyjny, w dodatku z późnych serii produkcyjnych, nie obarczonych wspomnianymi grzechami młodości. Ponadto za te pieniądze mamy sprzęt półprofesjonalny, a więc o większej niż przy maszynach z niższej półki żywotności kluczowych elementów, jak choćby migawki.

Jaki wniosek z historii K-5 i naszych dotychczasowych rozważań? Jeśli już wiemy, do czego nam aparat będzie potrzebny, a to, podkreślam raz jeszcze, jest warunkiem niezbędnym racjonalnego wyboru, nie kupujmy nigdy nowości! Zawsze przepłacimy. Pierwsze partie bywają bardzo często obarczone różnymi felerami, które są usuwane dopiero w późniejszych seriach produkcyjnych. Ta bolączka dotyczy nie tylko sprzętu fotograficznego. Poczekajmy, aż model, który wstępnie nam się spodobał, znajdzie się w późniejszej, jeśli nie wręcz końcowej fazie swego życia jako produkt na rynku pierwotnym. Wtedy już będą znane wszystkie jego ciemne strony, które nie zawsze ujawniają się w pojedynczych egzemplarzach przekazywanych do testów. Te wady, które da się usunąć, będą już usunięte, a cena niejednokrotnie znacząco niższa niż na początku. Ponadto możemy mieć wtedy już jakieś informacje nie tylko o konkurencyjnych modelach, ale o następcy wybranego modelu. Tak jest na przykład obecnie z bardzo udanym w swej klasie aparatem Panasonic FZ-150. Już wiemy, że jego następca, FZ-200, zapowiada się bardzo ciekawie, i ci, którzy zgodnie z przedstawionymi wyżej zasadami wstrzymywali się z zakupem, może w ogóle go nie nabędą, gdyż następca będzie jeszcze bardziej udany. Nie jest bowiem tajemnicą, że od czasu do czasu na rynku pojawiają się aparaty „za dobre”, często świadomie zbyt szybko wycofywane z produkcji, by nie blokować sprzedaży swych mniej udanych następców, a zwane później, po latach, kultowymi**. Są one uwielbiane przez swych użytkowników, a później, gdy zostaną wycofane ze sprzedaży, gdy mijający czas użytkowania przychylnie je oceni, są poszukiwanymi perełkami na rynku wtórnym. Kupując racjonalnie mamy większe szanse kupić nie tylko aparat, który nam przypadnie do gustu, ale zarazem taki, który potem, po latach, będziemy jeszcze mogli w miarę rozsądnie odsprzedać jako „kultowy i poszukiwany”.


Wasz Andrew

fotografie: Pentax

* auto focus – system automatycznego nastawiania ostrości
** Można wymienić choćby takie konstrukcje jak Canon PowerShot Pro1, Olympus 2100UZ, Fuji S100FS, Nikon D90 czy Pentax K-10. 




poniedziałek, 30 lipca 2012

"Jasper Jones" Craig Silvey - Australijski mistrz pióra

Jasper Jones 

Jasper Jones

Craig Silvey


Tytuł oryginału: Jasper Jones
Tłumaczenie: Katarzyna Waller-Pach
Wydawnictwo: Dom Wydawniczy REBIS
Seria: Salamandra 
Liczba stron: 400



Przyznam szczerze, że o Craigu Silvey’u jak dotąd nie słyszałem nic a nic. Była to dla mnie postać kompletnie anonimowa, kolejna biała plama na literackiej mapie, z żadnej strony nieznana. Jeszcze parę tygodni temu nie potrafiłbym nawet określić, którą muzę czci ten artysta, czy też z jakiego kraju pochodzi. O tym, że sięgnąłem po jego pierwszą książkę, która ukazała się na polskim rynku wydawniczym, zadecydował ślepy traf – dziś jednak wiem już, że Jasper Johes (bo o tej pozycji będzie mowa) w żadnej mierze nie może być dziełem przypadku, a w stwierdzeniu, iż Craig Silvey jest najlepszym australijskim pisarzem młodego pokolenia nie ma ani cienia przesady.