Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.

czwartek, 14 czerwca 2012

Filozoficzne podróże amerykanofoba

Okładka książki Klimatyzowany koszmar 

Klimatyzowany koszmar

Henry Miller


Tytuł oryginału: The Air-Conditioned Nightmare
Tłumaczenie: Robert Sudół
Wydawnictwo: Oficyna Literacka Noir sur Blanc
Liczba stron: 284
 
 
 
 
Henry Miller to jeden ważniejszych amerykańskich pisarzy, który swoją bezkompromisową twórczością odcisnął wyraźne piętno na macierzystej kulturze. Typ włóczykija, nie mogący nigdzie na dłużej zagrzać miejsca, którego natychmiast nużyła rutyna dnia codziennego. Urodzony w 1891 roku w Nowym Jorku, od 1930 przebywał na emigracji w Paryżu. Będą już na obczyźnie, Miller zaczął marzyć o napisaniu książki o Ameryce. Pisarz, wieczny tułacz, pragnął pożegnać się z ojczyzną, by mieć po niej dobre wspomnienia. Podjęcie decyzji pomógł wybuch II Wojny Światowej. Miller, pacyfista, który nie miał zamiaru płacić najwyższej ceny za błędy obcych polityków, wrócił do USA przez Grecję.

Początki nie były jednak łatwe. Boston, pierwsze miasto, na którego gruncie postawił swoją stopę po opuszczeniu pokładu okazało się w jego mniemaniu tak przygnębiające i ponure, że czym prędzej uciekł z powrotem na statek. Ostatecznie Miller dotarł do Nowego Jorku, a więc miejsca swoich narodzin. Oczekując na śmierć dogorywającego ojca, próbował pozyskać skądś środki na swoją wyprawę po Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej. W międzyczasie poprawiał swój warsztat akwarelistyczny u znajomego malarza Abe Rattnera. W czasie jednej z wizyt mimochodem napomknął o swoim ambitnym planie zwiedzenia Ameryki. Rattner natychmiast zapalił się do tego pomysłu. Obaj doszli do wniosku, że USA należy objechać samochodem. Szybka nauka jazdy, zakup odpowiedniego pojazdu, nieco na oślep jako, że żaden z nich kompletnie nie znał się na autach, szczęśliwe zdobycie funduszy i ruszamy. Kto jednak oczekuje łatwej i przyjemnej lektury drogi, okraszonej malowniczymi opisami mijanych krajobrazów oraz relacji z odwiedzonych miejsc i spotkanych ludzi, niechaj natychmiast odłoży książkę, jeśli nie chce się na niej srodze zawieść.

Na wstępie należy uczciwie rzec, że Henry Miller wręcz nie cierpi swojej ojczyzny. Wydaje mi się, że śmiało można nazwać go nawet amerykanofobem. Na każdym kroku z ust pisarza sączy się krytyka i pogarda. Już w pierwszym rozdziale Miller przyznaje, że musiał przejechać około dziesięć tysięcy mil, nim znalazł w sobie natchnienie do napisania choćby paru zdań, bowiem wszystko, co warto powiedzieć o amerykańskim modelu życia, zmieściłoby się na raptem trzydziestu stronach. Wg Millera tryb życia w Ameryce jest tak nużący, jak nigdzie indziej – w USA nuda osiąga swoje apogeum.

Zagłębiając się w lekturze, przekonujemy się, że chociaż Miller wspominał o raptem 30 stronach, na których można powiedzieć wszystko na temat amerykańskiego stylu egzystencji, to krytykę mógłby uprawiać wręcz w nieskończoność. Na kartach powieści pisarze regularnie gani swój kraj oraz jego mieszkańców za pół-życie, wegetację jaką prowadzą, omamieni narkotykami gorszymi niż szam haszysz, czyli gazetami, kinem oraz radiem (gdyby żył dziś, z pewnością dorzuciłby jeszcze do tej listy telewizję oraz internet); otoczeni masą niepotrzebnych przedmiotów, które wciskane są ze względu na ich rzekomą nieodzowność. Miller zwraca również uwagę na tzw. ludzi sukcesu, tj. pustych bogaczy, przedłużających swoje życie ponad miarę, przekształcających się w żywe przykłady sztuki balsamowania. W jego mniemaniu urągają oni pojęciu starości, która do tej pory kojarzyła się z dostojnością, mądrością, pogodą ducha oraz doświadczeniem życiowym. Naszemu podróżnikowi nie podoba się, że człowiek nie jest mierzony na podstawie swoich talentów i zdolności, a jedynie miarą posiadanych pieniędzy. Gardzi amerykańską rzeczywistością, gdzie brak jest miejsca dla marzycieli, z marzeń których nie można uczynić natychmiastowego użytku, tj. zamienić na pieniądze; w której nie ma miejsca dla idei, wizji, zasad nie dających się sprzedać, czy kupić; gdzie poeci to ludzie wyklęci, myśliciele określani są mianem głupców, artyści - eskapistów a wizjonerzy - przestępców.

Miller to także naczelny krytyk amerykańskiej formy kapitalizmu, w którym najlepsze warunki dla robotników są równoznaczne największym zyskom szefa, bezgraniczną służalczością oraz rozczarowaniem. Zdaniem pisarza wszystko w świecie przemysłu jest upodlone, zeszmacone i zbrukane. Fabryka to wg Millera miejsce, gdzie zabija się dusze, nawet te najgorsze, a handlowcy, postrzegani przez niego jako wielbiciele jedwabnych koszul oraz ślicznych majteczek, kupują wszystko i cokolwiek, tylko po to, by utrzymać pieniądz w obiegu. Warto dodać, że Miller nie wierzy w pieniądz, ani tym bardziej w jego wartość. Dewaluuje jego rolę w historii podkreślając, że pieniądze nie miały żadnego udziału w tworzeniu dóbr kultury, a ich czas i tak przeminie.

Millerowi nie w smak jest również agresywna industrializacja prowadzona na terenie niemal całego kraju. Widzi on ogromny rozziew panujący pomiędzy człowiekiem a otaczającą go przyrodą. Kraj z takimi cudami jak Wielki Kanion czy Malowana Pustynia poprzecinany jest ośrodkami przemysłowymi, które kwitną niczym komórki raka na zdrowej skórze. Miller jest świadkiem zabijania natury w imię źle pojmowanego rozwoju. Pisarz cierpi wręcz na samą myśl, że czerwonoskórzy mieszkańcy USA zostali ograbieni ze swoich ziem, wygonieni ze swoich domostw, zatruci wodą ognistą, zmasakrowani oraz zagonieni do rezerwatów, utworzonych na podobieństwo obozów koncentracyjnych, tylko po to, by na ich miejsce powstać mogły fabryki, huty oraz inne przemysłowe plugastwa, majestatycznie dominujące nad krajobrazem w całej swojej ohydzie.

Miller bez skrępowania pisze także o czarnych kartach historii Stanów Zjednoczonych. Przypomina, że antenaci współczesnych Amerykanów zaczęli podbój kontynentu od palenia, grabienia oraz gwałtów, by nie rzec ostrzej, eksterminacji na autochtonicznej ludności. Miller wytyka okrutne traktowanie Indian, wspomina także o przykrościach, jakie spotkały Meksykan, gdy wybuchła gorączka złota. Po głowie dostało się również mormonom, za nietolerancję, okrucieństwa oraz prześladowanie białych. Pojawia się również kwestia czarnoskórych mieszkańców USA. Miller jest zdania, że chociaż zniesiono niewolnictwo, to Murzyni nadal są przykuci do swojej roli - traktowani są jako obywatele drugiej kategorii. Pisarz dostrzega fałsz i obłudę białej części społeczeństwa Stanów Zjednoczonych, które zdecydowało się nadać pełnię praw Murzynom, nie będąc jednak w stanie tego wyegzekwować. Podkreślić należy, że w latach czterdziestych XX wieku w USA nadal panowała głęboka segregacja rasowa, z czego Miller doskonale zdaje sobie sprawę. Zwracał on również uwagę na ostracyzm, który panuje w edukacji – wszystko, co inne, czyli nie pasujące do koncepcji budowy świata czy funkcjonowania społeczeństwa, którą wynieśliśmy ze szkoły, traktowane jest jako rzecz zła, gorsza, którą należy odrzucić. Rzeczy nieznane są z gruntu niebezpieczne, dlatego należy się z nimi obchodzić z najwyższą ostrożnością nieufnością.

Miller na kartach swojej powieści prezentuje się nam również jako osoba znakomicie przewidująca przyszłość. I to w nie jednej dziedzinie. Nauczymy się, jak unicestwić całą planetę w mgnieniu oka – poczekajcie, to zobaczycie [s. 46]. Niezwykłe jest to, że akurat te słowa miały się spełnić już w 1945 r., kiedy to Amerykanie dali próbkę destrukcyjnych możliwości bomby atomowej na przykładzie Hiroszimy oraz Nagasaki. Kolejna próbka umiejętności Millera, tym razem na temat świat show-businessu brzmi następująco: Robić cokolwiek, być kimkolwiek i mówić, cokolwiek przyjdzie nam do głowy, bo to jedna wielka szajba i nikt nie zauważy różnicy [s. 158]. Moim zdaniem pisarz posiadał znakomitą intuicję, porównywalną wręcz z wizjami proroczymi.

W książce tematy ciężkie, trudne, egzystencjalne oraz filozoficzne przeplatają się także z opisami co bardziej fascynujących osób, które Miller spotkał na swej drodze. Powieść jest także niezłym przewodnikiem historycznym – dzięki niej dowiemy się sporo na temat osób „Monety” Harvey’a i jego pomysłu budowy Piramidy, czy masonie Albercie Pike’u. Poznamy również amerykańskiego kompozytora, zafascynowanego barwą dźwięku Edgarda Varèse oraz Mariona Souchona, chirurga-malarza, który pierwsze obrazy zaczął tworzyć w wieku sześćdziesięciu lat. Gdzieś w tle pojawi się sam Salvator Dali, który nie cieszy się jednak zbytnią estymą u Henry’ego Millera.

Krótko reasumując, Klimatyzowany koszmar to moim skromnym zdaniem pozycja wyborna, swoista uczta intelektualna. Razem z pisarzem odbywamy intrygującą podróż do ziemi ojczystej Millera. Wspólnie przeżywamy rozczarowania związane ze zmianami zachodzącymi w USA – degeneracją moralną społeczeństwa, wzrostem konsumpcjonizmu, spychaniem na margines prawdziwej sztuki oraz artystów na rzecz ich komercyjnych odpowiedników. Henry Miller w sposób bardzo ostry, językiem niezwykle ciętym, nie stroniącym od ironii rozliczył się ze swoim krajem, z którym starał się niejako pojednać. Zaprezentował on zarówno brzydotę i wszelakie okropieństwa jak również rzeczy piękne i niezwykłe, bez żadnych zbędnych zabiegów, przez co powieść tchnie świeżością oraz naturalnością. Jestem zdania, że z pewnością jest to pozycja godna polecenia.

środa, 13 czerwca 2012

Bilbord




Bilbord

J.D.Bujak*
wydawnictwo: Prószyński i S-ka 2012


Do Bilbordu wcale mnie nie ciągnęło. Tytuł taki sobie, polski autor, w dodatku kobieta... I napis na okładce:

Seria morderstw tak brutalnych i przemyślanych, że u ich źródeł musi być niewinność.

Nic dziwnego, że w stosiku książek oczekujących na przeczytanie Bilbord powędrował w dolne partie, choć nie na sam dół. Czekał, czekał, aż przyszła w końcu jego kolej.

Główną postacią powieści pióra Joanny Bujak jest Krzysztof Pasłęcki; młody, przystojny i spokojny właściciel świetnie prosperującej kwiaciarni w Kazimierzu Dolnym pretendującej do artyzmu w swojej branży. Jak się łatwo domyślić wkrótce ta sielanka zostanie przerwana, a to za sprawą wizyty policjanta Feliksa Pokornego, który Krzysztofowi przekaże wiadomości, które zakłócą szczęście młodego biznesmena. Równolegle z poznawaniem związku Pokornego z Pasłęckim dowiadujemy się o serii wyjątkowo brutalnych morderstw. Nie trzeba geniusza, by podejrzewać, że te sprawy się powiążą, ale czy tak będzie w istocie, a jeśli rzeczywiście tak, to w jaki sposób się to stanie, tego nie będę zdradzał.

Wyjątkowo zacznę może od zarzutów, jakie można wytoczyć przeciwko Bilbordowi. Niesamowicie drażni mnie brak realizmu, o który pisarka zapomniała zadbać choćby w minimalnym stopniu. Pomijając już dziwną wydolność sprawcy, który potrafi chyba obyć się bez snu i może być w dwóch miejscach naraz oraz dokonać wyczynów godnych jednocześnie akrobaty i siłacza, brak mi tu śladu pieniędzy. Motorem naszej rzeczywistości jest mamona i bez niej nie można czynić ani dobra, ani zła. Brak mi wytłumaczenia, skąd nasz czarny charakter wziął niemałe niewątpliwie pieniądze, które były mu potrzebne na realizację jego marzeń, zwłaszcza z takim dynamizmem i intensywnością.

Same opisy zbrodni; ich miejsc i okoliczności, zajmują przynajmniej pół tekstu, choć tomisko do chudych nie należy. To sprawia, iż siłą rzeczy brak miejsca na to, co w literaturze kryminalnej czy sensacyjnej, z reguły uważanej za pośledni sort sztuki pisarskiej, może znacznie podnieść wartość powieści, a więc klimat miejsc, autentyzm postaci, głębię emocji czy wagę problemów społecznych. W dodatku to licytowanie się kolejnych autorów w wymyślaniu coraz bardziej wydumanych, okrutnych i krwawych zbrodni, w którym autorka wyraźnie chciała się wybić na początek stawki, jest dla mnie infantylnym pójściem na skróty w walce o wyniki sprzedażowe. Inna sprawa, że i wielu krytyków daje się złapać na ten prostacki zabieg, co pokazuje jak żądna krwi i daleka od refleksji jest natura przeciętnego człowieka. Tak jakby „zwykły” gwałt nie był dla zgwałconej wystarczającym ciosem, a „zwykłe” zabójstwo, czy nawet śmierć na drodze, nie było dla bliskich i osieroconych dzieci wystarczającą tragedią. Tylko, że aby oddać takie przeżycia, trzeba mistrza. Łatwiej wymyślać poronione okrucieństwa, które zresztą potem pewnie ktoś zrealizuje. Takie praktyki, gdy czytelnika szokuje się wywalonymi na wierzch bebechami lub tonami keczupu, a nie kusi umiejętnie budowanym napięciem czy perwersyjnie podstępną zagadką, uważam za godne napiętnowania. Tym bardziej, że gdyby autorka na przyszłość się od tego powstrzymała, to kto wie?

Świadomie dotąd nie pisałem o kanonie, w jakim powieść jest napisana. Kapitalne jest bowiem to, iż ten w gruncie rzeczy klasyczny kryminał (lub jak wolą inni thriller) momentami zdaje się zmierzać w kierunku horroru. Ta zmyłka gatunkowa jest prześwietna i zbiega się z równie pokrętną fabułą, która podstępnie stara się zmylić czytelnika i skierować jego dociekania wykrywcze na manowce. Na początku wydaje się nam, że wszystko już wiemy, i w dużej mierze mamy rację, ale nie dońca. I to nie do końca okazuje się piękną pułapką, w którą autorka nas konsekwentnie wpędza, co prawda grając nie całkiem fair.

Można więc powiedzieć, że daleko było pisarce tym razem do stworzenia arcydzieła, ale udało jej się mimo wszystko napisać całkiem przyzwoitą powieść na średnim poziomie. W jednych aspektach ponad przeciętną, w innych zdecydowanie poniżej. Trochę za bardzo tchnie Bilbord podręcznikiem Jak w pięć minut napisać bestseller, ale z drugiej strony każdy znajdzie tu coś, co lubi; jest i miłość, i seks, zbrodnia i dobro, poświęcenie i tajemnica. Dla każdego coś fajnego. Nic, co warto by z przekonaniem polecić każdemu, ale coś, co na pewno może się spodobać wielu miłośnikom gatunku. Poza tym mam wrażenie, że motyw przewodni fabuły już gdzieś kiedyś spotkałem. Może to jednak mylne odczucie - samie nie wiem. Reasumując - w sam raz na jeden raz, ale ten jeden raz warto, tym bardziej, iż rzecz wciąga i czyta się ją błyskawicznie


Wasz Andrew




* Joanna Bujak (z domu Juniszewska)

wtorek, 12 czerwca 2012

Marionetki



Marionetki
Paweł Jaszczuk
seria/cykl wydawniczy: Jakub Stern tom 3, Asy kryminału
Prószyński i S-ka 2012


Sięgając po Marionetki kompletnie nie wiedziałem czego mam oczekiwać, gdyż dotąd nie miałem kontaktu z prozą Pawła Jaszczuka, a i o nim samym niczego nie wiedziałem. Szata graficzna okładki w całkiem niezłym stylu oraz tytuł, nic nie mówiący, ale nie zniechęcający i dający kuksańca wyobraźni, sprawiły, iż rozpocząłem lekturę z nastawieniem zdecydowanie pozytywnym.

Powieść Jaszczuka, które jest jak najbardziej klasycznym kryminałem, a więc gatunkiem już nieco tchnącym starością, przenosi nas do przedwojennego Lwowa, w rok 1938. Książka jest częścią cyklu, którego głównym bohaterem jest Jakub Stern, polski dziennikarz zatrudniony w dziale kryminalnym lokalnej gazety. Kiedy pod resztkami murów obronnych warowni Daniela Rurykowicza, u stóp lwowskiego Kopca Unii Lubelskiej, ujawniono zdekapitowane zwłoki pracownika miejscowego banku, Stern rusza do wyścigu z policją w celu rozwiązania zagadki motywów tego zabójstwa i wykrycia jego sprawcy. Tradycyjnie nie będę zdradzał co dalej, gdyż nie ma większej zbrodni w recenzji kryminału, niż zdradzić przyszłemu czytelnikowi zbyt wiele.

Po lekturze Marionetek naszło mnie pytanie, które poniekąd dręczy mnie do dzisiaj. Czy to przypadek, że polscy pisarze powieści kryminalnych tak chętnie sięgają do realiów z przeszłości? Czy to przypadek, iż osadzają swe historie w świecie, który już nie istnieje? Który przeminął zmieciony przez zawieruchę II Wojny wraz ze swymi problemami, społeczeństwem i kulturą? Po którym pozostały tylko wspomnienia? Mam wrażenie, iż uciekają w ten sposób przed dzisiejszą Polską, która tak jak Włochy zmienia się w Gomorrę. Mam wrażenie, że uciekają od realiów, w których dla człowieka myślącego straszniejsze od najbardziej okrutnych zabójstw zaczynają być zbrodnie ekonomiczne, które w przyszłości zmienią w piekło życie nie jednostek, ale całego społeczeństwa, za wyjątkiem tych najbardziej uprzywilejowanych, którzy będą mieszkali, jedli i żyli inaczej, niż wszyscy.

No, jaka by tam przyczyna tego stanu rzeczy nie była, mamy kolejnego autora specjalizującego się w kryminałach osadzonych w czasie zaprzeszłym. Marek Krajewski upodobał sobie Breslau, a Paweł Jaszczuk Lwów. Niestety, porównanie stylu tych dwóch panów wypada zdecydowanie na niekorzyść tego ostatniego. O ile maniera literacka Krajewskiego jest idealnie zharmonizowana z psychiką jego głównego bohatera i mrocznym klimatem jego egzystencji oraz świata, w którym ów ją wiedzie, o tyle u Jaszczuka widać wyraźne dosonanse pomiędzy stylem, miejscem akcji, osobą głównej postaci i jej wnętrzem. Widać, że autor Marionetek posiadł pewną wiedzę na temat dawnego Lwowa, jednak nie zdołał równie plastycznie i szczegółowo jak jego konkurent, a co za tym idzie wiarygodnie, oddać indywidualności wybranego przez siebie grodu i czasów. W dodatku sam styl. Choć dobry, łatwy i szybki w odbiorze, to momentami nie do końca korespondujący z sytuacją. Widać także pewną sztuczność w stylizacji na słownictwo przedwojennego Lwowa. Rozumiem, że w opisie może być użyta dzisiejsza polszczyzna, a zaraz dalej wypowiedzi postaci mogą być wyrażone językiem całkiem odmiennym. Również postać może zmieniać używane słownictwo i styl zależnie od okoliczności. Jednak jeśli w opisie od narratora mamy jeden akapit pisany dzisiejszą polszczyzną, a następny w lwowskim bałaku, w dodatku bez żadnej przyczyny ani celu takiego przeskoku, to jest to wyraźny błąd, który wybija czytelnika z klimatu. Sprawia to wrażenie sztuczności, postarzania stylu na siłę. To coś jak przedobrzenie z podciąganiem ostrości przy obróbce fotografii.

Pomimo tych niedociągnięć i stosunkowo prostej, jednowątkowej fabuły, powieść czyta się dobrze i zwłaszcza pierwsza połowa lektury jest prawdziwą przyjemnością. Nie rewelacją ani wybitną stylistycznie czy wartościową pozycją, a po prostu dobrą rozrywką w stylu tych, które można zabrać do pociągu. Nie pozwoli się nudzić, ale i nie grozi, że wciągnie na tyle, byśmy przegapili stację docelową czy urodę towarzyszki podróży, jeśli się takowa godna uwagi akurat zdarzy.

Reasumując – kryminał jak kryminał. Nie ma czego szczególnie polecać ani zdecydowanie odradzać. Po prostu cztery minus w starej skali ocen. A szkoda, po pomysł był niezły, miasto i czasy wybrane ciekawe, o przepięknym kolorycie. Mogło być pięknie, a wyszło tak sobie, zwłaszcza pod koniec


Wasz Andrew

niedziela, 10 czerwca 2012

Bernard Werber "Tanatonauci" - Nieznany kontynent

Okładka książki Tanatonauci 

Tanatonauci

Bernard Werber


Tytuł oryginału: Thanatonautes
Tłumaczenie: Oskar Hedemann
Wydawnictwo: Sonia Draga
Liczba stron: 592
 
 
 
Tanatonauci to powieść francuskiego pisarza science-fiction, Berbarda Werbera. Milionom czytelników na świecie, w tym również mnie, postać ta znana jako autor kultowej już trylogii Mrówki, w której zabiera nas w niezwykłą i całkiem pouczającą podróż po fascynującym i skomplikowanym świecie mrówek. Wiążąc dobre wspomnienia z pierwszym tomem trylogii, Imperium mrówek, skusiłem się na inną pozycję Werbera, Tanatonautów właśnie. W całym procederze niebagatelną kwestię odegrała promocyjna cena książki, wynosząca zaledwie 5 złotych polskich.

Tanatonauta, jak dowiadujemy się już z pierwszych stron powieści to badacz śmierci (z greckiego: thanatos, śmierć i nautes, żeglarz). Wyrażenie to zostało ukute przez jednego z pionierów tanatonautyki, Raoula Razorbaka.

Zaczynając jednak wszystko tak jak należy, tj. od początku, trzeba wyjaśnić, że w momencie rozpoczęcia akcji znajdujemy się w latach ’60 XXI wieku. Świat na pierwszy rzut oka nie różni się zbytnio od tego, w którym przyszło nam obecnie egzystować. Ludzie w dalszym ciągu umierają, politycy sprzedają swoje kłamstwa, by posiąść władzę, a media usilnie próbują wcisnąć to wszystko w kolorowym opakowaniu, gęsto ociekającym blichtrem oraz krwią. W takich to czasach przyszło żyć głównemu bohaterowi Michealowi Pinsonowi, który od najmłodszych lat koleguje się z nieco starszym Raoulem Razorbakiem. Raoul uchodzi za dziwaka, bowiem posiada dość nietypowe hobby, interesuje się on śmiercią. Jest to niejako spadek po ojcu, wybitnym filozofie, który również zajmował się tą materią. Francis Razorbak pisał rozprawę Śmierć, ta nieznajoma, której jednak nigdy nie zdołał ukończyć – przeszkodziło mu w tym samobójstwo poprzez powieszenie się na spłuczce od ubikacji. Syn Raoul głęboko wierzy, że ojciec odkrył coś naprawdę ważnego i wielkiego na temat jednej z największych tajemnic ludzkości, dlatego już od dzieciństwa zagłębia się we wszelakie możliwe mitologie, które traktują na temat krainy umarłych. Karierę naukową również wiąże z pasją ojca, zostaje biotechnologiem, który prowadzi badania nad zimową półśmiercią - hibernacją świstaków.

Bezpośrednim impulsem do narodzin tanatonautyki staje się zamach na prezydenta Republiki Francuskiej, Lucindera, który na własnej skórze doświadcza NDE (near-death experience), czyli przeżywa własną śmierć. Wiedziony ciekawością, co też naprawdę mu się przydarzyło, postanawia powołać specjalny zespół, który zająłby się badaniami nad NDE. Naturalnym kandydatem na kierownika całego przedsięwzięcia jest oczywiście Raoul Razorbak. Zespół uzupełniają piekielnie piękna, blond włosa pielęgniarka Amandine Ballus oraz lekarz anestezjolog, czyli specjalista w dziedzinie wszelakich znieczuleń oraz wybudzeń pacjentów, dawny i zaufany przyjaciel Raoula, Micheal Pinson.

Po krótkim zapoznaniu nas z głównymi bohaterami, przyszłymi pionierami tanatonautyki, Werber przechodzi do opisu trudnych jakże narodzin tej nowej gałęzi nauki. W sposób bardzo plastyczny i przekonujący odmalował on ofiarę, jaką należy złożyć na ołtarzu nauki, by wyszarpnąć śmierci chociaż część z jej tajemnic. Oczywiście należy tutaj pochwalić autora za przygotowanie merytoryczne. Werber zadał sobie na tyle trudu, by uraczyć nas dokładnymi proporcjami oraz składem substancji używanych do wprowadzania tanatonautów w stan śpiączki, czyli do wysyłania ich na kontynent śmierci.

Werber niewątpliwie posiada ogromną fantazję, dzięki której potrafi tworzyć naprawdę zajmujące i niebanalne historie. Lektura Tanatonautów dostarcza nam tak sensacyjnych informacji, jak na przykład dokładna lokalizacja miejsca, gdzie udajemy się po zgonie. Pomysł umiejscowienia świata umarłych jest naprawdę fantastyczny i być może również trafny. Rewelacjom przewijającym się w książce trudno jest odmówić sporej dozy realizmu, stąd mniemam, że intuicja oraz niezwykła wyobraźnia musiały zostać podparte bardzo solidnym przygotowaniem merytorycznym. Świadczą o tym zresztą dość obszerne fragmenty najróżniejszych mitologii, które regularnie ukazują się w powieści. Warto w tym momencie wspomnieć, że sama konstrukcja książki jest również godna uwagi. W głównej mierze składa się ona z pamiętnika Micheala Pinsona. Uzupełniają ją wspomniane teksty pochodzące ze światowych mitologii, wycinki prasowe, notatki policyjne oraz służbowe, reklamy Agencji Promocji Życia, a także wybrane hasła z podręcznika do historii. Całość tworzy ciekawą i barwną mozaikę. Taki kształt powieści jest skrzętnie wykorzystywany do budowania napięcia. Gdy sięga ono zenitu, niejako dla ochłody autor raczy nas fragmentem rozprawy Francisa Razorbaka.

Wydaje się, że Tanatonauci udowadniają, że ciekawym doświadczeniem może być połączenie mitologii oraz nauki. Wierzenia różnych ludów podpięte do specjalistycznej aparatury mogą w efekcie zrodzić interesującą powieść. Werber bez skrępowania łączy poszczególne mity w sposób barwny opisując krainę śmierci – mamy tutaj siedem terytoriów, przez które przechodzi ludzka dusza, tak jak siedem niebios, są aniołowie oraz archaniołowie z ich swoistą hierarchią, a także sąd, który odbywa się nad duszą, a niektóre sceny, jak np. opis drugiego terytorium przywodzi na myśl pióro Dantego.

Książka nie jest niestety idealna. Jej główną wadą jest przede wszystkim objętość. Osobiście nie mam nic do obszernych pozycji, ba, wręcz przeciwnie, jeśli powieść jest naprawdę wyborna, to mogę się po prostu dłużej rozkoszować lekturą. Jednak w przypadku Tanatonautów fabuła jest najzwyczajniej w świecie przegadana. Mniej więcej w połowie, tj. po 300 stronach książka staje się nużąca. Męczą pojawiające się na przemian opisy euforii i peanów na cześć nowo powstałej nauki oraz wybuchy nienawiści i nieufności. Autor zbyt często przechodzi od skrajności w skrajność.

Do tego pewne kwestie są po prostu strywializowane. W momencie dotarcia do siódmego terytorium, po rozmowie ze Świętym Piotrem-Hermesem-etc., okazuje się, że dusza wyrywa się z zaklętego cyklu kolejnych reinkarnacji i staje się czystym duchem jedynie wtedy, gdy na swoim koncie zgromadzi 600 (dokładnie 600, nie mniej, nie więcej) punktów karmy. Równie płytka wydaje mi się próba opisu jak na ludzkość wpłynie takowa informacja. Na ziemi zaczyna roić się od mięczaków i larw, ciągle strachliwych o swoją karmę, wobec czego jedna z byłych tanatonautek zakłada sektę, której celem jest szerzenie zła i występku na świecie, w celu przywrócenia mu naturalnej równowagi. Skóry, długie włosy, heavy metal, motory oraz metalowe pałki, słowem Sex, drugs and Rock'N'Roll.

Reasumując, Tanatonautów z pewnością można uznać za pozycję nietuzinkową. Werber zmierzył się ze zjawiskiem, który od zarania dziejów frapuje ludzkie myśli. Odnoszę wrażenie się, że z tego pojedynku francuski pisarz wyszedł jednak zwycięsko – mimo pewnych nieścisłości, udało mu się w sposób oryginalny i świeży spojrzeć na problem śmierci. Pozwolił swoim bohaterom na odsłonięcie wielu z jej sekretów, nie przeciągnął jednak struny, dzięki czemu pozostawił sobie furtkę do opisu kolejnych niecodziennych historii oraz nie naraził się na śmieszność. W głowie jednak kołacze mi się uparcie myśl, że błyskotliwy pomysł mógł zostać lepiej oraz staranniej zrealizowany.

Dzwonię do Pani, Pana

Dzwonię do Pani, Pana w bardzo nietypowej sprawie. Któż z nas nie słyszał tych słów? Kiedyś bardzo lubiłem tę audycję o interwencyjnym wówczas charakterze, podobnie jak Janusza Weissa, który ją prowadził. Niestety, zauważam od jakiegoś czasu systematyczny spadek poziomu tego programu. Doszło do tego, że Wiess dzwoni do jednej tylko osoby i zadowala się jakąkolwiek odpowiedzią, choćby tak naprawdę brzmiała ona „nie wiem”. Oto ostatni przykład:

Z jaką prędkością spada kropla wody? Pan Janusz zadzwonił z tym pytaniem do jakiejś mądrej Pani, tytułu naukowego ani nazwiska niestety, a dla niej na szczęście, już nie pamiętam. Wiła się ona niczym nieuk wyrwany do odpowiedzi przy tablicy, ale ani nie miała odwagi powiedzieć, iż nie wie, ani udzielić konkretnej odpowiedzi. Nie pisałbym o tym, gdyby nie to, że prowadzący zadowolił się mętnymi wykrętami i sprawę uznał za wyjaśnioną. Nie pisałbym o tym, gdyby nie to, że czasie tej żałosnej rozmowy zdążyłem wejść do internetu i sprawdzić, że prędkość spadającej kropli zależy w bardzo skomplikowany sposób od jej średnicy, co powiązane jest również z kształtem, który przybiera w trakcie lotu i przykładowo dla średnicy 2mm wynosi około 6 m/s. Mogła to sprawdzić sama zapytana lub pytający. Nie zrobił tego nikt. Jaki jest cel takiej audycji? Czego ona uczy? Co pokazuje?



Cel jest taki, jak i coraz większej części ramówki radiowej, a w jeszcze większym stopniu telewizyjnej. Dać odmóżdżonemu statystycznemu słuchaczowi, czy widzowi, ogłupionemu reklamami, pozór wiedzy i w ten sposób ogłupić go do reszty. Oduczyć od myślenia i dociekania, docierania do sedna. Nauczyć, że z autorytetami się nie dyskutuje, świętości nie kala, i każda odpowiedź udzielona przez taką osobę jest prawdą objawioną, choć nie była żadną odpowiedzią ani żadną prawdą. Jak najtańszym kosztem zapchać czas antenowy i dać zarobić spolegliwym znajomym, którzy się nie postawią, gdyż za nic mają własne nazwisko i obraz własnej osoby. Piszę o tym, gdyż wspomniana sytuacja jak w soczewce ukazuje upadek polskiej inteligencji i szkolnictwa, choćby przez porównanie z dawną formą programu Janusza Wiessa. Coraz większą rozbieżność między wiedzą i formalnym wykształceniem. Gdzie te czasy, gdy w Polsce powstawały takie produkcje jak Sonda? Gdzie te czasy, gdy nauczyciel zwykle znał odpowiedzi na pytania, które stawiał uczniom? Gdzie te czasy, gdy ludzie mediów, tak jak Wojciech Mann, trzymali fason; nie godzili się brać udziału w czymś, co by stawiało ich w złym świetle i nie bali się zaryzykować posady?



Może większość z Was uważa, że przesadzam, ale ta nomen omen spadająca kropla przelała czarę mej goryczy i musiałem się wywnętrznić


Wasz Andrew

sobota, 9 czerwca 2012

Dlaczego nie kibicuję?



Dziś każdy stroi swój samochód w narodowe gadżety; chorągiewki, wstążeczki i biało-czerwone kondomy na lusterka. Ja nie. Dlaczego? Bo się wstydzę tego, iż ktoś może mnie uznać za kibica.


To nie kibice wznoszą od początku Euro, tak jak i zawsze, rasistowskie okrzyki. To chuligani. A ja się pytam: ilu jest tych chuliganów, skoro wystarcza ich, by wysmarować w stosowne napisy większość przystanków autobusowych w całym kraju? Skoro to tylko garstka, jak to możliwe, że docierają wszędzie. Nawet znaki drogowe i górskie szlaki, nawet tablice informacyjne na bagnach – wszystko nosi napisy jednoznacznie świadczące o ręce kibica. Legia Pany i Żydzi do gazu! Jebać policję i Lech to pedały! Takie napisy pokrywają cały kraj, a my twierdzimy, że to nie kibice, tylko chuligani! To ilu jest tych kibiców, którzy nie są chuliganami? Czy nie jest przypadkiem tak jak z hitlerowcami? Każdy, gdy się go przesłuchuje, twierdzi, iż jest dobrym Niemcem i on do niczego złego ręki nie przyłożył, a z drugiej strony, z prostego rachunku dokonań wynika, że większość jednak musiała brać w tym udział. I nawet ci, którzy faktycznie czynnego udziału nie brali, nie tylko nie odcinali się od tego i nie przeciwdziałali, ale obnosząc się z przynależnością do grupy dawali jej siłę płynącą z liczby. Dlatego ja nie kibicuję. Chcę móc zawsze z przekonaniem powiedzieć: ja do nich nie należałem, więc nie ma co dyskutować, czy byłem wśród tych dobrych, czy wśród tych złych.

Chleba i igrzysk! Igrzyska zawsze służyły władzy do kontrolowania motłochu. I nic się nie zmieniło. Ludzie są dumni, że mają autostrady na Euro! A ja się wstydzę, że w kraju w środku Europy autostradą nazywa się drogę, po której mogą jeździć tylko pojazdy do 7,5 tony z prędkością do 70 km na godzinę! Wszyscy się cieszą, a ja się wstydzę, że nikt nie ma odwagi tego wyśmiać, nawet tego, że te drogi zaraz po Euro zostaną zamknięte, gdyż nie spełniają norm i nie są dokończone.

Ludzie się cieszą, a ja się martwię, bo ktoś za tą całą aferę z przygotowaniem Euro będzie musiał zapłacić. I nie będzie to rząd ani urzędnicy od budowy autostrad i stadionów, a szarzy ludzie, tacy jak ja. Po skończeniu Euro znajdźcie chwilę czasu na lekturę Gomorry i zobaczycie jak to wszystko jest możliwe. Jak to możliwe, że miliardowe inwestycje są przeprowadzane z pominięciem wszelkich norm, wszelkich przepisów prawa, i nikt za to nie poniesie odpowiedzialności, a zapłaci cały kraj. Cały z wyjątkiem grupy powiązanej tym biznesem.

Nikogo nie dziwi, że nagle, przed Euro, policja pozamykała największych herosów spośród kiboli, którzy byli od lat bezkarni. Nikt nie pyta, dlaczego nagle to, co niemożliwe, stało się wykonalne. Nikt nie pyta, czy przypadkiem zaraz po Euro nie wyjdą.

Polska to dziwny kraj. Największe pieniądze, największe emocje i największą popularność ma ta dyscyplina, w której nigdy nie sięgnięto po złoto! Parodia! Dlatego nie kibicuję! Przynajmniej nie piłce nożnej...


Wasz Andrew

wtorek, 5 czerwca 2012

"Zdobywanie powietrza" Belén Gopegui - Walka o łyk ideałów

Okładka książki Zdobywanie powietrza 

Zdobywanie powietrza

Belén Gopegui

Tytuł oryginału: La conquista del aire
Tłumaczenie: Wojciech Charchalis
Wydawnictwo: Dom Wydawniczy REBIS
Seria: Salamandra
Liczba stron: 335
 
 
 
Zdobywanie powietrza to książka hiszpańskiej pisarki, Belén Gopegui. Urodzona w 1963 roku, w Madrycie, uchodzi za jedną z najzdolniejszych pisarek swojego pokolenia. Jej debiutancka powieść La escala de los mapas (Skala map) przyniosła jej dwie nagrody: Premio Tigre Juan oraz Premio Iberoamericano Santiago del Nuevo Extremo. Z przekonania jest komunistką, napisała m. in. kilka artykułów na temat Kuby.

W Zdobywaniu powietrza, o czym informuje nas na wstępie sama Gopegui, autorka chciała pokazać mechanizmy naruszające wolność podmiotu i dlatego wybrała opowieść o pieniądzach. Jeśli z dominującego dyskursu wynika, że Ci, których podstawowe potrzeby są zaspokojone, mogą traktować pieniądze jako rzeczywistość zewnętrzną, oddzielną, mogą być szczodrzy, oszczędni bądź skąpi i przywiązywać do nich większą lub mniejszą wagę, to niniejsza powieść mówi o tym, ze być może w dzisiejszych czasach pieniądz tkwi w moralnej świadomości bytu [s. 10].

poniedziałek, 4 czerwca 2012

Emocjonalne rozterki



Czy lepiej być rozważną czy romantyczną?
Czy dla miłości powinno się poświęcić wszystko?
Czy warto angażować się w związek, w którym uczucie jest tylko po jednej stronie?
Kiedy zaczyna się zdrada?
Jakie zmiany w życiu „wolnego ducha” niesie pojawienie się dziecka?
Który mężczyzna jest najważniejszy w życiu kobiety – ojciec, mąż, syn, kochanek?
Czy emocjonalny wielokąt można zaakceptować?

Prawie każdy kiedyś stawia sobie podobne pytania. Dobrze, jeśli wcześniej niż później, choć jak widzimy, gdy tylko rozglądniemy się uważnie, najczęściej jednak za późno. Czy jest na to jakaś rada?

Całkiem pokaźna grupa ludzi żyje wcale nieźle tylko dzięki temu, że próbuje doradzać innym w podobnych dylematach, choć wielokrotnie, nawet pomimo formalnych uprawnień do takiej działalności, ich własne wybory przynoszą opłakane skutki. Świat jest pełen dyplomowanych wychowawców i specjalistów od resocjalizacji, których własne dzieci gniją w kazamatach, negocjatorów, których własne, rodzinne spory muszą rozstrzygać sądy, niejednokrotnie karne.

Nie mniejszą chyba grupę, a na pewno o większej sile oddziaływania, mają ich koledzy po fachu, którzy doradzają z podobnym skutkiem za pośrednictwem słowa pisanego. Produkty ich szeroko reklamowanej twórczości zalegają półki księgarń i bibliotek skutecznie drenując kieszenie będących w rozterce ludzi. Czy te porady mają jakikolwiek sens?

Podobno lektura każdej książki coś czytelnikowi daje. Z tym nie sposób się nie zgodzić, gdyż niesmak lub złudzenia to też coś. Miałem okazję przeczytać kilka podobnych dzieł i żal mi ludzi, którzy zawierzyli im na tyle, by uznać je za przepis na szczęście. Być może wielu wierzy, że im pomogły, ale jeszcze więcej będzie żałować, najczęściej dopiero wtedy, gdy już będzie za późno, bo życie to nie gra komputerowa, nie da się jej odsejować i zagrać jeszcze raz.

Podstawą dobrych życiowych decyzji jest poznanie samego siebie. Każdy z nas jest inny. Każdy ma więc inne potrzeby i inaczej musi ułożyć swe życie, by mógł je uznać za udane. Jedni są samotnikami i tak naprawdę najlepiej by im było być singlem, inni potrzebują domu z możliwością skoku w bok, a jeszcze inni mają potrzebę bycia wiernym i oczekują tego od partnera. Są też niezliczone kombinacje i stadia pośrednie takich oczekiwań, a w dodatku zmieniają się one w czasie, tak jak i sami ludzie. Jedni chcą być bogaci, a dla innych nie jest to takie ważne. Dla jednych najważniejszy jest wolny czas na hobby, dla innych leniuchowanie, dla innych praca, a dla jeszcze innych władza. Czy można im globalnie doradzać?

Bądź rozważny! Nie – bądź romantyczny! Miłość jest najważniejsza! Nie – pieniądze to podstawa! Jak można komuś w jakikolwiek sposób doradzać, jeśli nie ma się dokładnej wiedzy o tym jaki jest, jakie są jego pragnienia i potrzeby, nawet, a może zwłaszcza, te nieuświadomione? Czyż nie byłoby jedynym mądrym wyjściem dokładnie poznać siebie? Ilu z tych, którzy zaczytują się poradnikami o zgodności charakteru (konia z rzędem temu z czytelników podobnych produkcji, kto powie, cóż to jest ten charakter), sięgnęło po którąś z książek przybliżających epokową teorię charakteru naszego rodaka Mariana Mazura?

Rozumiem tych, którzy czytają poradniki sztuki wyrywania lasek. W końcu nie każdemu dał Bóg tę iskrę i jeśli ktoś musi się pozbyć kompleksów poprzez zaliczenie udanego podrywu, to taka proteza pewnie mu się przyda. Nie rozumiem jednak ludzi, którzy w poradnikach szukają przepisu na to, jak znaleźć własne szczęście w trwałym związku, a nie zadali sobie nawet pytania jacy są, jakiego partnera i na jakich zasadach potrzebują. Ilu z nich sięgnęło choćby po takie pozycje jak Strategia i taktyka w miłości Miroslava Plzáka. Wszak dziś każdy mądry już wie, iż wszystko jest grą. Wiedzą o tym nie tylko bankierzy i biznesmeni, ale nawet politycy, policjanci i złodzieje. Wszystko jest grą, czyli matematyką. Wiem, wiem, od razu humaniści podnoszą krzyk. A ja się tylko pytam: Czy niebo gwiaździste stało się mniej romantyczne od momentu, gdy wiemy, że te jasne punkciki w górze to nie świetliki, a wielkie kule ognia?

Ludzie są tak różni, iż nie można im grupowo doradzać. Ja nie miałbym sumienia doradzać nawet indywidualnie. Dlatego podobne poradniki i pytania uważam za szkodliwe. Ludzie wielokrotnie latami żyją zgodnie z zawartymi w nich mądrościami, a potem lądują w psychiatryku lub schronisku dla bezdomnych. Nagle przychodzi dzień, w którym stwierdzają, iż nie pragną już być człowiekiem sukcesu, bo im to nigdy nie było do szczęścia potrzebne, że nie chcą tego lub owego, o co walczyli przez lata, bo ktoś im wmówił, że to uczyni ich szczęśliwymi. I nie każdy jest w stanie przejść obronnie przez ten moment. Dlatego, zanim poszukacie odpowiedzi, poszukajcie pytań. Poznajcie samych siebie, a wtedy stwierdzicie, że znacie wszelkie możliwe pytania i wszelkie możliwie odpowiedzi. Co nie znaczy, że w oczach i ocenie innych nie popełnicie błędów

Wasz Andrew

refleksja wywołana tematyką konkursów w serwisie LubimyCzytać.pl i tam też również zamieszczona