Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.

niedziela, 10 czerwca 2012

Bernard Werber "Tanatonauci" - Nieznany kontynent

Okładka książki Tanatonauci 

Tanatonauci

Bernard Werber


Tytuł oryginału: Thanatonautes
Tłumaczenie: Oskar Hedemann
Wydawnictwo: Sonia Draga
Liczba stron: 592
 
 
 
Tanatonauci to powieść francuskiego pisarza science-fiction, Berbarda Werbera. Milionom czytelników na świecie, w tym również mnie, postać ta znana jako autor kultowej już trylogii Mrówki, w której zabiera nas w niezwykłą i całkiem pouczającą podróż po fascynującym i skomplikowanym świecie mrówek. Wiążąc dobre wspomnienia z pierwszym tomem trylogii, Imperium mrówek, skusiłem się na inną pozycję Werbera, Tanatonautów właśnie. W całym procederze niebagatelną kwestię odegrała promocyjna cena książki, wynosząca zaledwie 5 złotych polskich.

Tanatonauta, jak dowiadujemy się już z pierwszych stron powieści to badacz śmierci (z greckiego: thanatos, śmierć i nautes, żeglarz). Wyrażenie to zostało ukute przez jednego z pionierów tanatonautyki, Raoula Razorbaka.

Zaczynając jednak wszystko tak jak należy, tj. od początku, trzeba wyjaśnić, że w momencie rozpoczęcia akcji znajdujemy się w latach ’60 XXI wieku. Świat na pierwszy rzut oka nie różni się zbytnio od tego, w którym przyszło nam obecnie egzystować. Ludzie w dalszym ciągu umierają, politycy sprzedają swoje kłamstwa, by posiąść władzę, a media usilnie próbują wcisnąć to wszystko w kolorowym opakowaniu, gęsto ociekającym blichtrem oraz krwią. W takich to czasach przyszło żyć głównemu bohaterowi Michealowi Pinsonowi, który od najmłodszych lat koleguje się z nieco starszym Raoulem Razorbakiem. Raoul uchodzi za dziwaka, bowiem posiada dość nietypowe hobby, interesuje się on śmiercią. Jest to niejako spadek po ojcu, wybitnym filozofie, który również zajmował się tą materią. Francis Razorbak pisał rozprawę Śmierć, ta nieznajoma, której jednak nigdy nie zdołał ukończyć – przeszkodziło mu w tym samobójstwo poprzez powieszenie się na spłuczce od ubikacji. Syn Raoul głęboko wierzy, że ojciec odkrył coś naprawdę ważnego i wielkiego na temat jednej z największych tajemnic ludzkości, dlatego już od dzieciństwa zagłębia się we wszelakie możliwe mitologie, które traktują na temat krainy umarłych. Karierę naukową również wiąże z pasją ojca, zostaje biotechnologiem, który prowadzi badania nad zimową półśmiercią - hibernacją świstaków.

Bezpośrednim impulsem do narodzin tanatonautyki staje się zamach na prezydenta Republiki Francuskiej, Lucindera, który na własnej skórze doświadcza NDE (near-death experience), czyli przeżywa własną śmierć. Wiedziony ciekawością, co też naprawdę mu się przydarzyło, postanawia powołać specjalny zespół, który zająłby się badaniami nad NDE. Naturalnym kandydatem na kierownika całego przedsięwzięcia jest oczywiście Raoul Razorbak. Zespół uzupełniają piekielnie piękna, blond włosa pielęgniarka Amandine Ballus oraz lekarz anestezjolog, czyli specjalista w dziedzinie wszelakich znieczuleń oraz wybudzeń pacjentów, dawny i zaufany przyjaciel Raoula, Micheal Pinson.

Po krótkim zapoznaniu nas z głównymi bohaterami, przyszłymi pionierami tanatonautyki, Werber przechodzi do opisu trudnych jakże narodzin tej nowej gałęzi nauki. W sposób bardzo plastyczny i przekonujący odmalował on ofiarę, jaką należy złożyć na ołtarzu nauki, by wyszarpnąć śmierci chociaż część z jej tajemnic. Oczywiście należy tutaj pochwalić autora za przygotowanie merytoryczne. Werber zadał sobie na tyle trudu, by uraczyć nas dokładnymi proporcjami oraz składem substancji używanych do wprowadzania tanatonautów w stan śpiączki, czyli do wysyłania ich na kontynent śmierci.

Werber niewątpliwie posiada ogromną fantazję, dzięki której potrafi tworzyć naprawdę zajmujące i niebanalne historie. Lektura Tanatonautów dostarcza nam tak sensacyjnych informacji, jak na przykład dokładna lokalizacja miejsca, gdzie udajemy się po zgonie. Pomysł umiejscowienia świata umarłych jest naprawdę fantastyczny i być może również trafny. Rewelacjom przewijającym się w książce trudno jest odmówić sporej dozy realizmu, stąd mniemam, że intuicja oraz niezwykła wyobraźnia musiały zostać podparte bardzo solidnym przygotowaniem merytorycznym. Świadczą o tym zresztą dość obszerne fragmenty najróżniejszych mitologii, które regularnie ukazują się w powieści. Warto w tym momencie wspomnieć, że sama konstrukcja książki jest również godna uwagi. W głównej mierze składa się ona z pamiętnika Micheala Pinsona. Uzupełniają ją wspomniane teksty pochodzące ze światowych mitologii, wycinki prasowe, notatki policyjne oraz służbowe, reklamy Agencji Promocji Życia, a także wybrane hasła z podręcznika do historii. Całość tworzy ciekawą i barwną mozaikę. Taki kształt powieści jest skrzętnie wykorzystywany do budowania napięcia. Gdy sięga ono zenitu, niejako dla ochłody autor raczy nas fragmentem rozprawy Francisa Razorbaka.

Wydaje się, że Tanatonauci udowadniają, że ciekawym doświadczeniem może być połączenie mitologii oraz nauki. Wierzenia różnych ludów podpięte do specjalistycznej aparatury mogą w efekcie zrodzić interesującą powieść. Werber bez skrępowania łączy poszczególne mity w sposób barwny opisując krainę śmierci – mamy tutaj siedem terytoriów, przez które przechodzi ludzka dusza, tak jak siedem niebios, są aniołowie oraz archaniołowie z ich swoistą hierarchią, a także sąd, który odbywa się nad duszą, a niektóre sceny, jak np. opis drugiego terytorium przywodzi na myśl pióro Dantego.

Książka nie jest niestety idealna. Jej główną wadą jest przede wszystkim objętość. Osobiście nie mam nic do obszernych pozycji, ba, wręcz przeciwnie, jeśli powieść jest naprawdę wyborna, to mogę się po prostu dłużej rozkoszować lekturą. Jednak w przypadku Tanatonautów fabuła jest najzwyczajniej w świecie przegadana. Mniej więcej w połowie, tj. po 300 stronach książka staje się nużąca. Męczą pojawiające się na przemian opisy euforii i peanów na cześć nowo powstałej nauki oraz wybuchy nienawiści i nieufności. Autor zbyt często przechodzi od skrajności w skrajność.

Do tego pewne kwestie są po prostu strywializowane. W momencie dotarcia do siódmego terytorium, po rozmowie ze Świętym Piotrem-Hermesem-etc., okazuje się, że dusza wyrywa się z zaklętego cyklu kolejnych reinkarnacji i staje się czystym duchem jedynie wtedy, gdy na swoim koncie zgromadzi 600 (dokładnie 600, nie mniej, nie więcej) punktów karmy. Równie płytka wydaje mi się próba opisu jak na ludzkość wpłynie takowa informacja. Na ziemi zaczyna roić się od mięczaków i larw, ciągle strachliwych o swoją karmę, wobec czego jedna z byłych tanatonautek zakłada sektę, której celem jest szerzenie zła i występku na świecie, w celu przywrócenia mu naturalnej równowagi. Skóry, długie włosy, heavy metal, motory oraz metalowe pałki, słowem Sex, drugs and Rock'N'Roll.

Reasumując, Tanatonautów z pewnością można uznać za pozycję nietuzinkową. Werber zmierzył się ze zjawiskiem, który od zarania dziejów frapuje ludzkie myśli. Odnoszę wrażenie się, że z tego pojedynku francuski pisarz wyszedł jednak zwycięsko – mimo pewnych nieścisłości, udało mu się w sposób oryginalny i świeży spojrzeć na problem śmierci. Pozwolił swoim bohaterom na odsłonięcie wielu z jej sekretów, nie przeciągnął jednak struny, dzięki czemu pozostawił sobie furtkę do opisu kolejnych niecodziennych historii oraz nie naraził się na śmieszność. W głowie jednak kołacze mi się uparcie myśl, że błyskotliwy pomysł mógł zostać lepiej oraz staranniej zrealizowany.

Dzwonię do Pani, Pana

Dzwonię do Pani, Pana w bardzo nietypowej sprawie. Któż z nas nie słyszał tych słów? Kiedyś bardzo lubiłem tę audycję o interwencyjnym wówczas charakterze, podobnie jak Janusza Weissa, który ją prowadził. Niestety, zauważam od jakiegoś czasu systematyczny spadek poziomu tego programu. Doszło do tego, że Wiess dzwoni do jednej tylko osoby i zadowala się jakąkolwiek odpowiedzią, choćby tak naprawdę brzmiała ona „nie wiem”. Oto ostatni przykład:

Z jaką prędkością spada kropla wody? Pan Janusz zadzwonił z tym pytaniem do jakiejś mądrej Pani, tytułu naukowego ani nazwiska niestety, a dla niej na szczęście, już nie pamiętam. Wiła się ona niczym nieuk wyrwany do odpowiedzi przy tablicy, ale ani nie miała odwagi powiedzieć, iż nie wie, ani udzielić konkretnej odpowiedzi. Nie pisałbym o tym, gdyby nie to, że prowadzący zadowolił się mętnymi wykrętami i sprawę uznał za wyjaśnioną. Nie pisałbym o tym, gdyby nie to, że czasie tej żałosnej rozmowy zdążyłem wejść do internetu i sprawdzić, że prędkość spadającej kropli zależy w bardzo skomplikowany sposób od jej średnicy, co powiązane jest również z kształtem, który przybiera w trakcie lotu i przykładowo dla średnicy 2mm wynosi około 6 m/s. Mogła to sprawdzić sama zapytana lub pytający. Nie zrobił tego nikt. Jaki jest cel takiej audycji? Czego ona uczy? Co pokazuje?



Cel jest taki, jak i coraz większej części ramówki radiowej, a w jeszcze większym stopniu telewizyjnej. Dać odmóżdżonemu statystycznemu słuchaczowi, czy widzowi, ogłupionemu reklamami, pozór wiedzy i w ten sposób ogłupić go do reszty. Oduczyć od myślenia i dociekania, docierania do sedna. Nauczyć, że z autorytetami się nie dyskutuje, świętości nie kala, i każda odpowiedź udzielona przez taką osobę jest prawdą objawioną, choć nie była żadną odpowiedzią ani żadną prawdą. Jak najtańszym kosztem zapchać czas antenowy i dać zarobić spolegliwym znajomym, którzy się nie postawią, gdyż za nic mają własne nazwisko i obraz własnej osoby. Piszę o tym, gdyż wspomniana sytuacja jak w soczewce ukazuje upadek polskiej inteligencji i szkolnictwa, choćby przez porównanie z dawną formą programu Janusza Wiessa. Coraz większą rozbieżność między wiedzą i formalnym wykształceniem. Gdzie te czasy, gdy w Polsce powstawały takie produkcje jak Sonda? Gdzie te czasy, gdy nauczyciel zwykle znał odpowiedzi na pytania, które stawiał uczniom? Gdzie te czasy, gdy ludzie mediów, tak jak Wojciech Mann, trzymali fason; nie godzili się brać udziału w czymś, co by stawiało ich w złym świetle i nie bali się zaryzykować posady?



Może większość z Was uważa, że przesadzam, ale ta nomen omen spadająca kropla przelała czarę mej goryczy i musiałem się wywnętrznić


Wasz Andrew

sobota, 9 czerwca 2012

Dlaczego nie kibicuję?



Dziś każdy stroi swój samochód w narodowe gadżety; chorągiewki, wstążeczki i biało-czerwone kondomy na lusterka. Ja nie. Dlaczego? Bo się wstydzę tego, iż ktoś może mnie uznać za kibica.


To nie kibice wznoszą od początku Euro, tak jak i zawsze, rasistowskie okrzyki. To chuligani. A ja się pytam: ilu jest tych chuliganów, skoro wystarcza ich, by wysmarować w stosowne napisy większość przystanków autobusowych w całym kraju? Skoro to tylko garstka, jak to możliwe, że docierają wszędzie. Nawet znaki drogowe i górskie szlaki, nawet tablice informacyjne na bagnach – wszystko nosi napisy jednoznacznie świadczące o ręce kibica. Legia Pany i Żydzi do gazu! Jebać policję i Lech to pedały! Takie napisy pokrywają cały kraj, a my twierdzimy, że to nie kibice, tylko chuligani! To ilu jest tych kibiców, którzy nie są chuliganami? Czy nie jest przypadkiem tak jak z hitlerowcami? Każdy, gdy się go przesłuchuje, twierdzi, iż jest dobrym Niemcem i on do niczego złego ręki nie przyłożył, a z drugiej strony, z prostego rachunku dokonań wynika, że większość jednak musiała brać w tym udział. I nawet ci, którzy faktycznie czynnego udziału nie brali, nie tylko nie odcinali się od tego i nie przeciwdziałali, ale obnosząc się z przynależnością do grupy dawali jej siłę płynącą z liczby. Dlatego ja nie kibicuję. Chcę móc zawsze z przekonaniem powiedzieć: ja do nich nie należałem, więc nie ma co dyskutować, czy byłem wśród tych dobrych, czy wśród tych złych.

Chleba i igrzysk! Igrzyska zawsze służyły władzy do kontrolowania motłochu. I nic się nie zmieniło. Ludzie są dumni, że mają autostrady na Euro! A ja się wstydzę, że w kraju w środku Europy autostradą nazywa się drogę, po której mogą jeździć tylko pojazdy do 7,5 tony z prędkością do 70 km na godzinę! Wszyscy się cieszą, a ja się wstydzę, że nikt nie ma odwagi tego wyśmiać, nawet tego, że te drogi zaraz po Euro zostaną zamknięte, gdyż nie spełniają norm i nie są dokończone.

Ludzie się cieszą, a ja się martwię, bo ktoś za tą całą aferę z przygotowaniem Euro będzie musiał zapłacić. I nie będzie to rząd ani urzędnicy od budowy autostrad i stadionów, a szarzy ludzie, tacy jak ja. Po skończeniu Euro znajdźcie chwilę czasu na lekturę Gomorry i zobaczycie jak to wszystko jest możliwe. Jak to możliwe, że miliardowe inwestycje są przeprowadzane z pominięciem wszelkich norm, wszelkich przepisów prawa, i nikt za to nie poniesie odpowiedzialności, a zapłaci cały kraj. Cały z wyjątkiem grupy powiązanej tym biznesem.

Nikogo nie dziwi, że nagle, przed Euro, policja pozamykała największych herosów spośród kiboli, którzy byli od lat bezkarni. Nikt nie pyta, dlaczego nagle to, co niemożliwe, stało się wykonalne. Nikt nie pyta, czy przypadkiem zaraz po Euro nie wyjdą.

Polska to dziwny kraj. Największe pieniądze, największe emocje i największą popularność ma ta dyscyplina, w której nigdy nie sięgnięto po złoto! Parodia! Dlatego nie kibicuję! Przynajmniej nie piłce nożnej...


Wasz Andrew

wtorek, 5 czerwca 2012

"Zdobywanie powietrza" Belén Gopegui - Walka o łyk ideałów

Okładka książki Zdobywanie powietrza 

Zdobywanie powietrza

Belén Gopegui

Tytuł oryginału: La conquista del aire
Tłumaczenie: Wojciech Charchalis
Wydawnictwo: Dom Wydawniczy REBIS
Seria: Salamandra
Liczba stron: 335
 
 
 
Zdobywanie powietrza to książka hiszpańskiej pisarki, Belén Gopegui. Urodzona w 1963 roku, w Madrycie, uchodzi za jedną z najzdolniejszych pisarek swojego pokolenia. Jej debiutancka powieść La escala de los mapas (Skala map) przyniosła jej dwie nagrody: Premio Tigre Juan oraz Premio Iberoamericano Santiago del Nuevo Extremo. Z przekonania jest komunistką, napisała m. in. kilka artykułów na temat Kuby.

W Zdobywaniu powietrza, o czym informuje nas na wstępie sama Gopegui, autorka chciała pokazać mechanizmy naruszające wolność podmiotu i dlatego wybrała opowieść o pieniądzach. Jeśli z dominującego dyskursu wynika, że Ci, których podstawowe potrzeby są zaspokojone, mogą traktować pieniądze jako rzeczywistość zewnętrzną, oddzielną, mogą być szczodrzy, oszczędni bądź skąpi i przywiązywać do nich większą lub mniejszą wagę, to niniejsza powieść mówi o tym, ze być może w dzisiejszych czasach pieniądz tkwi w moralnej świadomości bytu [s. 10].

poniedziałek, 4 czerwca 2012

Emocjonalne rozterki



Czy lepiej być rozważną czy romantyczną?
Czy dla miłości powinno się poświęcić wszystko?
Czy warto angażować się w związek, w którym uczucie jest tylko po jednej stronie?
Kiedy zaczyna się zdrada?
Jakie zmiany w życiu „wolnego ducha” niesie pojawienie się dziecka?
Który mężczyzna jest najważniejszy w życiu kobiety – ojciec, mąż, syn, kochanek?
Czy emocjonalny wielokąt można zaakceptować?

Prawie każdy kiedyś stawia sobie podobne pytania. Dobrze, jeśli wcześniej niż później, choć jak widzimy, gdy tylko rozglądniemy się uważnie, najczęściej jednak za późno. Czy jest na to jakaś rada?

Całkiem pokaźna grupa ludzi żyje wcale nieźle tylko dzięki temu, że próbuje doradzać innym w podobnych dylematach, choć wielokrotnie, nawet pomimo formalnych uprawnień do takiej działalności, ich własne wybory przynoszą opłakane skutki. Świat jest pełen dyplomowanych wychowawców i specjalistów od resocjalizacji, których własne dzieci gniją w kazamatach, negocjatorów, których własne, rodzinne spory muszą rozstrzygać sądy, niejednokrotnie karne.

Nie mniejszą chyba grupę, a na pewno o większej sile oddziaływania, mają ich koledzy po fachu, którzy doradzają z podobnym skutkiem za pośrednictwem słowa pisanego. Produkty ich szeroko reklamowanej twórczości zalegają półki księgarń i bibliotek skutecznie drenując kieszenie będących w rozterce ludzi. Czy te porady mają jakikolwiek sens?

Podobno lektura każdej książki coś czytelnikowi daje. Z tym nie sposób się nie zgodzić, gdyż niesmak lub złudzenia to też coś. Miałem okazję przeczytać kilka podobnych dzieł i żal mi ludzi, którzy zawierzyli im na tyle, by uznać je za przepis na szczęście. Być może wielu wierzy, że im pomogły, ale jeszcze więcej będzie żałować, najczęściej dopiero wtedy, gdy już będzie za późno, bo życie to nie gra komputerowa, nie da się jej odsejować i zagrać jeszcze raz.

Podstawą dobrych życiowych decyzji jest poznanie samego siebie. Każdy z nas jest inny. Każdy ma więc inne potrzeby i inaczej musi ułożyć swe życie, by mógł je uznać za udane. Jedni są samotnikami i tak naprawdę najlepiej by im było być singlem, inni potrzebują domu z możliwością skoku w bok, a jeszcze inni mają potrzebę bycia wiernym i oczekują tego od partnera. Są też niezliczone kombinacje i stadia pośrednie takich oczekiwań, a w dodatku zmieniają się one w czasie, tak jak i sami ludzie. Jedni chcą być bogaci, a dla innych nie jest to takie ważne. Dla jednych najważniejszy jest wolny czas na hobby, dla innych leniuchowanie, dla innych praca, a dla jeszcze innych władza. Czy można im globalnie doradzać?

Bądź rozważny! Nie – bądź romantyczny! Miłość jest najważniejsza! Nie – pieniądze to podstawa! Jak można komuś w jakikolwiek sposób doradzać, jeśli nie ma się dokładnej wiedzy o tym jaki jest, jakie są jego pragnienia i potrzeby, nawet, a może zwłaszcza, te nieuświadomione? Czyż nie byłoby jedynym mądrym wyjściem dokładnie poznać siebie? Ilu z tych, którzy zaczytują się poradnikami o zgodności charakteru (konia z rzędem temu z czytelników podobnych produkcji, kto powie, cóż to jest ten charakter), sięgnęło po którąś z książek przybliżających epokową teorię charakteru naszego rodaka Mariana Mazura?

Rozumiem tych, którzy czytają poradniki sztuki wyrywania lasek. W końcu nie każdemu dał Bóg tę iskrę i jeśli ktoś musi się pozbyć kompleksów poprzez zaliczenie udanego podrywu, to taka proteza pewnie mu się przyda. Nie rozumiem jednak ludzi, którzy w poradnikach szukają przepisu na to, jak znaleźć własne szczęście w trwałym związku, a nie zadali sobie nawet pytania jacy są, jakiego partnera i na jakich zasadach potrzebują. Ilu z nich sięgnęło choćby po takie pozycje jak Strategia i taktyka w miłości Miroslava Plzáka. Wszak dziś każdy mądry już wie, iż wszystko jest grą. Wiedzą o tym nie tylko bankierzy i biznesmeni, ale nawet politycy, policjanci i złodzieje. Wszystko jest grą, czyli matematyką. Wiem, wiem, od razu humaniści podnoszą krzyk. A ja się tylko pytam: Czy niebo gwiaździste stało się mniej romantyczne od momentu, gdy wiemy, że te jasne punkciki w górze to nie świetliki, a wielkie kule ognia?

Ludzie są tak różni, iż nie można im grupowo doradzać. Ja nie miałbym sumienia doradzać nawet indywidualnie. Dlatego podobne poradniki i pytania uważam za szkodliwe. Ludzie wielokrotnie latami żyją zgodnie z zawartymi w nich mądrościami, a potem lądują w psychiatryku lub schronisku dla bezdomnych. Nagle przychodzi dzień, w którym stwierdzają, iż nie pragną już być człowiekiem sukcesu, bo im to nigdy nie było do szczęścia potrzebne, że nie chcą tego lub owego, o co walczyli przez lata, bo ktoś im wmówił, że to uczyni ich szczęśliwymi. I nie każdy jest w stanie przejść obronnie przez ten moment. Dlatego, zanim poszukacie odpowiedzi, poszukajcie pytań. Poznajcie samych siebie, a wtedy stwierdzicie, że znacie wszelkie możliwe pytania i wszelkie możliwie odpowiedzi. Co nie znaczy, że w oczach i ocenie innych nie popełnicie błędów

Wasz Andrew

refleksja wywołana tematyką konkursów w serwisie LubimyCzytać.pl i tam też również zamieszczona

Dobre maniery



Savoir-vivre to zbiór reguł dotyczących rozmaitych dziedzin życia. Jak zachowywać się przy stole? Jak prowadzić konwersację? Jak odpowiednio prezentować znajomych? Zasady te nie są jednak stałe – zmieniają się czasy, zmienia się i savoir-vivre, nie mówiąc już o oczywistych różnicach, jakie występują w zależności od kultury.

Jakie, Waszym zdaniem, „dobre maniery” i zasady savoir-vivre'u są uniwersalne, zarówno dla kultur, jak i dla zmieniających się czasów? Co nigdy się nie zmienia i, Waszym zdaniem, nigdy się nie zmieni, a jakie zasady w miarę upływu czasu stają się dla nas coraz bardziej zabawne?

Savoir-vivre. Temat rzeka. Wiele już o nim napisano i rozważano różne jego aspekty. Ja jednak chciałbym trochę z innej beczki.

Dawno, dawno temu, jeszcze jako dziecko lub młodzież, teraz już nie pamiętam, w każdym bądź razie było to za komuny, w telewizji oglądaliśmy teleturniej, w którym dwóch zawodników dostało zadanie prawidłowego ułożenia zastawy stołowej składającej się z kilkudziesięciu elementów. Mimo, iż konkurenci byli, jak byśmy to dziś określili, nie tylko celebrytami, ale wręcz VIP-ami, od razu widać było konsternację na ich twarzach. Tymczasem mój krewny, który akurat był u nas z gościną, bywały w świecie, a dokładniej w jego wyższych warstwach, od razu z gorączkową dezaprobatą począł komentować nieporadne poczynania panów na ekranie. Mnie osobiście zaintrygował dziwny przyrząd, który jeden z zawodników obracał w ręku, wyraźnie nie mając pojęcia do czego może służyć to ustrojstwo, przypominający skrzyżowanie nożyczek zagubionych przez fryzjera z narzędziem tortur doktora Mengele. Nasz rodzinny ekspert, zdziwiony moją i zawodników niewiedzą, poinformował nas, iż to nożyczki do rozcinania kiści winogron.

Czemu ta scenka tak mi zapadła w pamięć, iż ją teraz wspominam? Bo nigdy nie widziałem, ani na żywo, ani nawet na filmie, by ktoś takich nożyczek używał. Taki przyczynek do szczegółów savoir-vivre.

A teraz na poważnie: jaka jest najważniejsza zasada form towarzyskich i reguł grzeczności? Jeśli wejdziesz między wrony, musisz krakać jak i one. Nie ma uniwersalnych elementów, które bezkrytycznie i na pewno można zastosować w każdym miejscu i czasie. Weźmy choćby podawanie ręki kobiecie, o całowaniu w rękę nie wspomnę. Nie trzeba wyjeżdżać z kraju, by zobaczyć, że podawanie ręki kobiecie nie jest w dobrym tonie. Wystarczy udać się na podwarszawską wieś. Tam rękę podaje się tylko chłopom.

Przykłady można mnożyć. Do każdej gdzieś pożądanej formy towarzyskiej można dopasować czas i miejsce, gdzie jest ona mniej lub bardziej drastycznym faux pas. Czym się wiec kierować? Bacznie obserwować i szybko się dostosować, a tam, gdzie jest to niezbędne, przygotować się teoretycznie przed wejściem w nowe środowisko. I pamiętać o tym, że większość reguł zachowania powstała po to, by jeden nie uraził drugiego. Jeśli więc będziemy czynić wszystko, by nie szkodzić innym, nie musimy znać dokładnych reguł ani prawa. Nie puścimy północą głośnej muzyki ani kuranta na kościelnej wieży, nie rzucimy papierka na ulicy ani nie wyrzucimy śmieci w lesie. Nie dlatego, że nie wolno, tylko dlatego, że tak powinien postępować porządny człowiek. A o zwykłą ludzką porządność ostatnio coraz trudniej, co z żalem stwierdzam


Wasz Andrew

refleksja wywołana konkursem w serwisie LubimyCzytać.pl

piątek, 1 czerwca 2012

Europa Blues


Europa blues
Arne Dahl
(właściwie Jan Arnald)
tłumaczenie: Dominika Górecka
seria: Drużyna A tom 4
wydawnictwo: Muza

Kiedy stosik książek czekających na mym biurku, aż się do nich zabiorę, przerzedził się na tyle, że przyszedł czas na Europa Blues, sam nie wiedziałem, jak się do niej zabrać. Czy rzucić się na nią niby wygłodzony mastif na michę, czy raczej podejść niczym saper do potencjalnej miny. Nic nie mówiące mi nazwisko autora, tytuł też jakiś taki... Pewnie to spowodowało, że wbrew utartemu zwyczajowi przeczytałem wszystko, co było na okładce i świadom już, iż Arne Dahl jest mocnym nazwiskiem w dziedzinie powieści kryminalnej, a w szczególności mojego ulubionego podgatunku tego niezwykle różnorodnego kanonu, czyli szwedzkiego kryminału społecznego, z dużymi nadziejami rozpocząłem lekturę.

Głównymi postaciami Europa Blues są policjanci i policjantki z tzw. Drużyny A, czyli komórki szwedzkiej policji zajmującej się najcięższymi gatunkowo rodzajami przestępstw. Akcja rozpoczyna się od trzech nieodległych w czasie, lecz całkowicie odmiennych zdarzeń: zgonu alfonsa pożartego przez rosomaki w sztokholmskim Skansenie, śmierci młodocianego rozbójnika wrzuconego pod pociąg metra przez swą niedoszłą ofiarę i zabójstwa emerytowanego profesora medycyny, kandydata do Nagrody Nobla. Łatwo się domyślić, że akcja rusza z kopyta i powieść od razu wciąga czytelnika, który nie może się od niej oderwać.

Trzeba przyznać, że Arne Dahl jest godnym uznania kontynuatorem szwedzkich tradycji wykorzystywania nośnej; łatwej w odbiorze i poczytnej, literatury kryminalnej do unaoczniania problemów społecznych, na które większość obywateli nie zwraca uwagi. Nie zwraca uwagi, gdyż władza nie jest zainteresowana w drążeniu niewygodnych tematów, a większość posłusznych konsumentów woli świat widziany poprzez pryzmat reklam i konsumpcyjny spokój krowiej egzystencji. Hańba naszych czasów, czyli handel kobietami, to temat główny, choć towarzyszą mu inne, równie poważne i z nimi powiązane – przestępczość zorganizowana, faszyzm, antysemityzm. I co ważniejsze, zmusza do pomyślenia nad przyczynami takiego stanu rzeczy. Poza fascynującą warstwą kryminalną, w tle niejako, widać cały czas czarne chmury, co sprawia, iż nie jest to lektura równie rozrywkowa, jak kryminały sprzed lat.

Czytając Europa Blues znów zadawałem sobie pytanie: skoro ci Szwedzi żyją w państwie znacznie bardziej sprawiedliwym, uczciwym i ogólnie lepszym od naszego, to dlaczego drążą tematy, które w Polsce, dotkniętej tymi samymi patologiami nieporównanie silniej, uważane są za marginalne? Oni piętnują swoją rzeczywistość, a my swoją chwalimy, choć powinno być odwrotnie. Oni są nienormalni czy my? Rozdrapują nawet rany przeszłości, doszukując się swojego udziału w faszyzmie i holocauście, gdy my uważamy się za świętych, choć Polska przedwojenna była tak antysemicka, że dopiero horror faszyzmu zatarł o tym pamięć. Obrażamy się, gdy wytyka się nam dzisiejszą ksenofobię i udowadniamy własną odwieczną tolerancję, gdy tymczasem przystanki autobusowe w całym kraju, mury budynków i niemal wszystko, co się tylko daje ochlapać farbą lub obsikać sprayem, jest wymazane w stosowne dla III Rzeszy hasła. Na nieledwie każdym meczu słychać slogany rodem z Oświęcimia, na które nikt mimo wyraźnie przestępczego charakteru takich wybryków nie reaguje, a publicznie wszyscy zapierają się, iż Żydów, pedałów i czarnuchów kochamy jak nikt. Kto jest chory? My czy Szwedzi?

Powieść Dahla jest więc trudna dla myślącego polskiego czytelnika również dlatego, iż każe mu się zastanawiać nad tym, co odróżnia nasz kraj spośród innych w Europie, zwłaszcza takich jak Szwecja. Co sprawia, że wynaturzenia stanowiące tam stosunkowo marginalne zjawiska, są postrzegane jako poważne zagrożenie, gdy jednocześnie u nas, gdzie są one powszechne, gdzie wizualizacje takich postaw, nawet wśród ludzi spoza elementu, widać na każdym kroku i w każdej niemal rozmowie, twierdzi się iż jest dobrze?

Poza tym dyskomfortem, jaki czeka tylko Polaków, książka ma i inne mankamenty, niestety. Niestety, gdyż wielowątkowa początkowo akcja, umiejętnie budowane zaciekawienie czytelnika podobne zarzucaniu sieci na rybę oraz styl i klimat charakterystyczne dla szwedzkiej literatury sprawiają, że czytelnik ma wrażenie, iż wreszcie trafił na prawdziwego mistrza pokroju nieodżałowanego Stiega Larssona. Niestety... Koniec wieńczy dzieło, ale czasem je niszczy. Szkoda, że tak jest właśnie z naszym Bluesem. Końcówka jest napisana, jakby autorowi zabrakło pomysłu. Jakby mu zabrakło wyobraźni, poczucia realizmu i nawet odrobiny talentu. Wizja pewnego systemu zsypowego, z którym zapoznajemy się w zakończeniu, i zdarzenia z nim związane, to po prostu apogeum kiczu, prawdziwa wpadka.

Z jeszcze innej strony rzecz biorąc, poza warstwą kryminalną i społeczno-polityczną, jest proza Dahla jednocześnie solidną porcją zdrowej, życiowej filozofii i znajdziemy w niej wiele celnych sformułowań godnych cytowania przy różnych okazjach. Jak oceniać taką powieść? Ważniejszy początek, czy koniec? Ważniejszy wydźwięk artystyczny, czy przesłanie? Nie potrafię powiedzieć. Ja osobiście drugi raz po tę książkę nie sięgnę i nie mam sumienia namawiać nikogo na jej zakup, ale uważam, że mogę ją rekomendować jako wartą przeczytania. Świetny początek równoważy słaby koniec, a warstwa poznawcza, możliwość spojrzenia na wiele ważkich i fascynujących problemów oczami Szweda – bezcenna. Zapraszam więc do lektury


Wasz Andrew

poniedziałek, 28 maja 2012

Kraj szmaciarzy

Od jakiegoś czasu telewizja publiczna, za nasze, publiczne pieniądze, atakuje nas reklamą społeczną Pierwsi w Europie, a może nawet w świecie. Pokazuje się nam, iż jesteśmy pierwsi na liście w... niepłaceniu abonamentu RTV. Apeluje się w domyśle do widza, by zmienił tą wstydliwą dla nas statystykę i zaczął płacić. Reklama ta budzi mój głęboki sprzeciw, gdyż wpisuje się w fałszywy obraz jaki tworzy Państwo Polskie i polska rzeczywistość.

Od lat wmawia się nam (za niepodważalnym autorytetem JPII), iż jesteśmy w Europie od zawsze. Tylko co z tego wynika? Kim jesteśmy w tej rzeczonej Europie?

Jedna z definicji państwa mówi, iż jest ono wynikiem swego rodzaju umowy społecznej, w ramach której przedmiotowy twór zabiera obywatelom pewne wolności i narzuca na nich określone ciężary, a w zamian zobowiązuje się do pewnych świadczeń. Ostatnio jednak mam wrażenie, iż polski wariant tej umowy jest jednym wielkim oszustwem. Zdarzają się już nawet konstytucjonaliści, którzy uważają, iż Państwo Polskie w ogóle przestało wypełniać swe obowiązki wobec obywateli. Ja jednak nie od strony konstytucji i wielkiej polityki pragnę ten temat pogłębić, ale od strony żywota szarego obywatela.

Przeciętny Polak to nie milioner ani polityk, który faktycznie może mieć powody do zadowolenia z naszej rzeczywistości. To nawet nie przedstawiciel młodzieży, która choć za sprawą zagadek demografii jest coraz mniej liczna, krzyczy głośniej niż inni poprzez swą aktywność w internecie. Przeciętny Polak to człowiek pracujący i wydający, czyli konsument? Jaki jest jego kraj?

Mówi mu się, żeby płacił abonament, bo to wstyd, by Polska była na końcu listy w skuteczności jego ściągania. A czy to nie wstyd, że Polska jest na końcu wielu list; choćby rankingu opieki nad chorymi nad SM? Przykłady takich list, na których Polska przynosi wstyd sama sobie, nie poprzez działania obywateli, a poprzez wyniki działań Państwa i jego organów na szkodzę Polaków, można mnożyć w nieskończoność. Czemu więc obywatel ma nie traktować Państwa w sposób podobny wszędzie tam, gdzie może?

Wspomniałem już, iż obywatel to przede wszystkim konsument. Po tym, jak się go traktuje, jaki stosunek mają do niego sprzedawcy i państwo, można między innymi poznać jaki jest stosunek kapitalistycznej państwowości do swych własnych obywateli. A tutaj widać jasno, iż na tle Europy, my dla naszych władz jesteśmy po prostu szmaciarzami.

Od lat wszyscy, którzy mają możliwość porównania, wiedzą, iż za tyle samo otrzymujemy mniej albo gorzej niż reszta Europy. Nie tylko mniej otrzymujemy za naszą pracę, choć ceny mamy europejskie od dawna. Każdy, kto kupił, choćby w Niemczech, kawę znanej marki w identycznym jak w Polsce opakowaniu, wie, iż to nie ta sama kawa, choć cena nieraz jest nawet niższa niż u nas. Powszechnie znana jest wyższość puszek dla psów czy proszku do prania kupowanych w Niemczech za niejednokrotnie mniejsze pieniądze niż u nas, choć napisy na opakowaniach mówią, że w środku jest to samo. Ba! Nawet te towary, które my produkujemy, i które z Polski jadą na Zachód, są lepsze niż partie tego samego towaru z tej samej fabryki, które idą na rynek krajowy, jak choćby pasty do zębów. Dlaczego? To proste. W naszym kraju wszyscy traktujemy się jak szmaciarzy, a w szczególności ci, którzy mają trochę lepiej tak traktują tych niżej. Ci, którzy mają trochę więcej władzy w szczególności.

Popatrzmy na kary nakładane na producentów. W USA i Europie idą w miliony dolarów i euro. A u nas? W setki złotych. Znany producent środka chwastobójczego, który twierdził, iż jego produkt podlega biodegradacji po roku, znany producent jogurtów, który twierdził, że jego produkty mają działanie zdrowotne. Kary wymierzone na Zachodzie naprawdę zabolały, a te w Polsce? Nawet nie chcę dociekać, co sobie pomyśleli o Polsce ludzie z tych firm, którzy w normalnym kraju spodziewaliby się milionowej kary, a tu... Szkoda słów...

Kolejne perełki można mnożyć w nieskończoność, że choćby wspomnieć ostatnie hity naszych stołów, czyli sól do posypywania dróg i proszek jajeczny Bóg wie skąd. I żadnych konsekwencji, które by mogły odstraszyć od naśladownictwa. Kary, jeśli już w ogóle, to będące raczej zachętą do kontynuowania tej drogi biznesu. A ludzie interesu uczą się szybko.

Oto przykład z ostatnich dni, który sprowokował mnie do sięgnięcia po pióro. Kupiłem sobie napój Powerade. Już po dokonaniu zakupu zauważyłem, iż jest to opakowanie promocyjne konkursu Wpadnijmy w piłkoszał. Na nalepce przeczytałem, iż szczegóły są na odwrocie etykiety. Odwracam i... (kliknik aby powiększyć)



Zbulwersowany tym lekceważącym stosunkiem koncernu Coca Cola do klienta wszedłem na polską stronę Powerade, by w mailu dać wyraz swym żalom, a tu... (kliknij aby powiększyć)




Nie muszę chyba dodawać, iż strony „kontakt” w innych Europejskich serwisach Powerade działają. Nie tylko niemiecka. Znów jesteśmy jedyni. I to by był komentarz do tego, jakie jest nasze miejsce w Europie. Jesteśmy w niej. Tak jak i mamy swoją stronę Powerade. Tylko trochę inną niż reszta świata.


Wasz Andrew