Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.

wtorek, 15 maja 2012

Mężczyzna, który się uśmiechał





Mężczyzna, który się uśmiechał (oryg. Mannen som log), bodajże czwarta w kolejności powieść o przygodach szwedzkiego policjanta Kurta Wallandera, której autorem jest Henning Mankell, znany i uznany mistrz szwedzkiej szkoły kryminału społecznego, przyciągnęła mnie nie tylko znanym mi już nazwiskiem pisarza, ale również, a może przede wszystkim, intrygującą szatą graficzną okładki, która od razu zwraca uwagę. Po raz drugi doceniamy ją po zakończeniu lektury, gdy możemy docenić jej perfekcyjną celność i przewrotność.


No dobrze. Okładka jest świetna. A co z powieścią?

Ile razy podchodzę do kolejnej książki z jakiejkolwiek serii, zastanawiam się, czy będzie lepsza, czy gorsza niż dotychczasowe. Różnie to bywa u różnych autorów. Pierwsze strony przeczytałem więc z pewną dozą obawy, tym bardziej, że konstrukcja kryminału, w której już od początku nasza wiedza jest większa niż dane, którymi dysponuje próbujący rozwiązać zagadkę główny bohater, jest w moim zdaniem trudniejsza od tej, w której ścigamy się z nim poznając świat jego oczami i na podstawie dokonanych przez niego obserwacji. Konwencja, w której czytelnik od początku wie, niesie w sobie groźbę spalenia tematu, utraty napięcia, w krańcowym przypadku nudy. W dodatku z dotychczas przeczytanych powieści Mankella najbardziej doceniłem rewelacyjną Comedia Infantil, która wyraźnie odbiega od serii o Wallanderze. Zacząłem więc lekturę zarówno z nadzieją, jak i obawą.

Tym razem Kurt Wallander, przebywający na długim zwolnieniu lekarskim w związku z załamaniem, którego powodem było zastrzelenie przez niego przestępcy w poprzedniej powieści, spotyka podczas spaceru po skańskim wybrzeżu znajomego adwokata Stena Torstenssona, którego ojciec, również adwokat, zginął niedawno w wypadku samochodowym. Sten uważa, że to nie był wypadek. Kurt nie jest przekonany i zapomina o całej sprawie aż do momentu, gdy dowiaduje się, iż nieco później, po ich rozmowie, Torstensson został zastrzelony przez nieznanych sprawców w swej cichej, kameralnej kancelarii.

Jak wspomniałem, w przeciwieństwie do Wallandera, który postanawia powrócić do pracy i zmierzyć się z tą podwójną zagadką, czytelnik, w zależności od wyobraźni, oczytania i intuicji, wie wszystko albo też prawie wszystko już po przeczytaniu pierwszych stron. Mimo tego, książka jest bardzo dobrą rozrywką. Tutaj jedna zasadnicza uwaga: nie jest to książka dla wszystkich.

Jest to świetna lektura, ale tylko dla tych, którzy są skłonni do autorefleksji. Dla tych, co bez wahania prą przez życie niczym zwierzę napędzane instynktem głodu, prokreacji lub wiary, bez żadnych wątpliwości i rozterek, wyda się nudna. Nie będą w stanie zrozumieć dylematów i rozważań głównego bohatera. Powinni od razu dać sobie spokój z Wallanderem i sięgnąć choćby po pięćdziesiątą siódmą odsłonę Roberta Ludluma lub Alistaira MacLeana. Pozostali znajdą w Mężczyźnie, który się uśmiecha codzienny, rzeczywisty obraz pracy policji; bardziej żmudnej i zniechęcającej, niż porywającej i niebezpiecznej. Mimo to, jak już wspomniałem, powieść jest wciągająca i jest świetną rozrywką. Z zaciekawieniem śledzimy drogi, jakimi zmierza proces wykrywczy. Widzimy jak wpływają nań indywidualne ograniczenia bohaterów i zmiany w nich zachodzące pod wpływem wydarzeń. Niecierpliwie czekamy końca, choć znamy prawie pełne odpowiedzi na pytania kto, jak, kiedy i dlaczego.

Jak przystało na kryminał społeczny, Mankell w tle wciągającej akcji i w miarę skomplikowanej fabuły, wkleja gorące pytania i własne refleksje. Pokazuje nam się jako bystry obserwator, piętnując zwłaszcza konsekwencje, jakbyśmy po polsku powiedzieli, falandyzacji prawa i przesuwania formalnej, a zwłaszcza praktycznej, granicy penalizjacji w kierunku czynów coraz bardziej nagannych, brutalnych i niemoralnych. Zbiega się to z niesamowicie negatywnymi konsekwencjami przemiany policjantów w urzędników. W konsekwencji za czyny, które jeszcze wczoraj powodowały nieuchronną karę, dziś już nikt nawet nie napiętnuje, a proces ten wciąż się pogłębia.

Niestety, ten ostatni temat budzi w świadomym i myślącym polskim czytelniku graniczące z depresją przemyślenia. Skoro autorzy szwedzcy, niemieccy czy nawet czescy uważają, iż w ich krajach źle się dzieje, to co by powiedzieli, co by napisali, gdyby pomieszkali w naszym kraju wiecznej szczęśliwości; gdyby zobaczyli walające się wszędzie śmieci i ciała upojonych alkoholem do nieprzytomności, którzy od zwierząt różnią się tym chyba tylko, że w przeciwieństwie do nich nie mają żądnych hamulców? Co by powiedzieli na klechów stojących ponad prawem i wtrącających się do wszystkiego, na przystanki i fasady wysmarowane hasłami propagującymi dyscyplinę sportową, w której nigdy nie sięgnięto po złoto? Jak by skomentowali blokowiska bardziej zagrożone przestępczością niż ichnie dzielnice obcokrajowców, nieudolność policji i oszołomstwo sądów?

W Mężczyźnie znajdziemy również i inne smaczki polskie, czyli krótkie wstawki, które pokazują nam, jak naprawdę nas widzą za granicą i zapewniam, że jest to ocena bardzo odległa od tej, którą się prezentuje w mediach.

Są też dygresje, których wagę zrozumie tylko niewielu. Jak choćby sprawa min*. To jednak temat bardzo odległy od meritum, więc nie będę go tutaj rozwijał.

Najważniejszym chyba problemem do przemyślenia, jaki tkwi w tle tej powieści, jest kwestia imperiów finansowych. Coraz więcej z nich ma obroty przewyższające te, które osiągają nawet duże i bogate państwa, przy czym mogą do walki o swe cele rzucać potężne środki nie obawiając się tak szczegółowej kontroli jak rządy. Nie ma w nich z reguły opozycji ani innych systemów wewnętrznego nadzoru. Póki są moralne i praworządne, nie ma problemu. Pytanie jednak, czy są? Wiele na pewno nie jest. Kto jest w stanie z nimi walczyć, skoro mają wpływy na rządy nawet największych państw, skoro zapewniając sobie korzystne ustawodawstwo faktycznie stawiają się ponad prawem? Czy mniejsze państwa mogą im się skutecznie przeciwstawić, a jeśli tak, to jak długo jeszcze?

Jak już zdążyliście się zorientować, Mankellowi znów się udało. Udało mu się napisać powieść dającą i zabawę, i do myślenia. Znajdziemy tu nawet kilka cytatów, które z pewnością warto zanotować. Mimo tego wszystkiego, mimo dobrej fabuły i wciągającej akcji, mimo zagadki i ważkiego tła społecznego, nie jest tak świeża i poruszająca, jak choćby wspomniana już Comedia infantil tego samego autora, że nie wspomnę o tchnieniu geniuszu, który objawił się w Millennium Larsona. Pomimo doświadczonego życiem głównego bohatera nie jest również tak obezwładniająca jak choćby Strażnicy bezprawia Kena Bruena. Zakończenie też pozostawia co nieco do życzenia; dla mnie jest niekonsekwentne, zwłaszcza wobec charakterystyki głównego czarnego charakteru. Pomimo więc tego, iż ze szczerym przekonaniem polecam Mężczyznę, który się uśmiechał wszystkim obdarzonym wyobraźnią i zdolnością do refleksji, nie zachęcam do zakupu tej książki. Lektura będzie na pewno przyjemna i wciągająca, na pewno poruszy Wasz umysł i absolutnie warto ją poznać, ale czy po jej zakończeniu będziecie jeszcze kiedyś chcieli do niej wrócić? To już będziecie musieli sami ocenić


Wasz Andrew



* Miny to bron z definicji defensywna, tania i skuteczna. Produkowana przez wszystkich i przez wszystkich stosowana. Jest rozwiązaniem przede wszystkim dla tych, którzy prowadzą walki obronne z silniejszym przeciwnikiem. Polska od wieków naciskana z dwóch stron, nie zastosowała ich nawet w II Wojnie Światowej. Do ostatniej chwili budowano kosztowne fortyfikacje, szukano nowych rodzajów uzbrojenia, choć wiadomo było, iż nie zostaną ukończone, ale pól minowych nie tworzono. Dlaczego? Temat na osobny felieton lub nawet książkę. Albo do samodzielnego przemyślenia.

Mężczyzna, który się uśmiechał [Henning Mankell]  - KLIKAJ I SłUCHAJ ONLINE

Mężczyzna, który się uśmiechał [Henning Mankell]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Mężczyzna, który się uśmiechał [Henning Mankell]  - KLIKAJ I SłUCHAJ ONLINE


"Złe Małpy" Matt Ruff - Bardzo Złe Małpy

Okładka książki Złe Małpy 

Złe Małpy

Matt Ruff


Tytuł oryginału: Bad Monkeys
Tłumaczenie: Zbigniew A. Królicki
Wydawnictwo: Dom Wydawniczy REBIS
Seria: Salamandra
Liczba stron: 280
 
 
 
Wydział Usuwania Niereformowalnych Osób, a w języku kodowym Złe Małpy to jedna z sekcji tajemniczej Organizacji, której celem jest walka ze złem. Brzmi to okrutnie banalnie i jakoś tak z amerykańska. Pierwsze strony książki przyniosły mi skojarzenie z kreskówką Atomówki, w którym troje dziewcząt walczyło ze złem i występkiem. Co gorsza jednak wrażenie to nie opuściło mnie aż do końca.

poniedziałek, 14 maja 2012

Siódmy dzień




Po Siódmy dzień (oryg. Den syvende dag), którego autorem jest Jens Høvsgaard, dziennikarz śledczy duńskiego pochodzenia, znany w całej Europie ze swych dokumentalnych opracowań o handlu ludźmi, a w szczególności kobietami, sięgnąłem skuszony interesującą okładką wyróżniającą się spomiędzy stosu komiksowych obwolut bestsellerów leżących na bibliotecznym stoliku. Gdy przeczytałem notę porównującą twórczość Høvsgaarda do stylu Larssona, wiedziałem już, że do domu pójdziemy razem.


Książkę czyta się szybko, wręcz błyskawicznie. Styl jest dobry, a tło odmalowane tak perfekcyjnie, iż od razu widzimy różnice między Danią, gdzie rzecz się rozgrywa, a Szwecją, tak przecież nieodległą od niej kulturowo, czy też Norwegią. Nasz bohater, John Hilling, jest rzeczywiście bliski bohaterowi Larssonowskiego Millenium, Mikaelowi Blomkvistowi. John też jest dziennikarzem śledczym i podobnie jak Mikael jest zaangażowany w walkę z nietolerancją, nepotyzmem, korupcją i wszelkimi przejawami nieprawości oraz niesprawiedliwości społeczniej. Hilling, pracujący dla tabloidu „Ekstra Bladet”, przypadkowo nawiązuje kontakt z grupą fundamentalistów religijnych, która wzbudza jego zainteresowanie. Co dalej się stanie nie będę zdradzał. Wspomnę tylko, że poza trupem, który pojawi się już w pierwszym rozdziale, i związaną z nim zagadką, oraz innymi tajemnicami, które nasz dziennikarz będzie musiał rozwiązać, znajdziemy w Siódmym dniu spory ładunek autentycznych emocji jakie w uczciwych ludziach wzbudza krzywda niewinnych i bezduszność kreatur, które zaślepione przez wiarę lub mamonę uważają się za coś lepszego od innych. Będzie również i miłość, i trochę seksu, nawet mocno wyuzdanego, i jeszcze kilka innych rzeczy.

Akcja powieści jest wielowątkowa, chociaż nie aż tak pięknie spleciona jak u Larssona, do którego Høvsgaard jest wciąż porównywany. Również problemy społeczne, które się w książce porusza, są ważkie. Najważniejszy to zagrożenie wynaturzeniami religijnymi i w ogóle fanatyzmem oraz fundamentalizmem z jednej strony, a ksenofobią i prawicowym nacjonalizmem z drugiej. Ważne miejsce zajmuje w niej też defraudowanie pieniędzy państwowych i społecznych, tak powszechne również w naszym kraju. Przekazywanie tego, co państwo zabrało najbiedniejszym w ręce bogatych, by ci dzięki różnym funduszom i dotacjom mogli być jeszcze bogatsi. Innym narastającym zagrożeniem jest seks w internecie, niejednokrotnie wykorzystywany jako jedyna forma autopromocji lub jako forma kontroli. Tematy te od lat są poruszane w szwedzkiej szkole kryminału społecznego i można śmiało stwierdzić, że gdyby politycy i służby odpowiedzialne za bezpieczeństwo słuchali tego swoistego głosu oświeconych, być może nie doszłoby do tragedii na norweskiej wyspie Utoya. Niestety, politycy wolą widzieć te zagrożenia, które im widzieć wygodnie, nawet wtedy, gdy już dawno przebrzmiały, a na inne są ślepi. Głośniej brzmią potępienia komuny, która już dawno zmarła, niż ostrzeżenia przed nadchodzącym złem ekstremizmu religijnego i prawicowego nacjonalizmu oraz przed bezdusznymi kartelami kapitalizmu dla pieniędzy gotowymi na wszystko.

Jak wspomniałem, Siódmy dzień jest powieścią bardzo dobrą, jednak nie tak rewelacyjną jak choćby wspomniana już tyle razy proza Larssona. Brak jej tego sznytu, tego czegoś nieuchwytnego, co oddziela dobre rzemiosło od wirtuozerii, od arcydzieła. Na mój gust jest troszeczkę jakaś taka chaotyczna, a i zakończenie nie do końca mnie przekonuje. Polecam ją jako lekturę na jeden raz, najlepiej wypożyczoną z biblioteki. Choć oceniam ją dość wysoko, nie mogę uznać jej za ulubioną i na pewno do niej nie wrócę, w związku z czym nie widzę sensu wydawania na nią pieniędzy


Wasz Andrew

Siódmy dzień [Jens Hovsgaard]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

niedziela, 13 maja 2012

Spalony dowcip, zdradzone sekrety



I znów trafiła mi się przypadkowa lektura. Tym razem padło na Dowody zbrodni (oryg. Proof positive) pióra Phillipa Margolin. Książka reklamowana jako bestseller, a autor jako były wzięty prawnik amerykański, czyli ktoś, kto wie o czym pisze. Miałem nadzieję na świetną rozrywkę, tym bardziej, że klimatyczna okładka korespondująca z tekstem na niej widniejącym, „Jak popełnić zbrodnię w majestacie prawa?”, sugerowała dobrą rzecz z połączenia moich ulubionych gatunków: klasycznego kryminału i jego kuzyna sądowo-prawniczego. Nie zwlekając zabrałem się do czytania.


Pióro pan Margolin ma dobre. Nie ma co narzekać. Rzecz czyta się szybko i łatwo. Może nie porywa, ale na pewno wciąga. Prawie nie mogłem się od niej oderwać, lecz cóż z tego, skoro cały czas mnie wkurzała. Im dalej, tym mocniej.

Miałem zamiar skrytykować zdecydowanie zbyt wiele zdradzającą notatkę na okładce, ale potem zmieniłem zdanie. I tak od pierwszych stron w powieści tej wszystko jest wiadome. Wiemy kto morduje, kto stanie z nim do walki i jak się to wszystko skończy. Oczywiście, pewne drobiazgi, nie mające wiele do rzeczy, są nie do przewidzenia. Nie ma jednak mowy o żadnym przewartościowaniu ocen bohaterów, nie ma żadnego śledzenia postępów w rozwiązywaniu zagadki, gdyż żadnej zagadki nie ma. Dobry dobrym pozostanie, a i zły złym się okaże. Fabuła prawie jednowątkowa, akcja liniowa, bez przyspieszeń czy zakrętów. Mistrzem suspensu Philip Margolin absolutnie nie jest, przynajmniej nie w Dowodach. Wiemy od początku wszystko i jedyne, czego nie mogłem się doczekać, jedyne co mnie popędzało przy przechodzeniu od jednej strony do następnej, to perwersyjna chęć by sprawdzić, czy autor dał radę jeszcze coś więcej spieprzyć, czy już tylko twardo trzyma poziom.

Wielka szkoda, że tak to wyszło. Pomysł był bowiem świetny, a temat i przesłanie w moim odczuciu bardzo mocne. Dowody zbrodni stoją w opozycji wobec wielu uznanych autorów, że wspomnę choćby naszego rodzimego Marka Krajewskiego, którzy w swej twórczości infantylnie popierają samodzielne wymierzanie sprawiedliwości w imię zakłamanego sloganu, iż zbrodnia zawsze musi być ukarana, którzy podsycają bardzo szkodliwą społecznie i kłamliwą tezę, iż niedomagania systemu mogą być naprawione przez samosądy. Nie zwracają uwagi na to, że wrobienie kogoś, kto powinien odpowiedzieć za swe niegodziwe czyny, w zbrodnię przez niego nie popełnioną, zapewnia bezkarność prawdziwemu sprawcy. Nie zwracają uwagi na to, że nie ma ludzi nieomylnych i każdy wcześniej czy później popełnia błąd. Wrobienie osoby uczciwej i niewinnej jest zaś największą zbrodnią i niesprawiedliwością, gdyż nie tylko na zawsze osłania rzeczywistego przestępcę, ale podważa zaufanie do wymiaru sprawiedliwości w stopniu dużo większym, niż niewykrycie sprawcy. Jeszcze inną sprawą jest moment, gdy takie działania domorosłych sędziów mogą zostać ujawnione i ci samozwańczy obrońcy społeczeństwa sami zaczynają zabijać niewinnych aby ochronić siebie. Ohyda do kwadratu.

Mogło być więc świetnie, rewelacyjnie wręcz. Była znajomość klimatu, było dobre pióro, temat i pomysł. A wyszło jak wyszło. Zdradzone sekrety, spalony dowcip. Po prostu żal...


Wasz Andrew

sobota, 12 maja 2012

"Głosy z ulicy", "Humpty Dumpty w Oakland" Philip K. Dick - Realistyczny Dick

Okładka książki Głosy z ulicy 

Głosy z ulicy

Philip K. Dick

Tytuł oryginału: Voices from the Street
Tłumaczenie: Jarosław Rybski
Wydawnictwo: Dom Wydawniczy REBIS
Seria: Salamandra
Liczba stron: 420

Okładka książki Humpty Dumpty w Oakland 

 

 

Humpty Dumpty w Oakland

Philip K. Dick

Tytuł oryginału: Humpty Dumpty in Oakland
Tłumaczenie: Jarosław Rybski
Wydawnictwo: Dom Wydawniczy REBIS
Seria: Salamandra
Liczba stron: 256





Philip K. Dick, znany głównie jako pisarz science – fiction, sił próbował również w tworzeniu powieści realistycznych. W moim przekonaniu próby te śmiało można określić mianem sukcesu, chociaż z pewnością odmiennego zdania byli ówcześni amerykańscy wydawcy, którzy sukcesywnie odrzucali realistyczne płody Dicka. Dla przykładu „Głosy z ulicy” napisane w 1953 roku wydano dopiero w roku 2007, natomiast „Humpty Dumpty w Oakland” stworzone w roku 1960, na rynku wydawniczym pojawiło się w 1986 r. W recenzji chciałbym skupić się na dwóch przytoczonych pozycjach.

Z przejmującego zimna


Powieść szpiegowska Z przejmującego zimna (oryg. The Spy Who Came in from the Cold) Johna Le Carre trafiła do mnie przypadkiem. Sam bym po nią nie sięgnął, gdyż dawno temu czytałem Za późno na wojnę (oryg. The Looking Glas War) tego samego autora i jedyne co z tej lektury zapamiętałem, to straszliwa nuda. Skoro już jednak do mnie trafiła, zacząłem czytać.


Styl Le Carre jest niepowtarzalny. Już po pierwszych stronach Z przejmującego zimna przypomniałem sobie atmosferę Za późno na wojnę; wypalenia, cynizmu, bezwzględności, beznadziei i spełniania obowiązku mimo tego. W przeciwieństwie jednak do dawno przeczytanej książki, ta okazała się dobra, nawet bardzo. Może nawet za bardzo.

Rzecz rozgrywa się w czasach Muru Berlińskiego, Berlina Zachodniego i NRD. Śledzimy poczynania Aleca Leamasa, brytyjskiego agenta, który traci swojego najlepszego szpiega. Najcenniejszego, jakiego miał za żelazną kurtyną. W dodatku zostaje on zabity przez NRD-owców dosłownie na oczach naszego bohatera, ledwo kilka kroków przed przejściem na stronę zachodnią. Co stanie się dalej nie będę zdradzał. Cała przyjemność to śledzić akcję bez żadnych przecieków na temat tego, co się stanie na następnej stronie. Znajdziemy tu i poświęcenie, i skomplikowaną intrygę, i wielką miłość, wszystko, czego można chcieć. Nie można powiedzieć, że lektura porywa, ale na pewno wciąga.

Wspomniałem, że książka jest dobra, nawet za dobra. Jak to rozumieć? Choć całkowicie fikcyjna*, jest aż zbyt prawdziwa w pokazanym obrazie świata tajnych służb. Tak prawdziwa, że aż dołująca. Nie sądzę by wielu chciało ją czytać po raz drugi, gdyż lubimy się łudzić, że świat jest lepszy, że istnieje dobro i zło, a zwłaszcza, że nasi są dobrzy.

Wiele powieści szpiegowskich lub sensacyjnych pokazuje, iż świat wywiadów i kontrwywiadów to nie realia płaszcza i szpady ale rządy cynizmu, bezwzględności i okrucieństwa. Wielu autorów zwraca uwagę na to, iż tak jak pedofile ciągną tam, gdzie mogą szukać bezkarności i kontaktu z dziećmi, tak wielu innych dewiantów przyciągają jak magnes tajne służby stojące ponad prawem i chronione magicznym hasłem tajności w imię dobra państwa. Wielu zwraca uwagę, iż wielokrotnie w imię ochrony normalnych ludzi właśnie ich się cynicznie poświęca. Le Carre jednak obnaża to z niespotykaną bezwzględnością, otwartością i siłą. Pokazuje nam, iż naprawdę nie są to żądne wypaczenia. Pokazuje nam świat tak bezwzględny, że zanika w nim pojęcie przyzwoitości, a pojęcie dobra i zła są zastępowane przez my i oni. Widzimy to na co dzień, jak choćby w Afganistanie czy Libii, gdzie najpierw ci sami ludzie są przyjaciółmi, a za chwilę celami, na które poluje się jak na zwierzęta, choć oni sami nie zmienili się wcale. Zmieniły się tylko interesy i z nimi granica, która oddziela naszych od onych. My jednak nie chcemy tego widzieć, a jeśli widzimy to tylko przez chwilę. Le Carre natomiast każe nam o tym pamiętać od pierwszej do ostatniej strony.

Wnioskiem z tej książki jest też refleksja, iż między bajki można włożyć tezy o zjednoczeniu ludzkości. Zawsze są oni, którzy chcą nam zrobić krzywdę. Dlatego ludzkość to my i nasi przyjaciele, a oni to wrogowie. Ludźmi się staną, gdy z takich czy innych powodów nie będą już wrogami.

Z przejmującego zimna nie ma aż tak niesamowitej, ciemnej atmosfery jak niezrównani Strażnicy bezprawia (The Guards) Kena Bruena. Poraża jednak prawdziwością i nieodpartą świadomością, iż niestety świat jest właśnie taki. I choć mamy w tej powieści również wielką miłość, jest to zdecydowanie cyniczna i beznadziejna wizja naszego świata. W dodatku prawdziwa, i to jest najgorsze.

Od napisania książki minęło kilka dziesięcioleci. Nie ma już komuny i NRD. A nic się nie zmieniło. Wciąż w imię ideałów, właśnie te ideały się depcze. Wciąż są tajne służby. Zawsze są jacyś wrogowie i jakieś tajne służby, które w imię dobra będą czynić zło. Które będą stały ponad prawem. I w dodatku jest ich coraz więcej.

Po lekturze tej powieści chce się o niej jak najszybciej zapomnieć. Jest zbyt prawdziwa. Pokazuje nam, również przez to, iż tak wiele rzeczy się w świecie zmieniło od jej pierwszego wydania, że nie zmienia się zło, które jest wpisane w ludzką naturę, w pojęcia my i oni. Upadają państwa i ustroje, mijają wieki, a zło ma się wciąż dobrze, o ile nie coraz lepiej. My i oni. Tylko ten jest dobry, kto jest z nami. Tylko ten jest prawy, kto wygra. Dlatego nie polecam jej tym, którzy szukają rozrywki. Lepiej poczytać Milczenie owiec albo inne opowieści, gdzie bohaterem jest zło zindywidualizowane, a nie zinstytucjonalizowane. Mieć nadzieję, że świat jest dobry i kiedyś zapanuje pokój, miłość i braterstwo, że wszelkie straszne rzeczy są tylko działaniem zła, które kiedyś uda się wyplenić. Jeśli jednak nie boicie się zobaczyć świata tajnych służb takim, jaki jest, jeśli nie zależy wam na rozrywce, a chcecie poczytać coś, co na pewno Was poruszy, to polecam Z przejmującego zimna szczerze i gorąco


Wasz Andrew



* To moje subiektywne odczucie. Nie sprawdzałem, czy podstawą fabuły nie były jakieś rzeczywiste wydarzenia.

piątek, 11 maja 2012

Pamiętniki wampirów


Opowieści o wampirach nie są moją ulubioną tematyką, podobnie jak fantasy. W prawdziwym świecie mamy wystarczająco dużo tajemnic, napięcia i rzeczy, które są fascynujące, bym czuł potrzebę zmieniania realiów. Jeśli już sięgam po fantastykę, mocniej pociąga mnie nurt bardziej klasyczny, próbujący przewidzieć przyszłość lub alegorycznie próbujący przedstawić problemy teraźniejszości. Zbytnie przywiązanie do jednego gatunku uważam jednak za pewien rodzaj ograniczenia. To tak, jakby ktoś z własnej woli przez całe życie jadł tylko wołowinę lub kochał się tylko z rudymi. Beznadzieja. Często więc sięgam po książkę tylko dlatego, że widzę, iż wywarła wpływ na kogoś znajomego. Widzę reakcję i chcę poznać przyczynę.


Właśnie w ten sposób w moich rękach znalazły się Pamiętniki Wampirów (oryg. The Vampire Diaries) Księga 1 pióra L.J. Smith*. Na Księgę 1 w polskiej edycji** składają się: Przebudzenie (The Awakening), Walka (The Struggle) i Szał (The Fury). Bardzo dobrze, że wszystkie trzy są zawarte w jednej książce, gdyż po prawdzie są to bardziej rozbudowane rozdziały, niż samodzielne mini-powieści. Nie tworzą zamkniętych całości i wyraźnie nabierają takiej cechy dopiero po połączeniu całej trójki, kiedy stają się powieścią.

Pokutuje stwierdzenie, iż twórczość pani Smith jest adresowana głównie do młodzieży. Ja jednak uważam, że dobra książka dla młodych, musi być dobra i dla starszych, co w drugą stronę absolutnie nie działa, i nie powinno. Przeczytałem więc opowieść o pięknej Elenie pożądanej przez dwóch braci wampirów, Stefano i Damona, bez uprzedzeń i z przyjemnością, gdyż lektura była przyjemna, a rzecz jest dość wciągająca. Jak dobra telenowela. Pamiętniki Wampirów bardziej przypominają scenariusz tego popularnej formy filmowej niż powieść. Mamy tu wyraźny wątek prowadzący, wątek miłosny oczywiście, główne postacie, wokół których wszystko się kręci i marginalnie ujęte tło. Nie bez kozery serial filmowy Pamiętniki Wampirów jest równie popularny, a może bardziej, niż wersja do czytania. Czy to lekturę dyskredytuje?

Jak wspomniałem, książkę czyta się dobrze. Nie porywa, ale i nie nudzi. Wciąga, gdyż utrzymuje solidne, średnie tempo powieściowe, może trochę jednostajne, ale za to bez przesadnie długich lirycznych przystanków. Nie niesie w sumie żadnych wartości. Jest płytka jak kałuża na niemieckim asfalcie. Trójka głównych postaci nie ma żadnych pasji, żadnych zamiłowań, żadnej misji. Poza miłością. No i poza problemem z zaspokajaniem głodu. Nic ich nie interesuje, niczego nie tworzą. Ale taki jest ten gatunek.

Można by było zaryzykować stwierdzenie, iż w przyjętej konwencji, telenoweli dla młodzieży, Pamiętniki Wampirów nie wypadają źle. Podstawowym celem gatunku jest oglądalność (miejsce na listach sprzedaży w wersji czytanej), co zostało osiągnięte. Zapewniono to dając dość solidną rozrywkę. Nasuwa się jednak porównanie do Zmierzchu Stephenie Meyer i w tym momencie widać, że w tej klasie można osiągnąć o wiele więcej. Świat wykreowany w Zmierzchu jest o wiele odleglejszy od naszego, oparty na bardziej złożonych zasadach i dla mnie znacznie ciekawszy. Zmierzch pokazuje, iż można alegorycznie poddać pod rozwagę różne poważne problemy, a postaciom dać pasje nie związane z miłością będącą główną osią fabuły. Można po prostu zrobić to w sposób jednocześnie bardziej interesujący i wartościowy.

Nie odsądzam jednak prozy L.J.Smith od wszelkich wartości, choć w porównaniu z S. Meyer wypada blado. Obie przyciągnęły do słowa pisanego rzesze młodych ludzi dotąd od niego stroniących. I to jest ich największą wartością. Jeśli nie czytaliście jeszcze żadnego ze wspomnianych cyklów o krwiopijcach, polecam Zmierzch. Jeśli już macie go za sobą, a jeszcze Wam mało, możecie również zabrać się za Pamiętniki. Nie powiem, że polecam, ale i nie odradzam


Wasz Anrew



* Lisa Jane (L. J. lub Ljane) Smith
** Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

czwartek, 10 maja 2012

Książka o fotografowaniu



Książka o fotografowaniu

Andrzej A. Mroczek

Po trzecie, rozszerzone wydanie Książki o fotografowaniu Andrzeja A. Mroczka sięgnąłem ot tak sobie. Nagle poczułem potrzebę jej przeczytania, która przyszła znikąd i bez wyraźnej przyczyny. Nie czytałem żadnej recenzji, nie miałem w ręku poprzedniego wydania, nie wiedziałem nawet do kogo ta publikacja jest adresowana. Do amatora czy profesjonalisty, początkującego czy mistrza, technicznego perfekcjonisty czy niekonwencjonalnego wirtuoza. Nie była to potrzeba silna, która by mi kazała odrzucić wszystko inne w kąt. Wystarczająca jednak, by rozpocząć lekturę.

Dla kogo przeznaczona jest ta książka? Chyba dla każdego. Każdy chyba znajdzie w niej coś dla siebie; od absolutnie zielonego fotografa, po dojrzałego profesjonalistę, o ile to możliwe, by się jeszcze z nią nie zetknął. Jeden znajdzie w niej więcej, inny mniej, ale każdy, kogo pycha nie wyniosła zbyt wysoko, skorzysta na jej przeczytaniu.

Książka o fotografowaniu nie wciąga, ale i nie nudzi. To atut. Przelecenie jej na jednym tchu byłoby marnotrawstwem. Trzeba sobie zapewnić czas na refleksję nad każdym rozdziałem, niejednokrotnie nawet nad akapitem. Z wieloma, bardzo wieloma stwierdzeniami Mistrza nie można się zgodzić. Zwłaszcza dygresje odbiegające od tematu fotografii są często wręcz infantylne*, przynajmniej w moim odczuciu. Inne jednak są wyjątkowo celne** i mogłyby służyć za motto niejednego tekstu, i to bynajmniej nie tylko związanego ze sztuką fotograficzną. Warstwa dotycząca fotografowania jest jednak bardziej jednorodna; jest najwyższej jakości, zarazem bez pozowania naprawdę objawioną. Wyważone sądy poparte argumentami, nawet jeśli nie zawsze zgadzają się ze stanowiskiem czytelnika, to budzą szacunek.

Książka o fotografowaniu nie jest podręcznikiem. Dla nikogo. To po prostu książka o fotografowaniu.

Początkujący nie znajdzie tam absolutnych podstaw techniki, kompozycji czy przeglądu sprzętu, wyłożonych łopatologicznie i kompletnie. Musi się wspomóc się czymś, co te podstawy mu zapewni. Rzecz cała jednak napisana jest językiem prostym i klarownym, więc nawet temu zielonemu da dużo i wskaże to, czego musi poszukać gdzie indziej, co już teraz wykorzystać, a co zapamiętać i do czego wrócić w przyszłości. Oczywiście to wymaga od czytelnika pewnej dozy inteligencji, dociekliwości i kreatywności. Jeśli ktoś chce się na pamięć nauczyć jak zrobić idealne zdjęcie, to ani ta, ani żadna inna książka mu tego nie zapewni. Nawet jeśli niektórzy autorzy twierdzą, że potrafią coś takiego napisać.

Średnio zaawansowany znajdzie u Mroczka chyba najwięcej. Będzie mógł skonfrontować swoje doświadczenia i przemyślenia z autorem, który nie pozuje na wyrocznię i monopol na prawdę obiektywną, choć jego dorobek jest ogromny. Możemy poznać sporo subiektywnych przemyśleń Mistrza, które, zwłaszcza w sferze bliżej związanej z tematem są bezcenne, w przeciwieństwie do niektórych podręczników fotografii; bezdusznych, bezosobowych, zajmujących się tylko techniką i wymiernymi aspektami procesu powstawania fotografii, bądź uciekających w przeciwną stronę – w enigmatyczne brednie o klimacie i mieleniu tego, co też artysta miał na myśli.

Zaawansowany skorzysta może mniej na przyroście wiedzy, lecz może też znaleźć ciekawostki dla siebie. Przede wszystkim zaś może wyrwać się, dzięki konfrontacji z subiektywnymi stwierdzeniami innego profesjonalisty, z upojenia przekonaniem o własnej doskonałości, o ile coś takiego zaczęło mu grozić.

Na rynku jest wiele podręczników dotyczących fotografowania. Jedne kładą nacisk na perfekcję techniczną zdjęcia, inne na konwencje obowiązujące w sztuce fotografii. Jedne są dla początkujących, inne dla zaawansowanych. Wystarczy jednak przeczytać ich kilka, by prawie w każdym następnym większość treści nas usypiała. Ile razy można czytać o głębi ostrości czy podstawach kompozycji? Pan Mroczek daje nam coś całkiem innego. Lektura jego książki bardziej przypomina rozmowę Mistrza z uczniami, niż wykład. Pokazuje nam, na przykładzie własnych zdjęć, jaką drogą szedł i dlaczego taką, a nie inną. I to jest bezcenne. Choć, jak już wspomniałem, w niektórych rzeczach, zwłaszcza luźniej związanych z przedmiotem, z autorem zgodzić się nie mogę, to z przekonaniem mogę stwierdzić, iż to jedna z najwartościowszych pozycji z tej dziedziny jaką do tej pory miałem przyjemność przeczytać, w związku z czym polecam ją zdecydowanie i absolutnie


Wasz Andrew



* Podam tylko jeden przykład i zostawię go bez komentarza: „Ołtarz Wita Stwosza zna chyba każdy aspirujący do miana inteligenta, z licznych zdjęć publikowanych nie tylko w albumach fotograficznych, ale także w szkolnych podręcznikach.”
** Tu również podam tylko jeden przykład i pozostawię go bez komentarza: „Sytuacja jest paradoksalna. Mamy, jak nigdy wcześniej, wiele czasopism fotograficznych, ale nie zajmują się one fotografią jako fotografią, ale reklamą sprzętu fotograficznego. Czytelnikom, zamiast proponowania przeżyć emocjonalnych, jakie daje kontakt z fotografią artystyczną, interesującego analizowania poszczególnych dzieł artystów, spierania się o idee, podsuwa się niekończące się analizowanie i porównywanie coraz nowych aparatów fotograficznych, słowem: ustawiani są na bieżni stadionu konsumpcyjnego, aby ścigać elektrycznego zająca. Tego złapać się nie uda nigdy, nikomu – szkoda wysiłku.”