Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.

piątek, 11 maja 2012

Pamiętniki wampirów


Opowieści o wampirach nie są moją ulubioną tematyką, podobnie jak fantasy. W prawdziwym świecie mamy wystarczająco dużo tajemnic, napięcia i rzeczy, które są fascynujące, bym czuł potrzebę zmieniania realiów. Jeśli już sięgam po fantastykę, mocniej pociąga mnie nurt bardziej klasyczny, próbujący przewidzieć przyszłość lub alegorycznie próbujący przedstawić problemy teraźniejszości. Zbytnie przywiązanie do jednego gatunku uważam jednak za pewien rodzaj ograniczenia. To tak, jakby ktoś z własnej woli przez całe życie jadł tylko wołowinę lub kochał się tylko z rudymi. Beznadzieja. Często więc sięgam po książkę tylko dlatego, że widzę, iż wywarła wpływ na kogoś znajomego. Widzę reakcję i chcę poznać przyczynę.


Właśnie w ten sposób w moich rękach znalazły się Pamiętniki Wampirów (oryg. The Vampire Diaries) Księga 1 pióra L.J. Smith*. Na Księgę 1 w polskiej edycji** składają się: Przebudzenie (The Awakening), Walka (The Struggle) i Szał (The Fury). Bardzo dobrze, że wszystkie trzy są zawarte w jednej książce, gdyż po prawdzie są to bardziej rozbudowane rozdziały, niż samodzielne mini-powieści. Nie tworzą zamkniętych całości i wyraźnie nabierają takiej cechy dopiero po połączeniu całej trójki, kiedy stają się powieścią.

Pokutuje stwierdzenie, iż twórczość pani Smith jest adresowana głównie do młodzieży. Ja jednak uważam, że dobra książka dla młodych, musi być dobra i dla starszych, co w drugą stronę absolutnie nie działa, i nie powinno. Przeczytałem więc opowieść o pięknej Elenie pożądanej przez dwóch braci wampirów, Stefano i Damona, bez uprzedzeń i z przyjemnością, gdyż lektura była przyjemna, a rzecz jest dość wciągająca. Jak dobra telenowela. Pamiętniki Wampirów bardziej przypominają scenariusz tego popularnej formy filmowej niż powieść. Mamy tu wyraźny wątek prowadzący, wątek miłosny oczywiście, główne postacie, wokół których wszystko się kręci i marginalnie ujęte tło. Nie bez kozery serial filmowy Pamiętniki Wampirów jest równie popularny, a może bardziej, niż wersja do czytania. Czy to lekturę dyskredytuje?

Jak wspomniałem, książkę czyta się dobrze. Nie porywa, ale i nie nudzi. Wciąga, gdyż utrzymuje solidne, średnie tempo powieściowe, może trochę jednostajne, ale za to bez przesadnie długich lirycznych przystanków. Nie niesie w sumie żadnych wartości. Jest płytka jak kałuża na niemieckim asfalcie. Trójka głównych postaci nie ma żadnych pasji, żadnych zamiłowań, żadnej misji. Poza miłością. No i poza problemem z zaspokajaniem głodu. Nic ich nie interesuje, niczego nie tworzą. Ale taki jest ten gatunek.

Można by było zaryzykować stwierdzenie, iż w przyjętej konwencji, telenoweli dla młodzieży, Pamiętniki Wampirów nie wypadają źle. Podstawowym celem gatunku jest oglądalność (miejsce na listach sprzedaży w wersji czytanej), co zostało osiągnięte. Zapewniono to dając dość solidną rozrywkę. Nasuwa się jednak porównanie do Zmierzchu Stephenie Meyer i w tym momencie widać, że w tej klasie można osiągnąć o wiele więcej. Świat wykreowany w Zmierzchu jest o wiele odleglejszy od naszego, oparty na bardziej złożonych zasadach i dla mnie znacznie ciekawszy. Zmierzch pokazuje, iż można alegorycznie poddać pod rozwagę różne poważne problemy, a postaciom dać pasje nie związane z miłością będącą główną osią fabuły. Można po prostu zrobić to w sposób jednocześnie bardziej interesujący i wartościowy.

Nie odsądzam jednak prozy L.J.Smith od wszelkich wartości, choć w porównaniu z S. Meyer wypada blado. Obie przyciągnęły do słowa pisanego rzesze młodych ludzi dotąd od niego stroniących. I to jest ich największą wartością. Jeśli nie czytaliście jeszcze żadnego ze wspomnianych cyklów o krwiopijcach, polecam Zmierzch. Jeśli już macie go za sobą, a jeszcze Wam mało, możecie również zabrać się za Pamiętniki. Nie powiem, że polecam, ale i nie odradzam


Wasz Anrew



* Lisa Jane (L. J. lub Ljane) Smith
** Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

czwartek, 10 maja 2012

Książka o fotografowaniu



Książka o fotografowaniu

Andrzej A. Mroczek

Po trzecie, rozszerzone wydanie Książki o fotografowaniu Andrzeja A. Mroczka sięgnąłem ot tak sobie. Nagle poczułem potrzebę jej przeczytania, która przyszła znikąd i bez wyraźnej przyczyny. Nie czytałem żadnej recenzji, nie miałem w ręku poprzedniego wydania, nie wiedziałem nawet do kogo ta publikacja jest adresowana. Do amatora czy profesjonalisty, początkującego czy mistrza, technicznego perfekcjonisty czy niekonwencjonalnego wirtuoza. Nie była to potrzeba silna, która by mi kazała odrzucić wszystko inne w kąt. Wystarczająca jednak, by rozpocząć lekturę.

Dla kogo przeznaczona jest ta książka? Chyba dla każdego. Każdy chyba znajdzie w niej coś dla siebie; od absolutnie zielonego fotografa, po dojrzałego profesjonalistę, o ile to możliwe, by się jeszcze z nią nie zetknął. Jeden znajdzie w niej więcej, inny mniej, ale każdy, kogo pycha nie wyniosła zbyt wysoko, skorzysta na jej przeczytaniu.

Książka o fotografowaniu nie wciąga, ale i nie nudzi. To atut. Przelecenie jej na jednym tchu byłoby marnotrawstwem. Trzeba sobie zapewnić czas na refleksję nad każdym rozdziałem, niejednokrotnie nawet nad akapitem. Z wieloma, bardzo wieloma stwierdzeniami Mistrza nie można się zgodzić. Zwłaszcza dygresje odbiegające od tematu fotografii są często wręcz infantylne*, przynajmniej w moim odczuciu. Inne jednak są wyjątkowo celne** i mogłyby służyć za motto niejednego tekstu, i to bynajmniej nie tylko związanego ze sztuką fotograficzną. Warstwa dotycząca fotografowania jest jednak bardziej jednorodna; jest najwyższej jakości, zarazem bez pozowania naprawdę objawioną. Wyważone sądy poparte argumentami, nawet jeśli nie zawsze zgadzają się ze stanowiskiem czytelnika, to budzą szacunek.

Książka o fotografowaniu nie jest podręcznikiem. Dla nikogo. To po prostu książka o fotografowaniu.

Początkujący nie znajdzie tam absolutnych podstaw techniki, kompozycji czy przeglądu sprzętu, wyłożonych łopatologicznie i kompletnie. Musi się wspomóc się czymś, co te podstawy mu zapewni. Rzecz cała jednak napisana jest językiem prostym i klarownym, więc nawet temu zielonemu da dużo i wskaże to, czego musi poszukać gdzie indziej, co już teraz wykorzystać, a co zapamiętać i do czego wrócić w przyszłości. Oczywiście to wymaga od czytelnika pewnej dozy inteligencji, dociekliwości i kreatywności. Jeśli ktoś chce się na pamięć nauczyć jak zrobić idealne zdjęcie, to ani ta, ani żadna inna książka mu tego nie zapewni. Nawet jeśli niektórzy autorzy twierdzą, że potrafią coś takiego napisać.

Średnio zaawansowany znajdzie u Mroczka chyba najwięcej. Będzie mógł skonfrontować swoje doświadczenia i przemyślenia z autorem, który nie pozuje na wyrocznię i monopol na prawdę obiektywną, choć jego dorobek jest ogromny. Możemy poznać sporo subiektywnych przemyśleń Mistrza, które, zwłaszcza w sferze bliżej związanej z tematem są bezcenne, w przeciwieństwie do niektórych podręczników fotografii; bezdusznych, bezosobowych, zajmujących się tylko techniką i wymiernymi aspektami procesu powstawania fotografii, bądź uciekających w przeciwną stronę – w enigmatyczne brednie o klimacie i mieleniu tego, co też artysta miał na myśli.

Zaawansowany skorzysta może mniej na przyroście wiedzy, lecz może też znaleźć ciekawostki dla siebie. Przede wszystkim zaś może wyrwać się, dzięki konfrontacji z subiektywnymi stwierdzeniami innego profesjonalisty, z upojenia przekonaniem o własnej doskonałości, o ile coś takiego zaczęło mu grozić.

Na rynku jest wiele podręczników dotyczących fotografowania. Jedne kładą nacisk na perfekcję techniczną zdjęcia, inne na konwencje obowiązujące w sztuce fotografii. Jedne są dla początkujących, inne dla zaawansowanych. Wystarczy jednak przeczytać ich kilka, by prawie w każdym następnym większość treści nas usypiała. Ile razy można czytać o głębi ostrości czy podstawach kompozycji? Pan Mroczek daje nam coś całkiem innego. Lektura jego książki bardziej przypomina rozmowę Mistrza z uczniami, niż wykład. Pokazuje nam, na przykładzie własnych zdjęć, jaką drogą szedł i dlaczego taką, a nie inną. I to jest bezcenne. Choć, jak już wspomniałem, w niektórych rzeczach, zwłaszcza luźniej związanych z przedmiotem, z autorem zgodzić się nie mogę, to z przekonaniem mogę stwierdzić, iż to jedna z najwartościowszych pozycji z tej dziedziny jaką do tej pory miałem przyjemność przeczytać, w związku z czym polecam ją zdecydowanie i absolutnie


Wasz Andrew



* Podam tylko jeden przykład i zostawię go bez komentarza: „Ołtarz Wita Stwosza zna chyba każdy aspirujący do miana inteligenta, z licznych zdjęć publikowanych nie tylko w albumach fotograficznych, ale także w szkolnych podręcznikach.”
** Tu również podam tylko jeden przykład i pozostawię go bez komentarza: „Sytuacja jest paradoksalna. Mamy, jak nigdy wcześniej, wiele czasopism fotograficznych, ale nie zajmują się one fotografią jako fotografią, ale reklamą sprzętu fotograficznego. Czytelnikom, zamiast proponowania przeżyć emocjonalnych, jakie daje kontakt z fotografią artystyczną, interesującego analizowania poszczególnych dzieł artystów, spierania się o idee, podsuwa się niekończące się analizowanie i porównywanie coraz nowych aparatów fotograficznych, słowem: ustawiani są na bieżni stadionu konsumpcyjnego, aby ścigać elektrycznego zająca. Tego złapać się nie uda nigdy, nikomu – szkoda wysiłku.”

środa, 9 maja 2012

" Kyś" Tatiana Tołstoj - A Kyś!

Okładka książki Kyś 

Kyś

Tatiana Tołstoj


Tytuł oryginału: Кысь
Tłumaczenie: Jerzy Czech
Wydawnictwo: Biblioteka Polityki
Seria: Współczesna Literatura Rosyjska
Liczba stron: 108



Kyś” to książka Tatiany Tołstoj, która w roku 2000 została uhonorowana prestiżową nagrodą Triumf. Zbieżność nazwiska autorki oraz światowej sławy rosyjskiego pisarza Lwa Tołstoja nie jest przypadkowa, bowiem Tatiana jest jego praprawnuczką.

Wiemy już co nieco o pani pisarce, spróbujmy zatem bliżej przyjrzeć się słowu kyś, czyli tytułowi powieści. Na pierwszy rzut oka kyś to prawie nasz polski ryś i chyba jest to prawidłowa droga rozumowania, bowiem starzy ludzie powiadają, że w lasach nieogarnionych, otaczających gród Fiodoro-Kuźmiczów, mieszka właśnie ów kyś. Siedzi on na ciemnych gałęziach i krzyczy tak dziko i żałośnie: kyyyyś, kyyyyś! Jednak zobaczy go nie sposób – ot, pójdzie człowiek do lasu, a kyś mu z tyłu na plecy: hop! I kark zębami: trrrach! Najważniejszą żyłkę wymaca pazurem przetnie, a wtedy cały rozum z człeka wyleci. Zrozumiałym jest, że mało kto ma ochotę wybierać się poza ukochany gródek i zapuszczać się w leśne gęstwiny.

A ów ukochany gródek, jak już wspomniano, zwie się Fiodoro-Kuźmiczów, wcześniej zwał się Iwano-Porfrirów, jeszcze wcześniej Sergiejo-Sergiejów, a dawno temu zwał się Południowe Składy, a już całkiem dawno – Moskwa. Dodam od razu, że zanim ostatnie stronnice przeczytamy, to na skutek różnych wywrotowych działań nazwa zmieni się raz jeszcze – tym razem na Madejo-Madejów.

Akcja powieści rozgrywa się wokół życia Benedikta, mieszkańca postapokaliptycznej Moskwy. Wydarzenia toczą się kilkaset lat po WYBUCHU, o którym wiadomo jedynie, że w jego wyniku, ludzi zostali naznaczeni wszelakimi Effektami. Dla przykładu matka głównego bohatera przeżyła dwieście trzydzieści i trzy latka na ziemskim padole. Sam Fiodoro-Kuźmiczów jest odcięty od świata zewnętrznego, pogrążony w zupełnej izolacji. Z rzadka zachodzą do niego wędrowcy, przynosząc ze sobą niesamowite opowieści z dalekich krain. Tylko niekiedy pojawiają się mgliste napomknięcia na temat Zachodu, trudno jednak jednoznacznie stwierdzić, czy chodzi tutaj o cywilizację i kulturę, czy też jedynie o kierunek geograficzny.

Lud Fiodoro-Kuźmiczowa to dość prymitywna społeczność, na czele której stoi władca jedyny (na początku powieści jest to Fiodor Kuźmicz). W jej skład wchodzą osobnicy urodzeni zarówno przed wybuchem jak i po. Można odnieść wrażenie, że długowieczni, czyli sprzed wybuchu to uosobienie inteligencji, którzy nie są jednak w stanie do końca przystosować się do nowych warunków. Pełnią oni rolę starszyzny, ludzie często zwracają się do nich z pytaniami, prośbami, ciężko jednak stwierdzić, by darzono ich jakimś specjalnym mirem. Reszta społeczności to prości ludzie jedzący myszy, z rzadka tylko władający umiejętnością pisania, czy czytania. Szczęśliwcy, tacy jak Benedikt, umiejący chwycić w dłoń pióro, parają się zajęciem skryby – przepisują oni wszelakie dzieła, bajki, powieści, wiersze, ukazy  Fiodora Kuźmicza. Pracę tę można chyba uznać za mozolny i wykoślawiony trud ratowania resztek ludzkiego dorobku literackiego, bowiem jak okaże się na dalszych kartach powieści, Fiodor-Kuźmowicz większości dzieł w ogóle nie tworzył, a jedynie je bezczelnie rżnął.

W ogóle na książkę trzeba patrzeć dwojako. Z jednej strony to piękna opowieść, nieco baśniowa, naszpikowana neologizmami, archaizmami, przywodząca na myśl czasy wieku średniego, gdy lud nie był najbystrzejszy, a i od wody stroniono z obawy na zabicie własnego zapachu. Pełno tu mitów, wszelakich stworów, legend, wierzeń. Las, rzeka, przyroda, to dzika i nieokiełznana siła, z którą nie należy zadzierać, bowiem finał takich igraszek jest tylko jeden – zejście z padołu ziemskiego. Poznajemy życie codzienne prostych ludzi-degeneratów po Apokalipsie, ich troski, zmartwienia, zwyczaje, które składają się w sumie na dość niezwykły obraz egzystencji, jakże odmienny od naszego.

Jednak w trakcie lektury, oprócz tego wierzchu, odkrywamy również kolejne warstwy. Dobrą wskazówką jest forma numeracji rozdziałów – są to kolejne litery rosyjskiego alfabetu. Litery, alfabet – szkoła, nauka? Zdradzając nieco dalszej fabuły rzeknę, że będziemy świadkami całej serii przewrotów władzy, w wyniku których jedyni władcy będą zmieniać się dość często. Poleje się oczywiście i krew, będzie przemoc i pożoga. Jeśli cały czas mamy na uwadze fakt, że cała akcja rozgrywa się w postapokaliptycznej Moskwie, jej ruinach, pozostałościach, to nietrudno o wniosek, że Tatiana Tołstoj być może pokazuje naszą człowieczą naturę, która objawia się zupełnym brakiem poszanowania dla historii, w efekcie czego ludzkość ciągle powiela te same błędy, a życie toczy się jednakową koleiną, w której nie brakuje brutalności, upajania się władzą, niechęci do bliźniego.

Kolejna zasłona, której warto się przyjrzeć, to język. Jak już wspominałem pełno w nim neologizmów przeplatanych z archaizmami, całość polana jest gęstym sosem wyrazów dźwiękonaśladowczych. Język sprawia przez to wrażenie istoty żywej, elastycznej i gibkiej. Wrażenie to oczywiście należy zawdzięczać również doskonałej pracy polskiego tłumacza Jerzego Czecha, któremu należy nisko się pokłonić za z pewnością żmudną i ciężką, ale jakże rzetelnie wykonaną pracę. Zdania charakteryzują się stylizacją, która powoduje, że na naszych ustach regularnie wykwita ironiczny uśmieszek, czasami wyrwie się na nawet jakiś krótki chichot. Z czego się jednak tak naprawdę śmiejemy, ciężko powiedzieć. Po dłuższym namyśle, wydaje mi się, że po prostu z naszych ludzkich przywar, nieco przejaskrawionych i wyolbrzymionych do groteskowych rozmiarów.

Nie sposób również nie wspomnieć o książkach, które odgrywają ważną rolę w powieści. Początkowo dowiadujemy się, że od bukw, jak określają słowo pisane mieszkańcy grodu, można zarazić się groźną chorobą. Do pacjenta przyjeżdżają wówczas medycy z czerwonymi opończami i słuch przeważnie po delikwencie ginie. Jeśli wspomni się wcześniejsze rzeczy, tj. kysia, którym tak przerażona, wręcz zastraszona jest cała społeczność, a którego na dobrą sprawę nikt nie może poświadczyć, że go widział, oraz o zawodzie skryby, który uprawia jedynie ułamek mieszkańców, można odnieść wrażenie, że ludek zamieszkujący Fiodoro-Kuźmowicz celowo utrzymywany jest w ciemnocie, izolacji, strachu. Być może po to, by łatwiej było nim manipulować i rządzić. Okazuje się zatem po raz kolejny, że mimo światem wstrząsnęło wręcz w posadach, to jednak ludzkie przywary nie zmieniły się ani za grosz.

Na zakończenie warto dodać, że w pewnym momencie główny bohater zapała do książek tak ogromną miłością, że staną mu się one milsze niż otaczająca go rzeczywistość. Uważam, że warto przytoczyć piękną inwokację do książek autorstwa wspomnianego Benedikta:

„O, Książko, moje ty czyste, moje jasne, śpiewające złoto; tyś obietnica, marzenie, zew daleki…
O jawo wdzięczna, niespodziana!
I znowu słyszę zew znajomy,
Twoją urodą niesłychaną
Znów ląd mnie kusi oddalony!

Książko! Ty jedna nie zdradzisz, nie uderzysz, nie skrzywdzisz, nie porzucisz! Cichaś – a śmiejesz się, krzyczysz, śpiewasz. Pokornaś – a zdumiewasz, wabisz, drażnisz. Małaś – a ludów w tobie bez liku; bukw jenoś garstka, a jak zechcesz, to głowę zawrócisz, zatumanisz, zamroczysz, ślozy wyciśniesz, aże dech człowiekowi zaprze, dusza jako płótno na wietrze załopocze, jako woda się zwełni, jako ptak zamacha skrzydłami! Abo uczucie jakie niewymowne w piersi się miota, pięśćmi wali we drzwi, we ściany: duszę się! Wypuść! A jak je nagie, bezwstydne wypuścić? Jakimi słowy odziać? Nie mamy słów, nie znamy! Jako u bestyi jakiej dzikiej – ślepowrona abo rusałki – nie mają słów, jeno głos dają! A książkę otworzysz – tam słowa cudne i lotne.”

Czarna woda




Czarna woda

Attica Locke
(oryg. Black Water Rising)
tłumaczenie: Tomasz Wilusz
Wydawnictwo Prószyński i S-ka 2011

Kiedy sięgałem po Czarną wodę myślałem, między innymi pod wpływem reklamowych notek z okładki, iż będę miał do czynienia z tradycyjnym kryminałem, cokolwiek to w gruncie rzeczy oznacza. Omyliłem się.

Czarna woda jest debiutem powieściowym; Attica Locke dotąd zajmowała się scenariuszami filmowymi i telewizyjnymi, a teraz sięgnęła do innej branży. Co z tego wyszło?

W pierwszym momencie wszystko zaczyna się pozornie klasycznie. Jay Porter, adwokat z Houston, który jeszcze się nie wybił i na razie ledwo wiąże koniec z końcem, w ramach prezentu urodzinowego dla żony wybiera się z nią na nocną przejażdżkę po bayou* w Houston. W jej trakcie ratuje tonącą kobietę, którą wyciąga na pokład łodzi. Oczywiście, okazuje się to dla niego początkiem kłopotów natury jak najzupełniej kryminalnej. Jakich – zdradzać nie będę, bowiem fabuła jest interesująca i skomplikowana, głęboko wbudowana w tło społeczne, co jest pozytywnym wyjątkiem na tle amerykańskiej wersji tego gatunku literatury. Niby więc wszystko sztampowe, choć w najlepszym sorcie, gdyby nie kilka drobiazgów. Gdyby nie to, że nasz hero jest czarny, podobnie jak jego żona i, co wcale nie jest bez znaczenia, również autorka książki. To sprawia, iż powieść ukazuje wszystko w innej niż zwykle perspektywie. To całkiem inny klimat niż w setkach kryminałów napisanych przez białych i o białych.

Od razu powiem, że nie wszystko mi się spodobało. Styl prozy prezentowany w Czarnej wodzie miejscami niezbyt mi odpowiadał, choć nie wiem czy to wina pisarki, czy tłumaczki. Niby niczego konkretnego nie można mu zarzucić, ale po prostu mi nie leżał. Jest w nim coś takiego nieokreślonego, że nie mogłem się w tej powieści rozsmakować. To coś jak bardzo dobra jakościowo potrawa, podana z gustem i klasą, ale jak na nasz indywidualny smak zbyt mało doprawiona. Poza tym jednym, z czego sobie dobrze zdaję sprawę, czysto subiektywnym i nieokreślonym mankamentem, pozostaje jeszcze sprawa rozwiązania akcji. Jakieś takie nie do końca, jak na mój gust, przekonujące. I to by było na tyle; więcej zarzutów ciężko się doszukać.

Poza warstwą typową dla kanonu, czarną na sposób klasycznego kryminału noir, mamy warstwę czarną podwójnie, czarną na sposób czarnej siły**. Choć cała rzecz rozgrywa się na początku lat osiemdziesiątych, napotkamy liczne retrospekcje i odniesienia do czasów wcześniejszych, do młodości głównego bohatera. Miejscem akcji jest Texas, miejsce raczej niezbyt przychylne dla Czarnych. Dla Amerykanów pewnikiem tło powieści jest komentarzem społecznym i politycznym do stosunków rasowych w różnych stanach USA, rozliczeniem z przeszłością dawniejszą i krytyką przeszłości przechodzącej w teraźniejszość. Dla nas jednak ma wydźwięk dodatkowo porażający przez nasuwające się odniesienie do PRL-u, do Polski w analogicznym okresie.

Pod koniec Czarnej wody przypomniała mi się niedawna lektura niesamowitej książki wspomnieniowej Nieugięty. Pierwsza pokazuje świat Czarnych w kochanej Ameryce, a druga życie Irlandczyków w dumnym Albionie. Dwa oblicza kapitalistycznego świata, od którego niby mamy się uczyć demokracji! Płatne papugi marketingowych pochlebstw pod adresem obecnego ustroju wmawiają wszystkim, jaka to okrutna okupacja była w PRL-u, jak milicja strzelała do tych, którzy rzucali w nią kamieniami. Polecam więc lekturę Czarnej wody, by poczytali, jak policja może strzelać do śpiących ludzi i jeszcze otrzymywać za to pochwały. I jeszcze jedno, co większości z nas ucieka. Antykomunistą nikt się nie rodził. Jeśli ktoś zdecydował się wejść na wojenną ścieżkę z władzą, musiał być świadomy ryzyka i konsekwencji, pomijając już to, iż nie były one jednak w analogicznych okresach ostatnich dekad komuny równie brutalne w Polsce, jak na Zachodzie. Była to jednak kwestia decyzji i odpowiedzialności; każdy miał wybór i tak jest w każdym systemie politycznym. Walczący z władzą muszą się liczyć z konsekwencjami w każdym ustroju i w każdej epoce. Jest jednak zasadnicza różnica: prawo wyboru. Wyboru, którego nie dano Irlandczykom represjonowanym i mordowanym w demokratycznej Wielkiej Brytanii ani Murzynom w USA. Oni cierpieli tylko za to, że urodzili się tacy, a nie inni. Ich gehenna nie była wynikiem dokonanych przez nich wyborów. To zaś, że w chwili obecnej ich sytuacja jest lepsza niż jeszcze dziesięć, czy dwadzieścia lat temu, zawdzięczają między innymi komunie, która nagłaśniała i piętnowała takie ciemnie strony imperialistycznego kapitalizmu.

To spojrzenie na amerykańską demokrację oczami Czarnucha daje do myślenia. Zwłaszcza nurtuje mnie pytanie, czy przypadkiem nie jest lepszy system, gdzie Czarnuchem jest się z wyboru, niż ten, gdzie się jest nim z urodzenia?

Attica Locke jako autorka powieści w dużej mierze społecznej, pokazuje się nam z jak najlepszej strony; jako bystry obserwator i uczciwy komentator. Choć jawnie daje wyraz swej zrozumiałej sympatii do Czarnych, to zauważa, iż nie są oni wolni od żadnych negatywnych cech, które pojawiają się w każdej wyodrębnionej z otoczenia grupie; również krycia swoich i wybaczania swoim rzeczy, które u obcych by piętnowano***. To niezwykle cenne, gdyż bardzo rzadkie, by ktoś zaangażowany zauważał i piętnował podobne zachowania u swoich.

Czarna woda, poza bardzo dobrą warstwą kryminalną, w warstwie społecznej i politycznej stawia wiele pokrętnych pytań do przemyślenia, nie tylko tych, o których wspomniałem. Jest naprawdę książką bardzo interesującą, choć szczerze mówiąc, właśnie przez to, dużo mniej rozrywkową niż większość kryminałów. Jeśli nie boicie się refleksji na trudne tematy, niejednokrotnie mocno dołujących, to jest to pozycja właśnie dla Was. Jeśli szukacie rozrywki lekkiej i łatwej, raczej nie będziecie zadowoleni, ale ja i tak absolutnie Czarną wodę polecam


Wasz Andrew



* Bayou (czytaj: bajú) – leniwie płynąca rzeczka; słowo z dialektu cajuńskiego
** hasło przeciwstawne znanemu White Power
*** „Uważają, że czarnemu bratu można wybaczyć wszystko” str. 121

wtorek, 8 maja 2012

Ptaki



Nie jestem zwolennikiem czytania od deski słowników, encyklopedii i leksykonów. Takie wbijanie w siebie informacji, w znaczącej większości zbędnych, które zostaną zapomniane zanim natrafi się okazja na ich wykorzystanie, jest dla mnie stratą czasu. Z tego powodu Ptaki Europy Środkowej, których autorem jest Detlef Singer, leżały dość długo na półce lub w plecaku. Zaglądałem do nich tylko wtedy, gdy chciałem wyszukać odpowiedź na pytanie ornitologiczne, które już zaistniało. Po pewnym jednak czasie zacząłem czytać ten Przewodnik i to było to!


Podtytuł Ptaków Europy Środkowej – Przewodnik do rozpoznawania i oznaczania gatunków sugeruje, iż nie jest to lektura do czytania w całości. Jednak warto tak właśnie postąpić. Dlaczego?

Większość ludzi, nawet umiejących odróżnić bogatkę od modraszki, co już jest rzadkością, nie zdaje sobie nawet sprawy z tego, jak ciekawa i bogata jest nasza przyroda. Jak ciekawe obyczaje gatunków, jak ważne jest istnienie każdego z nich, między innymi ze względu na rozległe powiązania między nimi. Dotyczy to zresztą nie tylko fauny, ale przyrody w ogóle. Telewizja jest pełna filmów przyrodniczych, lecz o naszej własnej przyrodzie prawie nic obejrzeć nie można. Puszcza się u nas filmy o życiu organizmów Afryki, Ameryki. Ba nawet angielska przyroda, bardzo zresztą podobna do naszej, wydaje się warta pokazania w Polsce i na świecie. Tylko nie nasza. Dlatego warto sięgnąć po Ptaki Europy Środkowej.

Wbrew tytułowi nie jest to pozycja poświęcona ptakom Europy, bowiem poza kilku marginalnie omówionymi gatunkami są to po prostu Ptaki Polski. Polska leży w Europie Środkowej, więc to niby to samo, ale jakże inaczej brzmi. Jako klucz do oznaczania ptaków przedmiotowa publikacja średnio się nadaje. Dla fachowca za mało w niej informacji, a początkujący przy jej pomocy nie dokona oznaczenia gatunków problematycznych. Jednak jako zachęta do zainteresowania się ptasim światem i przewodnik do pierwszych obserwacji naszych krajowych gatunków jest wspaniała.

Każdy gatunek opatrzony jest opisem obejmującym cechy charakterystyczne, wygląd, występowanie (w czasie i przestrzeni), głos, charakterystyczne zachowania, pokarm i lęgi. Ułatwia nam to wyszukanie konkretnego gatunku, który nas interesuje i który chcielibyśmy spotkać w naturze. Mamy też zawsze co najmniej dwie fotografie każdego gatunku i porównanie wielkości do gatunków wzorcowych. Dzięki tej książce pierwszy raz zobaczyłem, gdyż wiedziałem gdzie szukać, zimorodka z bliska – bezcenne! Jeśli ktoś myśli, że tylko za granicą są piękne ptaki, to znaczy, że po prostu nie zna naszych.

Poza częścią główną mamy jeszcze inne, równie interesujące, jak choćby systematyka i klucz do oznaczania rodzin, czy rozpoznawanie ptaków w locie.

Książka wydana świetnie. Jakość papieru i okładki rewelacyjna. Rozmiar trudno nazwać kieszonkowym, ale do dużej kieszeni kurtki może się zmieścić, a do plecaka czy torby foto bez problemu. Jak już wspomniałem, dla zaawansowanych ptakolubów jest średnio przydatna, gdyż do oznaczania młodzików raczej się nie nadaje – materiał foto przedstawia z reguły ptaki dorosłe, a opisy są zwięzłe i z racji ograniczonej objętości wydania - skrótowe. Jednak dla wszystkich początkujących, a zwłaszcza dla tych, którzy ptakami jeszcze się nie interesowali, jest to wydanie rewelacyjne. Będzie służyć długo, nawet jeśli będziemy je z sobą zabierać w teren, co jest możliwe, w przeciwieństwie do innych ptasich albumów. Może też autentycznie zainteresować ornitologią tych, którzy dotąd ptaki uważali za stworzenia nieciekawe i pospolite. Zwykle nawet najlepszych książek radzę szukać w bibliotece. Tym razem jednak gorąco zachęcam do zakupu i polecam gorąco. To książka do której się wraca


Wasz Andrew

poniedziałek, 7 maja 2012

Fiodor Dostojewski "Wspomnienia z domu umarłych" - O beznadziei

 

Wspomnienia z domu umarłych

Fiodor Dostojewski


Tytuł oryginału: Записки из мертвого дома
Tłumaczenie: Czesław Jastrzębiec-Kozłowski
Wydawnictwo: Puls Londyn
Liczba stron: 270
 
 
 
 
Głównym bohaterem „Wspomnień z domu umarłych” jest Aleksander Pietrowicz Gorianczykow, co się urodził w Rosji jako szlachcic i ziemianin, potem za zabójstwo żony stał się zesłańcem-katorżnikiem drugiej kategorii. Narrator wchodzi w posiadanie osobistych dzienników Gorianczykowa, a następnie raczy nas ich lekturą – to zapis z więziennego pobytu, opis 10 lat spędzonych na Syberii w więziennej twierdzy.
Należy wspomnieć, że doświadczenia Gorianczykowa w ogromnej mierze pokrywają się z przeżyciami samego Dostojewskiego, który przebywał na katordze w Omsku cztery lata: od 1850 do 1854 r. za przynależność do Koła Pietraszewskiego. Koło było grupą dyskusyjną młodych, rosyjskich intelektualistów, którzy dywagowali nad oficjalnie zabronioną zachodnią filozofią, ponadto krytykowali obecny ustrój rosyjski, zarzucając mu zacofanie ekonomiczne i kulturowe, a za despotyczne rządy oberwało się nawet samemu carowi Mikołajowi I. Jeśli doda się do tego fakt, że późne lata 40 XIX wieku w Rosji to wyczekiwanie na wybuch rewolucji (rok 1848 to początek Wiosny Ludów w Europie), to nietrudno zgadnąć, że członkowie Koła Pietraszewskiego zostali uznani za groźnych wywrotowców, pragnących obalenia władzy caratu, za co należało ich surowo ukarać. Dnia 16 listopada 1849 roku Komisja Sądu Wojskowego skazała Fiodora Dostojewskiego oraz pozostałych członków organizacji śmierć. Jednak w ostatniej chwili, gdy skazańcy oczekiwali już na wykonanie wyroku, kara została złagodzona – zamieniono ją na katorgę.

Bestseller z Watykanu



Pamięć i tożsamość

Jan Paweł II
(Karol Wojtyła)

Kiedy czytałem recenzje książki naszego papieża „Pamięć i tożsamość”, aż mnie rzucało. Co warta jest recenzja, jeśli krytyk od razu stawia się w pozycji malutkiego wobec wielkości autora omawianego dzieła, w dodatku zobowiązanego do uznawania jego nieomylności w sprawach wiary, jeśli deklaruje się jako katolik? Czy z tej pozycji można wytknąć choćby najbardziej jaskrawe przekłamania lub błędy? Czy można je w ogóle dopuścić do swego grzesznego umysłu? Czy podążający na wschód koń z klapkami na oczach może zauważyć piękno zachodu słońca?

Pamięć i tożsamość”, podobnie jak inne dzieła Karola Wojtyły, można oceniać na różnych płaszczyznach odbioru. W odbiorze społecznym, masowym, ma ona takie znaczenie, jak znane publikacje innych przywódców religijnych i politycznych. Każdy się na nią może powołać, najczęściej uprzednio nie widziawszy jej na oczy, by uzasadnić jakąś nierzadko karkołomną, irracjonalną tezę. Wyrwane z kontekstu zdania, jak cytaty z Biblii, i świadome pomijanie innych fragmentów, pozwalają uzasadnić wszystko. Temat rzeka. Jest jednak zasadnicza różnica pomiędzy publikacjami Jana Pawła II czy Gandhiego, a choćby Adolfem Hitlerem czy Karolem Marksem. O ile dzieła tych ostatnich wywarły na historię świata wpływ, którego nie sposób nie zauważyć, to o naszym papieżu i innych orędownikach pacyfizmu tego samego powiedzieć nie można. Nawet w Polsce, która ma do niego stosunek szczególny, nie widać poprawy standardów moralności, do których przede wszystkim nawoływał. Nie tylko nie widać większej miłości do Boga i bliźniego swego, lecz zaryzykowałbym stwierdzenie, iż jest wręcz przeciwnie, czego potwierdzenie znajdziemy nawet w omawianej właśnie książce papieża*. Poza Polską wpływ dzieł Jana Pawła II na życie społeczeństw jest jeszcze mniejszy, a poza kręgiem zachodniego chrześcijaństwa praktycznie żaden, przy czym widać, iż z upływem czasu ta tendencja się nasila. Jeśli pojawi się papież obdarzony jeszcze większą charyzmą, lub co bardziej prawdopodobne, bardziej medialny, poza Polską i teologami do myśli i dzieł Karola Wojtyły nikt już nie powróci. Stanie się to, co spotkało wspomnianego już Mahatmę Gandhiego - większość o nim po prostu zapomni, choć, a może właśnie dlatego, że jego idee piękne, a przykład godny naśladowania.

Potraktujmy więc dzieło Jana Pawła II nie jak publikację wielkiego autorytetu religijnego, ale jak normalną książkę. Co o niej można powiedzieć?

Wydanie** prezentuje się, mimo niewielkich rozmiarów, bardzo solidnie i elegancko. Stonowana szata graficzna i ilustracje (wykorzystano znane dzieła klasyków), dobrej jakości papier i okładka, czytelna czcionka. Bez zarzutu. Szkoda tylko, że w tak niewielkim objętościowo wydaniu nie ustrzeżono się chochlika drukarskiego, który z męża czyni węża***. Ale cóż, takie mamy czasy. Komputer zastępuje człowieka, a skutki jakie są, każdy uważny widzi.

Książka składa się z wprowadzenia „Od redakcji”, pod którym nikt się nie podpisał, i właściwego dzieła w konwencji rozmowy. Każdy rozdział to pytanie (zadane przez redakcję) i odpowiedź Jana Pawła II. Tak przynajmniej można przeczytać we wstępie. Jednak uważny czytelnik zauważy dowody na to, iż tekst przypisywany Karolowi Wojtyle został przeredagowany, co poddaje w wątpliwość autentyczność fragmentów przypisywanych papieżowi****, a więc zarazem obniża wartość całości dzieła. Nie wiedząc jak głęboko sięgała ingerencja redakcji, nie możemy mówić o autorstwie papieża. Dalsze uwagi należy więc traktować nie jak krytykę myśli papieża, ale tego, co spłodziła bliżej nieokreślona redakcja, z której składu znamy tylko dwa nazwiska.

Początkowo miałem zamiar iść krok po kroku, cytat za cytatem, by wykazywać ewidentne przekłamania, błędy lub nielogiczności i przytaczać to, co godne podkreślenia. Szybko jednak stwierdziłem, że mogłaby powstać z tego mała książeczka. Pozwolę więc sobie nie podpierać się odpowiednimi fragmentami tekstu i ograniczyć się tylko do zasygnalizowania najważniejszych problemów.

Kluczowym w moim odczuciu zarzutem jest stawianie Boga w opozycji do racjonalizmu, a tego ostatniego zrównywanie z ateizmem. Ateizm jest tymczasem równie nieracjonalnym przekonaniem jak wiara w Boga, gdyż racjonalnie nie da się przeprowadzić dowodu rozstrzygającego pomiędzy tymi orientacjami.

Nie mniej odrzucające są dla mnie ewidentne manipulacje, nie tylko historią świata świeckiego, ale i realiami samego chrześcijaństwa. Choćby wmawianie, że kult niepokalanego poczęcia Maryi jest wspólny całemu chrześcijaństwu, jest ewidentnym kłamstwem. Trudno nazwać to inaczej, skoro nie uznaje go ani prawosławie, ani dziesiątki nurtów protestanckich. Nie mniejszy niesmak budzi winienie bezbożności za całe zło świata, a wszelkiego dobra poszukiwanie w wierze. Tak jakby w czasie wojen krzyżowych nie mordowano w imię Boga (i za błogosławieństwem papieży) niewiast, kobiet i starców, co biorąc pod uwagę ówczesne środki techniczne nie różniło się wiele od holocaustu. Wystarczy wspomnieć eksterminację Indian (nazwaną tutaj pewnym rodzajem wywłaszczenia!!!), czy obecne święte wojny. Te wszystkie manifestacje wiary autor konsekwentnie bagatelizuje, wciąż szermując przebrzmiałymi hasłami faszyzmu i komunizmu.

Jako prorok Jan Paweł II też raczej nie jest wiarygodny. Widział to, czego nie widzi chyba nikt rozsądny, a więc rychłą konsolidację chrześcijaństwa. Co dzień prawie obserwujemy, jak wciąż powstają nowe podziały i takie proroctwa wręcz dziwią. Co roku słyszymy o nowych sektach, a w dodatku analogicznie jest w innych wielkich religiach, jak choćby w islamie. Można nawet zaryzykować tezę, że gdyby na ziemi zapanowała jedna „słuszna” wiara, to jej wyznawcy mordowaliby się nawzajem w imię tego, która odmiana jest słuszniejsza. Widać to nawet dzisiaj, choćby na styku szyici – sunnici, gdzie pomimo wspólnego wroga chrześcijańskiego aż kipi od wzajemnej nienawiści.

Rzeczy, z którymi nie można się zgodzić, gdyż albo są ewidentną manipulacją, albo co najmniej nadinterpretacją, można mnożyć. Trzeba jednak przyznać uczciwie, że wiele myśli Jana Pawla II jest wyjątkowo cennych. Szkoda tylko, że ich właśnie nigdy się w mediach nie cytuje.

Papież wielokrotnie zwraca uwagę na zjawisko, które i ja obserwuję na każdym kroku, a mianowicie zatracanie tożsamości i człowieczeństwa w kapitalizmie. Za komuny społeczeństwo wsłuchiwało się krytycznie w słowa elit, a teraz łyka wszystko jak karmny gąsior gałki. Po równo peany o demokracji, reklamy nowych komórek i szczęścia z posiadania. Tego, że papież, podobnie jak starożytni, przestrzegał przed możliwymi wypaczeniami naszego obecnego ustroju, nikt nie chce pamiętać.

Gdy słucham niektórych niedzielnych kazań, pełnych nienawiści, pychy i nietolerancji, mam wrażenie, że naszemu klerowi, o większości wiernych nie wspomnę, obca jest jedna z wiodących myśli nie tylko tej książki, ale całego pontyfikatu Jana Pawła II – Miłość ponad wszystko. Nawet ci, którzy mówią o miłości, zapominają, co tak często podkreślał papież, że miłość do której zobowiązany jest chrześcijanin obejmuje wszystkich, również, a może przede wszystkim, nieprzyjaciół, czyli też niewierzących, bo to przecież wrogowie numer 1.

Ewidentnie już na kłamstwa wyglądają słowa wielokrotnie padające z ambon co niedzielę w całej Polsce, iż bez Kościoła nie ma zbawienia. W „Pamięci i tożsamości” wyraźnie bowiem czytamy, iż człowiek jest drogą Kościoła, a nie Kościół drogą człowieka. Jak to ujęto w Konstytucji duszpasterskiej Gaudium et spes, przytaczanej wielokrotnie przez Jana Pawła II, „sięganie do głębi tajemnicy Słowa Wcielonego, odnosi się „nie tylko do chrześcijan, lecz także do wszystkich ludzi dobrej woli, w których sercu w niewidzialny sposób działa łaska. Skoro bowiem Chrystus umarł za wszystkich i skoro ostatecznie powołanie człowieka jest w istocie jedno, mianowicie Boskie, powinniśmy utrzymywać, że Duch Święty wszystkim daje możliwość uczestniczenia w tym misterium paschalnym w tylko Bogu znany sposób””. W tylko Bogu znany sposób, więc nie klerowi oceniać kto bliżej, a kto dalej od Boga.

Co z tego wszystkiego wynika? Niestety nic dobrego. Dobrzy nadal będą dobrzy, może trochę wzmocnieni w swej wierze, a źli przy pomocy cytatów z tej książki będą mogli uzasadniać swe nieprawości. Chowając się za autorytetem papieża będą swe podejrzane persony czynić nietykalnymi. W dodatku „Pamięć i tożsamość” pogłębia rosnącą wciąż przepaść między wiarą, a racjonalizmem i wymaga naprawdę wyrobionego, krytycznego i uważnego czytelnika, by brać z niej to, co dobre, a odrzucić to, co złe. To książka tylko dla odważnych umysłów, które samodzielnie potrafią zmierzyć się z tak wielkim autorytetem i z presją większości. Co zrobią z nią pozostali czytelnicy, poza tym, że będą ją chwalić, nie rozumiejąc ani nie usiłując, tego nie chcę się nawet domyślać


Wasz Andrew



* str. 150 „W okresie samoobrony przed totaliryzmem marksistowskim ta część Europy (demoludy – przyp. AW) przebyła drogę duchowego dojrzewania, dzięki czemu pewne istotne dla życia ludzkiego wartości mniej się tam zdewaluowały niż na Zachodzie.”
** Wszystkie cytaty wg wydania Wydawnictwa św. Stanisława BM, Kraków 2011
*** 159 „Mówi tak do węża: „Wprowadzam nieprzyjaźn między ciebie a niewiastę...”
**** najbardziej ewidentny: str. 50 „ Przedtem jeszcze osobną encyklikę poświęciłem (...) ukazała się z pewnym opóźnieniem z powodu zamachu na życie papieża”. Końcówka ewidentnie została dodana do tekstu oryginalnego, lub w istotny sposób zmieniona.

niedziela, 6 maja 2012

Niespełniona obietnica





Chyba już staję się nudny znów zaczynając od tego, iż Obietnica anioła (oryg. PROMESSE DE L’ANGE) trafiła do mnie przypadkiem. Myślę jednak, iż to ma pewne znaczenie. Do książek napotkanych przypadkowo, wybranych przez kogoś innego lub otrzymanych w podarku, podchodzimy chyba bardziej obiektywnie. Głównie dlatego, iż niczego nie oczekiwaliśmy. Gdy sami dokonamy wyboru mamy w sobie dwa przeciwstawne mechanizmy, niekoniecznie się równoważące, Pierwszy to oczekiwanie, iż czeka nas lepsza lektura, niż w przypadku wyboru losowego lub dokonanego przez innych. Może to powodować zaostrzenie kryteriów oceny. Drugi natomiast to, na sam koniec, opór przed przyznaniem się do dokonania złego wyboru, do obnażenia własnej omylności, nieznajomości swojego własnego gustu i potrzeb. Nie wspomnę już o wątpliwej szczerości ocen recenzentów, których opłaca w ten lub inny sposób zainteresowane wydawnictwo. Takich opinii w ogóle nie czytam.


Po tych wstępnych dygresjach wróćmy do wspólnego wytworu francuskiego duetu pisarskiego w składzie Frederica Lenoira i Violette Cabesos. Tym razem skusiłem się na rozpoczęcie, wbrew moim zwyczajom, od przeczytania notek na okładce, wśród których znalazłem taką:

„Francuski odpowiednik Kodu Leonarda da Vinci i Imienia róży; niewyjaśnione morderstwa, ponadczasowa miłość i tajemnice sprzed tysiąca lat. 50 tygodni na listach bestsellerów”.

Wzbudziło to we mnie jeszcze większe obawy, niż samo słowo bestseller, które najczęściej jest synonimem tandetnej sztampy przeznaczonej dla plebsu. Co bowiem ma wspólnego Kod Leonarda z Imieniem róży? Most suspicious jak mawiał Carlos*.

Przepełniony złymi przeczuciami rozpocząłem lekturę. Początek był niezły. Przyjemny styl, łatwy w odbiorze i dość plastyczny w opisach. Główna bohaterka Johanna, dziś z zawodu i pasji archeolog mediewista, jako siedmioletnia dziewczynka, w dniu śmierci swojego brata, zobaczyła zjawę; bezgłowego mnicha mówiącego do niej: Ad accedendum ad caelum, terram fodere opportet**. Poznajemy ją w momencie, gdy po wielu latach od owych strasznych wydarzeń z dzieciństwa, znów udaje się tam, gdzie miały one miejsce, czyli pływową wyspę Mont Saint-Michel*** u wybrzeży Normandii, na której znajduje się sanktuarium Michała Archanioła. Rychło przenosimy się w czasie, i poznajemy drugą wiodącą postać naszej powieści: średniowiecznego mnicha Romana, niedoszłego budowniczego sanktuarium na wyspie, który zakochał się w pogance i znachorce, czyli innymi słowy czarownicy, o intrygującym imieniu Moira. I tutaj zaczynają się schody.

W książce nie zabraknie niczego, co powinno się znaleźć w schematycznej produkcji nastawionej tylko i wyłącznie na sukces sprzedażowy; ani grzesznych romansów, ani czystej miłości. Będzie też trochę trupów. Szlachetność zmierzy się z podłością, a Wiara z zabobonem. Racjonalizm stanie przeciwko odruchom serca, a przynajmniej takie chyba były założenia. Niestety, powieść zaczyna szybko nudzić i jej grubość w tym momencie zaczyna przerażać (493 strony bez podziękowań). Ciągłe przeniesienia akcji, która w dodatku jest niemrawa i niezdecydowana jak pijak na czworakach, ciągłe przeskoki między średniowieczem i teraźniejszością, rozwalają w puch te zaczątki nastroju, które miejscami udaje się wytworzyć. Z żalem, co nieczęsto mi się zdarza, absolutnie nie mogę powiedzieć, iż czytelnik przenosi się w czasie, iż w wyobraźni widzi to, o czym czyta. Szczególnie po macoszemu został potraktowany temat archeologii. Jedyne co zostało trafnie oddane, to zakulisowe intrygi będące niejednokrotnie znaczącym elementem karier w tej grupie zawodowej. Konia jednak z rzędem temu, kto na podstawie Obietnicy powie coś o tej interesującej specjalności poza tym, że polega na kopaniu i ryciu. Chyba tylko do tych dwóch słów sprowadzono coś, co podobno jest pasją i życiowym powołaniem głównej bohaterki. Porażka!

Całe szczęście, że mam zwyczaj zmęczenia każdej powieści do końca. Od połowy mniej więcej akcja przyspiesza i rzecz cała staje się całkiem strawna, pod koniec nawet wciągająca, choć całość wrażenia psują wspomniane wcześniej mankamenty. Wyłazi także, im bliżej zakończenia, niczym szydło z worka, nie do końca przekonująca konstrukcja psychiczna Johanny, podobnie jak komiksowość innych postaci. Prostota konstrukcji psychicznych, w połączeniu ze szczątkowymi opisami ich fizyczności, nie pozwalają wczuć się w pełni w postacie bohaterów.

Przez cały czas, czytając Obietnicę miałem wrażenie, iż brak jej jakiejś spójności. Dziwna chaotyczność. Jakby sklejano kawałki dwóch różnych powieści, co być może istotnie miało miejsce na poziomie techniki pisania przez dwóch autorów. Najlepszy kwiatek, bardzo zresztą wymowny, został jednak na koniec. Po zmęczeniu całości, ze zdumieniem znalazłem, tuż przed podziękowaniami kończącymi wydanie, przekroje niesamowitej wyspy, na której w znakomitej większości rzecz cała się rozgrywa. Ponieważ w książce nie ma przypisów końcowych, czytelnik nie ma powodu by zajrzeć na koniec. Umieszczenie ich na początku wydaje się bardziej celowe. Drobiazg, ale znaczący. Chyba, że się mylę. Może autorzy przewidzieli, że większość znudzonych czytelników zaglądnie rychło na koniec i znajdzie te obrazki, a ja po prostu byłem zbyt konsekwentny?

Piszę to z żalem, ale zawiodłem się na tym bestsellerze. Obietnica anioła to niespełniona obietnica dobrej lektury. Pomimo lepszego niż start finiszu, książkę oceniam jako bardzo słabą. Jeśli ktoś koniecznie chce sobie poczytać o wydumanej i wypaczonej miłości, przedstawionej płytko i koślawie, niech sobie wypożyczy ten hit sprzedażowy z biblioteki. Kupować nie warto. Jeśli szukacie czegoś o odkrywaniu tajemnic przeszłości, nawet nasz Pan Samochodzik jest o niebo lepszy, choć to niewłaściwe porównanie, gdyż w swoim gatunku, w klasie powieści dla młodego czytelnika, jest on pozycją kultową. Szkoda, że nasze rodzime perełki idą w zapomnienie, wypierane przez komercyjną tandetę, a do tego kanonu z żalem, ale z pełnym przekonaniem, muszę tą francuską powieść zaliczyć


Wasz Andrew



* ang. najbardziej podejrzane (prawidłowo the most suspicious) - jedna z moich ulubionych odzywek w kultowej serii grier Jagged Alliance 2.
** Trzeba przekopać ziemię, żeby osiągnąc niebo.
*** (franc. Abbaye du Mont-Saint-Michel, bret. Menez Mikael, pol. Wzgórze Świętego Michała)