Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.

piątek, 13 kwietnia 2012

Wybór Zofii


William Styron
Wybór Zofii
(oryg. Sophie’s Choice)
przekład Zbigniew Batko

Nazwisko autora i tytuł powieści, jakkolwiek głośne w świecie, nie tylko świecie literatury i filmu*, było mi dotąd kompletnie nieznane. Po tę książkę sięgnąłem z premedytacją. Znajoma wykorzystała ją do pracy o obrazie II Wojny Światowej w literaturze i chciałem się przekonać, czy jest to pozycja wartościowa, czy też, jak niektóre inne książki z tego stosika, który posłużył za materiał źródłowy, wręcz przeciwnie.

Czy powieść o tak pachnącym tanim romansidłem tytule może być warta przeczytania i czy może być o wojnie? Otóż tak. Może być mocna, pełna głębi trudnych do przebycia i wymagająca od czytelnika otwartości umysłu, odwagi do zmierzenia się ze stereotypami i odmiennymi od naszych poglądami.

Przed rozpoczęciem lektury nie czytałem niczego o autorze ani jego twórczości. Świadomie zabrałem się do niej nieskażony opiniami innych; uzbrojony jedynie w zdolność myślenia i własne doświadczenie życiowe. Po jej zakończeniu sięgnąłem po recenzje i niejednokrotnie doznałem szoku. Czyżbym czytał co innego?!? Odpowiedź znalazłem w jednej z recenzji i pozwolę sobie przytoczyć z niej cytat, gdyż on wszystko wyjaśnia:

„Niestety, nieco się zawiodłam. Wątek oświęcimski, który tak bardzo lubię i... na który tak bardzo tutaj liczyłam, jest zaledwie jednym z wielu (...)”**

Kuriozalny sposób oceniania literatury; za dobrą powieść uważać taką, której autor przewidział interesującą nas tematykę oraz nasze poglądy i tylko do nich się ograniczył. To tak jakby Chopinowi zarzucać, że za mało w nim jazzu! Lubienie zaś tematyki oświęcimskiej?!? To pachnie zboczeniem. Rozumiem zainteresowanie, ale lubowanie się w Oświęcimiu? Aż mnie zatkało!

Trudno docenić książkę, jeśli się w niej szuka tego, co się chce znaleźć, a nie tego, co autor w niej zawarł! Jeśli nie szuka się nowych punktów widzenia, nowych koncepcji, tylko powtórzenia tego, co się już zna, lub co się komuś wydaje, iż zna.

Wybór Zofii to prawdziwe arcydzieło, ale niestety przez to właśnie, i przez skomplikowane, przenikające się nawzajem tematy, które podejmuje, jest trudny w odbiorze, o czym już wcześniej zresztą nadmieniłem.

O czym jest ta książka? To historia trójkąta potężnych uczuć, który uwięził w tragicznym przeznaczeniu Zofię - Polkę, która przeżyła Oświęcim, Natana – chorego psychicznie Amerykanina, w dodatku narkomana i Żyda z obsesją na punkcie holocaustu oraz początkującego pisarza z Białego Południa o ksywce Stingo, który jest jednocześnie narratorem. Trójkąty w związkach międzyludzkich nie są dobrze rokującym rozwiązaniem, ale namiętności, które łączą te dramatis personae prowadzą do szekspirowskiego wręcz tragizmu. Nawet gdyby autor tylko na tym poprzestał, stworzyłby dzieło warte polecenia.

Wybór Zofii jest solidnym kawałkiem dobrego stylu literackiego – prozy, którą bym określił amerykańską wersją Sienkiewicza; długie, niejednokrotnie wielokrotnie złożone wypowiedzi, dygresje, obszerne fragmenty liryczne podjęte równie doskonale, co obrazowe opisy i momenty wartkiej akcji. Zwłaszcza pierwsza część powieści, to prawdziwa zabawa słowami. Istna żonglerka tymi cegiełkami, z których buduje się literaturę. W dalszej części lektury ciężar tematu, nie tylko dramatu rozgrywającego się między głównymi postaciami tu i dzisiaj, ale przede wszystkim przywoływanej w retrospektywie historii okupowanej Warszawy, Oświęcimia i zagłady Żydów, każe nam zamknąć oczy na uroki warsztatu pisarza i skoncentrować się na treści. Treści, która wielu oburza, a dla wielu pozostaje niezrozumiała.

W wielu recenzjach, nawet zawodowych krytyków, stwierdza się, iż dzieje Zofii w okupowanej Polsce, zakończone wywózką do obozu koncentracyjnego i jej przeżyciami w tym przedsionku piekła, pokazują zmianę normalnych Niemców w fanatyków i sadystów. To absolutna nieprawda i nie wiem skąd się wziął ten odgrzewany przez kopiuj-wklej mit. Wielką wartością książki Styrona jest to, iż wprost i bez żadnych ogródek pokazuje, że to nie nienawiść i zaślepienie, a bezduszny rachunek ekonomiczny stworzył największe zło. Nie neguje faktu, iż druga wojna, jak każda wojna, była rajem dla wszelkiej maści degeneratów, ale podkreśla, iż Oświęcim i inne podobne miejsca, przez wielu określane jako gorsze od piekła samego, nie były wytworem sadystów, a powstały w umysłach urzędników i przez nich zostały stworzone jako logiczny środek do wykonania powierzonych im zadań. Nie byli panami życia i śmierci, ale księgowymi decydującymi o kolejnych kolumnach cyferek, które z jednego konta należy przenieść na inne. Nie bez kozery kilkakrotnie przewija się w powieści (a została ona opublikowana w roku 1979) nazwa koncernu IG Farben*** jako zakulisowego sprawcy całego szaleństwa masowej eksterminacji. Sprawcy, który do samego końca Rzeszy dyskretnie sterował kanałami śmierci stosownie do swych zapotrzebowań. Bardzo łatwo nam uwierzyć, że do stworzenia obozów koncentracyjnych zdolni są tylko dewianci. Takie przekonanie jest wygodne i bezpieczne. Niestety, co podkreśla Styron, prawda jest dużo bardziej przerażająca. Do tego zdolny jest każdy, jeśli uwierzy, że tak trzeba, że to należy do jego obowiązków. Nie bez kozery wielu zbrodniarzy wojennych to ludzie inteligentni, umiłowani ojcowie rodzin i ukochani tatusiowie dzieci. Nie przypadkiem Niemcy nie są wynalazcami obozów koncentracyjnych czy mydła z ludzi. Oni po prostu, zgodnie ze swą narodową dokładnością, wykonali to samo, co inni przed nimi i po nich, tylko na większą skalę i w sposób bardziej maszynowy, taśmowy i zbiurokratyzowany. Nie bez pomocy innych, choćby IBM, która dla obozów koncentracyjnych zapewniała wsparcie informatyczne, ale to już całkiem inna historia, za którą stoją wielkie pieniądze.

W Polsce szczególne oburzenie niektórych wywołał fakt, iż w Wyborze Zofii Polacy ratujący Żydów są raczej wyjątkami niż normą, która była w swej masie mniej lub bardziej antysemicka. Nie chcę się wypowiadać tutaj, jak było naprawdę, gdyż to osobny temat. Chodzi o to, by móc drążyć w poszukiwaniu prawdy. By ktoś odmiennie myślący nie był od razu odsądzany od czci i wiary. Niestety, nasz kraj jest od wieków największym na świecie, może poza Koreą Południową, centrum brązownictwa****. Jeśli święty, to nawet zmazy nocne musi mieć z imieniem Pana na ustach i z obrazem Pana przed oczami, jeśli bohater, to taki, co się nie boi niczego i nigdy, nawet największej właśnie popełnionej przez siebie głupoty. Jesteśmy chyba odwrotnym odbiciem USA, gdzie rozdrapywanie ran i dociekanie prawdy trwa w nieskończoność, że znów, po raz kolejny, przypomnę choćby moje ulubione bliźniacze filmy Clinta Eastwooda o Pacyfiku*****. Pojawiają się, co prawda, od jakiegoś czasu nawet dość liczne polskie książki dociekające prawdy, również stricte historyczne, ale nie czarujmy się – stereotypów nie zmienią, zwłaszcza wobec nikłej powszechności czytelnictwa w narodzie. Nie budzą nawet burz podobnych do Wyboru Zofii. Ta ostatnia zagroziła naszej wizji historii, gdyż przyszła z etykietką kontrowersyjnego bestsellera zza oceanu, a film na jej podstawie jako oscarowy raczej w zapomnienie też nie pójdzie. Wobec potencjalnego szerszego odzewu w świadomości społecznej trzeba było więc powieść oprotestować. Moim zdaniem absolutnie niesłusznie.

Jak długo będzie to nasze brązownictwo trwało? Kiedy w końcu w filmie, jedynej formie przekazu o naprawdę masowej sile oddziaływania, dowiemy się, iż ktoś z wielkich naszej historii nie był pomnikiem za życia? Kiedy w końcu przestaniemy unisono wołać, że antysemityzm jest u nas w zaniku? Pierwsze jaskółki nadziei widzę, jak choćby świetny obraz W ciemności Agnieszki Holland. Miejmy nadzieję, że to początek trwałego trendu.

Wielką moc w Wyborze Zofii ma seksualizm bohaterów. Ilość miejsca poświęconego fizycznej miłości i dosłowność opisów miejscami ocierałaby się o pornografię, gdyby nie była częścią większej całości, gdyby z niej nie wynikała i w sposób wręcz doskonały jej nie uzupełniała. Wielu krytykuje tak odważne ujęcie tematu, ale uważam, iż jest to zdecydowanie bardziej prawdziwe, niż dominujący w literaturze schemat eunuchowatych postaci, które myślą o wszystkim, tylko nie o seksie. Po wielu lekturach miałem wrażenie, że ludzie rozmnażają się chyba przez pączkowanie. Na szczęście proza Styrona nie z tych.

Eksterminacja Żydów, wielkie namiętności, potężny pociąg seksualny. Tematy o potężnym ładunku, którym można by obdzielić kilka innych powieści. A jednak pod tymi poruszającymi serce i umysł czytelnika wątkami mamy jeszcze bogactwo szczegółów tła, co także świadczy o klasie autora i jego dzieła. Zofia jako obraz kobiety w typie cierpiętnicy, która czuje się przywiązana do partnera, który ją bije i poniża. Obraz tak powszedni i w naszej codziennej rzeczywistości, gdzie partnerzy alkoholików i alkoholiczek, sadystów, narkomanów i psychicznie chorych nie potrafią im się przeciwstawić. Z różnych powodów trwają przy swych katach zamiast poszukać lepszego jutra gdzie indziej. Ojciec narratora, który stara się jak może, by pomóc synowi. Obraz powojennego (wszak to dopiero rok 1947, a więc przed wielką rewolucją seksualną) społeczeństwa USA; zakompleksionego w sprawach seksualności w sposób dziś prawie dla nas niewyobrażalny. I to, co mnie urzekło – szczególiki w drobiazgach. Stingo, od niedawna bezrobotny i balansujący na skraju biedy, a jednak ma w łazience płyn do płukania zębów, szczoteczkę do zębów o określonej twardości i maszynkę do golenia z wymiennymi ostrzami (oczywiście Schick, a nie Gilette). Ciekawe ilu ludzi w Polsce, choć mają pracę, uważa płyn do płukania jamy ustnej i porządną szczoteczkę za zbytni lub za duży wydatek, choć od czasu, w którym rozgrywa się powieść, minęło sześćdziesiąt pięć lat? Uwielbiam takie smaczki! Pokazują, jak różne są realia w różnych miejscach świata i jak to wszystko zmienia się w czasie. Jak bałamutne są reklamowe hasła i stereotypy.

Wybór Zofii ma wiele innych aspektów, których jeszcze nie wymieniłem, a które łączą się w perfekcyjną całość i sprawiają, iż warto po tę powieść sięgnąć. Właściwie zmierzyć się z nią gdyż, jak już wyżej wspomniałem, nie jest to łatwa i szybka lektura. Nie da nam wiele radości, o rozrywce nie wspominając. Na pewno jednak pozwoli na wiele rzeczy spojrzeć z innego punktu widzenia, wiele innych od nowa przemyśleć. Wzbogaci nas duchowo, jeśli wybaczycie ten patetyczny zwrot. Zdecydowanie i absolutnie polecam


Wasz Andrew



* Pod tym samym tytułem w 1982 roku nakręcono w amerykański dramat w reżyserii Alana J. Pakuli. rolach głównych wystąpili Meryl Streep (Oscar za rolę pierwszoplanową i Złoty Glob dla aktorki dramatycznej), Kevin Kline i Peter MacNicol.

** grzegorzowa (na blogu i na LubimyCzytać.pl)
**** termin ukuty przez Tadeusza Boya-Żeleńskiego, który w swym dziele "Brązownicy", podjął kampanię przeciw tym, którzy przedstawiają nieprawdziwy, przykrojony do swoich potrzeb, czarno-biały obraz historii.
***** lustrzane filmy Clinta Eastwooda z 2006 roku: Letters from Iwo Jima, 2006 (Listy z Iwo Jimy) i Flags of Our Fathers Polskie tytuły: Sztandar chwały lub Gwiaździsty sztandar. Dlaczego takie, a nie Sztandary naszych ojców? To temat na osobne rozważania

wtorek, 10 kwietnia 2012

Polskie kino




Jaka jest przyszłość naszego kina i dlaczego jest jak jest? A w ogóle, to jak to właściwie z naszym kinem jest?


Nikt nie jest prorokiem we własnym kraju, ale zapominając o tej przestrodze powiedziałbym, że przyszłość naszego kina w najbliższych latach, o ile się nie objawi jakiś geniusz na tyle silny, by zrobić wszystko samemu, będzie taka jak dzień dzisiejszy. A jaki on jest?

Nie ma kina bez filmu. I bez widzów. Co to znaczy dobry film?

Dobry film to taki, który ja uważam za wartościowy. I nie oszukujmy się, że ktoś myśli inaczej. Oczywiście na to, co oceniamy jako dobre, mają wpływ różne czynniki. Jedni są podatni na opinie recenzentów, inni na prestiż uznanych nagród, magię nazwisk aktorów czy reżyserów, a jeszcze inni na wyniki finansowe i popularność wśród szerokich mas, nie bez powodu kiedyś nazywanych plebsem*. Są jeszcze tacy, którzy oceniają każdy film tylko za to, jaki jest, według ich własnych, świadomych kryteriów. By uniknąć więc filozoficznych dylematów i niekończących się rozważań przyjmijmy, że dobrze by było, gdyby polskie kino kolekcjonowało odpowiednio często wciąż nowe Oscary i dawało sukcesy kasowe na światową miarę. Czy to możliwie?

Prawdziwe kino, kino które ma markę, to kino zasobne w gwiazdy; twarze, które można umieścić na plakacie.

W historii dziewięć razy, o ile się nie mylę, zdarzyło się nam złapać magiczną statuetkę. Trzy dostaliśmy za muzykę (Leopold Stokowski, Bronisław Kaper i Jan Kaczmarek), dwa za zdjęcia (dwa razy Janusz Kamiński!) oraz po jednym za całokształt twórczości (Andrzej Wajda), za reżyserię (Roman Polański), za scenografię (wspólnie Allan Starski i Ewa Braun) i film animowany (Zbigniew Rybczyński). I co? Gdzie nasze gwiazdy? Nasze gwiazdy tańczą na lodzie, skaczą jak małpy i fruwają. Może przez to nie mają czasu porządnie grać?

Nie twierdzę, że nie ma u nas aktorów, którzy mogliby sięgnąć po Oscara, gdyby dostali odpowiednie wsparcie. Szczególnie spodobała mi się choćby gra Roberta Więckiewicza w filmie Agnieszki Holland W ciemności. Większość naszych „gwiazd” to jednak ledwo aktorzyny, a właśnie ich najczęściej widujemy, gdyż za pieniądze są gotowi na wszystko. Za odpowiednią kasę biorą udział nie tylko w serialach, w debilnych, niesmacznych i nieudanych reklamach, ale nawet chwytają konferansjerkę na mniej lub bardziej pijackich imprezach. Podejrzewam, że za odpowiednią sumę wielu z nich publicznie pocałowałoby mnie w zadek i jeszcze udawało rozkosz. Tymczasem mam wrażenie, że zwłaszcza aktor z małego kraju gdzieś w środku Europy, w dodatku z narodu postrzeganego przez wielu jako coś pośredniego między Rumunem, Rosjaninem i ksenofobem, miałby szansę na bycie zauważonym tylko wtedy, gdyby był promowany przez państwo, aż jego twarz stała by się synonimem jakości nie tylko samego rzemiosła aktorskiego, ale i filmów, w których występuje. I tu mamy problem. Nie ma u nas pomysłu ani woli, by coś takiego przeprowadzić, choć można, jak pokazuje choćby przykład Wielkiej Brytanii, która aktywnie promuje swój przemysł muzyczny będący dzięki temu w tej branży potęgą nieproporcjonalną do wielkości i znaczenia kraju. Druga część naszych kłopotów to same filmy.

Polski aktor musi grać w polskich filmach. Wyjątki tylko potwierdzają regułę. A polskich filmów, które mogą być prawdziwym hitem na skalę światową, nie ma. Owszem, mamy czasami filmy ambitne. Nawet są doceniane. Nie na tym się jednak robi Oscary dla aktorów. Do tego trzeba, by twarz była znana, trzeba filmów, które będą znane na całym świecie. Z tego też są pieniądze. W tej zaś dziedzinie, dziedzinie filmów dla mas, jesteśmy pod kreską.

Mamy świetne filmy, które bardzo mi się podobają, i które podobają się masom. Ale w Polsce. Seksmisja, Czterej Pancerni, Psy, Sara, Jak rozpętałem II wojnę światową, Dzień Świra, seria o Kargulach i Pawlakach. Filmy bez przyszłości na globalnym rynku, a tylko to jest dla nas drogą do prawdziwych pieniędzy z filmu, pieniędzy nie tylko dla producenta, ale i dla kraju, gdyż jesteśmy zbyt małym narodem, by wystarczył nam rynek wewnętrzny. Polska to nie Indie.

Nasze produkcje są nieeksportowalne. Jedne zbyt mało wartościowe. W drugich za słaba obsada. Inne byłyby dobre, gdyby... ktoś poza nami je rozumiał. Odniesienia do polskich realiów są dla nas czytelne, ale dla większości ludzi na świecie są niezrozumiałe, co uniemożliwia odbiór naszych produkcji przez szerokie rzesze obcokrajowców. Im nawet do głowy nie przyjdzie, że w kraju, w którym prawie całość populacji wierzy w Boga i posyła potomstwo na religię normą jest ściąganie podczas egzaminów na wszystkich etapach edukacji (co jest oszustwem lub kradzieżą zależnie od tego, z czego ściągamy) i nie tylko nie widzi się w tym niczego nagannego, ale wręcz postawa odwrotna jest piętnowana. Pamiętam Anglika, profesora, który jako wolontariusz uczył na naszym uniwerku i z płaczem rzucił robotę, gdy zobaczył, że studenci zrzynają. Elementy naszej rzeczywistości, które bez specjalnych objaśnień są nie do ogarnięcia dla obcych, można mnożyć w nieskończoność, a każdy z nich w jakimś momencie sprawia, iż zagraniczny odbiorca traci kontakt z treścią naszej produkcji. Do tego dochodzi nasza, nieznana praktycznie na świecie historia i skomplikowane stosunki między Polakami a innymi narodami.

Czasami mimo wszystko zdarzy się temat, gotowy materiał na światowy hit, jak choćby Potop. I wtedy musimy wszystko spieprzyć. Mógł być z tego film naprawdę światowego formatu, a wyszło jak wyszło. Ktoś, kto czytał Trylogię wie o co w tym dziele kinematografii chodzi, aczkolwiek trudno mu zrozumieć, dlaczego w roli Oleńki obsadzono aktorkę tak odległą aparycją od powieściowego pierwowzoru. Jeśli jednak spróbujemy obejrzeć Potop okiem kogoś, kto nie zna historii Polski i w dodatku nie czytał powieści, to zobaczymy zlepek luźno powiązanych ze sobą scen, bez ładu i składu połączonych w całość. Pisałem już o tym kiedyś, ale cały czas mnie to dręczy, gdyż mogła być to nasza konkurencja dla Krzyżowców i Króla Artura.

Może i zdarzy się aktor na tyle genialny i mocarny, by wyrwać się z tego naszego piekiełka, by sięgnąć po Oscara. Ale on będzie musiał właśnie się wyrwać. Nie będzie produktem systemu nakierowanego na własną i jednocześnie światową szkołę aktorską. Nie pociągnie też za sobą innych, z tego właśnie powodu, że będzie sam. Będzie produktem własnego talentu i harówki, a nie produktem systemu, który by prorokował następne podobne produkty.

Polskie kino jest w głównym nurcie polskie. I takie chyba pozostanie, niestety.


Wasz Andrew



* Nawet nasz Jan Paweł II zauważał, iż masy jako czynnik osądzający i przewodzący się nie sprawdzają, gdyż bliższe są raczej bezrozumnej tłuszczy niż świadomemu ploretariatowi. Inna sprawa, że koliduje to nieco z resztą głoszonych przez niego haseł.

refleksja zainspirowana konkursem w serwisie LubimyCzytać.pl

poniedziałek, 9 kwietnia 2012

Krytyka krytyków


Choć temat ten dojrzewał we mnie od dłuższego czasu, to do jego napisania akurat teraz zdopingowała mnie lektura powieści American Psycho pióra Breta Eastona Eblisa. Zebrała ona swego czasu entuzjastyczne oceny wśród krytyki, co absolutnie nie pokrywało się z odczuciami tak zwanych normalnych ludzi*. I sytuacja taka trwa chyba nadal.

American Psycho oceniłem zdecydowanie negatywnie. Pisząc recenzję książki Eblisa miałem wrażenie odczuwane już wcześniej wielokrotnie przy kontakcie z różnymi wytworami sztuki naszych czasów. Coraz częściej zdanie krytyków rozmija się z ocenami innych ludzi. Dlaczego tak jest?

Kiedyś odbiorcą dzieła sztuki, jego fundatorem i krytykiem była jedna i ta sama osoba. Ktoś, kto płacił, potem ze swym nabytkiem obcował. Musiało mu się to zamówione u artysty cudo podobać. Inaczej by nie zapłacił. Dzięki temu do dziś dzieła starych mistrzów podobają się wielu ludziom. Ceną za to była trudność we wprowadzaniu na rynek dzieł awangardowych. Wielu genialnych twórców zmarło nie doczekawszy się docenienia swoich dzieł.

Sytuacja ta zaczęła się zmieniać, gdy powstały, w dodatku do starego, sprawnie działającego układu, dwa nowe elementy. Zawodowi krytycy i mecenat państwa**. Cóż się bowiem w związku z tym stało?

Krytycy byliby niepotrzebni, gdyby ich zdanie było takie samo jak pospólstwa. Po co by było zatrudniać wielce szacownego krytyka, gdyby to samo można było usłyszeć od wioskowego głupka? Naturalną więc chyba koleją rzeczy krytycy starają się pokazać, iż są mądrzejsi niż reszta, iż widzą sztukę tam, gdzie reszta widzi brzydotę.

Oczywiście, żeby racje zawodowych krytyków miały przełożenie na rzeczywistość, ktoś musiał dać papu twórcom różnych szkaradzieństw. I tu właśnie pięknie wpisał się państwowy mecenat. Płaci geniuszom tworzącym rzeczy, których większość ludzi nawet nie chce oglądać, ale które są chwalone przez „znawców”.

Zawodowi krytycy muszą być mniej lub bardziej spolegliwi wobec tych, którzy ich utrzymują. A ci z kolei też podlegają wpływom innych osób. Tylko tak można wytłumaczyć uznawanie za wielkie dzieła rzeczy wyglądające jak twory upośledzonego umysłu. Tylko tak można wytłumaczyć sukcesy wielokrotnie powtarzanych numerów z obrazami malowanymi przez zwierzęta i przemycanymi na różne wystawy oraz konkursy jako dzieła nowych artystów. Tylko tak można tłumaczyć wielki i zgodny chór, który potępia pokazywanie seksu nazywając to pornografią, ale zachwyca się pokazywaniem seksu z użyciem przemocy aż do gwałtu i morderstwa włącznie, nazywając to „studium psychopatycznego mordercy”***.

Nie żebym twierdził, iż krytycy są zbędni. Ich wiedza na pewno jest cenna, jeśli potrafimy ją właściwie wykorzystać. Przede wszystkim nie powinniśmy jednak słuchać ich bezkrytycznie i wierzyć im bardziej, niż własnym odczuciom. A przede wszystkim powinniśmy myśleć i samych krytyków też krytycznie oceniać.


Wasz Andrew



* Powieść wzbudziła w wielu odbiorcach bardzo negatywne odczucia. Najbardziej jaskrawym przykładem jest fakt, iż część kobiet zatrudnionych przy pierwszym wydaniu książki w USA odmówiło pracy po zapoznaniu się z treścią American Psycho.
** Mam tu na myśli nie dosłownie mecenat państwowy, ale wszelkie formy mecenatu inne, niż finansowanie przez osobę prywatną, lub grupę takich osób.
*** często używany zwrot w recenzjach, choćby wspomnianej powieści American Psycho

niedziela, 8 kwietnia 2012

Mistrz Ciętej Riposty



Poszedł mały Jasio do cyrku i tak się złożyło, ze musiał usiąść w pierwszym rzędzie.

Rozpoczął się występ i na arenę wychodzi Klaun Szyderca.

Podchodzi do Jasia i pyta:
- Jak masz na imię?
- Jasiu.
- A wiec Jasiu, czy ty jesteś głową krowy?
- Nie.
- A czy ty jesteś tułowiem krowy?
- Nie.
- A wiec Jasiu, ty jesteś dupa wolowa HAHAHA! (zaśmiał się szyderczo Klaun Szyderca).
Smutny Jasio wrócił do domu, opowiedział wszystko tacie, na co ten mu mówi:

- Jasiu, jutro tez pójdziesz do cyrku.
- Ale jak to? Do cyrku? A Klaun Szyderca? Znowu będzie się śmiał.
- Nie martw się Jasiu, tym razem pójdzie z tobą Wujek Staszek - Mistrz Ciętej Riposty.
No i tak się stało. Następnego dnia poszli Jaś i Wujek Staszek – Mistrz Ciętej Riposty - do cyrku, usiedli w pierwszym rzędzie i czekają na występ Klauna Szydercy.

Wychodzi wiec Klaun Szyderca na arenę i zaczyna swój znany występ.

Podchodzi do Jasia pyta:
- Jasiu, czy ty jesteś głową krowy?
Na co Wujek Staszek Mistrz Ciętej Riposty:
- Spierdalaj !

sobota, 7 kwietnia 2012

Wsparcie



Mój kumpel jest mistrzem.
Panna w klasie wygłasza jakiś referat, strasznie stremowana.
Babka mówi - no klasa, dajcie dziewczynie jakiś doping, żeby taka speszona nie stała.
A kumpel z końca sali - Fajne masz cycki Aśka!

piątek, 6 kwietnia 2012

Samobójstwo



Wiktor Suworow

Samobójstwo
(Cамоубийство)

Samobójstwo jest kolejną książką znanego pisarza rosyjskiego pochodzenia Wiktora Suworowa. Jest on autorem udanych powieści różnych gatunków, jednak największe sukcesy i sławę zdobył jako historyk propagujący własną tezę o wiodącej roli komunizmu ZSRR w doprowadzeniu do II Wojny Światowej. Ukazał również prawdziwe, niespotykane dotąd w dziejach ambicje radzieckiego imperializmu i prawdziwe oblicze sowieckiego mocarstwa, za co został zaocznie skazany na śmierć. Samobójstwo jest kolejną pozycją z tego, ściśle historycznego, nurtu pisarskiej twórczości Suworowa, zapoczątkowanego przez kultowy już Lodołamacz.

Choć mamy do czynienia z pracą zawierającą bardzo wiele cytatów i opatrzoną mnóstwem przypisów, czyta się ją jak najlepszą beletrystykę. Nie przeszkadzają absolutnie efekty działalności chochlików drukarskich, które tu i ówdzie napotykamy. Jakkolwiek jedyną atrakcją graficzną jest niespełna trzydzieści zdjęć zamieszczonych w środku książki, treść jest prawdziwie fascynująca i wciąga do tego stopnia, iż trudno się oderwać. Autor obala mity oficjalnej wersji historii wykute w gabinetach ideologów radzieckiego komunizmu i rozpowszechnione w całym świecie niczym jakaś umysłowa pandemia. Wskazuje przyczyny dla których takie właśnie widzenie czasów wojny rozpowszechniano i kto za tym stał.

Oczywiście, nie każdy i nie ze wszystkimi szczegółami tez autora musi się zgodzić, Zwłaszcza oporni są zawodowi historycy, którzy w przeszłości pomagali tworzyć, upowszechniać i utrwalać jedynie słuszne poglądy made in USRR. Jednak każdy Polak, zwłaszcza patriota, książkę tę powinien uważnie przeczytać. Również każdy, kto się interesuje historią. Nawet jeśli nie jesteśmy zainteresowani czasami nowożytnymi, twórczość Wiktora Suworowa może stanowić podręcznik krytycznego, dociekliwego podejścia do oklepanych prawd i dochodzenia do prawdy nawet bez dostępu do nowych źródeł.

Dla Polaków to pozycja szczególnie ważna i dziwię się, iż kraj pełen rusofobów, którzy powinni się rzucić na dzieła Suworowa niczym wygłodniałe psy na soczystą kość, tak mało wie o twórczości tego wybitnego historyka. Widać już pewne owoce jego tytanicznej pracy, jego walki z całym światem do niedawna wierzącym w inną historię faszyzmu i komunizmu. Już mamy pierwsze zmiany w podręcznikach historii do naszych szkół, jak choćby stwierdzenie, iż „Stalin sam planował atak na III Rzeszę”*. Jednak wciąż przed nami ogrom pracy, by zmienić nasze widzenie świata, które otrzymaliśmy w spadku po komunizmie. Dalej boimy się napisać w podręcznikach, iż Stalin zamierzał zaatakować nie III Rzeszę, a całą Europę i świat. Wciąż piszemy w podręcznikach, iż atak Niemiec na ZSRR był „starannie przygotowany”*. Wciąż piszemy*, iż w 1939 Niemcy Polskę „zaatakowały”, a Sowieci do nas „wkroczyli”. Wciąż w podręcznikach cały rozdział poświęcamy „Zbrodniom hitleryzmu”, ale zbrodniom komunizmu żadnego rozdziału nie poświęcamy, choć liczbą ofiar, czasem trwania, zasięgiem i wpływami na losy świata ten drugi odcisnął o wiele wyraźniejsze piętno.

Jak już wcześniej wspomniałem, nie każdy i nie ze wszystkimi wnioskami z Samobójstwa się zgodzi. Zresztą tak być powinno. Tyle historii ile narodów, ilu ludzi nawet. Tak jest lepiej. Jednomyślność to pokusa z piekła rodem. Dlatego powinniśmy czytać książki takie, jak ta, i polecać je dalej. By w końcu wykorzenić ze świadomości społecznej zaszczepiony nam przez zawodowych historyków bajkopisarzy mit jednej prawdy, jednej historii i obiektywnej racji. By oduczyć młode pokolenie postrzegania historii jako zbioru dat, formułek i raz na zawsze uświęconych komunałów. By zobaczyć i pokazać innym, że historia to zależności pomiędzy procesami i logika jako narzędzie weryfikacji różnych stwierdzeń. To dociekanie i wykrywanie fałszu, ciągłe poszukiwanie prawdy.

Kończąc zapewniam Was raz jeszcze, iż każdy kogo historia choć troszeczkę interesuje, powinien się z Samobójstwem spotkać. A dlaczego tytuł właśnie taki dziwaczny? Poczytajcie sami. Polecam gorąco


Wasz Andrew



* Wszystkie cytaty z Podręcznika do historii dla klasy trzeciej gimnazjum PRZEZ WIEKI 3 Jan Wendt Wyd. Era Sp. z o.o. 2007

Samobójstwo [Wiktor Suworow]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

czwartek, 5 kwietnia 2012

Pełna kontrola



Pełna kontrola (oryg. Total ControlDavida Baldacci napełniała mnie obawami, gdy po nią sięgałem. Gruba, tytuł jakiś taki podejrzany... W dodatku te pochlebne recenzje amerykańskich krytyków, na których już tyle razy się zawiodłem.. No cóż, raz kozie śmierć – otworzyłem i zacząłem czytać.


Powieść zaczyna się mocnym akcentem. Bardzo skutecznym zamachem na amerykański samolot przewożący 174 pasażerów na trasie z Waszyngtonu do Los Angeles. Wszyscy pasażerowie i cała siedmioosobowa załoga giną na miejscu. Szybko się dowiadujemy, iż głównymi bohaterami będą piękna i inteligentna, bo jakżeby inaczej, Sidney Archer, prawniczka prawdopodobnie najlepszej firmy prawniczej z Waszyngtonu, której mąż miał polecieć jako pasażer feralną maszyną oraz agent specjalny FBI Lee Sawyer, prawdziwy weteran trudnych spraw, który zamierza wykryć sprawców zamachu. Sidney jeszcze nie dojdzie do siebie po wiadomości o stracie ukochanego, by już stać się obiektem nagonki ze strony mediów i podejrzeń ze strony policji a także innych służb. Rychło się bowiem wyda, że jej mąż był zamieszany w jakieś podejrzane machinacje, zdefraudował miliony dolarów i w ogóle nie wsiadł do maszyny, na której lot wykupił bilety. W dodatku nikt nie wie, gdzie się podział, co stawia i jego, i jego żonę, w bardzo podejrzanej sytuacji. Co dalej tradycyjnie nie będę ujawniał, by nie psuć innym świetnej rozrywki, jaką miałem przy tej lekturze.

Już się wygadałem. Książka jest świetna. Choć gruba, czyta się ją błyskawicznie, czemu sprzyja podzielenie na bardzo krótkie rozdziały. Porywająca akcja wciąga czytelnika, który nagle stwierdza, że się przy lekturze zasiedział i przegapił ulubiony serial. Baldacci dość sprawnie buduje klimat napięcia i zaciekawienia. Zmusza nas do prób odgadnięcia sedna intrygi, co prawie do końca nie uda nam się więcej niż w połowie. Jakkolwiek fabuła nie jest zbytnio skomplikowana ani rozbudowana, rzecz jest interesująca. Stanowi ciekawy kamyczek do ogródka, w którym już nieraz buszowałem i do którego jeszcze pewnikiem wielokrotnie powrócę. To sprawa kontroli. Kontroli nad wykorzystaniem nowoczesnych technologii i kontroli nad tymi, którzy kontrolują*. Temat tym bardziej na czasie, gdyż Polska zdobyła pierwsze miejsce w Europie nie tylko w niepłaceniu abonamentu RTV, lecz również w poziomie inwigilacji  społeczeństwa przez najrozmaitsze instytucje, i nie tylko instytucje.

Główne postacie są nieco komiksowe, piękna niewiasta potrzebująca pomocy, sterany służbą rycerz w srebrnej zbroi, niesympatyczne czarne charaktery, lecz to w tej typowo rozrywkowej konwencji, z pogranicza kryminału, sensacji i thrillera, jest to absolutnie zjadliwe. Nawet bardzo, bym powiedział, smakowite. Wyraźne wskazanie na dobrą zabawę pozwalającą całkiem skutecznie oderwać się od błahych, ale męczących swą permanentnością, problemów dnia codziennego.

Polecam zdecydowanie wszystkim miłośników akcji, tajemnic, spisków i nowych technologii. Choć to książka raczej jednorazowa, interesująca między innymi przez zagadki, których rozwiązania po pierwszej lekturze już znamy, to polecam ją jako nieco sztampową, ale absolutnie perfekcyjną w swej klasie dawkę dobrej rozrywki


Wasz Andrew



* W miarę jak komputery na całym świecie łączą się coraz szybciej w globalną sieć, rośnie również niebezpieczeństwo, że pewnego dnia znajdzie się osoba, która zapragnie przejąć „pełną kontrolę” nad niektórymi ważnymi aspektami naszego życia. Ja zaś, cytując słowa Lee Sawyera, pytam: „A jeśli to będzie czarny charakter?” David Baldacci

środa, 4 kwietnia 2012

Toliny



Conn Iggulden, dotychczas postrzegany jako autor powieści historycznych, tym razem zaoferował nam coś z całkiem innej branży. Zaskoczył nas Tolinami. To pierwsza, od wielu, wielu lat, książka dla dzieci, jaka trafiła w moje ręce. Budząca zaufanie solidność i godna pochwały estetyka wydania nie jest zapewne bez znaczenia, gdy rzecz jest adresowana do małego czytelnika. Szata graficzna momentami przeważa nawet nad treścią, co może też nie jest złym pomysłem; kolorowe i bardzo oryginalne ilustracje mogą być wielkim atutem dla dzieci.


Od dawna nie jestem dzieckiem, przynajmniej nie wyglądam, ale pamiętam, iż w młodych latach najbardziej lubiłem bajki bez ilustracji. Gdy czytali mi rodzice i tak ich nie widziałem. Wolałem leżeć z zamkniętymi oczami i wyobrażać sobie rycerzy, smoki oraz piękne królewny. Może w odwrotnej kolejności. Kiedy już sam czytałem, też wolałem treść niż obrazki, z tych samych powodów. Pewnie nie wszystkie dzieci są takie, ale mniemam, iż wiele właśnie takich jest. Z drugiej jednak strony rozumiem ludzi i dzieci, którzy wolą ilustracje i muszę stwierdzić, iż bardzo wielkim plusem Tolinów jest niezwykle rzadko spotykane współgranie ilustracji z treścią, zadowalająca nawet takiego starego, wymagającego czytelnika jak ja. Grafika nie tylko nie kłóci się z wyobraźnią uruchamianą tekstem, ale wręcz ją dopinguje. W dodatku tekst i ilustracje połączone są specyficznym, niepowtarzalnym, wielopoziomowym poczuciem humoru.

Toliny to takie małe stworzonka, jakby ludziki ze skrzydełkami. Żyją w naszym ludzkim świecie z początku XX wieku. Wraz z Tolinami są też małe duszki, jeszcze mniejsze od nich, też ze skrzydełkami. Przez wieki ludzie, poza małymi dziećmi, których i tak nikt nie słucha, nie mogli zobaczyć Tolinów, a z kolei prawo Tolinów zabraniało im kontaktów z ludźmi. I tak żyli sobie jedni i drudzy. Toliny unikały ludzi, a ludzie o nich nie wiedzieli. O duszkach nie mówię, gdyż ich ludzie w ogóle zobaczyć nie mogli, więc jakby nie do końca istniały. Wszystko się zmieniło, gdy przypadkiem jeden z Tolinów dostał się do ludzkiej tuby ze sztucznymi ogniami i został wraz z nimi wystrzelony w powietrze. Ludzie go nie zobaczyli, ale zauważyli, iż te fajerwerki były wyjątkowo udane. Poszukując składnika polepszającego ich pirotechniczne zabawki, w końcu dowiedzieli się jak można zobaczyć Toliny, no i się zaczęło.

Główną postacią bajki jest Iskrzak. To młody, bystry Tolin o zacięciu badawczym. Taki młody wynalazca-racjonalizator i szalony uczony w jednym. Będzie musiał się zmierzyć z problemami, jakie staną przed społecznością Tolinów z powodu ludzi i nie tylko. Co i jak nie będę zdradzał, gdyż lektura tej książki jest świetną rozrywką, oryginalną i pełną świetnych pomysłów, choć dla mnie troszkę za krótką.

No właśnie. Dochodzę do sedna. Fizyczność książki, podobnie jak i pełny tytuł*, świadczą, iż ta perełka jest adresowana do dzieci. I tutaj mam ambiwalentne odczucia. Toliny są jedną wielką alegorią z licznymi odniesieniami do nauki, polityki i wielu innych trudnych tematów. Nie bardzo sobie wyobrażam, by dziecko było w stanie samo wyłapać wszystkie smaczki z tej lektury. Wszystkie żarciki i wszystkie odniesienia. Ba – nawet nie sądzę, by przeciętny rodzic z marszu mógł odpowiedzieć dziecku na wszystkie pytania**, które są wprost, i nie tylko, zawarte w Tolinach.

Myślę, że tę książkę po raz pierwszy dzieciom powinni przeczytać rodzice. Będą się cieszyć z tej lektury równie jak dzieci, a może i bardziej, choć na innym poziomie odbioru. Poza tym, co szczególnie cenne, będą mogli zainteresować dziecko pytaniami w niej zawartymi i spróbować odkryć trochę praw fizyki, realiów polityki i poprawności politycznej. Wymaga to niestety zastanowienia nad odpowiedziami. Choćby problem Tolinów wykorzystujących duszki nie jako niewolników nawet, ale jako chustki do nosa.

Reasumując mogę stwierdzić, iż Toliny to świetna rozrywka dla dorosłych, o ile będą ją czytać sami. Jeśli zamierzają ją przeczytać dziecku, a ich pociecha okaże się dociekliwym pytalskim, to będą mieli za swoje. Czeka ich kawał ciężkiej pracy, ale czyż nie o to chodzi? Ucząc bawić, bawiąc uczyć. W tej konwencji Conn Iggulden spisał się po mistrzowsku, o czym gorąco Was zapewniam. A jak się spodoba dzieciom, gdy je pozostawimy z tą lekturą sam na sam? O to się ich sami zapytajcie


Wasz Andrew



* Toliny. Wystrzałowe opowieści dla dzieci.
** Choćby: Dlaczego niebo jest niebieskie?