Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.

niedziela, 8 kwietnia 2012

Mistrz Ciętej Riposty



Poszedł mały Jasio do cyrku i tak się złożyło, ze musiał usiąść w pierwszym rzędzie.

Rozpoczął się występ i na arenę wychodzi Klaun Szyderca.

Podchodzi do Jasia i pyta:
- Jak masz na imię?
- Jasiu.
- A wiec Jasiu, czy ty jesteś głową krowy?
- Nie.
- A czy ty jesteś tułowiem krowy?
- Nie.
- A wiec Jasiu, ty jesteś dupa wolowa HAHAHA! (zaśmiał się szyderczo Klaun Szyderca).
Smutny Jasio wrócił do domu, opowiedział wszystko tacie, na co ten mu mówi:

- Jasiu, jutro tez pójdziesz do cyrku.
- Ale jak to? Do cyrku? A Klaun Szyderca? Znowu będzie się śmiał.
- Nie martw się Jasiu, tym razem pójdzie z tobą Wujek Staszek - Mistrz Ciętej Riposty.
No i tak się stało. Następnego dnia poszli Jaś i Wujek Staszek – Mistrz Ciętej Riposty - do cyrku, usiedli w pierwszym rzędzie i czekają na występ Klauna Szydercy.

Wychodzi wiec Klaun Szyderca na arenę i zaczyna swój znany występ.

Podchodzi do Jasia pyta:
- Jasiu, czy ty jesteś głową krowy?
Na co Wujek Staszek Mistrz Ciętej Riposty:
- Spierdalaj !

sobota, 7 kwietnia 2012

Wsparcie



Mój kumpel jest mistrzem.
Panna w klasie wygłasza jakiś referat, strasznie stremowana.
Babka mówi - no klasa, dajcie dziewczynie jakiś doping, żeby taka speszona nie stała.
A kumpel z końca sali - Fajne masz cycki Aśka!

piątek, 6 kwietnia 2012

Samobójstwo



Wiktor Suworow

Samobójstwo
(Cамоубийство)

Samobójstwo jest kolejną książką znanego pisarza rosyjskiego pochodzenia Wiktora Suworowa. Jest on autorem udanych powieści różnych gatunków, jednak największe sukcesy i sławę zdobył jako historyk propagujący własną tezę o wiodącej roli komunizmu ZSRR w doprowadzeniu do II Wojny Światowej. Ukazał również prawdziwe, niespotykane dotąd w dziejach ambicje radzieckiego imperializmu i prawdziwe oblicze sowieckiego mocarstwa, za co został zaocznie skazany na śmierć. Samobójstwo jest kolejną pozycją z tego, ściśle historycznego, nurtu pisarskiej twórczości Suworowa, zapoczątkowanego przez kultowy już Lodołamacz.

Choć mamy do czynienia z pracą zawierającą bardzo wiele cytatów i opatrzoną mnóstwem przypisów, czyta się ją jak najlepszą beletrystykę. Nie przeszkadzają absolutnie efekty działalności chochlików drukarskich, które tu i ówdzie napotykamy. Jakkolwiek jedyną atrakcją graficzną jest niespełna trzydzieści zdjęć zamieszczonych w środku książki, treść jest prawdziwie fascynująca i wciąga do tego stopnia, iż trudno się oderwać. Autor obala mity oficjalnej wersji historii wykute w gabinetach ideologów radzieckiego komunizmu i rozpowszechnione w całym świecie niczym jakaś umysłowa pandemia. Wskazuje przyczyny dla których takie właśnie widzenie czasów wojny rozpowszechniano i kto za tym stał.

Oczywiście, nie każdy i nie ze wszystkimi szczegółami tez autora musi się zgodzić, Zwłaszcza oporni są zawodowi historycy, którzy w przeszłości pomagali tworzyć, upowszechniać i utrwalać jedynie słuszne poglądy made in USRR. Jednak każdy Polak, zwłaszcza patriota, książkę tę powinien uważnie przeczytać. Również każdy, kto się interesuje historią. Nawet jeśli nie jesteśmy zainteresowani czasami nowożytnymi, twórczość Wiktora Suworowa może stanowić podręcznik krytycznego, dociekliwego podejścia do oklepanych prawd i dochodzenia do prawdy nawet bez dostępu do nowych źródeł.

Dla Polaków to pozycja szczególnie ważna i dziwię się, iż kraj pełen rusofobów, którzy powinni się rzucić na dzieła Suworowa niczym wygłodniałe psy na soczystą kość, tak mało wie o twórczości tego wybitnego historyka. Widać już pewne owoce jego tytanicznej pracy, jego walki z całym światem do niedawna wierzącym w inną historię faszyzmu i komunizmu. Już mamy pierwsze zmiany w podręcznikach historii do naszych szkół, jak choćby stwierdzenie, iż „Stalin sam planował atak na III Rzeszę”*. Jednak wciąż przed nami ogrom pracy, by zmienić nasze widzenie świata, które otrzymaliśmy w spadku po komunizmie. Dalej boimy się napisać w podręcznikach, iż Stalin zamierzał zaatakować nie III Rzeszę, a całą Europę i świat. Wciąż piszemy w podręcznikach, iż atak Niemiec na ZSRR był „starannie przygotowany”*. Wciąż piszemy*, iż w 1939 Niemcy Polskę „zaatakowały”, a Sowieci do nas „wkroczyli”. Wciąż w podręcznikach cały rozdział poświęcamy „Zbrodniom hitleryzmu”, ale zbrodniom komunizmu żadnego rozdziału nie poświęcamy, choć liczbą ofiar, czasem trwania, zasięgiem i wpływami na losy świata ten drugi odcisnął o wiele wyraźniejsze piętno.

Jak już wcześniej wspomniałem, nie każdy i nie ze wszystkimi wnioskami z Samobójstwa się zgodzi. Zresztą tak być powinno. Tyle historii ile narodów, ilu ludzi nawet. Tak jest lepiej. Jednomyślność to pokusa z piekła rodem. Dlatego powinniśmy czytać książki takie, jak ta, i polecać je dalej. By w końcu wykorzenić ze świadomości społecznej zaszczepiony nam przez zawodowych historyków bajkopisarzy mit jednej prawdy, jednej historii i obiektywnej racji. By oduczyć młode pokolenie postrzegania historii jako zbioru dat, formułek i raz na zawsze uświęconych komunałów. By zobaczyć i pokazać innym, że historia to zależności pomiędzy procesami i logika jako narzędzie weryfikacji różnych stwierdzeń. To dociekanie i wykrywanie fałszu, ciągłe poszukiwanie prawdy.

Kończąc zapewniam Was raz jeszcze, iż każdy kogo historia choć troszeczkę interesuje, powinien się z Samobójstwem spotkać. A dlaczego tytuł właśnie taki dziwaczny? Poczytajcie sami. Polecam gorąco


Wasz Andrew



* Wszystkie cytaty z Podręcznika do historii dla klasy trzeciej gimnazjum PRZEZ WIEKI 3 Jan Wendt Wyd. Era Sp. z o.o. 2007

Samobójstwo [Wiktor Suworow]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

czwartek, 5 kwietnia 2012

Pełna kontrola



Pełna kontrola (oryg. Total ControlDavida Baldacci napełniała mnie obawami, gdy po nią sięgałem. Gruba, tytuł jakiś taki podejrzany... W dodatku te pochlebne recenzje amerykańskich krytyków, na których już tyle razy się zawiodłem.. No cóż, raz kozie śmierć – otworzyłem i zacząłem czytać.


Powieść zaczyna się mocnym akcentem. Bardzo skutecznym zamachem na amerykański samolot przewożący 174 pasażerów na trasie z Waszyngtonu do Los Angeles. Wszyscy pasażerowie i cała siedmioosobowa załoga giną na miejscu. Szybko się dowiadujemy, iż głównymi bohaterami będą piękna i inteligentna, bo jakżeby inaczej, Sidney Archer, prawniczka prawdopodobnie najlepszej firmy prawniczej z Waszyngtonu, której mąż miał polecieć jako pasażer feralną maszyną oraz agent specjalny FBI Lee Sawyer, prawdziwy weteran trudnych spraw, który zamierza wykryć sprawców zamachu. Sidney jeszcze nie dojdzie do siebie po wiadomości o stracie ukochanego, by już stać się obiektem nagonki ze strony mediów i podejrzeń ze strony policji a także innych służb. Rychło się bowiem wyda, że jej mąż był zamieszany w jakieś podejrzane machinacje, zdefraudował miliony dolarów i w ogóle nie wsiadł do maszyny, na której lot wykupił bilety. W dodatku nikt nie wie, gdzie się podział, co stawia i jego, i jego żonę, w bardzo podejrzanej sytuacji. Co dalej tradycyjnie nie będę ujawniał, by nie psuć innym świetnej rozrywki, jaką miałem przy tej lekturze.

Już się wygadałem. Książka jest świetna. Choć gruba, czyta się ją błyskawicznie, czemu sprzyja podzielenie na bardzo krótkie rozdziały. Porywająca akcja wciąga czytelnika, który nagle stwierdza, że się przy lekturze zasiedział i przegapił ulubiony serial. Baldacci dość sprawnie buduje klimat napięcia i zaciekawienia. Zmusza nas do prób odgadnięcia sedna intrygi, co prawie do końca nie uda nam się więcej niż w połowie. Jakkolwiek fabuła nie jest zbytnio skomplikowana ani rozbudowana, rzecz jest interesująca. Stanowi ciekawy kamyczek do ogródka, w którym już nieraz buszowałem i do którego jeszcze pewnikiem wielokrotnie powrócę. To sprawa kontroli. Kontroli nad wykorzystaniem nowoczesnych technologii i kontroli nad tymi, którzy kontrolują*. Temat tym bardziej na czasie, gdyż Polska zdobyła pierwsze miejsce w Europie nie tylko w niepłaceniu abonamentu RTV, lecz również w poziomie inwigilacji  społeczeństwa przez najrozmaitsze instytucje, i nie tylko instytucje.

Główne postacie są nieco komiksowe, piękna niewiasta potrzebująca pomocy, sterany służbą rycerz w srebrnej zbroi, niesympatyczne czarne charaktery, lecz to w tej typowo rozrywkowej konwencji, z pogranicza kryminału, sensacji i thrillera, jest to absolutnie zjadliwe. Nawet bardzo, bym powiedział, smakowite. Wyraźne wskazanie na dobrą zabawę pozwalającą całkiem skutecznie oderwać się od błahych, ale męczących swą permanentnością, problemów dnia codziennego.

Polecam zdecydowanie wszystkim miłośników akcji, tajemnic, spisków i nowych technologii. Choć to książka raczej jednorazowa, interesująca między innymi przez zagadki, których rozwiązania po pierwszej lekturze już znamy, to polecam ją jako nieco sztampową, ale absolutnie perfekcyjną w swej klasie dawkę dobrej rozrywki


Wasz Andrew



* W miarę jak komputery na całym świecie łączą się coraz szybciej w globalną sieć, rośnie również niebezpieczeństwo, że pewnego dnia znajdzie się osoba, która zapragnie przejąć „pełną kontrolę” nad niektórymi ważnymi aspektami naszego życia. Ja zaś, cytując słowa Lee Sawyera, pytam: „A jeśli to będzie czarny charakter?” David Baldacci

środa, 4 kwietnia 2012

Toliny



Conn Iggulden, dotychczas postrzegany jako autor powieści historycznych, tym razem zaoferował nam coś z całkiem innej branży. Zaskoczył nas Tolinami. To pierwsza, od wielu, wielu lat, książka dla dzieci, jaka trafiła w moje ręce. Budząca zaufanie solidność i godna pochwały estetyka wydania nie jest zapewne bez znaczenia, gdy rzecz jest adresowana do małego czytelnika. Szata graficzna momentami przeważa nawet nad treścią, co może też nie jest złym pomysłem; kolorowe i bardzo oryginalne ilustracje mogą być wielkim atutem dla dzieci.


Od dawna nie jestem dzieckiem, przynajmniej nie wyglądam, ale pamiętam, iż w młodych latach najbardziej lubiłem bajki bez ilustracji. Gdy czytali mi rodzice i tak ich nie widziałem. Wolałem leżeć z zamkniętymi oczami i wyobrażać sobie rycerzy, smoki oraz piękne królewny. Może w odwrotnej kolejności. Kiedy już sam czytałem, też wolałem treść niż obrazki, z tych samych powodów. Pewnie nie wszystkie dzieci są takie, ale mniemam, iż wiele właśnie takich jest. Z drugiej jednak strony rozumiem ludzi i dzieci, którzy wolą ilustracje i muszę stwierdzić, iż bardzo wielkim plusem Tolinów jest niezwykle rzadko spotykane współgranie ilustracji z treścią, zadowalająca nawet takiego starego, wymagającego czytelnika jak ja. Grafika nie tylko nie kłóci się z wyobraźnią uruchamianą tekstem, ale wręcz ją dopinguje. W dodatku tekst i ilustracje połączone są specyficznym, niepowtarzalnym, wielopoziomowym poczuciem humoru.

Toliny to takie małe stworzonka, jakby ludziki ze skrzydełkami. Żyją w naszym ludzkim świecie z początku XX wieku. Wraz z Tolinami są też małe duszki, jeszcze mniejsze od nich, też ze skrzydełkami. Przez wieki ludzie, poza małymi dziećmi, których i tak nikt nie słucha, nie mogli zobaczyć Tolinów, a z kolei prawo Tolinów zabraniało im kontaktów z ludźmi. I tak żyli sobie jedni i drudzy. Toliny unikały ludzi, a ludzie o nich nie wiedzieli. O duszkach nie mówię, gdyż ich ludzie w ogóle zobaczyć nie mogli, więc jakby nie do końca istniały. Wszystko się zmieniło, gdy przypadkiem jeden z Tolinów dostał się do ludzkiej tuby ze sztucznymi ogniami i został wraz z nimi wystrzelony w powietrze. Ludzie go nie zobaczyli, ale zauważyli, iż te fajerwerki były wyjątkowo udane. Poszukując składnika polepszającego ich pirotechniczne zabawki, w końcu dowiedzieli się jak można zobaczyć Toliny, no i się zaczęło.

Główną postacią bajki jest Iskrzak. To młody, bystry Tolin o zacięciu badawczym. Taki młody wynalazca-racjonalizator i szalony uczony w jednym. Będzie musiał się zmierzyć z problemami, jakie staną przed społecznością Tolinów z powodu ludzi i nie tylko. Co i jak nie będę zdradzał, gdyż lektura tej książki jest świetną rozrywką, oryginalną i pełną świetnych pomysłów, choć dla mnie troszkę za krótką.

No właśnie. Dochodzę do sedna. Fizyczność książki, podobnie jak i pełny tytuł*, świadczą, iż ta perełka jest adresowana do dzieci. I tutaj mam ambiwalentne odczucia. Toliny są jedną wielką alegorią z licznymi odniesieniami do nauki, polityki i wielu innych trudnych tematów. Nie bardzo sobie wyobrażam, by dziecko było w stanie samo wyłapać wszystkie smaczki z tej lektury. Wszystkie żarciki i wszystkie odniesienia. Ba – nawet nie sądzę, by przeciętny rodzic z marszu mógł odpowiedzieć dziecku na wszystkie pytania**, które są wprost, i nie tylko, zawarte w Tolinach.

Myślę, że tę książkę po raz pierwszy dzieciom powinni przeczytać rodzice. Będą się cieszyć z tej lektury równie jak dzieci, a może i bardziej, choć na innym poziomie odbioru. Poza tym, co szczególnie cenne, będą mogli zainteresować dziecko pytaniami w niej zawartymi i spróbować odkryć trochę praw fizyki, realiów polityki i poprawności politycznej. Wymaga to niestety zastanowienia nad odpowiedziami. Choćby problem Tolinów wykorzystujących duszki nie jako niewolników nawet, ale jako chustki do nosa.

Reasumując mogę stwierdzić, iż Toliny to świetna rozrywka dla dorosłych, o ile będą ją czytać sami. Jeśli zamierzają ją przeczytać dziecku, a ich pociecha okaże się dociekliwym pytalskim, to będą mieli za swoje. Czeka ich kawał ciężkiej pracy, ale czyż nie o to chodzi? Ucząc bawić, bawiąc uczyć. W tej konwencji Conn Iggulden spisał się po mistrzowsku, o czym gorąco Was zapewniam. A jak się spodoba dzieciom, gdy je pozostawimy z tą lekturą sam na sam? O to się ich sami zapytajcie


Wasz Andrew



* Toliny. Wystrzałowe opowieści dla dzieci.
** Choćby: Dlaczego niebo jest niebieskie?

wtorek, 3 kwietnia 2012

Eden



Eden Stanisława Lema przeczytałem po raz pierwszy kilkadziesiąt lat temu. Niedawno odświeżyłem znajomość z tą powieścią i okazało się, iż znów jestem pod wrażeniem. Inaczej, ale na pewno nie mniej intensywnie.


Powiedziałbym, że na pierwszy rzut oka mamy w tej książce do czynienia z klasycznym science fiction. Ziemski pojazd kosmiczny z załogą złożoną z sześciu osób przypadkiem ląduje, zdecydowanie awaryjnie, na planecie o wielce obiecującej nazwie Eden. Jak się niebawem okazuje, taki raj to to nie jest.

Naszych sześciu dzielnych chwatów rychło trafia na pierwsze ślady inteligentnego życia. Równie rychło, na podstawie dokonanych obserwacji, dochodzą do wniosku, że spotkanie z miejscowymi niekoniecznie będzie miało przyjazną atmosferę. Rozdzielają swe wysiłki pomiędzy uruchomienie systemów obronnych, zbieranie informacji o tubylcach i przygotowanie rakiety do startu na wypadek, gdyby trzeba się było z Edenu wynosić w trybie awaryjnym. Lem z niezwykłym wyczuciem buduje napięcie i głód informacji w umyśle czytelnika, który czuje się jakby sam był zaangażowany w poznawanie obcego świata.

Co dalej nie będę opisywał, gdyż czytanie tej książki po raz pierwszy dostarcza niesamowitych wrażeń czytelnikowi próbującemu, na podstawie zbieranych przez bohaterów okruchów wiedzy, odkryć jaki naprawdę jest świat nowej planety i jakie prawa rządzą zamieszkującymi go istotami.

Język jakim rzecz jest napisana, jest najwyższej klasy. To chyba wyznacznik całej twórczości Lema. Obcowanie z nim można porównać, i postawić na jednym poziomie, choćby z prozą Sienkiewicza. Opisy tajemniczej planety są prawdziwym rajem dla naszej wyobraźni, co zarazem stawia jej dość duże wymagania.

Można się spierać, czy Eden, wydany po raz pierwszy w 1959 roku, był komentarzem Mistrza do ówczesnych wydarzeń politycznych w Europie i zajęciem wobec nich stanowiska. Ja bym ten temat pominął, choć oczywiście takie skojarzenia same się nasuwają. Myślę, że wydźwięk tej powieści jest zarazem znacznie szerszy, niż odniesienie do aktualności politycznych i znacznie głębszy, niż rozważania o niemożności porozumienia pomiędzy społeczeństwami oddzielonymi od siebie zbyt wielkimi różnicami cywilizacyjnymi.

Już sam fakt, iż nasi kosmiczni śmiałkowie nie mają imion i konsekwentnie określani są przypisanymi im w strukturze załogi funkcjami*, daje nam do zrozumienia, że chodzi o jakiś schemat, o ogólniejsze rozumienie przesłania tej powieści. Zaryzykowałbym wniosek, iż przez główny problem, jakiego Eden dotyka, należy rozumieć niemożność bezpośredniej pomocy jakiemukolwiek znacznie odmiennemu od naszego społeczeństwu. Wsparcie mające charakter ingerencji z zewnątrz zawsze jest możliwe tylko z pozycji siły i jako takie nie może być skuteczne. Społeczeństwo będzie się przed nim bronić i zmusi do jego zanegowania nawet te grupy, do których było adresowane. Może nawet spowodować, iż adresaci pomocy będą tymi, którzy na konflikcie stracą najwięcej. Jak pokazuje nasza obecna rzeczywistość, z zewnątrz można pomagać tylko konkretnym ludziom, choćby ofiarom klęsk żywiołowych, ale nigdy niewydolnemu systemowi, który się neguje. Jedyna ewentualna droga do ingerencji w system to wspomaganie tych jego elementów, które popieramy. Należy mieć jednak wielką wiedzę o danym społeczeństwie, by nie przekroczyć progu, poza którym nastąpi wrogość panującego w nim systemu, gdyż wtedy pozostanie już tylko rozwiązanie siłowe, które więcej zniszczy niż zbuduje. Taka wiedza jest jednak w praktyce czymś wyjątkowym i dlatego wszelkie próby obalenia źle przez nas ocenianych stosunków społecznych w innych społeczeństwach w końcowym rozrachunku kończą się pogorszeniem, a nie polepszeniem sytuacji.**

Wielu zarzuca Edenowi, iż w warstwie technologicznej trąci myszką. Ja bym tego tak nie widział. Jedne rzeczy się minęły z, obserwowaną jako nasza teraźniejszość, przyszłością, a inne wręcz przeciwnie. Choćby drugi główny problem tkwiący w tle powieści, czyli biotechnologie; granice ich stosowania, problem hodowania lepszych pokoleń, selekcji i moralności w tej dziedzinie. To przecież jeden z wiodących dylematów naszych czasów. Również z nanotechnologią stosowaną przez dubeltów, jak Ziemianie nazwali miejscowych z Edenu, Lem trafił w dziesiątkę; wszak dziś brzmi to jak pieśń przyszłości. A lampy elektronowe? Cóż. Kto wie jak będzie w przyszłości. Wielu miłośników najnowszych technologii rodem z Media Marktu nawet nie wie, że najbardziej wyrafinowane wzmacniacze muzyczne są często oparte na lampach, podobnie jak część sprzętu wojskowego***. A słownictwo techniczne? Cóż. To taki smaczek. Jak patyna na starym dachu. Nie świadczy o tym, że zły albo dziurawy, tylko że ma swoje lata.

Biorąc wszystko pod uwagę, mogę z całą pewnością powiedzieć, iż Eden jest dziełem wybitnym. Poza warstwą przygodową w stylu klasycznego sf ma wątki zmuszające do naprawdę poważnych przemyśleń. Jedno nie kłóci się z drugim i cały czas możemy się cieszyć świetną rozrywką. Wszystko to doprawione piękną polszczyzną. Jest tylko jedno ale. To powieść dla ludzi z otwartym umysłem i wyobraźnią. Jeśli czytając inne książki, niekoniecznie nawet z gatunku fantastyki, widzieliście w Waszym umyśle postacie znane z ekranu lub życia, zamiast tworzyć absolutnie nowe, to będziecie mieli problem. Eden pokazuje nam świat całkowicie oryginalny i aby w niego wejść, trzeba zmusić swój umysł do większej kreatywności niż przy przeciętnej lekturze. Taka jest cena za obcowanie z dziełem, a zarazem warunek pełnego jego przeżywania, ale naprawdę warto, o czym z przekonaniem Was zapewniam


Wasz Andrew


* wyjątek to Inżynier - Henryk
** Przykładem choćby zaangażowanie USA w Afganistanie, gdzie Amerykanie najpierw wspomagali miejscowych o orientacji antyradzieckiej, a teraz muszą walczyć z wyhodowaną przez siebie armią partyzantów, która okazała się zarazem antydemokratyczna. Co będzie, gdy już wygrają? Czy nowa wyszkolona przez nich armia afgańska znów się przeciw nim nie zwróci? Zobaczymy.
*** Sprzęt wykorzystujący lampy jest bardziej odporny na impuls elektromagnetyczny.

Eden [Stanisław Lem]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

poniedziałek, 2 kwietnia 2012

Okiem psa



John Fisher

Okiem psa
Poradnik psiej psychologii

Trafiłem na tę książkę przed wielu laty; kiedy kupiłem pierwszego mojego psa. Wcześniej miałem już do czynienia, zarówno w teorii, jak i w praktyce, ale raczej biernie, z klasyczną tresurą psów, głównie ras „obronnych”. Te klasyczne metody od zawsze uważałem za mocno niedoskonałe. Owszem, sprawdzały się w układaniu psów służbowych i pracujących, ale doszedłem do wniosku, że dla mnie, chcącego mieć psa towarzysza, a nie psa narzędzie, są mocno niedoskonałe. No i nie podobało mi się bicie i inne podobne „środki wychowawcze”. Poza tym zauważałem ograniczenia „tresury” jako metody na ułożenie psa. Pies, nawet nauczony najbardziej wyszukanych sztuczek, nie gwarantował prawidłowego zachowania bez komendy.

Lektura książki Johna Fishera od samego początku okazała się fascynująca. To było jak objawienie. W opozycji do klasycznego ujęcia tematu, zamiast tresury proponuje wychowanie. Zamiast kar nagrody. Coś podobnego do nowoczesnego, godnego wychowania dzieci. Wychodząc od historii gatunku autor przybliża nam podstawowe informacje o psychice psa i przytaczając rozwiązania typowych problemów pokazuje, jak tę wiedzę stosować w praktyce. Zaczyna od samego początku, od wyboru szczeniaka. Potem prowadzi nas przez kolejne etapy psiego rozwoju aż do pełni psiego żywota – dojrzałości i ustalenia hierarchii w stadzie.

Pewnie nie ze wszystkim w tej książce można się zgodzić, ale krytycznie wykorzystując znajdującą się w niej wiedzę teoretyczną i praktyczne przykłady możemy wychować psa, który będzie naszym wspaniałym towarzyszem. Musimy oczywiście pamiętać o tym, że każdy pies, tak jak każde dziecko, jest niepowtarzalną indywidualnością. Nie zaszkodzi też zaglądnąć do innej, zwłaszcza nowszej literatury tematu, gdyż pewne elementy teorii stanowiącej motyw przewodni w Okiem psa są już mocno nieaktualne.

O ile niegrzeczny, rozkapryszony, agresywny mały pies nie jest wielkim problemem i co najwyżej źle świadczy o właścicielu, o tyle dla właścicieli dużych psów jest to pozycja wręcz obowiązkowa. Znajdą tam wiele rozwiązań konkretnych problemów, jak i szerszą wiedzę pozwalającą na twórcze podejście do wychowania swoich psiaków. Szkoda tylko, że nie ma w tej, ani w innych książkach, wyraźniejszego ostrzeżenia, że nawet najlepiej ułożony pies jest tylko zwierzęciem. Nie myśli jak człowiek a jego działaniem kierują instynkty. Jeśli, przykładowo, rozbudzimy w psie rodzinnym silny popęd do obrony dzieci, to ryzykujemy, że zaatakuje każdego, kto przez swe nietypowe zachowanie stworzy pozór zagrożenia dla nich. Pies nie zawsze odróżni udawane straszenie od rzeczywistego ataku. No, ale im groźniejszy pies, tym większej odpowiedzialności wymaga od właściciela. I to trzeba podkreślać zawsze i wszędzie. A i tak wszystkiego nie da się przewidzieć.

Reasumując: Okiem psa, jako chyba pierwsza tego typu książka na naszym rynku, godna jest i dzisiaj, mimo upływu czasu, przeczytania przez każdego, kto ma lub chce mieć psa. Nie można do niej podchodzić bezkrytycznie, ale warto posiąść zawartą w niej wiedzę teoretyczną i praktyczną. Na pewno się przyda, o czym Was zapewniam


Wasz Andrew

niedziela, 1 kwietnia 2012

Nuda w samolocie




W celu rozproszenia nudy podczas długiego lotu:

1. Wyjmujemy laptopa z torby i kładziemy na kolanach
2. Powoli i spokojnie otwieramy go
3. Włączamy
4. Upewniamy sie, ze osoba obok nas patrzy na ekran
5. Włączamy przeglądarkę internetową
6. Zamykamy oczy, wznosimy głowę ku niebu i poruszamy bezgłośnie wargami
7. Bierzemy głęboki wdech i klikamy na następujący link:
http://www.thecleverest.com/countdown.swf
8. Mina osoby obok - bezcenne!