Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.

poniedziałek, 26 marca 2012

Oczyszczenie



Wiktor Suworow

OCZYSZCZENIE
(Очищение)

Twórczość Suworowa* podzieliłbym na trzy grupy: wspomnieniową, beletrystyczną i historyczną. Oczyszczenie należy do tej trzeciej, najważniejszej moim zdaniem, części dorobku pisarza i choć czytałem poprzednie i następne jego książki, to ono mi dotąd jakoś umykało.

Rzecz jest kolejną odsłoną rozważań na temat głównych zdarzeń XX wieku jakimi była rewolucja w Rosji i II wojna światowa. Wielką zasługą Wiktora Suworowa jest to, iż był pierwszym, który z taką pasją i skutecznością spopularyzował pogląd, że komunizm był przyczyną wszelkich okropieństw II wojny. Ten kierunek nazywany jest nawet teorią Suworowa i ma coraz więcej zwolenników. Oczyszczenie traktuje jednak nie tylko o powodach II wojny i przyczynach, które nadały jej przebieg taki a nie inny. Ta książka jest wyjątkowa, gdyż pokazuje nam inny obraz komunizmu i jego przywódców niż ten, który był lansowany w dotychczasowej, oficjalnej wersji historii. Możemy zobaczyć to oczami Rosjanina, który choć uznany za zdrajcę i obarczony zaocznym wyrokiem skazującym na śmierć, jest żarliwym patriotą a miłość do Rosji bije z każdej jego książki.

Oczyszczenie, jak wszystkie dokumentalne książki Suworowa, powinien przeczytać każdy, kto interesuje się, zawodowo czy nie, historią czy polityką. A już obowiązkowo każdy Polak patriota. Tymczasem najbardziej żałosne jest iż, przykładowo w Wikipedii, wersja anglojęzyczna poświęca temu kilka razy więcej miejsca niż polska. Podobnie jego pierwsze publikacje większy oddźwięk znalazły wśród zawodowych historyków uwolnionej od komunizmu Rosji niż na Zachodzie. W Polsce zaś temat jest jakby ignorowany. Oficjalne publikacje obracają się głównie w obrazie ukutym za panowania PZPR. Tyle, że dorzucono do niego zbrodnie komunizmu i Cud nad Wisłą. Najbardziej znanym wyjątkiem podchodzącym dociekliwie do naszej, i nie tylko, historii jest Bogusław Wołoszański, za co należy mu się wielki szacunek.

Tak jak każda draka na Słońcu zagraża wszystkim planetom naszego Układu, tak każda wolta w Rosji w mniejszym lub większym stopniu odbija się na całej Europie, a na Polsce w szczególności. Bez znajomości motorów, które napędzały historię ZSRR, nie sposób poprawnie analizować historii Polski i Europy. Dlatego ta książka jest tak wartościowa. Niestety, jej lektura nie napawa optymistycznie. Ma się wrażenie, iż nasi przywódcy nie wyciągają żadnych nauk z przeszłości. Jedni potrząsają szabelką i pozują na antyrosyjski bastion, a inni liczą na sojusze. Te same, które nas już wcześniej zawiodły. Widząc, co dzieje się w naszej polityce i jednocześnie czytając Oczyszczenie, aż ciśnie się na usta wiekowa rymowanka**:

Cieszy mię ten rym: Polak mądry po szkodzie.
Lecz jeśli prawda i z tego nas zbodzie,
Nową przypowieść Polak sobie kupi
Że i przed szkodą, i po szkodzie głupi.

Czy kiedyś doczekamy się władcy, który zamiast się kierować fobiami*** lub wręcz tylko utrzymaniem się przy władzy dla niej samej, będzie dążył do Polski stabilnej i bogatej jak Szwecja i podobnie jak ona nikomu nie wadzącej?

Wielu recenzentów, a zwłaszcza profesjonalnych historyków, odsądza Oczyszczenie i inne książki Suworowa od prawdy historycznej i określa je jako nawiedzone interpretacje. Moim zdaniem ktoś, kto mówi o jedynej, obiektywnej prawdzie historycznej, sam się przekreśla nie tylko jako historyk, ale i jako osoba obdarzona intelektem. Każda wypowiedź o historii jest projekcją subiektywnej postawy autora, jeśli nie ogranicza się tylko do faktów. A historia to nie tylko fakty. Dlatego jest tyle historii ilu ludzi****. Każdy z nas ma swoją historię i widzi historię innych z odmiennego punktu odniesienia. Bo historia to nie tylko daty i dokumenty. Nie tylko oceny. To przede wszystkim zależności, przyczyny i skutki. Motywy. Dążenia. To wszystko jest historia i o tym właśnie w sposób pasjonujący Suworow potrafi pisać.

Niewielu z nas miało szczęście w młodości, w szkołach, nauczyć się logicznego myślenia, dociekania, krytycznej analizy. Wyciągania wniosków, poszukiwania zależności. Suworow pokazuje nam nie tylko wyniki swych rozważań, ale i ich mechanizm. Pokazuje sprzeczności w rozumowaniach swych oponentów i wyjaśnia dlaczego doszedł do swoich wniosków; z czego one wynikają. Przy tym nie pozuje na wielkiego historyka. Pisze językiem prostym, obrazowym i prawie powieściowym, przez co rzecz jest wciągająca i łatwa w odbiorze dla każdego. Dla każdego, kto chce myśleć. Dla każdego, kogo wciąga dociekanie prawdy, jest to lektura porywająca nie mniej od najlepszej powieści. Przy tym, pomimo tej prostej, przystępnej formy, każda myśl jest opatrzona informacjami o źródłach. Niejedna, uznana za poważną i oficjalną pozycję, historyczna książka nie ma takiej bibliografii jak Oczyszczenie. Tym bardziej, iż w dużej części jest to bibliografia „z pierwszej” ręki, a nie, jak to mają w modzie niektórzy historycy, opracowania innych historyków.

Czy zauważyliście jak inne narody rozprawiają się z dorabianymi bohaterami i objawionymi prawdami? Amerykanie są mistrzami. Ostatnio urzekły mnie choćby lustrzane filmy Clinta Eastwooda z 2006 roku: Letters from Iwo Jima, 2006 (Listy z Iwo Jimy) i Flags of Our Fathers*****. Rosjanie mają Suworowa i innych. A my? Nasi historycy to głównie brązownicy.

Nie będę zdradzał o czym Oczyszczenie dokładnie traktuje. Nie ze wszystkim się z jego autorem zgadzam. Jednak jest to jedna z nielicznych książek, które naprawdę wpływają na sposób widzenia świata. Choć babram się w historii od lat wielu i jestem zdecydowanym cynikiem, który nie wierzy w większość powszechnie uznanych prawd, krytycznie podchodzącym do prawie wszystkich wersji oficjalnych, czarno-białych podziałów i pozłacanych obrazków, to muszę przyznać, iż w Oczyszczeniu Suworow zaskoczył mnie dużo bardziej niż wiele lat temu w Lodołamaczu czy później, w Ostatniej republice. A to mi się nieczęsto przytrafia.

I jeszcze jedno. Oczyszczenie nie jest łatwe w odbiorze. Wymaga otwartości, tolerancji, dociekliwości, krytycyzmu i głodu wiedzy. Ogólne oczytanie też jest przydatne. Przy pobieżnej lekturze, zwłaszcza wyrwanego z całości fragmentu, może sprawić wrażenie peanu na cześć Stalina, ale tak wcale nie jest. Sugeruję najpierw przeczytać Lodołamacz. To znacznie ułatwia lekturę Oczyszczenia. Stereotypy siedzące głęboko w naszej mentalności, nasze uprzedzenia, powtarzane po wielokroć uproszczenia i przekłamania którymi bombardują nas media, mogą uniemożliwić bezstronny, analityczny odbiór tej książki nieprzygotowanemu odbiorcy, zwłaszcza mało obytemu w temacie. I nie przerywajcie tej książki w połowie, gdyż możecie odnieść całkowicie mylne wrażenie co do jej wydźwięku i intencji autora.

Reasumując: zdecydowanie i absolutnie polecam. To rzecz naprawdę godna przeczytania


Wasz Andrew



* właśc. Rezun Władimir Bogdanowicz (Владимир Богданович Резун)
** Jan Kochanowski, Pieśń o spustoszeniu Podola
*** A jakie nasz naród ma wady? Ksenofobia, antysemityzm, (....), rusofobia...Autor: Władysław Pasikowski, Źródło: Donata Subbotko, Pasikowski: Jestem dowodem istnienia cenzury w Polsce, Wyborcza.pl, 11 listopada 2008
***** Polskie tytuły: Sztandar chwały lub Gwiaździsty sztandar. Dlaczego takie, a nie Sztandary naszych ojców? To temat na osobne rozważania

Oczyszczenie [Wiktor Suworow]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

sobota, 24 marca 2012

Mocarz cytatów



Pierwszego dnia szkoły, przed rozpoczęciem lekcji, nauczycielka przedstawia nowego ucznia amerykańskiej klasie:
- To jest Sakiro Suzuki z Japonii.
Lekcja się zaczyna. Nauczycielka mówi:
- Dobrze, zobaczymy jak sobie radzicie z historią. Kto mi powie czyje to są słowa:
-"Dajcie mi wolność albo smierć"?
W klasie cisza jak makiem zasiał, tylko Suzuki podnosi rękę i mówi:
-Patrick Henry 1775 W Filadelfii.
- Bardzo dobrze Suzuki. A kto powiedział:
"Państwo to ludzie, ludzie nie powinni więc ginąć"?
Znowu wstaje Suzuki:
- Abraham Lincoln 1863 w Waszyngtonie.
Nauczycielka spogląda na uczniów z wyrzutem i mowi:
- Wstydźcie się. Suzuki jest Japończykiem i zna amerykańską historię lepiej od Was!
W klasie zapadła cisza i nagle słychac czyjś głosny szept:
- Pocałuj mnie w dupę pieprzony Japońcu.
- Kto to powiedzial? - krzyknęła nauczycielka, na co Suzuki podniósł rękę i bez czekania wyrecytował:
- General McArthur 1942 w Guadalcanal oraz Lee Lacocca 1982 na walnym zgromadzeniu w Chryslerze.
W klasie zrobiło się jeszcze ciszej i tylko dało się usłyszec cichy szept:
- Rzygać mi sie chce...
- Kto to był? - wrzasnęła nauczycielka, na co Suzuki szybko odpowiedział:
- George Bush senior do japońskiego premiera Tanaki w 1991 podczas obiadu.
Jeden z naprawdę już wkurzonych uczniów wstał i powiedział kwaśno:
- Obciągnij mi druta!
Na to nauczycielka zrezygnowanym tonem
- To już koniec. Kto tym razem?
- Bill Clinton do Moniki Levinsky w 1997 roku w Gabinecie Owalnym w Bialym Domu - odparł Suzuki bez drgnienia oka. Na to inny uczeń wstał i krzyknął:
- Suzuki to kupa gówna!
Na co Suzuki:
- Valentino Rossi w Rio na Grand-Prix Brazylii w 2002 roku
Klasa już całkowicie popada w histerię, nauczycielka mdleje gdy otwierają się drzwi i wchodzi dyrektor:
- Cholera, takiego burdelu to ja jeszcze nie widziałem
Suzuki:
- Leszek Miller do wicepremiera Hausnera na posiedzeniu komisji budzetowej w Warszawie w 2003 roku...

piątek, 23 marca 2012

SEKRET GENEZIS



Tom Knox

SEKRET GENEZIS
(The Genesis Secret)

Na spalonej słońcem pustyni we wschodniej Turcji archeolodzy odkrywają najstarszy kompleks sakralny świata, pochodzący sprzed dwunastu tysięcy lat. W trakcie prac okazuje się, że to niezwykłe miejsce zostało celowo zakopane przed dziesięcioma tysiącami lat. Kto to zrobił i dlaczego?
W tym samym czasie w Wielkiej Brytanii dochodzi do serii brutalnych zabójstw przypominających rytualne mordy, z jakich słynęły niektóre starożytne cywilizacje.
Tylko jeden człowiek zna sekret – sekret tak szokujący, że może zagrozić strukturze społecznej całej ludzkości – i nie cofnie się przed niczym, żeby zniszczyć dowody, zanim ujrzą światło dzienne.
Prowadząc akcję od zamków Irlandii po wymarłe pustkowia Kurdystanu, Tom Knox po mistrzowsku splata autentyczny materiał historyczny, teorie naukowe i biblijne tajemnice w elektryzującą opowieść, która trzyma w napięciu od pierwszej do ostatniej strony.

Tyle notka wydawcy na okładce powieści, którą do poczytania wybrała mi żona. Pseudonim autora, podobnie jak prawdziwe nazwisko – Sean Thomas – nic mi nie mówił. Miał to być mój pierwszy kontakt z twórczością tego Anglika. Po przeczytaniu przytoczonej wyżej zajawki miałem nieśmiałą nadzieję na coś w rodzaju Kodu Leonarda da Vinci Dana Browna. Nadzieję przytłumioną świadomością, iż często takie fajerwerki w reklamach bestsellerów zapowiadają płytką, sztampową produkcję obliczoną na masowego odbiorcę i wysokie notowania na listach sprzedaży. Jak było tym razem?

Powieść zaczyna się interesująco, jednocześnie w Europie i Turcji. Akcja momentalnie nabiera tempa i trzeba przyznać, że aż do końca nie zatrzymuje się nawet na chwilę. Słownictwo jakim posługuje się autor (chyba to też zasługa tłumacza – Aleksandra Górska) jest bardzo bogate i nawet oczytany odbiorca nie obejdzie się bez słownika lub internetu, jeśli chce wiedzieć dokładnie wszystko nie zadowalając się przybliżonym, kontekstowym rozumieniem wielu wyrazów i zwrotów. Czytelnictwo powinno poszerzać słownictwo i na tym polu Sekret wypada bardzo dobrze. Momentami jest jednak tego chyba nawet trochę za dużo, a poza tym, czytając raczej dość szybko, wychwyciłem jednak jedną ewidentną wpadkę. Może nie ma ona większego znaczenia, ale zawsze.

Jak już wspomniałem, powieść połknąłem błyskawicznie, gdyż da się ją czytać przysłowiowym jednym tchem. Po równi dzięki dobremu stylowi, jak i prostemu zabiegowi, jakim jest podzielenie całości na rozdziały o objętości do kilku stron każdy i kończących się w sposób rodzący natychmiastową ciekawość czytelnika: - Co dalej? Przeczytam jeszcze tylko następny rozdział. Ty tylko dwie kartki...

Język Toma Knoxa jest barwny, plastyczny i klimatyczny. Kiedy czytamy o wydarzeniach w spalonym słońcem Kurdystanie w wyobraźni możemy się tam przenieść tak, jakbyśmy już kiedyś tam byli. Postacie również są wyraziste i udatne. Jest i wielka miłość. Wszystko czego trzeba. Niestety, jest też i dużo więcej.

Duża część tekstu to opisy zbrodni. Zbrodni okrutnych i wynaturzonych. Zbrodni, które nie były chore, gdy je popełniali nasi przodkowie, gdyż uważali je za niezbędne, a nawet za dobre, podobnie jak myśleli chrześcijanie mordujący w imię Chrystusa i jak dziś myślą islamscy fanatycy. Były UZASADNIONE i ZROZUMIAŁE, co oczywiście nie znaczy, iż nie należy ich potępiać. Tutaj jednak są udziwacznieniem. Opisy tak długie i szczegółowe, że zamiast przerazić czy stworzyć klimat, mnie osobiście zniesmaczały i męczyły. Nudziły po prostu, przez swą rozwlekłość w stosunku do całej reszty. Stały się osią powieści i przesłoniły to, co mogło być fascynujące; proces rozwiązywania zagadki historycznej i kryminalnej. Kanon gatunku: pytania i odpowiedzi, detektyw, uczony i zagadki, myślenie. Nie mam nic przeciwko krwi, flakom i kanibalizmowi w literaturze, jak choćby u Tami Hoag. Tom Knox ma jednak do niej baardzo daleko. To inna liga.

W książce znajdziemy wiele ciekawostek historycznych, ale dla mało obeznanego z nauką czytelnika nie będzie możliwości, by odróżnił fikcję od prawdy naukowej. Szokujący sekret wokół którego kręci się cała powieść, łącznie z tytułem, moim zdaniem nikogo by nie zszokował i niczego nie zmienił, wbrew temu co czytamy w notce wydawcy. Zawsze znajdą się ludzie, którzy będą chcieli w coś wierzyć i w imię tego czegoś zabijać innych. Chrystus, Allach, Lenin, sekty, ideologie, do wyboru, do koloru. Wiar jest w bród. Choć nauka obala kolejne „niepodważalne” prawdy przez nie głoszone, nic się nie zmienia. Na miejsce starych znikających powstają nowe. Duże się dzielą. Zawsze jest w czym wybierać.

Wracając do Sekretu Genezis; naciągane jest nie tylko znaczenie, jakie mogłoby mieć odkrycie i udowodnienie takich rewelacji, jak te, które są esencją powieści. Równie naciągane jest zakończenie, podobnie jak i sylwetka psychologiczna głównego czarnego charakteru. Kiedy skończyłem lekturę, westchnąłem ciężko i z nostalgią wspomniałem moje lektury z czasów szkolnych; choćby Pan Samochodzik i templariusze Zbigniewa Nienackiego. W historii jest tyle trupów i tajemnic, że nie potrzeba dodawać nowej makabry i ton keczupu, by ją uczynić bardziej interesującą. Nie trzeba też przenosić akcji na drugi koniec świata, gdyż i w naszej starej Europie (i Polsce) jest dosyć zagadek do rozwiązania.

Podsumowując, muszę z żalem stwierdzić, nie po raz pierwszy niestety, iż zdecydowanie odradzam lekturę przeczytanej właśnie książki. Zwłaszcza przeciętnemu polskiemu czytelnikowi, niezbyt wykształconemu i oczytanemu, skłonnemu do spiskowych teorii, ksenofobii, uproszczeń i podatnemu na indoktrynację. W wyrobionym odbiorcy lektura ta wzbudzi tylko niesmak i zawód, pomimo ewidentnie dobrego warsztatu literackiego autora. Najgorzej, że może ta książka trafić do młodego czytelnika, ogłupionego już wstępnie szkołą, religią i telewizją, który nie wykształcił jeszcze dystansu i krytycyzmu do atakujących go zewsząd informacji. Sekret Genezis może w takim wypadku przynieść poważne szkody i dziwią mnie „krytycy”, którzy wstawiają tej szmirze pozytywne opinie. Czyżby wszyscy aż tak siedzieli w kieszeni u wydawców i księgarzy?


Wasz Andrew

czwartek, 22 marca 2012

Książki wybrane



KSIĄŻKI WYBRANE

Reader’s Digest Przegląd Sp. z o.o.
Pierwsze polskie wydanie 2004

Eleganckie wydanie zawierające cztery nowele, a właściwie skrócone powieści:

  • ZNIKAJĄCY CZŁOWIEK Jeffery Deaver
  • ŻYCIE PO WYPADKU Barbara Delinsky
  • DRUGA SZANSA James Patterson
  • DZIWNY INCYDENT Z PSEM NOCNĄ PORĄ Mark Haddon

ZNIKAJĄCY CZŁOWIEK, wydany w Polsce również w pełnej wersji pod tytułem Mag (oryg. The Vanished Man), to jedna z lepszych książek mistrza kryminału, sensacji i horroru jakim jest Jeffery Deaver najbardziej znany w naszym kraju z ekranizacji powieści Kolekcjoner kości (The Bone Collector), w którym Denzel Washington zagrał sparaliżowanego detektywa Lincolna Rhyme, a Angelina Jolie policjantkę Amelię Donaghy. Znikający człowiek to inny odcinek przygód tej samej pary, chyba nawet lepszy niż Kolekcjoner. Akcja jest jeszcze szybsza, a nastrój bardziej tajemniczy. Tym razem Lincoln i Amelia muszą się zmierzyć z seryjnym mordercą, który na dodatek jest mistrzem magii. Trzeba przyznać, iż rzecz czyta się świetnie. Fabuły nie będę zdradzał, tym bardziej, iż zakończenie i motywy sprawcy nie współgrają z charakterem oraz psychiką tej postaci. Po prostu, kolokwialnie rzecz ujmując, koniec kupy się nie trzyma.

ŻYCIE PO WYPADKU; powieść Barbary Delinsky wydana w Polsce w pełnej wersji pod tytułem Kobieta znikąd (oryg. An Accidental Woman), to kolejna część przygód Poppy Blake. Tym razem jej przyjaciółka Heather Malone zostaje nagle aresztowana przez FBI. Wszyscy w małym miasteczku myśleli, że wiedzą o niej wszystko, a teraz zastanawiają się, czy faktycznie jest poszukiwaną morderczynią. To kryminał dla pań i panów. Dynamiczna historia miłości, mrocznej przeszłości i dziwnych przypadków losu. Nie będę opisywać fabuły, bo w tym wypadku smaczki leżą w pierwszych wrażeniach, pierwszych podejrzeniach, pierwszych faktach. Powieść czyta się świetnie i jedyne co jej można zarzucić, to jej oryginalność, świeżość. Jest to zaleta przy pierwszym kontakcie z lekturą. Przy drugim wszystko już wiemy, więc nie ma po co drugi raz po nią sięgać.

DRUGA SZANSA w pełnej wersji w Polsce została wydana pod tym samym tytułem, który zresztą jest wiernym tłumaczeniem oryginału (2nd Chance). James Patterson jest maszyną do produkcji bestsellerów, a najbardziej kojarzony jest z tymi, które trafiły na ekran – Kolekcjoner, W sieci pająka. Druga szansa nomen omen to drugi cykl powieści z charyzmatyczną porucznik policji Lindsay w roli głównej, która zarazem jest nieformalną szefową Kobiecego Klubu Zbrodni. Tym razem prowadzi śledztwo w sprawie seryjnego zabójcy, wybierającego swoje ofiary na chybił trafił. Fabuły nie będę streszczał, gdyż to typowy amerykański bestseller w negatywnym znaczeniu. Świetnie się czyta, nawet można powiedzieć, iż rewelacyjnie. Akcja dynamiczna, miejscami zaskakująca, a i klimat niczego sobie. Jednak to wszystko jest tak głębokie, jak brodzik. Na drugi raz absolutnie nie wystarczy. Przez tą jednorazowość nie wyobrażam sobie Drugiej szansy na mojej półce, ale do biblioteki warto się po nią przespacerować.

DZIWNY INCYDENT Z PSEM NOCNĄ PORĄ Marka Haddona (oryg. The Curious Incident of the Dog in the Night-time) jest rewelacyjną powieścią kryminalną. Jest tak odmienna od wszystkiego, co można spotkać w tym gatunku, iż mogę ją z pełnym przekonaniem polecić nawet osobom omijającym książkowy świat zabójstw, przestępstw, policji i detektywów. Nie wiem czy i na ile ta wersja jest skrócona w stosunku do oryginału, gdyż nie miałem możliwości ich porównać, ale to rzecz, która zmusza do myślenia na różne tematy. Tolerancja, człowieczeństwo, inteligencja – co znaczą te słowa? Co się naprawdę za nimi kryje? Kto jest naprawdę mądry, a kto głupi? Kto jest człowiekiem? Pytania najcięższego kalibru, a powieść czyta się świetnie, smakując po równo jej formę i treść. Bohaterem i narratorem jest autystyczny chłopiec, Christopher Boone ,który na własną rękę prowadzi nietypowe śledztwo. Czytając przenosimy się w jego świat; widząc wszystko jego oczami i obejmując jego umysłem. Ten świat jest diametralnie różny od naszego, ale czy aby nie bardziej ludzki niż nasz? Absolutnie polecam każdemu. Bez dwóch zdań i bez żadnego ale.

Reasumując. Gdyby nie Dziwny incydent dałbym temu zbiorkowi dobrą ocenę i powiedział, iż można to wypożyczyć z biblioteki, ale są bardziej wartościowe pozycje do wyboru nawet w skromnych księgozbiorach. Opowieść Christophera Boone jest jednak perłą dla której warto mieć ten tomik na półce, by czasem sobie przypomnieć choćby tylko jego ostatnią ćwiartkę. Przypomnieć to, co czuliśmy w trakcie lektury. Przypomnieć refleksje, które nas wtedy naszły. Finis coronat opus; w przypadku tego zbiorku prawdziwe do końca...


Wasz Andrew

środa, 21 marca 2012

Tajni egzekutorzy



Tajni egzekutorzy. Polowanie na Ariberta Heima, nazistowskiego Anioła Śmierci.

(The Secret Executioners: The Amazing True Story of the Death)
Danny Baz
tłumaczenie: Ewa Umińska
wydawnictwo Replika 2011
ISBN: 978-83-7674-097-3

Spotkałem się z zarzutami, iż moje recenzje są ostatnio zbyt krytyczne. Sięgając po Tajnych egzekutorów miałem nadzieję, iż odwrócę tę złą passę. Nie spodziewałem się arcydzieła literackiego, ale miałem nieśmiałą nadzieję przynajmniej na interesującą lekturę, gdyż temat losów zbrodniarzy hitlerowskich po drugiej wojnie światowej jest fascynujący*.

Po skończeniu książki zajrzałem do kilku recenzji i niektóre były dla mnie totalnym szokiem. Drugim, gdyż pierwszym była sama lektura. Całe szczęście, iż nie dostałem zawału. Ale po kolei.

O fabule nie ma co wspominać, gdyż tematykę aż nadto wyjaśnia tytuł. Książka jest reklamowana przez wydawcę i niektórych recenzentów jako opowieść oparta na faktach, tchnąca autentyzmem, wciągająca i w ogóle kontrowersyjnie rewelacyjna. Dla mnie tymczasem to po prostu gniot. Jeśli został oparty na prawdziwej historii, to tym większa hańba, gdyż nic z niej nie pozostało.

Jeśli ktoś twierdzi, iż w świecie tajnych operacji wystarczy zmienić nazwiska, by ochronić osoby, którym może coś grozić, to albo nie ma pojęcia o czym mówi, albo też ma odbiorców swoich opowieści za idiotów. Z powyższego wynika między innymi praktyka utajniania różnych materiałów na okres niejednokrotnie dłuższy niż czas życia zwykłego śmiertelnika. Nie tylko nazwiska, ale modus operandi, miejsca, daty, ślady operacji finansowych, użytych środków i dziesiątki innych nitek mogą doprowadzić do kłębka. Z tego powodu, jeśli chce się zachować w tajemnicy prawdziwą tożsamość uczestników podobnych przedsięwzięć, należy w opowieści zmienić wszystko poza tym, co się chce głównie przekazać. W tym wypadku poza faktem, że Heima zabili Żydzi. Nie można opowiedzieć jak się to odbyło, przynajmniej nie przed upływem dwóch, trzech pokoleń, jeśli sprawcy mają pozostać osłonięci nimbem tajemnicy. A czy zabili go Żydzi? Tego nie wiem. Ale z tego wszystkiego wynika, że tak czy siak, zabili, czy nie, i tak mamy do czynienia nie z dokumentem, ale z powieścią. I tak ją należy oceniać.

Literacka wartość Polowania jest w moim odczuciu żadna. Proste, skąpe słownictwo, bezbarwne opisy, postacie składające się tylko z imion, nazwisk i kilku fragmentów rysopisu. Żadnej psychiki, konfliktów wewnętrznych. Jedynym plusem jest szybka akcja. Plusem, gdyż dzięki temu szybciej można skończyć lekturę.

Nie wiem jak można uznać klimat Polowania za chociaż zbliżony do autentyzmu. Książka napisana jest w pierwszej osobie, ale jednocześnie główny bohater wie wszystko, co się dzieje z innymi członkami jego organizacji w dowolnym miejscu i czasie. To sprawia wrażenie, iż mamy do czynienia z wygładzonym, oficjalnym raportem, a nie świadectwem zdarzeń, które się przeżywało. Tak nie robią nawet ewidentni fantaści. Rambo wygląda bardziej realnie! Nawet jeśli ten potężny feler zwalimy na błąd warsztatu (pisarza lub tłumacza), inne elementy ewidentnie wskazują nawet nie na fikcję, a na brak znajomości tematu.

Każdy profesjonalista ma bardziej osobisty stosunek do swych narzędzi, niż pozostała część społeczeństwa. Szczególnie dotyczy to profesji, w których używa się broni, a zwłaszcza broni przeznaczonej z założenia do zabijania ludzi. Widać to ewidentnie w wypowiedziach żołnierzy, policjantów i przedstawicieli innych podobnych grup zawodowych. Im wyższy poziom profesjonalizmu, im bardziej zakorzenione w umyśle przekonanie, iż od tego przedmiotu zależeć może czyjeś, a zwłaszcza moje, życie, tym częściej myśli się o tym kawałku złomu nie jako o karabinku, ale przykładowo jako o kałachu, raku, tetetce, itp. Nie myśli i nie mówi się pistolet, karabin czy granat, tylko konkretnie o danym modelu i jego nazwy się zawsze używa. Widać to w większości wspomnień, pamiętników i powieści dbających o klimat**, zaś w Polowaniu ewidentnie tego brak.

Jeśli już jesteśmy przy realiach, to wspomnę o jednej scenie, która pięknie pokazuje brak wyobraźni autora i jego kompletną ignorancję w sprawach, o których pisze. Podczas pierwszej próby pojmania Heima, żydowskie komando ślizgaczem staranowało jego łódkę, którą jednocześnie ostrzelało. Łódź nazistów się rozpadła, Heim wpadł do wody, ale przeżył, gdyż miał kamizelkę ratunkową i schował się pod resztkami łodzi, a Żydzi pomimo poszukiwań i ostrzeliwania miejsca katastrofy, nie zdołali go zauważyć. Żydzi pływali ślizgiem tam i z powrotem, a nie widząc niczego na powierzchni, strzelali w wodę. Sęk w tym, że wyporność i stabilność kamizelki jest tak duża, iż raz znalazłszy się w stabilnej pozycji, praktycznie uniemożliwia zmianę orientacji. Znane są wypadki, iż żołnierze, którzy w oporządzeniu wpadli do wody głową w dół, nie byli w stanie się odwrócić i się utopili. Heim albo musiał natychmiast wypłynąć na powierzchnię, a zanurkować w kamizelce nie zdołałby nawet James Bond, albo musiał być pod szczątkami łodzi. W takiej sytuacji nigdy by już sam nie wypłynął, bo to by znaczyło, że szczątki go przytrzymywały od góry. W dodatku nazista został trzykrotnie postrzelony, a woda lodowato zimna. Pociski z nowoczesnej broni palnej w wodzie błyskawicznie hamują, więc albo pływał tuż pod powierzchnią wody, gdyż inaczej byłby bezpieczny, albo został trafiony przed wpadnięciem do niej, czyli w wodzie znalazł się w stanie co najmniej uniemożliwiającym jakiekolwiek aktywne działanie. Bajeczki po prostu.

Napiętnowany za ostre recenzje, starałem się wciąż od nowa dać tej książce szansę. Po każdym dysonansie robiłem głęboki wdech i znów w wyobraźni starałem się przenieść na miejsce akcji. Okazało się to jednak zbyt ryzykowne. Miałem wrażenie, iż książka była pisana lub tłumaczona z doskoku i zabierając się za następny fragment ktoś zapominał, co napisał przed chwilą. Oto nasz żydowski heros leci helikopterem ponad zimowym krajobrazem. Staram się to sobie wyobrazić, ale jak tego dokonać, skoro za chwilę dowiaduję się, że to jednak samolot. No cóż, przestawiam się i lecę samolotem. Nie muszę długo czekać i znów się dowiaduję, że jednak lecę helikopterem. Pełen realizm! – ukłon w stronę recenzentów określających tak ten chłam. Tyle, że czuję się nie jak komandos importowany z Izraela, a jak Fantomas.

Kiedyś myślałem, że wszyscy pisarze i tłumacze są ludźmi inteligentnymi, podobnie jak recenzenci. Skoro jednak ktoś uważa, iż wodolot może latać ponad górami i lasami, to polecam wycieczkę do pierwszego lepszego miasta nad morzem, albo choćby do sięgnięcia po encyklopedię. Nie jest to chochlik wydawniczy, gdyż tego środka lokomocji nasz główny bohater trzyma się konsekwentnie w końcowej części książki od momentu, kiedy do niego wsiadł, aż do momentu, gdy wylądował za górami, za lasami. I nie przesiada się w trakcie lotu, jak pomiędzy helikopterem a samolotem. Nierozróżnianie wodolotu i wodnosamolotu świadczy o braku wiedzy, braku oczytania również, ale o niczym więcej i nie jest niczym nagannym. Używanie natomiast słów, których znaczenia kompletnie się nie zna, nieświadomość własnej niewiedzy, to brak dużo poważniejszy; prawdziwa jazda po bandzie. Inna sprawa, iż to chyba znak naszych czasów, że ta przypadłość jest coraz powszechniejsza. Widać to w licznych teleturniejach, w których uczestnikom wydaje się, iż wiedzą, przez co podejmują złe decyzje i przegrywają.

Od początku powieści, aż do jej końca, miałem nadzieję na coś, co mogło choć częściowo uratować książkę. Wątek miłosny. Dwie kobiety i główny bohater. Nieśmiały początek zapowiadał się obiecująco, zwłaszcza od momentu, gdy objawiła się da druga . Niestety, również ten aspekt został potraktowany per noga. Szkoda.

Nie mam już siły dalej. Kończąc, z żalem muszę stwierdzić, iż w moim odczuciu mamy do czynienia z totalnym kiczem, tym gorszym, iż pozującym na opowieść prawdziwą. Nie polecam nikomu, chyba że ktoś chce zobaczyć, do czego może doprowadzić niekompetencja i fałszywa ocena własnej wiedzy


Wasz Andrew



* Zainteresowanym polecam w szczególności pracę Marka Aaronsa i Johna Loftusa AKCJA OCALENIE
** W specyficznym rodzaju powieści jakim jest marynistyka, błędy w nomenklaturze morskiej są piętnowane co najmniej tak mocno, jak brak wartości literackich. Podobnie powinno być w kryminale, sensacji i innych.

wtorek, 20 marca 2012

Podwójna gra





Sięgając po powieść Jamesa Pattersona Podwójna gra (Double Cross) wiedziałem mniej więcej czego powinienem się spodziewać, gdyż miałem już wcześniej do czynienia z jego prozą. Nawet ludziom, którzy książki omijają z daleka i którym jego nazwisko z niczym się nie kojarzy, nie jest obca jego twórczość. Prawie każdy, nawet jeśli nie przepada za kryminałami i thrillerami, kojarzy ekranizacje dwóch z jego powieści emitowane już wielokrotnie w naszej telewizji, czyli W sieci pająka i Kolekcjoner. Może nie tyle utrwala nam się w pamięci fabuła tych filmów, co tytuł i skojarzenie, iż film był dobry.

Podwójna gra to trzynasta powieść z cyklu książek o przygodach łowcy seryjnych morderców Alexa Crossa. Nie będę ujawniał fabuły, gdyż odarcie tego typu książki z zagadki „co dalej” w ogóle przekreśliłoby celowość sięgnięcia po nią. Nadmienię tylko, iż rzecz jest schematyczna. Nieudolna policja i biedne społeczeństwo jest terroryzowane przez seryjnego mordercę, a nasz bohater musi stanąć do walki w obronie prawa i niewinnych.

Gdyby Podwójna gra była scenariuszem, film pewnie byłby niezły. Akcja jest wartka, pełna zwrotów. Zbrodnie obowiązkowo okrutne, wynaturzone i krwiste. W zamyśle szokujące. Ponieważ to jednak nie film, więc zamiast szokować, najpierw nuży, a potem po prostu nudzi.

Od początku, zarówno ze stylu narracji, reputacji autora jak i wspomnianych ekranizacji, domyślamy się iż to kolejny „amerykański bestseller”. Musi więc, jak na kanon przystało, skończyć się happy endem. Może nie dla wszystkich. Może autor poświęci którąś z osób bliskich głównemu bohaterowi aby podnieść napięcie. Na pewno jednak Alex Cross przeżyje. Nie jest to żadne zdradzanie zakończenia. To samo wrażenie miałem przed laty czytając pierwszą powieść Pattersona. To się po prostu czuje już od połowy książki co najmniej, jeśli nie od samego początku.

Schematyzm polega również na stopniowaniu napięcia poprzez coraz okrutniejsze czyny sprawców. Sprawców całkowicie nieuchwytnych, prawdziwych herosów i przy tym geniuszy. A potem trzeba jakoś sprawę załatwić, by dobro zwyciężyło. Nagle herosi zmieniają się w nieudaczników i przegrywają. To uchodzi w filmie, gdzie absorbuje nas obraz i muzyka, a nie tylko treść. W książce to nie przechodzi.

Nie dość, że postacie, zwłaszcza czarnych bohaterów, są mało przekonujące, to jeszcze na koniec jakby raptownie się zmieniały nawet pod względem konstrukcji psychicznej. Od początku jest jakiś dysonans pomiędzy ich charakterami, konstrukcją psychiczną, a ich motywami i podejmowanymi działaniami. W dodatku na koniec nawet schemat podejmowanych decyzji się w nich zmienia, chyba po to, by ułatwić wspomniane szczęśliwe zakończenie. Po prostu porażka.

Nawet jak na zwykły, pozbawiony głębszych treści kryminał lub jak kto woli thriller (gdzie przebiega granica?) jest on dla mnie po prostu nudny. Do tego te przesadzone, wydziwnione na siłę zbrodnie. Wydumane i bezsensowne. Tak jakby „zwykłe” zabójstwo nie mogło być wystarczającym motorem powieści. Tak jakby tony krwi i flaki na dywanie były niezbędne, by stworzyć napięcie. Prawdziwi mistrzowie potrafią stworzyć grozę bazując na tym czego nie widać, a nie na prostackich, w dodatku infantylnych obrazach makabry. Producenci sztampowych hitów chyba zapominają, iż obozów koncentracyjnych i gułagów nie przebije żaden masowy morderca. Zapominają, że największą grozę budzą nie obrazy setek ciał, a zbliżenie na psychikę oprawcy lub ofiary.

Łatwo się domyślić, dlaczego powieści J.P. tak dobrze się sprzedają. Są proste, o ile nie prostackie, ich ekranizacje, w przeciwieństwie do książek, są dobre, reklama jest potężna. Prawdziwa masówka dla mas. Taki garbus wśród książek. Literatura dla pospólstwa. W ilości siła.

Jest tyle lepszych rzeczy w tej branży, że aż mnie dziwi, jak można się taką powieścią zachwycać. Jeśli do tego dodać liczne przykłady pokazujące, iż możliwe jest udane połączenie w tym kanonie świetnej rozrywki z dobrym gustem, stworzenie rzeczy oryginalnych, świeżych i odkrywczych, a zarazem pełnych wartości moralnych, wychowawczych i w dodatku aktualnych, to widzę Podwójną grę jako totalny chłam. Nie mogę wyszukać żadnego powodu by to coś kupować ani nawet wypożyczyć z biblioteki. Na pewno jest w niej całe mnóstwo książek o niebo lepszych pod każdym względem, nawet w ramach tego samego gatunku. I nie trzeba wcale sięgać do literatury szwedzkiej, która mnie ostatnio zafascynowała. Również w literaturze amerykańskiej jest w czym wybierać, o czym z przekonaniem Was zapewniam


Wasz Andrew

poniedziałek, 19 marca 2012

Moja twoja urwać ręka




czyli

Wspomnienia niemieckiego snajpera
(oryg. Grandfather’s Tale – The tale of a German Sniper)
by Timothy Erenberger

Kiedy dorwałem tę publikację byłem zachwycony... Przez moment. Przez jedną chwilę trwającą tyle, ile potrzeba na obrócenie książki i rzucenie okiem na notkę wydawcy.

Znacie to uczucie, gdy już na początku bójki zaliczacie cios, który nie miał prawa dotrzeć do celu? Tym było zdanie z okładki nazywające snajperów „żołnierzami-zabójcami”. Tak jakby nie byli nimi strzelcy obsługujący karabiny maszynowe, zwiadowcy, saperzy lub piloci bombowców, myśliwców i przedstawiciele wielu innych wojskowych specjalności. Już wtedy miałem przeczucie, że chyba nie będzie tak wspaniale, jak miałem nadzieję. Pocieszyłem się jednak, że to tylko notka reklamowa i rozpocząłem lekturę.

O czym książka opowiada nie będę wyłuszczał, gdyż tytuł mówi sam za siebie. Ważniejsze jednak, kto wręcz zgnoił świetnie zapowiadający się temat. Zacznę od wydawcy i tłumacza. W dawnych czasach takich wyrobników taczano by w smole i pierzu tudzież batogami gnano nagich po śniegu na rynku ku uciesze czytelników tudzież innej gawiedzi. Byłaby to zasłużona nagroda dla twórców wydania*, z którym miałem okazję się zapoznać. Rzadko zdarza się zobaczyć w naturze tak modelowy przykład brakoróbstwa. Mało powiedziane, iż książka roi się od błędów wszelkiej maści, od literówek począwszy, przez koszmarne wręcz błędy stylistyczne i na ortograficznych bykach skończywszy. Szokuje wręcz radosna twórczość w sferze odmianów i końcówków. Polszczyzna rodem z powiedzenia „moja twoja urwać ręka”. Gdyby uczeń w podstawówce, że o dalszych etapach edukacji nie wspomnę, w ten sposób przelewał myśli na papier, marny byłby jego koniec, nawet gdyby legitymował się żółtymi papierami, dysleksją i ADHD jednocześnie. Błędy są tak uciążliwe, iż czytelnikowi wyżej wspomniany styl bardzo poważnie uważnie utrudnia percepcję i skupienie się na treści. A jest się na czym skupiać.

Od pierwszych stron wspomnień, które podobno są autentyczne, widać masę błędów merytorycznych równie przytłaczającą, co ilość błędów edytorskich. Od początku mamy do czynienia choćby z teleskopami(!) snajperskimi zamiast lunet. Gdyby chcieć wszystkie te wpadki wypunktować zabrakłoby mi miejsca. Nie jestem w stanie rozstrzygnąć, czy to wszystko jest winą przekładu, czy pisarza. Niemniej jednak poddaje w wątpliwość kompetencje obu** i podważa autentyczność opowieści. Podważa, ale nie pozwala o niej rozstrzygnąć.

Tutaj dochodzimy do najważniejszego: prawda to, czy fikcja?

Pomijając nieścisłości dotyczące realiów wojennego życia snajperów, które najprawdopodobniej niejednokrotnie jednak można zwalić na tłumacza, widzimy tutaj charakterystyczny błąd perspektywy. Szeregowy żołnierz, nawet wybitnie uzdolniony i należący do elitarnej formacji, ma określony horyzont wiedzy o działaniach, w których uczestniczy; dużo węższy od możliwości swego przełożonego, który z kolei wie mniej od tego, który jest wyżej w hierarchii służbowej i tak dalej, aż do Sztabu Generalnego, Naczelnego Dowództwa, czy co tam w danym kraju jest na szczycie. Im mniej się ma na pagonach, tym mniej się wie. Widać te zależności prześwietnie choćby w ociekających krwią wspomnieniach z frontu wschodniego Przez wojenną zawieruchę. Tego autentyzmu punktu widzenia we Wspomnieniach niemieckiego snajpera brak. Działając jako szeregowy żołnierz, a potem odpowiednik dowódcy drużyny, ma on wiedzę o wszystkim, co działo się na frontach Drugiej Wojny; co robiły dywizje i armie. Jest świadomy wszystkiego, o czym niekoniecznie powinien mieć jakiekolwiek pojęcie, a jednocześnie nie wie, że jednostka, w ramach której podobno brał udział w ataku na Eben-Emael, nie używała wówczas spadochronów tylko szybowców. Wylądował, tylko nie na tym, co mu się zdawało! Sam opis belgijskiej twierdzy i okolicy, w której jest położona, również nie przystaje do rzeczywistości. Podobne błędy można mnożyć długo na różnym poziomie wiedzy historycznej, szczegółów uzbrojenia, umundurowania, itd. Początkowo notowałem wpadki, ale po zapisaniu już na początku lektury całej stronicy, zniechęciłem się. To było jak bezczeszczenie zwłok. Podejrzewam, iż gdyby chcieć wszystkie sprostowania i erratę dołączyć do książki, podwoiłaby objętość.

Być może u podstaw naszej opowieści leżały jakieś rzeczywiste wspomnienia, gdyż pewne momenty mają posmak prawdziwości. Nie ma to jednak już żadnego znaczenia, skoro większość stanowi totalna fikcja, w dodatku niedbała; rozmijająca się nie tylko z autentyzmem, ale momentami nawet ze zdrowym rozsądkiem. Cztery karabiny może ze sobą targać po polu walki bohater gry komputerowej, i to raczej gry pośledniejszego sortu, a nie człowiek z krwi i kości! Mimo wszystko, gdyby nie błędy stylistyczne, dałoby się książkę przeczytać, choć i wtedy pod względem wierności realiom nawet Czterej pancerni i pies wypadliby chyba lepiej. Tak, jak jest, książka jest prawie bezwartościowa, o czym z żalem muszę Was poinformować. Na szczęście w tym kanonie jest w czym wybierać i tym pocieszającym stwierdzeniem zakończę


Wasz Andrew



* Wydawnictwo XXL, przekład Marek Skierkowski, ISBN 978-83-62381-00-5
** Dobry tłumacz powinien poprawiać ewidentne błędy autora, a jeśli z jakichś względów tego nie czyni, przynajmniej powinien być konsekwentny. W omawianym wydaniu ten sam typ broni bywa nazywany to pistoletem, to karabinem, tak jakby nie było nimi zasadniczej różnicy.