Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.

środa, 7 marca 2012

Związek Żydowskich Policjantów



Nie wiem czemu po lekturze Cudownych chłopców, którzy nie do końca mnie zachwycili, uparłem się przeczytać Związek Żydowskich Policjantów (The Yiddish Policemen's Union), również pióra Michaela Chabona. Dziś nie pamiętam już nawet przyczyn tej decyzji, w każdym bądź razie byłem konsekwentny i skorzystałem z akcji „zaproponuj książkę” w naszej powiatowej bibliotece, a potem wytrwale czekałem. W międzyczasie niechcący, gdyż unikam przeprowadzania takich „wywiadów” przed lekturą, dowiedziałem się, iż powieść, na którą oczekuję, została uhonorowana poważnymi nagrodami, a także, że autor jest notowany wysoko nie tylko w rankingach sprzedażowych, co niekoniecznie jest dobrą rekomendacją, ale także w ocenach krytyków i czytelników. W końcu książka zastała zakupiona i trafiła w moje ręce.


Związek Żydowskich Policjantów moim zdaniem, wbrew opinii wielu teoretyków literatury, do czego jeszcze zresztą powrócę, ewidentnie należy zaliczyć do kryminałów. Pierwszoplanową postacią powieści jest Mejer Landsman, gliniarz z krwi i kości. Zagadką kryminalną, która w naszej opowieści stanie się wyzwaniem dla Landsmana, będzie sprawa zabójstwa dokonanego w pokoju hotelowym Zamenhof, w którym i on sam zamieszkuje, a więc przypadek zbrodni po sąsiedzku. Morderstwo dokonane nie tylko z ewidentną premedytacją, ale i profesjonalizmem.

Terenem wydarzeń, o których mowa jest Alaska. Zimny i przez dużą część roku pogrążony w ciemności półwysep, gdzie na mocy umowy z rządem Stanów Zjednoczonych czasowo osiedlili się wyznawcy judaizmu wygnani z ogarniętej Drugą Wojną Światową Europy i żydowscy uchodźcy z Palestyny po przegranej wojnie o własne państwo. Nasz główny bohater, jak i zdecydowana większość wszystkich występujących w powieści postaci, jest więc Żydem, podobnie zresztą jak i twórca powieści. Zobaczymy też kilku Indian, którzy mieszkają za miedzą, obok żydowskiej enklawy, oraz – jak to w Ameryce – pojawią się i Amerykanie. Czas, w którym rozgrywa się akcja, jest szczególny, gdyż dobiega końca okres, na jaki USA przyznała Żydom prawo do pobytu na Alasce. Jak ma wyglądać ten koniec, większość nie wie. Część, jak na przykład niektórzy policjanci, być może dostanie zgodę na pozostanie w USA, ale reszta prawdopodobnie będzie się musiała wynieść.

Dlaczego Michael Chabon umieścił fabułę swej książki w alternatywnej rzeczywistości, tego nie wiem. Nie uważam jednak, by to, iż rzecz odbywa się w innej wersji historii wystarczyło, żeby nadać powieści etykietkę fantastyki. Fikcji naukowej nie ma w tym żadnej, poza polityczo-historyczną. Na tej zasadzie, którą przyjęto honorując Związek Żydowskich Policjantów nagrodami, które są kojarzone jeśli nie ściśle z s-f, to z ewidentną fantastyką, można by do tego gatunku literatury zaliczyć nawet Jamesa Bonda , Stawkę większą niż życie i Czterech Pancernych, gdyż i one pokazują wydarzenia i tło, które nie zaistniały. Ta etykietka fantastyki czyni naszej powieści nieco złego, gdyż utrudnia z nią kontakt ludziom ograniczonym, którzy nie potrafią wyjść poza stworzone przez innych szufladki, schematy i stereotypy. Jedni po nią nie sięgną, gdyż „nie lubią fantastyki”, a fani s-f odwrotnie – sięgną i mogą być zawiedzeni, gdyż Chabon tak się ma do Sapkowskiego, jak Szekspir do Tolkiena. Problem ograniczeń umysłów ludzkich i postaw typu „kocham muzykę, ale muzyki poważnej nie znoszę”, to jednak osobny temat i nie czas tu ani miejsce na jego rozwijanie.

Jeśli ktoś zdecyduje się na lekturę tej powieści o dość dziwnym tytule, podejdzie do niej bez uprzedzeń i założonych z góry koncepcji, jeśli zacznie ją czytać tak, jak powinno się smakować życie – pełną piersią i zarazem bystrym okiem obserwatora, to wtedy Związek odwdzięczy mu się niezapomnianymi wrażeniami.

Z pozoru mamy do czynienia z czarnym kryminałem. Tartan noir w pełnym tego słowa znaczeniu, przynajmniej co do stylu, i oczywiście gdyby Chabon był Szkotem, a nie Żydem.. Klasyczny dla kanonu główny bohater; nie do końca zdegenerowany, nie do końca wypalony, ale pozbawiony złudzeń, nadziei i przyszłości. Pogmatwane związki, szorstki język, mroczny klimat i nastrój wyczekiwania na nieuchronne. Przeszkody, których na pozór nie sposób ominąć, siły, którym nie można się przeciwstawić, ale zarazem trzeba robić swoje. Wszystko to współgrające z alaskańskim mrokiem, z ciemnymi żydowskimi zaułkami, z brudnym, podupadłym hotelem. Brutalność; w słowie, myśli i uczynku. Powszechne uwikłanie w nieczyste postępki. Ludzie przypominający chińskie trzy mądre małpy; oczy, które uczyniły sztukę z niewidzenia, niesłyszące uszy i usta, które nie mówią.

W przeciwieństwie jednak do klasycznej beznadziei, charakterystycznej dla innych współczesnych kryminałów w nucie noir, w Związku Żydowskich Policjantów znajdziemy sporo barwnych postaci kontrastujących z tłem i nastrojem. Jest też i humor, który ożywia mroczne tło i iskrzy niczym brylanciki na czarnym suknie. Akcja na starcie bardzo powolna, stopniowo przyspiesza, w miarę jak śledztwo rusza z początkowego, martwego punktu, który zarazem miał być jego końcem. Jak się rozwinie, nie będę zdradzał, gdyż fabuła jest naprawdę oryginalna i żal byłoby zepsuć komuś przyjemność z lektury.

Na początku wspomniałem, iż nie wiem, dlaczego autor stworzył alternatywne tło historyczne dla swej historii. Skłamałem i zarazem nie skłamałem. Musiał je stworzyć, jeśli chciał zakończyć śledztwo prowadzone przez swego głównego bohatera w taki sposób, w jaki je zakończył. Musiał też tak postąpić, jeśli chciał pokazać to, co pokazał; Żydów przepędzanych z miejsca na miejsce po całym świecie i Stany jako dyktatora naszego świata, bez którego nic się nie może zdarzyć, który o wszystkim wie i który macza łapy w każdym większym spisku. Dla mnie jest to obraz całkowicie fałszywy i wciąż się zastanawiam, czy Chabon świadomie, czy też niechcący, zmontował to krzywe zwierciadło, w którym wykorzystał elementy ewidentnie fikcyjne, by mniej krytyczny odbiorca jako prawdziwe odebrał i przyswoił te, przemycone tu i ówdzie, zafałszowane elementy naszej autentycznej rzeczywistości.

Jestem daleki od antysemityzmu i spiskowych teorii dziejów. Uważam naród żydowski za jeden z najbardziej tragicznie doświadczonych w dziejach świata. Gdy jednak czytałem o tych biednych Żydach, którzy przegrali swą wojnę o Izrael i musieli szukać tymczasowego domu w Stanach, wtedy mi się od razu przypomniało, jak naprawdę wyglądała ich rzeczywista wojna o swe państwo. Nadają coraz to nowym ludziom tytuły Sprawiedliwego Wśród Narodów Świata niczym my uprawnienia kombatanckie, gdy tymczasem ich bojownicy zachowywali się podczas działań zmierzających do powstania państwa izraelskiego jak skrzyżowanie SS z Al-Kaidą, a winni popełnionego wówczas ludobójstwa i innych zbrodni nigdy nie zostali ukarani ani nawet napiętnowani. Końcowy wydźwięk powieści, którego jednak konsekwentnie nie zdradzę, stanowi dla znających historię powtórkę, czy też raczej wariację, na temat tego, co już było. Tylko tym razem bez winy Żydów, a przynajmniej z winą w głównej mierze przypisaną komu innemu, tak jakby się fikcją chciało ze świadomości historycznej świata wyprzeć nie tylko odpowiedzi, ale i pytania o to, jak wyglądały działania przyszłych Izraelczyków podczas tworzenia ich nowej ojczyzny.

Ufff... Ale się rozpisałem... Czemu? Z tego powodu, iż Związek wymyka się jednoznacznej ocenie. Styl jest świetny, fabuła ciekawa, akcja w tempie najlepszym z możliwych, czyli jak w lokomotywie; najpierw powoli jak żółw ociężale, a dalej każdy wie. Lektura jest prawdziwą ucztą, nie tylko dla miłośników tematyki kryminalnej czy sensacyjnej. Z drugiej strony jest to książka, którą trzeba czytać uważnie, krytycznie i najlepiej choć z podstawową wiedzą o prawdziwej historii powstania państwa Izrael. Inaczej fikcja może w pod- i świadomości zastąpić prawdę. Denerwująca jest też maniera wydawcy*, który moim zdaniem popełnił karygodną zbrodnię na czytelniku i w ogóle nie tłumaczył słów obcych, czyli żydowskich, od których w tekście aż się roi. Nawet jeśli by sam był Żydem, chyba nie uważa, iż każdy w Polsce jest znawcą ichniej grypsery, albo też będzie uskuteczniał lekturę z powieścią w jednej i słownikiem w drugiej ręce. Gdzie te czasy, gdy korzystano z przypisów tłumaczących, a w ostateczności dodawano słownik na końcu książki? O tempora, o mores!

Pomimo jednak karygodnego postępowania wydawcy, pomimo wszystkich tych krytycznych uwag, które wyżej zamieściłem, w końcowej ocenie muszę przyznać uczciwie, że dla mnie jej lektura była prawdziwą przyjemnością. Czyta się ją świetnie, wręcz wspaniale, a refleksje przychodzą dopiero później. I na tym zakończę pozostawiając Wam decyzję, czy sięgnąć po tą niepowtarzalną w pełnym znaczeniu tego słowa powieść i wiedząc, iż ilu będzie czytelników, tyle różnych wrażeń, zależnie od płaszczyzny odbioru, osobistych zapatrywań czytelnika, a może nawet i biometu przewidywanego na czas lektury. Jeszcze raz jednak podkreślam, że książka to wspaniała oraz podstępna zarazem i od czytelnika głównie zależeć będzie, jak ją odbierze


Wasz Andrew


* Wydawnictwo W.A.B.

wtorek, 6 marca 2012

Tożsamość, a wielokulturowość



Czym jest tożsamość człowieka? Jaki wpływ mają na nią nasze korzenie i kultura, z której wyrastamy? Czy tożsamość kulturowa jest wartością, którą powinniśmy pielęgnować, czy raczej, skoro różnice kulturowe mogą być powodem podziałów społecznych, lepiej pozbyć się jej na rzecz ujednoliconej, globalnej kultury?

Zwierzęta stadne mają swoją tożsamość*. Sprawdzają, czy osobnik posiada określony zespół cech niezbędnych do uznania za swego. Jeśli jakiejś brakuje, identyfikacja negatywna powoduje odrzucenie, które przybiera różne formy, od obojętności i porzucenia, aż do agresji i pozbawienia życia. Warto podkreślić, że taka cecha, niezbędna w procesie rozpoznawania, może zostać usunięta w trakcie życia osobnika, a ponieważ stado systematycznie dokonuje weryfikacji, odrzucenie może nastąpić w każdym momencie. Przeprowadzono wiele szokujących eksperymentów z różnymi gatunkami. Mając wiedzę o hierarchii cech używanych do identyfikacji można spowodować wyobcowanie zabierając zwierzęciu tylko jedną, ale za to kluczową zmienną identyfikacyjną. Może to być przykładowo zapach** lub kolor, zależnie od procedury rozróżniania u danego gatunku. Dla nas nic się nie zmieni, dalej będzie to to samo zwierzę, tylko przemalowane lub poperfumowane, ale dla stada nie będzie to już swój, tylko obcy. Wiedzą o tym nie tylko uczeni, ale choćby uważni posiadacze psów, którzy mogą zauważyć, iż psy potrafiące nawiązać przyjacielskie lub neutralne stosunki z pierwszy raz napotkanymi innymi osobnikami, nagle padają ofiarami agresji w podobnych sytuacjach, jeśli z powodu leków zmieniony zostanie ich zapach. Po ustaniu przyczyny sytuacja wraca do normy.

Człowiek jest zwierzęciem stadnym, więc i on zawsze miał swoich i obcych. Od zawsze dokonywał identyfikacji i podziału. Pierwotnie stadem była rodzina (ród) i plemię. Człowiek jest jednak istotą społeczną, a nawet ultraspołeczną, więc wymyślał sobie coraz to nowe stada, a proces ten trwa nadal. W przeciwieństwie do zwierząt, które mogą przynależeć tylko do z góry zdeterminowanych zbiorów (np. rodzina***, stado, gatunek), człowiek może należeć jednocześnie do nieskończenie wielu grup, z którymi się identyfikuje i z którymi jest identyfikowany. Można być członkiem jakiegoś narodu, wyznawcą jakiejś religii, obywatelem państwa, członkiem rodziny, rodu, kibicem lub kibolem, działaczem ruchu, przedstawicielem rasy. Warto zauważyć, że ludzie, analogicznie do innych zwierząt, do niektórych grup są przypisani od urodzenia i niezależnie od swej woli (państwo, naród, wyznanie, rodzina, ród), a do innych muszą sami przystąpić. Z tych drugich z reguły łatwiej, przynajmniej teoretycznie, się wypisać, natomiast w przypadku tych pierwszych najczęściej można co najwyżej zamienić jedną grupę na drugą (porzucając religię dla ateizmu też tak naprawdę tylko zmieniamy wyznanie, gdyż ateizm jest tak samo irracjonalny, jak każda inna wiara). Ciekawym jest też, iż jedne grupy dopuszczają dowolne połączenia z innymi na innych poziomach społecznych podziałów, a inne nie, z czego niejednokrotnie większość nie zdaje sobie sprawy, uważając iż wszędzie jest tak samo. Można być przykładowo Polakiem (obywatelem polskim) i jednocześnie Czechem (narodowości czeskiej) oraz muzułmaninem, ale nie można być Polakiem (obywatelem polskim) narodowości czeskiej i wyznania mojżeszowego. Bycie Żydem, w odróżnieniu od innych wyznań, zasadniczo oznacza jednocześnie przynależność do wiary i narodowości.

Dlaczego tak długi wstęp? Ano dlatego, iż większość ludzi odczuwa najpierw przynależność do jakiegoś narodu, do grupy wyznaniowej, do wielu innych grup, a dopiero potem do bycia człowiekiem. Nie różnią się od pozostałych zwierząt, które też przynależność gatunkową identyfikują jako mniej ważną niż przynależność do stada czy rodziny. A wielka to szkoda, gdyż większość grup, z którymi zawsze wiąże się jakaś kultura (nawet firmy wykształcają tzw. kulturę korporacyjną), związana jest również ze stereotypami, a te służą do tworzenia negatywnych podziałów i szerzenia nienawiści.

Poczucie tożsamości narodowej czy wyznaniowej aż nazbyt często jest wykorzystywane do dzielenia ludzi na lepszych i gorszych. Dobrze o tym wiemy, gdyż z jednej strony Polak w wielu krajach jest etykietką prawie równoznaczną z imigrantem; pijakiem, złodziejem i kombinatorem, nie całkiem bezpodstawnie zresztą, a z drugiej strony sami często używamy słowa Rumun i innych w podobnym znaczeniu, w celu poniżenia lub pejoratywnej oceny. Podobnie jest z wiarą, a nawet z kibicowaniem piłce nożnej (Legia pany, itd.). Na podstawie tych ostatnich można najłatwiej obserwować ciekawe zachowania, jak na przykład przypisywanie sobie pozytywnych cech kojarzonych z grupą, do której przynależność deklarujemy, ale zarazem odżegnywanie się od negatywnych cech przynależnych tej grupie. Zwróćcie uwagę na język komentatorów sportowych: wygrywamy my, a przegrywa nasze reprezantacja, konkretny klub, ale nie my. Zwróćmy uwagę, jak większość Polaków śmieje się z młodej kultury USA, gdy tymczasem to my czerpiemy garściami z ich dorobku, a o ruchu w drugą stronę ciężko mówić. Ruch mózgów i rąk do pracy to coś całkowicie odmiennego od ruchu osiągnięć cywilizacyjnych czy kulturalnych. Widać to choćby w języku. Ile w polskim jest słów pochodzenia angielskiego, niemieckiego czy francuskiego, a ile jest u nich naszego pochodzenia? Przykłady nagannych zachowań, których usprawiedliwieniem czy natchnieniem jest przekonanie o własnej odrębności i wyższości kulturowej można mnożyć i stopniować w nieskończoność, aż dojdziemy do czystek etnicznych i wojen.

Dlaczego więc ludzie tak kurczowo trzymają się tych podziałów, tworzą peany na ich cześć i gotowi są zabijać w ich obronie? Dlaczego się z nimi afiszują? Ano dlatego, iż większość ludzi niewiele odeszło od zwierząt, przynajmniej w tej dziedzinie. Potrzebują silnego poczucia przynależności do grupy i łatwej z nią identyfikacji. Duża część potrzebuje wręcz zatracenia się w takiej grupie, zaprzedania własnej indywidualności, chyba głównie z powodu jej braku. Dlatego tak łatwo o fanatyzm w każdej podobnej zbiorowości, od największych poczynając (wyznanie, rasa, państwo, naród), aż na najmniejszych kończąc (kibice i kibole zaściankowych klubów piłkarskich, ludzie, którzy żyją tylko dla rodziny, a rodzina jest ich całym światem, itd.).

Z drugiej strony należy podkreślić, co większości ludzi umyka, iż stereotypy i podziały nie muszą być w ogóle oparte na żadnych ważkich przesłankach. Można wywołać nienawiść równie wielką jak etniczna, rasowa czy religijna pomiędzy grupami osób, które nigdy się ze sobą nie spotkały, nie mają żadnych sprzecznych interesów, co wykazano w trakcie licznych eksperymentów. Tematyka fascynująca, tylko jaki procent społeczeństwa cokolwiek o niej słyszał? Gdyby ta wiedza była powszechniejsza, mniej byłoby chętnych, by pod hasłami "Bóg, Honor, Ojczyzna", "Jihad Legia" lub jakimkolwiek innym realizować cudze interesy zabijając lub samemu dając się zabić. 

Niedaleko w rzeczy samej odeszli od zwierząt ci, którzy aby czerpać z dobrodziejstw dorobku kulturalnego i innych osiągnięć danych grup, muszą do nich przynależeć. Muszą się z nimi identyfikować tak daleko, że zapominają niejednokrotnie o człowieczeństwie. Jeśli zaś nawet deklarują, iż o nim pamiętają, to w rzeczywistości nie potrafią wyjść poza stereotypy, uprzedzenia, zadawnione waśnie i historyczne zaszłości. Załamują mnie młodzi ludzie, którzy zamiast cieszyć się z najdłuższego okresu pokoju w historii naszej części Europy, pielęgnują urazy pokolenia, które już prawie wymarło. Gdyby ich zapytać, czy syn może ponosić karę za grzechy dziadka, pewnie powiedzą, iż oczywiście nie, ale swym postępowaniem dają wyraz czemuś dokładnie przeciwnemu.

Byłoby śmieszne, gdyby nie było żałosne i tragiczne, iż ci, którzy nawołują do patriotyzmów wszelkiego rodzaju, z reguły mniej wiedzą o swych korzeniach, nie mówiąc o innych kulturach, niż ci, którzy takich haseł na sztandarach nie mają. Wystarczy wspomnieć naszych polityków, którzy innych chcieli uczyć hymnu, sami nie znając jego słów.

Może tak jest, iż im szersza wiedza, im większa kultura, tym większy dystans do identyfikacji z daną grupą? Dawna arystokracja, wielcy kapitaliści, artyści, uczeni, nawet jeśli nie byli ponad takimi szaleństwami, to mieli z reguły do nich pewien dystans, co pozwalało im w pełni czerpać z dorobku nie tylko własnej kultury narodowej, ale i innych. I chyba tędy właśnie droga.

Symptomatyczne jest, iż bardzo często ci, którzy nawołują do obrony własnego dziedzictwa i narzekają na jego niszczenie przez innych, sami przodują w podobnym procederze. My Polacy i katolicy jesteśmy w tym chyba mistrzami.

Kiedy słyszę twierdzenia, iż należy pielęgnować nasze dziedzictwo i być z niego dumnym, to dziękuję Bogu, iż ja myślę inaczej. Pielęgnować owszem, ale nie tylko swoje, a każde. Aż mi wstyd słuchać o tym, jak źli sąsiedzi traktują ślady polskości na swoich terytoriach, gdy widzę nasze zachowania u siebie. W Polsce zaorane cmentarze żydowskie, niemieckie i radzieckie, gdy dla porównania nawet w Niemczech, więcej jest pomników ku pamięci poległych z faszystami Rosjan, niż u nas. Okazuje się, iż poza paroksyzmem hitleryzmu, nasi zachodni sąsiedzi wobec nas okazują się dużo bardziej tolerancyjni dla innych kultur i materialnych świadectw ich dorobku.

Dumnym można być z tego, co się samemu osiągnęło, a nie z tego, co stworzyli przodkowie. Jeśli chce się być ocenianym za osiągnięcia innych, to należy się również przyznawać do klęsk i wad. Kiedy słyszę, iż inni mogą nas oceniać po tym, jakie wartości mieli nasi przodkowie, to współczuję tym, którzy w to wierzą i tym, którzy tak ludzi oceniają.

Czuję się przede wszystkim człowiekiem, potem dopiero Europejczykiem, Polakiem, itd. Fascynuje mnie historia nasza i innych, nasza kultura i inne. Dzięki temu widzę nie tylko ich świetlane elementy. Gdyby inni mieli tak samo, gdyby priorytetem było człowieczeństwo, a dopiero potem wiara, narodowość i inne, gdyby poza pamięcią o dniach chwały każda grupa przechowywała również pamięć o dniach hańby, to pewnie nie byłoby tyle nienawiści, wojen i niesprawiedliwości. Łatwo odmówić komuś prawa do godnego życia, a nawet do życia w ogóle, jeśli nazwie się go jakoś; Żydem, masonem, nieudacznikiem, komuchem, kułakiem, kapitalistą... Łatwo, bo ja nim nie jestem. Jeśli nazwie się go przede wszystkim człowiekiem, to już nie jest tak łatwo myśleć o nim w sposób przedmiotowy.

Globalizacja. To kolejny straszak ludzi, którzy dla własnych interesów pogłębiają stare podziały i mnożą nowe. Z tego, co mówi historia, najwięcej kultur, narodów i państw upadło, przestało istnieć, w wyniku parcia swych konkurentów na tym samym poziomie identyfikacji (podziału). Państwa niszczyły inne państwa, narody inne narody, kultury inne kultury. Powstały nawet takiej pojęcia jak wojny religijne, konflikty etniczne.

Kultura globalna. A co to takiego? Czy coś takiego w ogóle istnieje? Przecież kultura globalna, jeśli w ogóle istnieje, to jest made in USA & UE. Nie jest przecież chińska ani indyjska, choć te narody (państwa) mają największe populacje. To oni najbardziej nad tym powinni dyskutować, a nie my, bo przecież ta globalna kultura, jeśli naprawdę istnieje, to jest naszej właśnie produkcji.

Jako ciekawostkę warto przytoczyć fakt, że ciężko o produkty naprawdę globalne, nie tylko duchowe, lecz i materialne. Nawet Coca-Cola ma inny smak w Europie, a inny w Stanach, o innych regionach nie wspominając. Jest więc globalną marką, ale nie do końca globalnym produktem. O co więc tak naprawdę chodzi? Czy ktoś zmusza nas do oglądania MTV? Przecież możemy przełączyć się na inną stację albo sięgnąć po radio i włączyć Radio Maryja. Możemy iść na spotkanie Światków Jehowy albo na wiec przeciw ACTA. I chyba właśnie tego boją się ci, którzy chcą być władcami umysłów i dusz. Boją się, iż za mało ludzi wybierze to, co daje im władzę nad innymi, bogactwo i życie ponad prawem. Dlatego nawołują do zasklepienia się w tym lub tamtym niczym żółw w skorupie.

A osobiście? Osobiście bardzo czarno widzę przyszłość. Nie na lata, ale w dłuższym przedziale czasowym. Mam obawy, iż potencjalne dobrodziejstwa globalizacji nie zostaną wykorzystane, również w dziedzinie tożsamości ludzkiej. Mankamenty zaś, jak zawsze, same się zrealizują. Widać to choćby po dyskusjach na temat tożsamości. I co ciekawe, niewiele ma tu do powiedzenia poziom wykształcenia czy obycia w świecie.

Tożsamość oparta na tradycji narodowej, religijnej, czy innej, powinna być przyprawą do dania, którym jest bycie człowiekiem. Człowiekiem myślącym, ciekawym wszystkiego i wobec wszystkiego zarazem krytycznym. Taki model człowieczeństwa jest mi najbliższy. Niestety, zbyt wielu ludzi pamięta o przyprawie, a zapomina o głównym składniku. Nie dziwi mnie to, gdyż tak niewielu jest prawdziwie głodnych informacji i na tyle tolerancyjnych, by być ją gotowym przyjąć niezależnie od tego, czy jest oczekiwana, czy nie. Wielokrotnie przytacza się przykłady różnych faux pas, jakie wciąż zdarzają się na styku różnych kultur. Mówi się o niemożności zrozumienia jednych przez drugich. Dla mnie są to tylko dowody na zamknięcie większości umysłów w każdym społeczeństwie. W każdym znajdą się na szczęście i tacy, którzy bez żadnego tłumaczenia są w stanie zrozumieć, iż ktoś może być inny i wykazać się tolerancją wobec popełnianych wzajemnie niezręczności. Tolerancją wobec innych, a nie „tolerancją” wobec takich samych jak my.

Tak patrzę na to, co piszę, i widzę, iż nieskładne to jakieś i przydługie. Chyba temat taki. Bardziej się nadaje na filozoficzną dyskusję przy kawie lub piwku, niż na jedną wypowiedź, w której nie da się zawrzeć wszystkiego. Zwłaszcza o sprawie, która tak wiele ma odcieni, powiązań z innymi tematami, tak wiele różnych aspektów. Tylko kto teraz ma czas na takie rzeczy?


Wasz Andrew


* W naukach ścisłych tożsamość to, najkrócej rzecz ujmując identyczność. W naukach społecznych jest tak samo, co przewrotnie znaczy coś pozornie odwrotnego. Tożsamością człowieka określmy zespół tych wszystkich jego cech, które pozwalają go zidentyfikować, wyróżnić spośród wszystkich innych przedstawicieli naszego gatunku. Wybierając niektóre z tych cech jako kryterium wyszukiwania jednostek w społeczeństwie, otrzymujemy zbiór osobników połączonych posiadaniem wspomnianych cech. Jeśli cechy te są znane ludziom należących do takiego zbioru i mają oni świadomość przynależności, mówimy o tożsamości w odniesieniu do społeczności, grup społecznych, etc.
** Z tego powodu nie wolno brać w ręce młodych dzikich zwierząt, zwłaszcza jeśli nie mamy dogłębnej wiedzy o nich i procesach identyfikacji w ich gatunku.
*** w sensie rodzice i młode

tekst napisany na konkurs w serwisie LubimyCzytać.pl

poniedziałek, 5 marca 2012

Młodzieńcze marzenia




Jeśli naprawę czegoś pragniesz, możesz to osiągnąć. To jeden z najbardziej wyświechtanych sloganów. Totalnie prawdziwy i fałszywy jednocześnie. Wykorzystywany w nieskończonej liczbie wariantów, by namówić ludzi do robienia tego, czego ktoś od nich oczekuje i jednocześnie wykorzystywany przez wielu, aby wyrwać się z okowów narzucanych przez społeczeństwo i los. Wszystko zależy. Zależy od tego czego pragniesz.


Większość ludzi (w naszej kulturze) pragnie pieniędzy, bogactwa, a przynajmniej tak im się wydaje. Niezliczone przypadki, jak choćby dzieje wielu, którzy zgarnęli milionowe wygrane, pokazuje, iż pieniądze szczęścia nie dają, iż ludzie tak naprawdę sami nie wiedzą, czego chcą, skoro nie są szczęśliwi po osiągnięciu celu. Nieco inaczej ma się sytuacja tych, którzy chcą pieniędzy jako środka do realizacji jakiegoś innego celu lub zdobywanie pieniędzy uznali za swój styl życia, tak jak inni uznali choćby grę w szachy. Oni czasami mogą liczyć na osiągnięcie szczęścia, jeśli od początku znają cenę, jaką zapłacą, i się na to godzą. Szkoda, że w polskiej literaturze brak tej tematyki i dlatego propaguję prozę Jeffreya Archera, który nie raz przeszedł drogę od zera do milionera, który wie jaką cenę trzeba zapłacić na tej drodze, niezależnie od obranej metody, i który potrafi to opisać.

Na szczęście nie wszyscy pragną pieniędzy. Są tacy, którzy pragną władzy, i ci niewiele się od poprzednich różnią, ale są i tacy, którzy pragną szczęśliwej rodziny, wykształcenia, wiedzy czy świętego spokoju. Są maniacy szachów i sportów motorowodnych, dla których życie bez tego nie istnieje. Jedni mają szansę zaspokoić swe pragnienia, inni skazani są na porażkę. Wszystko zależy.

Sukces. Jedni odnoszą sukces w oczach innych, a inni w swoich własnych. Jedni się cieszą i są szczęśliwi, gdy inni im zazdroszczą, a inni, gdy sami dla siebie czują się szczęśliwi. Najważniejsze to znać siebie i wiedzieć, gdzie jest twoje szczęście. To podstawa.

Druga gwarancja sukcesu to umiejętność oceny szans, by nie próbować skakać przez zbyt wysokie mury, a potem konsekwencja i odwaga, by rzucić serce za przeszkodę, którą już zdecydowaliśmy się pokonać.

Jeśli mamy te wszystkie atuty, to faktycznie nic nie jest dla nas niemożliwe. Trzeba jednak mieć świadomość, że cena może być niesamowita i nie każdy potrafi ją zapłacić. Przychodzą mi od razu dwa oparte na faktach filmy pokazujące drogę od zera do... Do milionera – W pogoni za szczęściem i do wiedzy oraz wykształcenia - Ze slumsów na Harvard.

Do szczęścia i sukcesu jest jeszcze inna droga, choć ta wymaga elastyczności pragnień. Idealnie charakteryzuje ją opowieść przedstawiona w filmie Cast Away - poza światem i cytat z niego: "Nigdy nie wiadomo, co przyniesie przypływ". Ludzie, którzy nie zakładają z góry wszystkiego, którzy nie planują od razu całego swego życia, tylko próbują maksymalnie wykorzystać to, co oferuje los, by żyć zgodnie z samym sobą, mają być może łatwiej, zwłaszcza jeśli wobec napotkania przeciwnych wiatrów zmuszeni są lawirować.

Życzę więc wszystkim wystarczającej samoświadomości, by wiedzieli, co uczyni ich szczęśliwymi i wybrania drogi, która pozwoli im spełnić marzenia


Wasz Andrew

tekst popełniony na konkurs ogłoszony przez serwis LubimyCzytać.pl

niedziela, 4 marca 2012

Siła wiary





Cztery zakonnice jadą samochodem. Zabrakło im benzyny.
Jedna z sióstr postanowiła iść na stację benzynową i wzięła ze soba jedyne naczynie jakie było dostępne - nocnik .
Wróciła i z tego nocnika wlewa benzynę do baku.
Obok samochodem przejeżdżają dwaj księża.
Jeden mówi do drugiego:

- Siła ich wiary rzuca mnie na kolana...

sobota, 3 marca 2012

Ankieta w Irlandii



The latest poll taken by the Government asked people who live in Ireland
if they think Polish immigration is a serious problem:
23% of respondents answered: Yes, it is a serious problem.
77% of respondents answered: Absolutnie żaden.

piątek, 2 marca 2012

Piąta kobieta



Henning Mankell

PIĄTA KOBIETA


W afrykańską noc podczas brutalnej napaści giną cztery zakonnice, a wraz z nimi tytułowa piąta kobieta. Kilka miesięcy później w Szwecji zaczynają się zabójstwa dokonywane z wyjątkowym okrucieństwem. Dochodzenie stoi w miejscu. Nie wiadomo, co łączy kolejne ofiary: poetę ornitologa, miłośnika orchidei, profesora uniwersytetu. Czas nagli: komisarz Wallander, dla którego śledztwo zbiega się z osobistymi zmartwieniami, musi zrobić wszystko, by nie dopuścić do następnego morderstwa. Wartką, pełną nagłych zwrotów akcję wzbogacają refleksje autora o patologiach nękających szwedzkie społeczeństwo. Czytelnicy stęsknieni za gęstym, inteligentnym "kryminałem społecznym" znajdą tu pasjonującą intrygę i sporą dawkę emocji.

Tyle mówi nam notka wydawcy na okładce kolejnej powieści Henninga Mankella o przygodach komisarza szwedzkiej policji Kurta Wallandera wydanej w Polsce pod tytułem Piąta kobieta (oryg. Den femte kvinnan). Nie będę niczego więcej o fabule dodawał, by nie zepsuć przyjemności z lektury tej powieści.

Jak zwykle u Mankella powieść czyta się świetnie. Choć morderstwa są krwawe i brutalne, to bezwzględność działania sprawcy, z którym tym razem zmierzy się Wallander, wynika wprost z motywów, które do tych zbrodni prowadzą. Jest to warta zaznaczenia różnica w porównaniu do większości anglosaskich* i polskich powieści zbliżonych gatunków, gdzie wynaturzone zbrodnie wynikają głównie z chęci przyciągnięcia jak największych rzeszy czytelników przez autora, który wie, iż pospólstwu bardziej potrzeba igrzysk (dużo, dużo krwi) niż chleba.

Solidnie zbudowane, przekonujące charakterystyki bohaterów, racjonalne pod względem realizmu psychologicznego spójnego z podejmowanymi decyzjami i działaniami, to jak zawsze wielki atut Mankella. Również żmudny i pozornie powolny proces wykrywczy jest przedstawiony bardzo realistycznie. Pokazuje rolę przypadku, ludzkich słabostek i wielu innych przeciwności podczas prowadzenia skomplikowanego śledztwa w warunkach ciągłych braków; braku czasu, braku energii oraz przy niedostatku sił i środków, jak brzmi oklepany zwrot w tej branży.

W Piątej kobiecie Mankell porusza problem bardzo w Szwecji zauważany, równie bardzo jak w Polsce marginalizowany. Chodzi oczywiście o kwestię przemocy wobec kobiet, która w większości przypadków nigdzie nie jest ujawniania. Nigdy nie znajdzie się w żadnej statystyce, między innymi z tego powodu, że zastraszone ofiary same dają alibi potworom, z którymi żyją. Dają alibi niejednokrotnie do końca życia, które kończą często ginąc z ręki swych prześladowców, którzy często nawet wówczas pozostają bezkarni.

Również zagadnienie rosnącej brutalności przestępstw w Szwecji stanowi temat przewijający się ciągle, niczym motyw przewodni, w rozmyślaniach Kurta, nie tylko zresztą w tej powieści. Inna sprawa, że w porównaniu do naszej rzeczywistości refleksje te trochę śmieszą. Może co bardziej przewrażliwionych na punkcie zagrożenia przestępczością Szwedów należałoby wysyłać do nas w ramach ekscentrycznej terapii. Kilka wieczornych spacerków po blokowiskach, kilka spotkań z kibolami i kilka dni jazdy zakopianką w weekendowych szczytach a po powrocie do kraju odetchnęliby chyba z ulgą.

Motywem startowym powieści jest dylemat tylko zasygnalizowany, ale w miarę krzepnięcia Unii coraz bardziej widoczny i u nas, a mianowicie kwestia wagi, jaką się przykłada do poprawności politycznej. Ile dla niej można poświęcić? Prawdę? Sprawiedliwość? A może i życie ludzkie?

Pomimo jednak tych kilku powodów do przemyśleń uważam określenie „powieść społeczna” używane w kilku przyjaznych dla Piątej kobiety recenzjach za całkowicie nieadekwatne. Ta część Wallandera ma się tak, przykładowo do Millennium, jak warcaby do szachów heksagonalnych. Tym razem mamy do czynienie ze zwykłym kryminałem, w dodatku bez większego suspensu. Z drugiej strony rzecz biorąc, choć od razu wiemy kto zabija i dlaczego, oraz że Wallander zwycięży tak lub inaczej, nie można powiedzieć, iż nie zdołał Mankell stworzyć napięcia i klimatu. Wręcz przeciwnie. Sugestywny styl umożliwia nam wejście w głowę starzejącego się policjanta zmęczonego tymi wszystkimi sprawami, które już zakończył i usiłującego z całych sił podołać tym, które go jeszcze czekają. To trudniejsze niż oglądnięcie kolejnego odcinka CSI, ale na pewno ciekawsze.

Piąta kobieta to powieść bardzo szwedzka. Pokazuje nam odmienny od naszego sposób myślenia i widzenia świata. Warto ją przeczytać choćby po to, bo zobaczyć od wewnątrz jacy są Szwedzi; jak widzą siebie i innych. Mamy również jak zwykle opisy szwedzkiej przyrody i aury, tak odmiennych od naszej. Po prostu możemy wejść nie tylko w głowę policjanta o czym wyżej wspomniałem, ale w głowę Szweda i patrzeć na Szwecję jego oczami. To bardzo cenne i uważnemu czytelnikowi powie więcej powszedniej prawdy niż stosik oficjalnych opracowań, folderów reklamowych czy innych książek. Pokazuje nam szczery, bez dbałości o wydźwięk polityczny, obraz Szwecji i Szwedów, tak jak oni to widzą. Pomimo więc odczucia, iż ta powieść jest słabsza jako kryminał i dużo płytsza niż inne książki Henninga Mankella, jak choćby Comedia infantil, że o innych autorach nie wspomnę, to jednak warto po nią sięgnąć, zwłaszcza zaś przejść się po nią do biblioteki. Do księgarni z czystym sumieniem już bym się nikogo po nią wysłać nie odważył. Nie jest to książka po którą sięga się dwa razy, o czym z żalem Was informuję


Wasz Andrew



* Jak choćby CROSS Jamesa Pattersona

Piąta kobieta [Henning Mankell]  - KLIKAJ I SłUCHAJ ONLINE


Piąta kobieta [Henning Mankell]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE


czwartek, 1 marca 2012

Tańczący Trumniarz



Tańczący Trumniarz (The Coffin Dancer) to jeszcze jedna z powieści o przygodach detektywa Lincolna Rhyme i jego pięknej asystentki Amelii Sachs. Autorem książki jest Jeffery Deaver, najbardziej w Polsce kojarzony jako autor Kolekcjonera Kości (powieść z tego samego cyklu) według którego nakręcono film z udziałem Angeliny Jolie i Denzela Washingtona w rolach wspomnianej wcześniej pary.


Nie będę przytaczał notki wydawcy ani streszczał powieści, gdyż absolutnie nie nadaje się ona do czytania po raz drugi. Gdybym ujawnił, choćby skrótowo treść i zakończenie, nie byłoby sensu po nią sięgać.

Tańczący Trumniarz idealnie nadaje się na scenariusz do filmu. Lincoln i Amelia walczyć będą bowiem z nieuchwytnym zabójcą zwanym od posiadanego tatuażu Tańczącym Trumniarzem, co zapewnia odpowiednią dozę napięcia, błyskawiczne zwroty akcji i kilka zaskakujących momentów. To gwarantuje też pochłonięcie lektury jednym tchem. I dobrze, bo rzecz jest płytka jak wyschnięte oczko wodne. Powieść nie budzi żadnych przemyśleń, żadnego myślenia wręcz w ogóle nie prowokuje. Gdyby małpy umiały czytać, byłyby zadowolone. Po zakończeniu lektury odkładamy książkę i tym mechanicznym ruchem kończymy wszelki z nią kontakt. Kontakt z treścią został bowiem zakończony już w trakcie zamykania okładki.

Kryminał nie musi być natchnieniem do rozważań o marności świata tego, ale powinien mieć choć co nieco wspólnego z realiami. Sylwetki czarnych charakterów tym razem Deaverowi absolutnie się nie udały. Ich psychika nijak się ma do podejmowanych przez nich działań. Nie wspomnę już o totalnych bajkach, które aż śmieszą. Jako ktoś, kto jest nieuchwytny, może być zawodowym mordercą? Jak znajdują go zleceniodawcy, skoro nikt nie ma z nim kontaktu? Czyta ludziom w myślach i sam kontaktuje się z klientami, którzy właśnie planują kogoś sprzątnąć? Totalna bzdura! Zawodowy morderca MUSI być uchwytny, by można go było zatrudnić. Ba, musi nawet posiadać swego rodzaju reklamę i PR, by mieć dobre notowania na rynku. O innych bzdurach, jak na przykład lapsusy z teorii lotnictwa na poziomie szkoły średniej nie będę nawet wspominał. Nie wiem zresztą, czy to sprawka autora czy tłumacza.

By nie kopać leżącego na tym zakończę i podsumuję; jeśli szukacie wciągającego i trzymającego w napięciu, ale denerwującego z powodu miałkości i ewidentnych głupot kryminału, to weźcie się za Trumniarza. W tej kategorii czwóreczkę bym mu dał. Jeśli jednak macie jakiś wybór, to jest tyle innych powieści, że tą można sobie odpuścić. Możecie mi wierzyć


Wasz Andrew

środa, 29 lutego 2012

Biała lwica



Henning Mankell, uznany szwedzki pisarz, dziennikarz, reżyser i autor sztuk teatralnych, jest w Polsce kojarzony głównie jako twórca scenariusza do serialu telewizyjnego o przygodach komisarza Policji Kurta Wallandera* emitowanego w naszej telewizji. Ja, po oglądnięciu wszystkich odcinków nadanych w kraju, postanowiłem sięgnąć do źródeł, czyli do prozy Mankella. Znajomość z jego twórczością pisarską rozpocząłem od powieści Chińczyk, którą oceniłem bardzo, bardzo wysoko. Tak wysoko, że zacząłem się zastanawiać, czy książki z serii Wallandera nie są dużo lepsze niż wersja filmowa. Z taką właśnie nadzieją sięgnąłem po trzecią z cyklu powieść opisującą przygody znanego komisarza:


Biała lwica (Den vita lejoninnan).

Najpierw zerknąłem na notkę na okładce:

W spokojnym szwedzkim miasteczku nagle znika agentka handlu nieruchomościami, baptystka, przykładna żona i matka dwojga dzieci. Policja niebawem odnajduje jej ciało, w dodatku nieopodal zostaje znaleziony palec mężczyzny. Czarnego mężczyzny... Pełne napięcia śledztwo zatacza coraz szersze kręgi; akcja przenosi się ze Szwecji do RPA, pokonuje granice czasu i przestrzeni, dotyka spraw osobistych i politycznych. Komisarz Wallander, usiłując zapobiec zbrodni, która może zmienić bieg historii, wędruje przez świat intryg, spisków i płatnych zabójców, równie posępny jak mglisty krajobraz Skanii.

a potem, pełen nadziei płynącej z niedawnej lektury Chińczyka, zacząłem czytać. Od razu zaznaczę, że Lwica to nie jest powieść kryminalna w stylu polskim, francuskim czy amerykańskim, najczęściej płytka i skoncentrowana tylko na zbrodni i jej szerszym lub węższym tle, próbująca zadziwić brutalnością, makabrą i zezwierzęceniem. Nie jest to też opowieść o herosie w stylu przygód Carla Hamiltona. Podobnie jak inne wybitne szwedzkie kryminały, jak choćby niedościgniona trylogia Millennium, Biała lwica jest kryminałem społecznym. Równie wiele wagi i miejsca zajmują w niej problemy społeczne, co zbrodnia i proces wykrywczy.

W tym wypadku oczywiście głównym problemem i tematem do przemyśleń jest rasizm. Nie tylko ten rodem z RPA, choć on jest najbardziej rażący, ale również ten w mniejszym lub większym stopniu nieobcy każdemu z nas. Ten skrót myślowy szufladkujący ludzi i sprawiający, iż przestajemy ich traktować indywidualnie. Każdy z nas ma swoich czarnuchów, żydów, chinoli, pedałów, baby lub inne szufladki do których chętnie wrzuca innych, by nie wysilać mózgownicy drobiazgowym ocenianiem każdego z osobna. To pokusa, której niewielu potrafi się oprzeć i dlatego trzeba zwalczać ją w zarodku. Tym bardziej, iż większość ludzi jest tak głupia, że naprawdę potrafi uwierzyć, iż wszyscy Niemcy to faszyści, a Polacy to złodzieje. Choćby nie wiem ile prawdy było w takich osądach, to nigdy nie są one prawdziwe. Nawet wśród księży nie wszyscy miłują Boga i nawet wśród morderców są porządni ludzie. Coś jednak jest w ludzkiej naturze, że najłatwiejszym sposobem podniesienia własnej wartości, zwłaszcza dla ludzi, którym jej brakuje, jest poniżanie innych, choćby bezzasadne.

W Białej lwicy Mankell porusza również problemy, które wiążą się z napływem obcych do zwartych kulturowo i narodowo społeczeństw. Nowi to nie zawsze aniołki i przynoszą ze sobą problemy nieraz wcześniej całkowicie nieznane. Dla Szwedów jest to napływ ludzi ze wschodu, często obarczonych przeszłością z komunistycznych tajnych służb oraz kryminalną.

Pomimo tych raczej ciężkich tematów, które wymuszają w nas różne poważne przemyślenia, i dużej objętości, rzecz czyta się świetnie. Wartka akcja pełna niespodziewanych zwrotów sprawia, iż połykamy ją jednym tchem. Sympatycznego, swojskiego, choć zarazem bardzo szwedzkiego i pełnego przywar komisarza Wallandera nie sposób nie polubić. Jego bardzo realna konstrukcja psychiczna kompatybilna z reakcjami i podejmowanymi decyzjami każe mi podejrzewać, iż pierwowzorem mogła być jakaś rzeczywista postać. Z drugiej jednak strony wszyscy bohaterowie Mankella tchną autentyzmem, więc może to po prostu jeszcze jeden objaw klasy autora.

Jeszcze innym rysem Białej lwicy, będącym chyba wspólnym trendem czołowych szwedzkich pisarzy, który świetnie podnosi autentyczność występujących w niej postaci i zdarzeń jest coś, co pierwszy raz zauważyłem u Jana Guillou, a co nazwałbym zakatarzonym herosem. Czy zauważyliście, że amerykańscy bohaterowie nigdy nie mają kataru ani sraczki, a ich działań nie może zniweczyć nawet trzęsienie ziemi? W szwedzkiej szkole kryminału i sensacji jest inaczej. Tutaj widać jak wiele zależy od drobiazgów. Od przeziębienia, które przypałęta się nie w porę albo od drobnej pomyłki nic nie znaczącego pracownika najniższej rangi. Mam wrażenie, że ostatnio nawet nasi decydenci w bardzo kluczowych sprawach zaczynają rozumować jakby postrzegali świat przez pryzmat Rambo, gdy tymczasem Szwedzi zaznaczają problem jakim są najniżej opłacani pracownicy, którzy najmniej znaczą i są najmniej zmotywowani, ale mogą wyrządzić równie wielkie straty, jak ci na górze, zwłaszcza w krytycznej sytuacji. Mankell w Białej lwicy pięknie unaocznia nam, jak wiele może zależeć od tak trywialnych rzeczy, jak rzetelność osób wykonujących najprostsze czynności, jak choćby kontrola paszportowa i jakie mogą być konsekwencje niewysłania drugiej strony faksu.

Niestety, polskie wydanie w tłumaczeniu Haliny Thylwe** nie uniknęło drobnych błędów. Czytając przykładowo o nożu nazywanym bronią miotającą mam podobne wrażenie, jak przy wdepnięciu w krowi placek podczas romantycznego spaceru ukwieconą łąką. Na szczęście powieść jest tej klasy, iż niesmak mija już po następnym akapicie.

Nie będę się dłużej rozpisywał, gdyż to po prostu trzeba przeczytać. Nie wiem, czy warto Białą lwicę kupować, gdyż sam raczej drugi raz po nią nie sięgnę, przynajmniej w najbliższym czasie, ale na pewno warto się po nią przejść do biblioteki. Może nie jest to powieść tej klasy co wspomnianej już, kultowe Millennium, niemniej gorąco polecam, nie tylko miłośnikom kryminałów i szwedzkiej literatury


Wasz Andrew


* Mankell jest autorem scenariuszy do wielu filmów nakręconych w Szwecji, w tym trzech seriali o komisarzu Wallanderze
** Nie wiem czy to wina tłumaczki, czy autora; nazwisko podałem by wiadomo było o czyje tłumaczenie chodzi. Nie wiem, czy w oryginale występują wspomniane mankamenty. Jeśli nawet, to dobry tłumacz powinien je poprawić.

Biała lwica [Henning Mankell]  - KLIKAJ I SłUCHAJ ONLINE

Biała lwica [Henning Mankell]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE