Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.

niedziela, 4 marca 2012

Siła wiary





Cztery zakonnice jadą samochodem. Zabrakło im benzyny.
Jedna z sióstr postanowiła iść na stację benzynową i wzięła ze soba jedyne naczynie jakie było dostępne - nocnik .
Wróciła i z tego nocnika wlewa benzynę do baku.
Obok samochodem przejeżdżają dwaj księża.
Jeden mówi do drugiego:

- Siła ich wiary rzuca mnie na kolana...

sobota, 3 marca 2012

Ankieta w Irlandii



The latest poll taken by the Government asked people who live in Ireland
if they think Polish immigration is a serious problem:
23% of respondents answered: Yes, it is a serious problem.
77% of respondents answered: Absolutnie żaden.

piątek, 2 marca 2012

Piąta kobieta



Henning Mankell

PIĄTA KOBIETA


W afrykańską noc podczas brutalnej napaści giną cztery zakonnice, a wraz z nimi tytułowa piąta kobieta. Kilka miesięcy później w Szwecji zaczynają się zabójstwa dokonywane z wyjątkowym okrucieństwem. Dochodzenie stoi w miejscu. Nie wiadomo, co łączy kolejne ofiary: poetę ornitologa, miłośnika orchidei, profesora uniwersytetu. Czas nagli: komisarz Wallander, dla którego śledztwo zbiega się z osobistymi zmartwieniami, musi zrobić wszystko, by nie dopuścić do następnego morderstwa. Wartką, pełną nagłych zwrotów akcję wzbogacają refleksje autora o patologiach nękających szwedzkie społeczeństwo. Czytelnicy stęsknieni za gęstym, inteligentnym "kryminałem społecznym" znajdą tu pasjonującą intrygę i sporą dawkę emocji.

Tyle mówi nam notka wydawcy na okładce kolejnej powieści Henninga Mankella o przygodach komisarza szwedzkiej policji Kurta Wallandera wydanej w Polsce pod tytułem Piąta kobieta (oryg. Den femte kvinnan). Nie będę niczego więcej o fabule dodawał, by nie zepsuć przyjemności z lektury tej powieści.

Jak zwykle u Mankella powieść czyta się świetnie. Choć morderstwa są krwawe i brutalne, to bezwzględność działania sprawcy, z którym tym razem zmierzy się Wallander, wynika wprost z motywów, które do tych zbrodni prowadzą. Jest to warta zaznaczenia różnica w porównaniu do większości anglosaskich* i polskich powieści zbliżonych gatunków, gdzie wynaturzone zbrodnie wynikają głównie z chęci przyciągnięcia jak największych rzeszy czytelników przez autora, który wie, iż pospólstwu bardziej potrzeba igrzysk (dużo, dużo krwi) niż chleba.

Solidnie zbudowane, przekonujące charakterystyki bohaterów, racjonalne pod względem realizmu psychologicznego spójnego z podejmowanymi decyzjami i działaniami, to jak zawsze wielki atut Mankella. Również żmudny i pozornie powolny proces wykrywczy jest przedstawiony bardzo realistycznie. Pokazuje rolę przypadku, ludzkich słabostek i wielu innych przeciwności podczas prowadzenia skomplikowanego śledztwa w warunkach ciągłych braków; braku czasu, braku energii oraz przy niedostatku sił i środków, jak brzmi oklepany zwrot w tej branży.

W Piątej kobiecie Mankell porusza problem bardzo w Szwecji zauważany, równie bardzo jak w Polsce marginalizowany. Chodzi oczywiście o kwestię przemocy wobec kobiet, która w większości przypadków nigdzie nie jest ujawniania. Nigdy nie znajdzie się w żadnej statystyce, między innymi z tego powodu, że zastraszone ofiary same dają alibi potworom, z którymi żyją. Dają alibi niejednokrotnie do końca życia, które kończą często ginąc z ręki swych prześladowców, którzy często nawet wówczas pozostają bezkarni.

Również zagadnienie rosnącej brutalności przestępstw w Szwecji stanowi temat przewijający się ciągle, niczym motyw przewodni, w rozmyślaniach Kurta, nie tylko zresztą w tej powieści. Inna sprawa, że w porównaniu do naszej rzeczywistości refleksje te trochę śmieszą. Może co bardziej przewrażliwionych na punkcie zagrożenia przestępczością Szwedów należałoby wysyłać do nas w ramach ekscentrycznej terapii. Kilka wieczornych spacerków po blokowiskach, kilka spotkań z kibolami i kilka dni jazdy zakopianką w weekendowych szczytach a po powrocie do kraju odetchnęliby chyba z ulgą.

Motywem startowym powieści jest dylemat tylko zasygnalizowany, ale w miarę krzepnięcia Unii coraz bardziej widoczny i u nas, a mianowicie kwestia wagi, jaką się przykłada do poprawności politycznej. Ile dla niej można poświęcić? Prawdę? Sprawiedliwość? A może i życie ludzkie?

Pomimo jednak tych kilku powodów do przemyśleń uważam określenie „powieść społeczna” używane w kilku przyjaznych dla Piątej kobiety recenzjach za całkowicie nieadekwatne. Ta część Wallandera ma się tak, przykładowo do Millennium, jak warcaby do szachów heksagonalnych. Tym razem mamy do czynienie ze zwykłym kryminałem, w dodatku bez większego suspensu. Z drugiej strony rzecz biorąc, choć od razu wiemy kto zabija i dlaczego, oraz że Wallander zwycięży tak lub inaczej, nie można powiedzieć, iż nie zdołał Mankell stworzyć napięcia i klimatu. Wręcz przeciwnie. Sugestywny styl umożliwia nam wejście w głowę starzejącego się policjanta zmęczonego tymi wszystkimi sprawami, które już zakończył i usiłującego z całych sił podołać tym, które go jeszcze czekają. To trudniejsze niż oglądnięcie kolejnego odcinka CSI, ale na pewno ciekawsze.

Piąta kobieta to powieść bardzo szwedzka. Pokazuje nam odmienny od naszego sposób myślenia i widzenia świata. Warto ją przeczytać choćby po to, bo zobaczyć od wewnątrz jacy są Szwedzi; jak widzą siebie i innych. Mamy również jak zwykle opisy szwedzkiej przyrody i aury, tak odmiennych od naszej. Po prostu możemy wejść nie tylko w głowę policjanta o czym wyżej wspomniałem, ale w głowę Szweda i patrzeć na Szwecję jego oczami. To bardzo cenne i uważnemu czytelnikowi powie więcej powszedniej prawdy niż stosik oficjalnych opracowań, folderów reklamowych czy innych książek. Pokazuje nam szczery, bez dbałości o wydźwięk polityczny, obraz Szwecji i Szwedów, tak jak oni to widzą. Pomimo więc odczucia, iż ta powieść jest słabsza jako kryminał i dużo płytsza niż inne książki Henninga Mankella, jak choćby Comedia infantil, że o innych autorach nie wspomnę, to jednak warto po nią sięgnąć, zwłaszcza zaś przejść się po nią do biblioteki. Do księgarni z czystym sumieniem już bym się nikogo po nią wysłać nie odważył. Nie jest to książka po którą sięga się dwa razy, o czym z żalem Was informuję


Wasz Andrew



* Jak choćby CROSS Jamesa Pattersona

Piąta kobieta [Henning Mankell]  - KLIKAJ I SłUCHAJ ONLINE


Piąta kobieta [Henning Mankell]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE


czwartek, 1 marca 2012

Tańczący Trumniarz



Tańczący Trumniarz (The Coffin Dancer) to jeszcze jedna z powieści o przygodach detektywa Lincolna Rhyme i jego pięknej asystentki Amelii Sachs. Autorem książki jest Jeffery Deaver, najbardziej w Polsce kojarzony jako autor Kolekcjonera Kości (powieść z tego samego cyklu) według którego nakręcono film z udziałem Angeliny Jolie i Denzela Washingtona w rolach wspomnianej wcześniej pary.


Nie będę przytaczał notki wydawcy ani streszczał powieści, gdyż absolutnie nie nadaje się ona do czytania po raz drugi. Gdybym ujawnił, choćby skrótowo treść i zakończenie, nie byłoby sensu po nią sięgać.

Tańczący Trumniarz idealnie nadaje się na scenariusz do filmu. Lincoln i Amelia walczyć będą bowiem z nieuchwytnym zabójcą zwanym od posiadanego tatuażu Tańczącym Trumniarzem, co zapewnia odpowiednią dozę napięcia, błyskawiczne zwroty akcji i kilka zaskakujących momentów. To gwarantuje też pochłonięcie lektury jednym tchem. I dobrze, bo rzecz jest płytka jak wyschnięte oczko wodne. Powieść nie budzi żadnych przemyśleń, żadnego myślenia wręcz w ogóle nie prowokuje. Gdyby małpy umiały czytać, byłyby zadowolone. Po zakończeniu lektury odkładamy książkę i tym mechanicznym ruchem kończymy wszelki z nią kontakt. Kontakt z treścią został bowiem zakończony już w trakcie zamykania okładki.

Kryminał nie musi być natchnieniem do rozważań o marności świata tego, ale powinien mieć choć co nieco wspólnego z realiami. Sylwetki czarnych charakterów tym razem Deaverowi absolutnie się nie udały. Ich psychika nijak się ma do podejmowanych przez nich działań. Nie wspomnę już o totalnych bajkach, które aż śmieszą. Jako ktoś, kto jest nieuchwytny, może być zawodowym mordercą? Jak znajdują go zleceniodawcy, skoro nikt nie ma z nim kontaktu? Czyta ludziom w myślach i sam kontaktuje się z klientami, którzy właśnie planują kogoś sprzątnąć? Totalna bzdura! Zawodowy morderca MUSI być uchwytny, by można go było zatrudnić. Ba, musi nawet posiadać swego rodzaju reklamę i PR, by mieć dobre notowania na rynku. O innych bzdurach, jak na przykład lapsusy z teorii lotnictwa na poziomie szkoły średniej nie będę nawet wspominał. Nie wiem zresztą, czy to sprawka autora czy tłumacza.

By nie kopać leżącego na tym zakończę i podsumuję; jeśli szukacie wciągającego i trzymającego w napięciu, ale denerwującego z powodu miałkości i ewidentnych głupot kryminału, to weźcie się za Trumniarza. W tej kategorii czwóreczkę bym mu dał. Jeśli jednak macie jakiś wybór, to jest tyle innych powieści, że tą można sobie odpuścić. Możecie mi wierzyć


Wasz Andrew

środa, 29 lutego 2012

Biała lwica



Henning Mankell, uznany szwedzki pisarz, dziennikarz, reżyser i autor sztuk teatralnych, jest w Polsce kojarzony głównie jako twórca scenariusza do serialu telewizyjnego o przygodach komisarza Policji Kurta Wallandera* emitowanego w naszej telewizji. Ja, po oglądnięciu wszystkich odcinków nadanych w kraju, postanowiłem sięgnąć do źródeł, czyli do prozy Mankella. Znajomość z jego twórczością pisarską rozpocząłem od powieści Chińczyk, którą oceniłem bardzo, bardzo wysoko. Tak wysoko, że zacząłem się zastanawiać, czy książki z serii Wallandera nie są dużo lepsze niż wersja filmowa. Z taką właśnie nadzieją sięgnąłem po trzecią z cyklu powieść opisującą przygody znanego komisarza:


Biała lwica (Den vita lejoninnan).

Najpierw zerknąłem na notkę na okładce:

W spokojnym szwedzkim miasteczku nagle znika agentka handlu nieruchomościami, baptystka, przykładna żona i matka dwojga dzieci. Policja niebawem odnajduje jej ciało, w dodatku nieopodal zostaje znaleziony palec mężczyzny. Czarnego mężczyzny... Pełne napięcia śledztwo zatacza coraz szersze kręgi; akcja przenosi się ze Szwecji do RPA, pokonuje granice czasu i przestrzeni, dotyka spraw osobistych i politycznych. Komisarz Wallander, usiłując zapobiec zbrodni, która może zmienić bieg historii, wędruje przez świat intryg, spisków i płatnych zabójców, równie posępny jak mglisty krajobraz Skanii.

a potem, pełen nadziei płynącej z niedawnej lektury Chińczyka, zacząłem czytać. Od razu zaznaczę, że Lwica to nie jest powieść kryminalna w stylu polskim, francuskim czy amerykańskim, najczęściej płytka i skoncentrowana tylko na zbrodni i jej szerszym lub węższym tle, próbująca zadziwić brutalnością, makabrą i zezwierzęceniem. Nie jest to też opowieść o herosie w stylu przygód Carla Hamiltona. Podobnie jak inne wybitne szwedzkie kryminały, jak choćby niedościgniona trylogia Millennium, Biała lwica jest kryminałem społecznym. Równie wiele wagi i miejsca zajmują w niej problemy społeczne, co zbrodnia i proces wykrywczy.

W tym wypadku oczywiście głównym problemem i tematem do przemyśleń jest rasizm. Nie tylko ten rodem z RPA, choć on jest najbardziej rażący, ale również ten w mniejszym lub większym stopniu nieobcy każdemu z nas. Ten skrót myślowy szufladkujący ludzi i sprawiający, iż przestajemy ich traktować indywidualnie. Każdy z nas ma swoich czarnuchów, żydów, chinoli, pedałów, baby lub inne szufladki do których chętnie wrzuca innych, by nie wysilać mózgownicy drobiazgowym ocenianiem każdego z osobna. To pokusa, której niewielu potrafi się oprzeć i dlatego trzeba zwalczać ją w zarodku. Tym bardziej, iż większość ludzi jest tak głupia, że naprawdę potrafi uwierzyć, iż wszyscy Niemcy to faszyści, a Polacy to złodzieje. Choćby nie wiem ile prawdy było w takich osądach, to nigdy nie są one prawdziwe. Nawet wśród księży nie wszyscy miłują Boga i nawet wśród morderców są porządni ludzie. Coś jednak jest w ludzkiej naturze, że najłatwiejszym sposobem podniesienia własnej wartości, zwłaszcza dla ludzi, którym jej brakuje, jest poniżanie innych, choćby bezzasadne.

W Białej lwicy Mankell porusza również problemy, które wiążą się z napływem obcych do zwartych kulturowo i narodowo społeczeństw. Nowi to nie zawsze aniołki i przynoszą ze sobą problemy nieraz wcześniej całkowicie nieznane. Dla Szwedów jest to napływ ludzi ze wschodu, często obarczonych przeszłością z komunistycznych tajnych służb oraz kryminalną.

Pomimo tych raczej ciężkich tematów, które wymuszają w nas różne poważne przemyślenia, i dużej objętości, rzecz czyta się świetnie. Wartka akcja pełna niespodziewanych zwrotów sprawia, iż połykamy ją jednym tchem. Sympatycznego, swojskiego, choć zarazem bardzo szwedzkiego i pełnego przywar komisarza Wallandera nie sposób nie polubić. Jego bardzo realna konstrukcja psychiczna kompatybilna z reakcjami i podejmowanymi decyzjami każe mi podejrzewać, iż pierwowzorem mogła być jakaś rzeczywista postać. Z drugiej jednak strony wszyscy bohaterowie Mankella tchną autentyzmem, więc może to po prostu jeszcze jeden objaw klasy autora.

Jeszcze innym rysem Białej lwicy, będącym chyba wspólnym trendem czołowych szwedzkich pisarzy, który świetnie podnosi autentyczność występujących w niej postaci i zdarzeń jest coś, co pierwszy raz zauważyłem u Jana Guillou, a co nazwałbym zakatarzonym herosem. Czy zauważyliście, że amerykańscy bohaterowie nigdy nie mają kataru ani sraczki, a ich działań nie może zniweczyć nawet trzęsienie ziemi? W szwedzkiej szkole kryminału i sensacji jest inaczej. Tutaj widać jak wiele zależy od drobiazgów. Od przeziębienia, które przypałęta się nie w porę albo od drobnej pomyłki nic nie znaczącego pracownika najniższej rangi. Mam wrażenie, że ostatnio nawet nasi decydenci w bardzo kluczowych sprawach zaczynają rozumować jakby postrzegali świat przez pryzmat Rambo, gdy tymczasem Szwedzi zaznaczają problem jakim są najniżej opłacani pracownicy, którzy najmniej znaczą i są najmniej zmotywowani, ale mogą wyrządzić równie wielkie straty, jak ci na górze, zwłaszcza w krytycznej sytuacji. Mankell w Białej lwicy pięknie unaocznia nam, jak wiele może zależeć od tak trywialnych rzeczy, jak rzetelność osób wykonujących najprostsze czynności, jak choćby kontrola paszportowa i jakie mogą być konsekwencje niewysłania drugiej strony faksu.

Niestety, polskie wydanie w tłumaczeniu Haliny Thylwe** nie uniknęło drobnych błędów. Czytając przykładowo o nożu nazywanym bronią miotającą mam podobne wrażenie, jak przy wdepnięciu w krowi placek podczas romantycznego spaceru ukwieconą łąką. Na szczęście powieść jest tej klasy, iż niesmak mija już po następnym akapicie.

Nie będę się dłużej rozpisywał, gdyż to po prostu trzeba przeczytać. Nie wiem, czy warto Białą lwicę kupować, gdyż sam raczej drugi raz po nią nie sięgnę, przynajmniej w najbliższym czasie, ale na pewno warto się po nią przejść do biblioteki. Może nie jest to powieść tej klasy co wspomnianej już, kultowe Millennium, niemniej gorąco polecam, nie tylko miłośnikom kryminałów i szwedzkiej literatury


Wasz Andrew


* Mankell jest autorem scenariuszy do wielu filmów nakręconych w Szwecji, w tym trzech seriali o komisarzu Wallanderze
** Nie wiem czy to wina tłumaczki, czy autora; nazwisko podałem by wiadomo było o czyje tłumaczenie chodzi. Nie wiem, czy w oryginale występują wspomniane mankamenty. Jeśli nawet, to dobry tłumacz powinien je poprawić.

Biała lwica [Henning Mankell]  - KLIKAJ I SłUCHAJ ONLINE

Biała lwica [Henning Mankell]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

wtorek, 28 lutego 2012

Władcy Europy




Historia kartelu farmaceutycznego

Die Geschichte des Pharma-Geschäfts
Wie wir wurden
was wir sind


Kiedy znajomy podesłał mi link do filmu z wystąpieniem Dr Ratha „kartel chemiczno-farmaceutyczny-naftowy” nie bardzo się paliłem do jego odpalenia. Już jednak po pierwszych sekundach film, który w rzeczywistości jest utrwaleniem odczytu doktora Matthiasa Ratha z Koalicji w Obronie Zdrowia, bardzo mnie zaciekawił. Nie jest to jednak pogadanka o propagowanej przez niego metodzie walki z rakiem, a o historii. Główna teza filmu jest szokująca: niemiecki kartel przemysłu chemicznego, który dał władzę Hitlerowi, jako swojemu figurantowi, w celu zniewolenia Europy, po przegranej wojnie umieścił swych ludzi, niejednokrotnie zbrodniarzy wojennych, w rządach kluczowych państw Europy i stworzył Unię Europejską, by pokojowo osiągnąć to, czego nie zdołał przy pomocy II Wojny Światowej.

Oglądając film miałem z początku wrażenie, iż to jeszcze jedna odsłona kolejnej z wielu spiskowych teorii dziejów. Okazało się jednak, iż rzecz jest niezwykle interesująca.

Historia to bardzo ciekawa nauka. W opozycji do nauk ścisłych, nie ma jednej historii, choć jest jedna matematyka, fizyka, astronomia. W każdej nauce, poza hipotezami, w które można wierzyć, albo nie, i których wartość przejawia się głównie w użyteczności lub pięknie logicznej konstrukcji, są elementy uznawane za pewne. Twierdzenie Pitagorasa czy Prawo Boyle'a-Mariotte'a są, jakie są. Nikt, ani nic, nie może zmienić ich treści, nawet jeśli ktoś wymusi zmianę ich nazwy. Z historią jest inaczej. Istotą historii, uzasadniającą jej istnienie jako nauki, jest nie tylko ustalanie faktów, ale i związków między nimi. I tu zaczyna się problem. O ile co do gołych faktów różni historycy często się zgadzają, to co do reszty, o ile chodzi o rzeczy mające jakiekolwiek znaczenie, często nie. Tym częściej nie, im bardziej dany temat może mieć związek z aktualną rzeczywistością. Przykładem choćby druga wojna światowa, której wybuch i przyczyny są odmiennie widziane przykładowo przez historyków polskich, rosyjskich czy niemieckich. A mówimy tutaj tylko o historykach prezentujących oficjalną, państwową wersję dziejów, choć przecież są i outsaiderzy, że wspomnę tylko o Suworowie, niegdyś wyśmiewanym za swą koncepcję, według której to ZSRR spowodował wybuch drugiej wojny światowej, a która obecnie ma coraz więcej zwolenników. Nie bez kozery starożytni Grecy uważali historię raczej za sztukę niż naukę i dlatego twory w rodzaju IPN-u, próbujące ustalać wizję historii przy pomocy wyroków parasądowych są dla mnie poronione. Póki trwają badania historyczne, a trwają zawsze, póty kształt historii jest zmienny i nic tego nie powstrzyma. To jednak tylko taka, nieco przydługa, dygresja wprowadzająca, więc wróćmy do tematu.

Choć odczucia z omawianego filmu są tego rodzaju, iż ma się wrażenie, że to obraz nawiedzony i sekciarski, jednak, gdy odetniemy się od formy, od surowego, zarejestrowanego obrazu pozbawionego obróbki, do czego nie jesteśmy przyzwyczajeni, stwierdzamy, iż to, o czym mówi, jest już w dużej części wiadome, naprawdę ważne i coraz bardziej aktualne, a tylko dotąd nie wyartykułowane razem, w jednym miejscu, rozrzucone po wielu różnych tematach. Znajdziemy tu wiele faktów mało znanych i ich logiczne połączenie, które zwolennikom Zjednoczonej Europy powinno dać do myślenia. Choć mam inne zdanie niż autor w kwestii odpowiedzialności za rozpoczęcie II Wojny Światowej, w czym popieram Suworowa, reszta filmu wydaje mi się wiarygodna i przekonywująca. Stwierdzenia, iż Hitler mógł dojść do władzy dopiero po dogadaniu się z niemieckim kapitałem nie są niczym nowym i są zgodne z ogólnymi mechanizmami polityki. Nie miał on bowiem jeszcze takiego oparcia w masach, jak Lenin podczas rewolucji, a poza tym posiadał smutne doświadczenia z nieudanego puczu. Nie ma też niczego, co by przeczyło hipotezie, że radzieckie dążenia do wojny zbiegły się z niemieckimi. To tylko świadczy o tym, że obie strony były za nią odpowiedzialne, a jedynie dyskusyjne jest, kto miał w tym większy udział. Inna sprawa jeszcze, to temat pozostałych uczestników politycznej gry, którzy dolewali oliwy do ognia, ale nie tutaj miejsce i czas na te rozważania.

Jeśli ktoś uważa, iż informacje o zbrodniarzach wojennych z niemieckiego kartelu farmaceutycznego zasiadających we władzach Niemiec i innych krajów, budujących Unię Europejską, by pokojowo osiągnąć to, co im się nie udało za pomocą Hitlera, za naciągane, to niech sobie tylko przypomni amerykański program rakietowo-kosmiczny, w którym zatrudniono ludzi z taką samą legitymacją, zapewniając im całkowitą bezkarność. Poza tym w filmie podany jest adres internetowy http://www.profit-over-life.org, gdzie opublikowano dokumenty na których oparto tezy przedstawione w filmie.

Chcę się też podzielić pewną refleksją. Przed laty, gdy Polska chciała bardzo do Unii, ale nie było wiadomo, czy ją zechcą, trafiłem na takie cytaty:

"Nowa Europa solidarności współpracy międzyludzkiej, Europa nie znająca bezrobocia, kryzysów ekonomicznych i walutowych, Europa planowania i podziału pracy, mająca do dyspozycji najnowocześniejsze technologie oraz wspólnie zbudowany system handlu i komunikacji sięgający po krańce kontynentu, będzie stać na solidnych fundamentach i jak tylko upora się z problemami ekonomicznymi wynikającymi z narodowych barier, czeka ją szybki wzrost gospodarczy".

"W Niemczech w szkole uczymy się, że pierwszy rozbiór Polski był wynalazkiem Polaków, że Wasi magnaci sami zaproponowali to Rosji i Prusom. Dotąd nie chciałem w to wierzyć. Dzisiaj widząc jak Wasza tak zwana elita propaguje przystąpienie do Unii przekonałem się że ta historia może być prawdziwa... Kiedy słyszę powtarzane bezustannie takie hasła jak: "Dla Unii nie ma alternatywy", "Jak nie Unia to Białoruś", zastanawiam się czy ci ludzie są ślepi, łatwowierni czy skorumpowani, a może wszystko razem. "

Wbrew pozorom pierwszy cytat nie jest to wypowiedzią któregoś z aktualnych euroentuzjastów.To ich ideowy poprzednik, a konkretnie dr Artur Seyss-Inquart - hitlerowski gauleiter Holandii, po wojnie skazany w Norymberdze na karę śmierci, we fragmencie tekstu z roku 1940. Drugi cytat to słowa, które wypowiadział Carl Beddermann były doradca i ekspert Unii Europejskiej (fragment wypowiedzi z października 2002).

Jak widać Unia Europejska, pomimo nie mającej precedensu kampanii autopromocyjnej, może budzić różne skojarzenia. Nie bójmy się więc uważnie obejrzeć tego filmu i samodzielnie nad nim pomyśleć, nie oglądając się na powszechnie uznane autorytety, gdyż jak widać, nie do końca są one w czymkolwiek autorytetami. Pomyślmy o tym, jak najpierw Unia, niby krygująca się panna na wydaniu, kazała się prosić i błagać o przyjęcie nowych państw, a teraz nie chce ich wypuścić, choć ją ewidentnie zdradzono i jeszcze musi do nieudaczników dopłacać. Dlaczego i komu zależy na zatrzymaniu w Unii państw, których w ogóle by nie przyjęto, gdyby wcześniej się prowadziły tak, jak teraz? Film, choć nakręcony przed kryzysem, daje do myślenia i na te tematy. Gorąco zapraszam na seans i zachęcam do samodzielnego i krytycznego przemyślenia, gdyż jak już wspomniałem, choć nie ze wszystkimi jego tezami się zgadzam, to uważam go za niezmiernie wartościowy i interesujący. Zapraszam na seans


Wasz Andrew

poniedziałek, 27 lutego 2012

W ciemności



W ciemności
(In Darkness) 2011


Kiedyś, dawno, dawno temu, uwielbiałem chodzić do kina. Te czasy bezpowrotnie minęły w momencie, gdy w kinach pojawiły się fotele z podstawką pod popcorn i napoje, a w domach pojawiło się DVD i dźwięk surround. Tylko świnie jedzą w kinie, bo niczego bardziej nie lubię, niż odgłosu czyjegoś mlaskania i chrupania, gdy na ekranie on i ona, albo gulgotania napoju w czyjejś gardzieli, gdy powinna zalec totalna cisza, gdy na ekranie gasną czyjeś oczy. Wobec powyższego myślałem, iż już nigdy noga moja nie postanie w przytułku bękarta Maelpomeny i Talii. Oczywiście myliłem się, jak większość próbujących przepowiadać przyszłość, gdyż są zaproszenia, którym się nie odmawia. I tak , po kilkunastu chyba latach nieobecności, znowu trafiłem do kina; na seans W ciemności w reżyserii Agnieszki Holland.

Od razu się przyznam do tego, czego się wcale nie wstydzę, a mianowicie do nieznajomości twórczości znanej rodaczki. Nie uważam za konieczne, by oglądać coś tylko dlatego, iż zdobyło uznanie. Wiele filmów uważanych kiedyś, z różnych powodów, za arcydzieła, dziś zalega najbardziej zakurzone kąty. Nie widziałem więc na razie powodu, by specjalnie poszukiwać twórczości pani Holland, choć, z drugiej strony, nazwisko było mi znane i uważałem je za godne szacunku, między innymi za postawę artystki w różnych sytuacjach*.

Początek seansu to był prawdziwy koszmar. Pełny byłem obawy, iż znowu zobaczę kolejny obraz historyczny w polskim moralnie czarno-białym kanonie, gdzie święci są bez grzechu, bohaterowie bez strachu i dziewice bez skazy, gdzie Niemcy to tchórze i idoci, Polacy odważni i rycerscy nie tylko wobec dam, ale nawet i Żydów. Nieco pocieszałem się renomą reżyserki, ale jednocześnie dołowało mnie krzesło dużo mniej wygodne od wersalki, na której zwykle smakuję wytwory sztuki kinematograficznej. Najgorsze były częste zabawy ostrością w kadrze, co w połączeniu z moją wadą wzroku, odległością od ekranu i jego przekątną sprawiało mi mękę, choć miałem najlepsze miejsce z możliwych. Z każdą sekundą pierwszych minut tęskniłem bardziej za powrotem do domu i oglądaniem w warunkach, w których mógłbym bez bólu docenić te artystyczne wyczyny z głębią ostrości.

Po kilku minutach, mimo wszystko, film zaczął mnie wciągać. W ciemności jest opowieścią o czasach pogardy. Opiera się na powieści In The Sewers of Lvov (W kanałach Lwowa) autorstwa Roberta Marshalla oraz na wspomnieniach Krystyny Chiger opisanych w książce Dziewczynka w zielonym sweterku.

Główny bohater opowieści, Leopold Socha, jest lwowskim Polakiem, kanalarzem, a po pracy cwaniaczkiem, który dla kilku groszy na wiele jest gotowy. Handluje z Żydami z getta, ma zamiar szantażować grupę, która chce z niego uciec kanałami. Gdy okupanci przystępują do likwidacji żydowskiej enklawy, za pieniądze pomaga grupie wyznawców judaizmu ukryć się w kanałach. Jednocześnie szabruje gdzie się da, głównie w opustoszałym getcie. Na utrzymaniu ma żonę i małą córeczkę, a „żydki” są dla niego czymś gorszym, może nawet nie kimś gorszym, niż jego rodacy. Przede wszystkim liczą się dla niego swoi: rodzina, kumpel z pracy.

Leci dzień za dniem, miesiąc za miesiącem, a Socha donoszący żarcie mieszkańcom kanałów i obdzierający ich przy tym z kasy ma coraz więcej problemów. Nad głową, niczym miecz Damoklesa, wisi mu kolega Ukrainiec polujący na żydków dla nagrody. Jak się to wszystko skończy nie będę zdradzał.

Film okazał się prawdziwą rewelacją. Nie potrafię powiedzieć, czy należał mu się Oskar, ale zdecydowanie udało się Agnieszcze Holland nakręcić jeden z najlepszych polskich filmów o wojnie. Odpowiednik Gwiaździstego sztandaru w tym sensie, że odzierający z brązu posąg Polaka ratującego Żyda. W niezwykle realistyczny i wyważony sposób udało się ukazać charakterystykę antysemityzmu wynikającego po części z niewiedzy, a po drugie z izolacji, więc po części z winy samych izolowanych. Widać wyraźnie przemianę Sochy, który poznając obcych, zaczyna jednocześnie widzieć w nich ludzi. Realizm sięgający mistrzostwa widać choćby w scenie, gdy Socha daje pieniądze Żydowi, któremu już skończyła się gotówka, by ten udawał, ze nadal mu płaci, a wszystko po to, by kumple Sochy nie mieli go za frajera, który pomaga komuś za darmo. W ciemności nie jest tak naprawdę filmem o Żydach – jest filmem o Polakach. I nie jest to tylko film o holocauście, który jednak miał miejsce już dość dawno temu. Poprzez umiejętne przypomnienie tego koszmaru jest to przede wszystkim film o uprzedzeniach i nienawiści, które tak łatwo wywołać i tak trudno wykorzenić.

Nie czuję się upoważniony, by wypowiadać się o wartościach artystycznych tej produkcji, gdyż jak wiadomo każdemu podoba się to, co mu się podoba, a gentlemani o gustach nie dyskutują. Jednak jako przyczynek do ukazania tego, czym jest wojna, jak wyglądał, i chyba nadal wygląda, stosunek przeciętnego Polaka do Żyda, jest to film świetny. Próbuje też ukazać, jak bezpodstawne w gruncie rzeczy są uprzedzenia rasowe lub wyznaniowe. Realistycznie pokazuje nawet takie aspekty wojennej rzeczywistości, jak pęd do prokreacji w najcięższych nawet terminach, które mogą przyjść na człowieka. Gra aktorów również jest wspaniała. Mnie w szczególności zaskoczył Robert Więckiewicz, który w roli Sochy odnalazł się tak, jakby się do niej urodził. Prześwietnie grał też Benno Fürmann, choć i pozostali aktorzy byli wspaniali i należałoby wielu z nich tutaj wymienić.

Dobrze, że w kinie ludzie nie zaczęli wychodzić, gdy pod koniec, na czarnym już ekranie, pojawiły się pierwsze napisy. Są one bowiem integralną częścią tego opartego na faktach filmu, puentą jedną z najmocniejszych, jakie kiedykolwiek w obrazie kinowym widziałem. Mocna, naprawdę mocna rzecz. Tak mocna, iż uważam za duże przegięcie dopuszczenie tego filmu dla widzów od lat 12, a nie od 18. To jakieś takie schizofreniczne w kraju, w którym Playboy jest zastrzeżony tylko dla dorosłych. Rozumiem, że chodziło o umożliwienie zapędzenia do kin młodzieży szkolnej i innych wycieczek w celu podniesienia oglądalności oraz pobicia rekordu frekwencji. Nie tędy jednak droga.

Jakie będą końcowe oceny dzieła Agnieszki Holland, gdy ucichnie już zamieszanie z szansami na Oskara? Nie wiem. Reżyserka mocno nadepnęła na odcisku wielu polskim środowiskom, a głównie tym powiązanym tradycyjnie z antysemityzmem. Dla mnie jednak, choć całkowicie pozbawiony walorów rozrywkowych, jest to film absolutnie godny polecenia każdemu, z wyjątkiem młodych widzów, o czym gorąco Was zapewniam


Wasz Andrew


* m.in. Agnieszka Holland była jedną z osób, które stanęły w obronie projektu kontrowersyjnego filmu Tajemnica Westerplatte Pawła Chochlewa

niedziela, 26 lutego 2012

Pole krwi



Glasgow, rok 1981. Osiemnastoletnia Paddy Meehan rozpoczyna pracę jako goniec w dzienniku " Scottish Daily News ". Z uporem walczy o pozycję w redakcji. W tym czasie całe miasto obiega wieść o porwaniu i zabójstwie małego Briana Wilcoxa. O zbrodnię oskarżeni zostają dwaj nastoletni chłopcy , jeden z nich jest krewnym narzeczonego Paddy. Dziewczyna podejrzewa, że za śmiercią dziecka stoi ktoś jeszcze. Planuje artykuł, który odsłoni prawdę, a dla niej będzie przepustką do lepszego świata. Aby osiągnąć cel, musi stawić czoła tradycyjnej, pełnej uprzedzeń wspólnocie katolickiej, z której się wywodzi.

Świetnie odmalowane tło społeczno- obyczajowe , surowy , proletariacki język , czarny humor i trafna diagnoza socjologiczna to tylko niektóre atuty POLA KRWI. Galeria wyrazistych postaci i bezbłędnie poprowadzona fabuła nie pozostawiają wątpliwości co do talentu Miny – nowej mistrzyni powieści kryminalnej.

Tyle można wyczytać z notki na okładce książki Pole krwi (The Field of Blood), która niejako przypadkiem wpadła mi w ręce. Jej autorką jest szkocka pisarka Denise Mina i było to moje pierwsze spotkanie z jej twórczością.

Maniera pisarska szkockich autorów (nie tylko kryminałów) musiała być chyba dość specyficzna, skoro ukuto dla ich twórczości osobne określenie – tartan noir. Pola krwi w pełni zasługują na zaliczenie do tego gatunku. Nieustanne wrażenia podczas lektury The Field od Blood to mrok, zimno, beznadzieja, zło. Prawie skazana na przegraną walka o sprawiedliwość, dobro i sukces.

Klimat, niepowtarzalny i niesamowicie plastycznie oddany, to główny walor tej powieści i podstawa jej autentyzmu. Również bohaterowie, choć nie budzą zbytniej sympatii, a może właśnie dlatego, wydają się aż nazbyt realni w tym przegranym środowisku, w którym rozgrywa się akcja, zarówno w wymiarze geograficznym, jak i społecznym oraz duchowym.

Dla polskiego czytelnika bardzo interesujące będzie również to, jak nas widzą Szkoci. Nie nas, gastarbeiterów, ale nas, Polaków z Polski. I nie jest to niestety obrazek budujący:

"... Kiedy potarła zapałkę, odskoczyła główka i upadła na dywan, tworząc niewielki krater w materiale wykładziny. Tracy nadepnęła na zapałkę, przyduszając płomień. – Cholerne zapałki. Robione w Polsce. ...”

Coraz częściej, gdy ktoś uważnie czyta literaturę europejską, zauważyć może, iż tak jak dla nas synonimem tandety i bezmyślnej pracy za grosze jest chińszczyzna, tak dla państw Starej Europy jest nim Polska. Szkoda, że my sami tego nie zauważamy i zamiast starać się to naprawić, butnie głosimy, iż przewodzimy Europie, a w niektórych dziedzinach nawet światu.

Wracając do Pola krwi, to zapewniam, że to powieść warta przeczytania, ale bardzo dołująca. Głównie ze względu na wnikliwe studium katolickiej moralności, która przedstawiona jest jako symbol dwulicowości posuniętej aż do oszukiwania samego siebie, bezmyślnego moralnego lenistwa zamkniętego w klatce bzdurnych dogmatów, bezsensownych uprzedzeń, zawiści i nienawiści. Zaciekłości ukrytej pod miłosierdziem i bezlitosnego uporu skrytego pod płaszczykiem miłości. Zabierając się do tej lektury nie liczcie na doładowanie akumulatorów i rozrywkę. Warstwa kryminalna jest tu raczej tylko pretekstem do pokazania tła obyczajowego. Radzę to wypożyczyć z biblioteki, bo wrócić do Pola krwi to chyba byłby masochizm. Niemniej polecam, bo warto. Warto zobaczyć różne rzeczy oczami Szkotki, o czym z przekonaniem Was zapewniam


Wasz Andrew