Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.

sobota, 21 stycznia 2012

Kane i Abel



Kane i Abel to tytuł dość pokaźnej objętościowo powieści, której autorem jest brytyjski pisarz, Jeffrey Archer. Powieść nie jest nowa, bowiem została napisana w 1979. Dlaczego o niej piszę? Gdyż wywarła na mnie bardzo silne wrażenie, podobnie jak i osoba autora. Obie są w Polsce mało doceniane i dlatego postanowiłem je przybliżyć, zwłaszcza młodszemu pokoleniu.


Jeffrey Archer to jeden z najbardziej popularnych pisarzy angielskich. Solidne wykształcenie zdobył na Oxfordzie i właśnie podczas studiów zaczął z powodzeniem uprawiać sport, do tego stopnia, że został reprezentantem Wielkiej Brytanii w biegu na 100 metrów. Próbował swych sił w różnych dziedzinach. W połowie lat 60-tych był już posiadaczem dużej fortuny, którą stracił z dnia na dzień, przegrywając wszystko na giełdzie. Gdy zajął się pisarstwem zaczęły się sukcesy i znów był bogaty. Zajmował się intensywnie polityką. Był nawet typowany na następcę Margaret Thatcher, jednak skandal (spotkanie z luksusową prostytutką) przystopowało jego sukcesy w tej dziedzinie. Co prawda Archer wytoczył proces dziennikom, które opisały jego erotyczne wyskoki, proces wygrał i otrzymał pół miliona dolarów odszkodowania, ale stracił pęd ku najwyższym stanowiskom. Nie był to zresztą koniec tej historii. Cały czas pisał i odnosił sukcesy. W 1992 roku z rąk królowej otrzymał tytuł szlachecki, a w 1999 postanowił startować w wyborach na burmistrza Londynu. Wtedy jednak Reżyser Ted Francis, który w czasie procesu w 1987 r. zapewnił Archerowi alibi, ujawnił, że zrobił to tylko po to, by ratować małżeństwo pisarza (żona Archera, Mary, z którą ma dwóch synów, pochodzi z arystokratycznej rodziny). Inni świadkowie też przyznali się do fałszowania dowodów w sprawie tamtego procesu. Przy okazji tej sprawy udowodniono pisarzowi defraudację pieniędzy przeznaczonych na pomoc Kurdom. Pisarz został skazany na cztery lata pozbawienia wolności za krzywoprzysięstwo i nadużycie prawa. Odbył połowę kary. Na pobycie w więzieniu też zarobił; pisząc kolejną powieść – Dziennik więzienny. Widać więc, że Archer z niejednego pieca chleb jadał, co dodaje jego dziełom rzadko spotykany w literaturze smak autentyczności.

Kane i Abel tytułem i fabułą nawiązuje do biblijnych braci Kaina i Abla. Powieść od pierwszego wydania okazała się wielkim międzynarodowym sukcesem. W 1985 zajęła pierwsze miejsce na liście bestsellerów The New York Times’a a w telewizji CBS nakręcono na jej podstawie miniserial pod tym samym tytułem z Peterem Straussem i Samem Neill w rolach głównych.

Powieść, prawie saga, opowiada o losach dwóch ludzi, którzy nie mają niczego wspólnego poza datą urodzin i pragnieniem zdobycia świata. Pochodzą z przeciwległych krańców globu (Polska i USA). Pochodzą również z dwóch przeciwnych biegunów drabiny społecznej. Łatwo zgadnąć, że Polak to nędzarz, a Amerykanin to bogacz. Obaj pożądają pieniędzy i władzy. Choć Polak ma duże opóźnienie na starcie, to i tak się spotykają, choć nie do końca jak równy z równym. Co i jak nie będę opisywał, bo choć to powieść w stylu sagi, czyta się ją jak sensację i nie chcę odbierać nikomu przyjemności odkrywania tego, co się zdarzy na następnej stronie.

Kane i Abel to rodzaj literatury, której dramatycznie brakuje w naszym kraju. Napisana przez człowieka, który wie jak wygląda droga „od zera do milioner”, pokazuje rzeczy, których w naszej rodzimej prozie nie uświadczysz. Polska literatura do sprawy robienia pieniędzy podchodzi jak do zgniłego jaja. Jak w Lalce, gdzie wątek robienia interesów przez Wokulskiego wstydliwie jest pominięty i załatwiony kilkoma zdaniami. Po prostu nasi pisarze nie wiedzą jak się robi pieniądze, te naprawdę wielkie pieniądze, jak wygląda świat obrzydliwie bogatych kapitalistów. A szkoda, bo przydałby się i u nas ktoś, kto tak jak Archer w Kane i Ablu pokazałby ten fascynujący matrix napędzany żądzą mamony i władzy. Pokazałby, że pieniądze mogą być szczęściem, a mogą być i przekleństwem. Mogą być taką siłą napędową, która człowieka wydźwignie z dna bagna na same szczyty społeczeństwa, ale mogą go też z tych szczytów zrzucić w przepaść klęski i biedy. Nieszczęściem naszej literatury, zwłaszcza tej przez duże L, jest koncentracja na „naszych odwiecznych wartościach”, na Bogu, Honorze i Ojczyźnie, które choć bezdyskusyjnie ważne, mało są przydatne w przygotowaniu młodego pokolenia do życia w świecie tryumfującego kapitalizmu, wyścigu szczurów i pędzącego w postępie geometrycznym postępu naukowo-technicznego. Brak wzorców robienia biznesu, negatywnych i pozytywnych postaci z tego świata, świetnie uzupełnia Kane i Abel, podobnie jak inne powieści Archera.

Powieść czyta się świetnie, niczym rozpędzoną, pełną akcji sensację. Nie brak w niej gorących namiętności, zaciekłej konsekwencji, zła i dobra. Świetne opisy i niesamowite wyczucie klimatów, tak odmiennych dla każdego środowiska, każdej grupy społecznej, pokazują Archera jako nieprzeciętnie bystrego obserwatora i pisarza, który świetnie potrafi odmalować to, co zauważył. Polecam tę lekturę wszystkim, a zwłaszcza młodym, gdyż pokazuje, że wbrew naszemu narodowemu przekonaniu, nie ma niczego złego w robieniu kasy. Zły może być tylko sposób i styl, w jaki się to robi. Przestrzega też, że nie każdy nadaje się do bycia milionerem i że cena, jaką trzeba zapłacić, bywa dla wielu za wysoka. Cena w uczuciach, sumieniu, zdrowiu, wolnym czasie i wielu, wielu innych rzeczach. Choćby dlatego warto sięgnąć po Archera, by po latach nie stwierdzić, iż za dużo poświęciliśmy na zdobycie czegoś, co nam szczęścia nie daje...

Wasz Andrew

Kane i Abel [Jeffrey Archer]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

piątek, 20 stycznia 2012

Plagi tej ziemi



Kilka dni temu skończyłem lekturę powieści Michała Krzywickiego PLAGI TEJ ZIEMI. Czemu dopiero teraz o niej piszę? Bo wzbudziła we mnie tak ambiwalentne odczucia, iż nadal nie wiem, czy to książka dobra, czy też zgoła beznadziejna.


Plagi tej ziemi najlepiej chyba zaszufladkować jako fantasy w słowiańskim wydaniu. Akcja powieści rozgrywa się w XII wieku głównie na terenach Słowian Zachodnich, szczególnie w rejonie Brennej. Niektórzy bohaterowie istnieli w rzeczywistej historii, aczkolwiek niekoniecznie są tak przedstawieni, jak mówią uczeni, inni są zmyśleni przez autora. Do tego mamy liczną grupę wszelkiego rodzaju istot baśniowych i fantastycznych, częściowo opartych w mitologii słowiańskiej i ludowej a częściowo korzystającą tylko ze znanych z niej nazw. Tu właśnie zaczynają się moje rozterki.

Lubię powieści historyczne, gdzie autor trzyma się faktów tam, gdzie fakty są znane, a luki między nimi wypełnia popuszczając wodze fantazji. W ten sposób tworzy plastyczny świat z przeszłości i zarazem dba o niewyrobionego czytelnika, który nie musi się zastanawiać co jest prawdą, a co nią nie jest. Jeśli fikcję autora weźmie za fakty wielkiego błędu nie popełni, gdyż nikt nie będzie mógł powiedzieć, że było inaczej. Mogło być inaczej, ale mogło być i tak. Czasami czytuję też fantasy, gdyż jest ona fikcją totalną. Tak jak u Tolkiena, gdzie nie wiadomo, kiedy toczy się akcja. Zmyślony jest świat i czas. Wszystko mogło się kiedyś zdarzyć i niekoniecznie w naszym świecie. Może w prostopadłym, alternatywnym, albo jeszcze innym. Krzywicki jednak zapełnia nasz świat i naszą historię zmyślonymi istotami i zmyślonymi ludźmi, co nie wpasowuje się w luki wiedzy historycznej, lecz się z nią wyraźnie kłóci. To samo niestety dotyczy słownictwa. Jest piękne, bogate i stylowe, tylko nie zawsze użyte w zgodzie z rzeczywistym jego stosowaniem. Ja uważam, że książka, niezależnie od gatunku, nawet jeśli nie uczy, to nie powinna czynić czegoś odwrotnego. Ilu ludzi w Polsce na tyle zna historię Słowian, by odróżnić prawdę od przekłamań w powieści Krzywickiego? To samo dotyczy słownictwa, zwłaszcza tego „z epoki”. Ilu czytelników jest w stanie określić która z fantastycznych istot z Plag tej ziemi ma nazwę zgodną z jej historycznym znaczeniem? Tak więc nawet słownictwa czytelnik sobie zbytnio po tej lekturze nie wzbogaci, chyba że każdą podejrzaną nazwę będzie sprawdzał w źródłach. Komu się chce?

Momentami powieść czyta się bezboleśnie, może nawet bardzo dobrze. Niestety tylko momentami. Książka nie ustrzegła się prawdziwej plagi tej ziemi, czyli niechlujstwa. Nie wiem czyja to wina, że spotkać możemy w niej takie kwiatki jak: „siedziba Cholewnika składał się...”, ”...że ucieszył się, że...” czy ”... żeby ominął nas klasztor...”. Nie wiem czyje to pomyłki; autora czy wydawcy. Pomyłki zdarzają się każdemu. Jednak wydanie książki to praca wielu osób i kiedyś dawało się to zrobić porządnie. Kiedy czytam stare wydania, to wiem czemu kiedyś osoby oczytane ładnie pisały i nie robiły błędów. Learning by watching. Teraz, gdy ktoś dużo czyta, to zaczyna mieć problemy z pisownią i stylem. Na szczęście w książkach z reguły nie jest jeszcze tak źle jak w prasie.

Wracając do tematu, czyli do Plag tej ziemi; nie kupiłbym tej powieści dziecku ani nie polecił znajomemu. Jest całe mnóstwo powieści historycznych, które czyta się lepiej i które czegoś nas nauczą, a także mnóstwo powieści fantasy, które nie namieszają w tym, co pamiętamy z historii. Jeśli więc mamy jakikolwiek wybór, odpuśćmy sobie tę pozycję i sięgnijmy po coś innego.


Wasz Andrew

Plagi tej ziemi [Michał Krzywicki]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

czwartek, 19 stycznia 2012

Śliwkowa Wyspa



Ranny na służbie oficer nowojorskiego Wydziału Zabójstw John Corey wypoczywa w położonym koło Long Island rybackim miasteczku Southold. Z prośbą o pomoc w rozwikłaniu zagadki morderstwa zwraca się do niego miejscowy szef policji. Ofiary - młode małżeństwo biologów Judy i Tom Gordonowie - pracowały w rządowym laboratorium na Śliwkowej Wyspie (Plum Island), ośrodku badań nad chorobami zakaźnymi u zwierząt. Podobno prowadzono tam też eksperymenty z bronią bakteriologiczną. Wszystkie poszlaki wskazują na to, że Gordonowie byli zamieszani w handel śmiercionośnymi wirusami. Corey odrzuca pozornie oczywiste wyjaśnienie tajemnicy podwójnego zabójstwa - podąża własnym tropem. Naraża tym siebie i dwie kobiety, z którymi się związał, na śmiertelne niebezpieczeństwo. Co mogło łączyć śmierć Gordonów z nigdy nie odnalezionym skarbem sławnego pirata, kapitana Kidda, ukrytym w pobliżu Long Island przed trzystu laty?

Tyle notka wydawcy na okładce dość grubej powieści:

Nelson DeMILLE

Śliwkowa Wyspa

(Plum Island)

Jak zwykle, gdy mam do czynienia z nowowydaną rzeczą uchodzącą za bestseller, mam pewne obawy rozpoczynając lekturę. Od pierwszej chwili obawiam się, iż rzecz okaże się przereklamowana. To uczucie gdzieś tkwi aż do końca zwykle, gdyż nawet świetne powieści w holywoodzkim stylu, jak mnie uczy wielokrotne i smutne doświadczenie, koniec mają zwykle tandetny. Trawestując nieco mojego emerytowanego politycznego idola, poznać mistrza po tym jak kończy.

Śliwkowa Wyspa od początku startuje z wysokiego poziomu. Piękny, barwny styl, plastyczny i szybki. To chyba nie tylko zasługa autora, ale i tłumacza (Andrzej Szulc), choć kilka potknięć, które nie wiem czyją są winą, w tekście wychwyciłem. O przygodach Coreya czyta się absolutnie tak świetnie, iż te uchybienia można całkowicie pominąć, zwłaszcza w epoce tandetnych tłumaczeń, tandetnych edycji i powszechnej edytorskiej niedoróbki. Na tym polu powieść Nelsona DeMille jawi się rewelacyjnie. Akcja jest wartka, przez bardzo długi czas kompletnie zagadkowa jest sprawa motywów zabójcy, a jeszcze dłużej pozostaje nierozwiązana sprawa tożsamości sprawców. Co szczególnie doceniłem, to realne, przepięknie odmalowane charaktery bohaterów, jakby żywcem wzięte ze wspomnień emerytowanego detektywa z prawdziwego życia. Zwłaszcza sylwetka Johna jest tak interesująco wykreowana, że można się z nią kompletnie utożsamić.

Powieść utrzymuje najwyższy poziom aż do samego końca. Jaki on jest nie zdradzę, gdyż bardzo mi się podobały te moje próby rozwiązania kolejnych zagadek wynikających w trakcie lektury i nie chcę nikomu tego uczucia odbierać. Niestety, choć pod względem kryminalnym rozwiązanie akcji jest bez zarzutu, to decyzje osobiste podjęte przez głównego bohatera na ostatnich kartach książki nijak nie przystają do jego konstrukcji psychicznej, co w ostatniej chwili burzy spójność całości. Przez cały czas specyficzna osobowość Johna Coreya współgra z jego pragnieniami, dążeniami i działaniami. Niestety, na samym końcu wpadka. Autor jakby wyszedł ze skóry swego bohatera i kazał mu zachowywać się jak całkiem nowa osoba.

Śliwkowa Wyspa to jedna z najlepszych powieści kryminalnych jakie miałem ostatnio w ręku. Naprawdę warta jest przeczytania, gdyż gwarantuje wyśmienitą rozrywkę, nie tylko miłośnikom gatunku, a i do pewnych przemyśleń natchnąć też może. Lepiej jednak wypożyczyć ją z biblioteki niż kupić. Ze względu na wspomniany defekt w zakończeniu nie postawiłbym jej u siebie na półce. Po co trzymać książkę, której po raz drugi nie będzie się czytać?

Reasumując: w starej skali ocen wielka piątka z malutkim, ale jednak, minusem.


Wasz Andrew


cykl John Corey:


  1. Śliwkowa wyspa (Plum Island, 1997)
  2. Gra Lwa (The Lion's Game, 2000)
  3. Nadejście nocy (Night Fall, 2004)
  4. Żywioł ognia (Wild Fire, 2006)
  5. Powrót Lwa (The Lion, 2010)
  6. Pantera (The Panther, 2012


środa, 18 stycznia 2012

Nad rzekami Babilonu



Terroryści atakują dwa samoloty Concorde linii El Al, lecące z Tel Aviwu do Nowego Jorku z uczestnikami konferencji pokojowej na pokładzie. Jeden z odrzutowców eksploduje w powietrzu, drugi rozbija się lądując na irackiej pustyni, obok ruin starożytnego Babilonu. Podczas gdy władze izraelskie usiłują zorganizować misję ratunkową, ocaleli z katastrofy pasażerowie stają do walki na śmierć i życie z doskonale uzbrojonym oddziałem palestyńskich komandosów. Walki, w której okrucieństwo i zdrada przeplatają się z aktami niezwykłego heroizmu i poświęcenia, walki, która musi być stoczona do końca...

Tyle mówi nam notka wydawcy na okładce powieści Nelsona DeMille Nad rzekami Babilonu (By the Rivers of Babylon). Więcej nie będę zdradzał, by nie pozbawiać Was dreszczyku emocji i prawdziwego napięcia, które ta książka gwarantuje czytelnikom. Nelson DeMille daje się nam w niej poznać zarówno jako znawca tematu (bądź co bądź profesjonalista w dziedzinie opisywanych realiów) jak i mistrz pióra.

Nad rzekami Babilonu nie jest typowym amerykańskim bestsellerem, jakby pisanym pod scenariusz filmowy, gdzie główni bohaterowie od razu wzbudzają naszą sympatię i towarzyszą nam aż do końca, gromiąc złe charaktery. Widzimy tu splecione losy wielu osób, których postacie i osobowości odmalowane są bardzo obrazowo. Wyraźnie widać iż DeMille to bystry obserwator motorów zdarzeń i ludzkich motywacji. Co prawda pisarz nie ustrzegł się tutaj wyraźnego opowiedzenia po jednej ze stron, lecz ponieważ jest to powieść sensacyjna bez żadnych pretensji w innym kierunku niż rozrywka, więc to wcale nie razi, może nawet jest rozwiązaniem optymalnym. Wielkim plusem, który docenią zwłaszcza ci, którzy wiedzą co nieco o technice i uzbrojeniu, jest wiedza autora z tego zakresu, podobnie jak wierne oddanie klimatu i rzeczywistości świata tajnych służb. Niestety lektura, która wciąga i naprawdę potrafi sprawić, iż zapomnimy o rzeczywistości, na sam koniec jest obarczona wielką wpadką tłumacza. Choć Mirosław Gońda wykonał kawał solidnej pracy i całą powieść przetłumaczył w sposób świetny, na sam koniec zapomniał chyba, iż słowo gun oznacza nie tylko karabin ale prawie wszystko co ma lufę. Powstał mu więc zamiast jeepa z działkiem bezodrzutowym kalibru 106 mm dżip z bezodrzutowym karabinem kalibru 106 mm*. Totalna porażka powstała chyba ze zwykłego lenistwa, bo wystarczy zdać sobie sprawę z własnej niewiedzy i w ciągu minuty uzupełnić ją w internecie. Plama na honorze tłumacza tym większa, że powtórzona kilkakrotnie, nastąpiła na sam koniec książki, a jak wiadomo koniec wieńczy dzieło.

Zakończenie, choć jak już wspomniałem okraszone wpadką tłumacza, poza tym jest równie prześwietne jak i cała powieść. Kończy się happy-endem, tylko nie takim jak w Hollywood, czyli nie dla każdego. Wszyscy lubimy powieści, które „się dobrze kończą”. To chyba główny powód dla którego nie mogę dać Nad rzekami Babilonu pełnej piątki, którą rezerwuję dla tych książek, które chcę widzieć u siebie na półce i do których na pewno wrócę. Polecam tą powieść każdemu, kto lubi klimat napięcia i sensacji okraszony wojskowymi realiami. Na pewno się nie zawiodą. Lepiej ją jednak wypożyczyć niż kupić, bo w moim odczuciu, pomimo naprawdę świetnej lektury, którą każdy z nas przeżyje dzięki panu DeMille, raczej wrócić do niej nie będziemy chcieli. Za dużo realizmu, za dużo trupów i bólu. Taki jest świat a my przecież wolimy bajeczki


Wasz Andrew




* Często w literaturze stosuje się symbole kalibrów bez podania jednostki zakładając iż każdy wie, iż broń strzelecka to kalibry do około 20 mm, a powyżej to już artyleria. Widać więc, że przy kalibrze 106 mm nie ma mowy o żadnym karabinie a w tekście chodziło o działko bezodrzutowe. Kaliber 50, o którym też mowa w powieści, czy kaliber 303 nie może być więc przy broni strzeleckiej wyrażony w milimetrach, byłoby to bowiem działko czy działo i łatwo się domyśleć iż chodzi o 0,5 cala (inaczej .50) czyli 12,7 mm czy 0,303 cala (inaczej .303) czyli 7,69 mm.

Nad rzekami Babilonu [Nelson DeMille]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE


wtorek, 17 stycznia 2012

Anioły i demony



Jakiś czas temu skończyłem czytać kolejną powieść Dana Browna Anioły i demony (Angels and Demons).


Robert Langdon zostaje pilnie wezwany do położonego koło Genewy centrum badań jądrowych CERN. Jego zadanie - zidentyfikować zagadkowy wzór wypalony na ciele zamordowanego fizyka. Langdon ze zdumieniem stwierdza, że jest to symbol tajemnego bractwa iluminatów - potężnej, aczkolwiek nieistniejącej od 400 lat organizacji walczącej z Kościołem, do której należały najświetniejsze umysły Europy, jak choćby Galileusz.

Jak się okazuje, iluminaci przetrwali w ukryciu do czasów współczesnych i planują straszliwą wendettę - wysadzenie Watykanu przy użyciu antymaterii wykradzionej z genewskiego laboratorium! Langdon i Vittoria Vetra, córka zamordowanego fizyka, mają zaledwie dobę, by odnaleźć utajnioną od XVI wieku siedzibę iluminatów i zapobiec niewyobrażalnej tragedii. Czy zdołają na czas rozszyfrować wskazówki zapisane w jedynym zachowanym w archiwach Świętego Miasta egzemplarzu legendarnego traktatu Galileusza? Jak zakończy się dramatyczny wyścig z czasem - po tajemnych kryptach i katakumbach, wyludnionych katedrach, tropem symboli iluminatów zakamuflowanych przed wiekami w miejscach znanych każdemu mieszkańcowi Rzymu?

Zagadka goni zagadkę, prowadząc do najbardziej nieoczekiwanego finału...

Cóż, tyle notka wydawcy. Więcej szczegółów z treści nie będę zdradzał. Dla mnie lektura tej książki była świetną rozrywką. Akcja bystra jak górska rzeka, świetne opisy (choć tutaj Kod Leonarda jest zdecydowanie lepszy) oraz dużo ciekawostek z historii Kościoła Katolickiego i nie tylko. Brown jak zwykle mistrzowsko łączy fakty, mało znane i rzeczywiście interesujące, z hipotezami oraz fikcją literacką. To wymaga od czytelnika pewnej wiedzy, by nie brać fikcji za prawdę, a faktów za fikcję. To naprawdę powieść z wyższej półki w dziale sesnacja i religious & historical fiction. Wszystko okraszone kilkoma scenami jak z mocnego thrillera. Jakkolwiek niektórzy czepiają się szczegółów, to jednak, jak wiadomo, jeszcze się taki nie narodził, co by wszystkim dogodził. Jeśli lubicie literaturę ze wspomnianego gatunku, to na tej powieści na pewno się nie zawiedziecie. Dodatkowo dostaniecie coś gratis.

O większość powieści sensacyjnych, thrillerów i tych rel&hist-fiction nie rozmyślamy dłużej niż minutę od zakończenia ich lektury. Z reguły wszystko dobrze się kończy (przynajmniej dla niektórych), jest jasne kto był dobry, a kto zły. Po zakończeniu Aniołów i demonów pozostaje w głowie filozoficzny temat: czy zło jest usprawiedliwione jeśli jest narzędziem do czynienia dobra, czy można poświęcić życie niewinnych osób, choćby kilku, choćby tylko jednej, by zbawić innych? Jak daleko można się posunąć dla tzw. wyższych wartości? Drugi wielki dylemat to stosunek wiary do nauki i odwrotnie. To trudne pytania, które nieczęsto goszczą w powieściach sensacyjnych. To jest ten dodatek, którego zwykle brak we wspomnianym gatunku, a który jest miłą odmianą od Ludlumopodobnej produkcji przypominającej wyroby z literackiej sztancy, powieści tak schematyczne, że wyglądają jak napisane nie przez człowieka, lecz przez komputer, a które często są „bestsellerami” i „hitami”.

Niektórzy oceniają twórczość Browna jako antykatolicką, gdyż ta jego książka, podobnie jak wspomniany już wcześniej Kod Leonarda, wykorzystuje liczne elementy z wielu bardzo ciemnych kart z historii Kościoła Katolickiego. Pokazuje też jak nauka mordowała Kościół i jak czyni to nadal. To jednak jest żenujące i świadczy o wielkim ograniczeniu umysłowym tych ludzi, których powyższe aspekty bulwersują. Kościół ma o wiele więcej na sumieniu niż wynika to z powieści Browna i jeśli ktoś interesuje się jego historią, to wie o znacznie smakowitszych kąskach. Jednak co to ma wspólnego ze stosunkiem do Kościoła i Wiary? Te fakty nie są żadną tajemnicą, a że Kościół się nimi nie chwali, to i nie dziwota. Brown po prostu mistrzowsko wykorzystuje te ciekawostki i to, że dzieje Watykanu są tak skomplikowane, niesamowite i tajemnicze, że łatwo wpleść w nie trochę fantazji, którą później trudno będzie oddzielić od faktów czy udokumentowanych hipotez. Podobnie zresztą robił nasz rodzimy Zbigniew Nienacki, który swoje powieści dla młodzieży, szkoda, że obecnie tak mało lansowane, też opierał o niewyjaśnione do końca, zagmatwane i otoczone mrokiem tajemnicy aspekty historii. Zresztą postać kamerlinga z Aniołów i demonów wcale nie jest jednoznacznie negatywna. Jej ocena moralna to temat co najmniej na bardzo długi felieton. Saverio Mortati zaś to postać zdecydowanie pozytywna i gdyby wszyscy księża byli tacy jak on, to pewnie liczba katolików na świecie by nie malała i świat byłby dużo lepszy.

Reasumując - w starej skali ocen (od 2 do 5) stawiam "5-": Ten minus za bardzo naciągany happy end. To już nawet nie jest deus ex machina. To po prostu zwykłe pójście na łatwiznę, które w ostatniej chwili niepotrzebnie psuje całą powieść. Jednak jeśli lubicie sensację powiązaną z historią, odrobiną krwistego thrillera i mistycyzmu, przyprawione głębszymi przemyśleniami i pytaniami bez odpowiedzi, to zdecydowanie będzie to dla Was świetna lektura, o czym Was niniejszym gorąco zapewniam...


Wasz Andrew

Anioły i demony [Dan Brown]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

poniedziałek, 16 stycznia 2012

Fascynujące schwarccharaktery



Moja ulubiona para czarnych charakterów to Stalin i Hitler. Nie będę przytaczał tytułów z literatury i kinematografii, których są bohaterami, gdyż jest ich niezliczona ilość.

Postacie te były fascynujące i dla im współczesnych, i dla następnych pokoleń. Do końca świata, przynajmniej naszego, będą rozpalać umysły badaczy i zwykłych ludzi. Obaj nierozerwalnie splątani ze sobą, z nieuchronnym przeznaczeniem i intrygą, której nie wymyśliłby najtęższy nawet umysł. W obu stopione w jedno dobro i zło; przemieszane do tego stopnia, iż to, co dobrem dla jednych, złem jest dla drugich. Każdy z tej dwójki wpływa na ocenę drugiego do tego stopnia, iż w praktyce nie można nawet w przybliżeniu wypracować obiektywnej ich oceny. Obaj zasiedli do gry być może największej w dziejach i obaj już po wstępie, czyli po wybuchu wojny niemiecko-radzieckiej, mieli świadomość, iż przegrali. Przegrali, ale grali do ostatka i chociaż ostatecznie Stalin zniszczył Hitlera, miał jednak świadomość, że też przegrał, że przegrał to, o co grał. Nie zagarnął Europy i wiedział, że komunizm nie wygrał. Wiedział, bo pisał o tym już Lenin i inni teoretycy, że jeśli kapitalizm się obroni, to komunizm przegra.

Obaj dla jednych uchodzili wręcz za symbole dobra, a dla innych za wcielenie diabła na ziemi. Do dziś mają swych zagorzałych zwolenników, dla których są przykładem i przeciwników widzących w nich potwory.

Obaj sprowadzili człowieka do czegoś mniej ważnego niż zwierzę, którego mięso można zjeść. Obaj jednak, walcząc ze sobą, ocalili świat przed swym przeciwnikiem, który jeśliby nie napotkał na swej drodze swego brata od pary, zaprowadziłby porządek, jakiego ludzkość jeszcze nie znała i którego dzięki Bogu nie musi poznawać. Mignęła nam tylko przez chwilę wizja takiego świata w jednej i drugiej wersji niby ręka zabójcy póki co osłonięta aksamitną rękawiczką.

Z jednej strony musimy ich potępiać, z drugiej im dziękować. Jeden ocalił nas przed drugim, ale jednocześnie gdyby nie on sam, nie byłoby przed czym ocalać.

Studium tyranii w tej nierozłącznej parze jest fascynujące i tak przeplata dobro ze złem, iż trudno o bardziej fascynujący i zagmatwany temat. Przy ich osobowościach, które do dziś są niezgłębioną zagadką, wszyscy inni ze złej strony ludzkości są jak domowy kotek przy tygrysie. A przy tym ta ich wspólna gra w którą los ich uwikłał i do której musieli przystąpić, choć wcale tego nie chcieli. Fascynujące.


Wasz Andrew



refleksja wywołana konkursem w serwisie LubimyCzytać.pl

niedziela, 15 stycznia 2012

Piekło o jakim marzymy



Diuna (oryg. Dune) Franka Herberta to powieść jak żadna inna. Jest to coś, czego nie da się z niczym porównać. Nie piszę pod wpływem fascynacji dopiero co ukończoną lekturą. Pierwszy raz czytałem ją lata temu, a potem po wielokroć do niej wracałem. Co w niej jest wyjątkowego? Wszystko.


Głównym bohaterem tej epickiej w pełnym tego słowa znaczeniu opowieści jest Paul, syn księcia skazanego przez los na przegraną i śmierć. Paul Atryda traci ojca i musi walczyć z jego wrogami na przeklętej pustynnej planecie, gdzie wody jest tak mało, iż odzyskuje się ją nawet z ciał zmarłych. Wrogowie nie przebierają w środkach, gdyż glob, choć niegościnny, jest jedynym we wszechświecie źródłem cudownego melanżu o niesamowitym działaniu na ludzki mózg i ciało.

Powieść ma swoje lata (to w końcu 1965 rok), ale w przeciwieństwie do innych wiodących dzieł s-f w ogóle się nie zestarzała. Świat w niej wykreowany jest tak oryginalny, że nie naruszył go ani trochę postęp nauki i zmieniające się w naszych umysłach wyobrażenie kosmosu, wszechświata i możliwości ludzkiego gatunku. Nie jest tak infantylny jak fantasy uciekające w nieokreśloną, absolutnie bzdurną przeszłość, a zarazem unika pułapki jaką jest błędna diagnoza kierunków rozwoju nauki i techniki. Pułapki, która połyka coraz to nowe dzieła literatury fantastyczno-naukowej uznawane dotąd za doskonałe.

Kanwa powieści sama w sobie już jest ciekawa i oryginalna, jednak reszta jest jeszcze lepsza. Pięknie przedstawione są knowania i mechanizmy władzy. Świat wykreowany przez Herberta jest tak plastyczny i tak spójny, iż momentami wydaje się bardziej rzeczywisty niż matrix w którym żyjemy. Postacie, ich psychika, realia walki i polityki, wiary i historii, są stworzone z niedoścignionym mistrzostwem i podkreślone pięknym słownictwem tworzącym całość stylu i epoki.

Ważna uwaga. Piszę o tłumaczeniu w wykonaniu Marka Marszała. Jest jeszcze inne, popełnione przez osobę, której nazwiska tutaj nie wymienię, ale która powinna się za takie świętokradztwo w piekle smażyć. W dawnych czasach takiego wyrobnika obito by batogami, nagiego uwalano w smole i pierzu, popędzono nahajami przez główną ulicę a potem na resztę żywota do ciemnicy wrzucono i żywcem zamurowano. Jeśli ktoś tłumacząc tekst nie ma pojęcia, iż na całym świecie książka ta jest kanonem i pewne jej elementy nigdzie nie są przekręcane a Atrydzi, Harkonenowie i Fremeni są nazwami rozpoznawalnymi na całym świecie, to wymyślając Wodan i innych cudaków ośmiesza się jako tłumacz i nie tylko.

Jak już niejako wspomniałem, Diuna jest pierwszą (i moim zdaniem najlepszą) z cyklu sześciu powieści Herberta, których akcja rozgrywa się na planecie Arrakis i stała się wzorcem według którego powstały całe serie gier wszelkiej maści od beznadziejnych po wspaniałe. Ciągle powstają nowe, bo wizja świata, który wykreował Frank Herbert jest fascynująca i wiele umysłów porusza do głębi. Powstał też film o tym samym tytule, ale dawno, więc taki jest jakiś staroświecki – nie polecam, bo nijak się ma do powieści. Nawet teraz nie wyobrażam sobie by jakiekolwiek efekty specjalne oddały to, co widzimy w naszej wyobraźni w czasie lektury Diuny. No właśnie. Tutaj jest pierwsza trudność. Ta powieść bezwzględnie wymaga wyobraźni i dlatego nie jest dla każdego. Wymaga też znajomości języka polskiego choć na tyle, by tekst zrozumieć bez sięgania co chwilę do słownika, a to jak mniemam też może być dla co niektórych pewną przeszkodą. Dla mnie to hit po wsze czasy i na pewno jeszcze nie raz sięgnę po opowieść o pustynnej planecie. Nie bójcie się, że to science – fiction. Szufladkowanie ludzi ani książek, których się nie poznało, nie jest dobre. Ani w doborze lektur, ani w życiu...

Wasz Andrew

Kroniki Diuny.: Diuna, t.1 [Frank Herbert]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
Diuna [Frank Herbert]  - KLIKAJ I SłUCHAJ ONLINE


sobota, 14 stycznia 2012

Michael Moor a la Mosfilm.



Michael Moor to bardzo znane w świecie nazwisko. Autor bestsellerów społeczno-politycznych takich jak „Downsize This!”, „Random Threats from an Unarmed American”, „Adventures in a TV Nation” czy „Stupid White Men and other Sorry Excuses for the State of the Nation”. Ma na koncie również głośne i nagradzane filmy („Roger&Me”, „Canadian Bacon”, „The Big One”) oraz produkcje telewizyjne i inne uwieńczone sukcesem przedsięwzięcia, najczęściej związane z tematyką społeczną i polityczną.

Kolejny film Michaela Moore’a FAHRENHEIT 9.11 znany jest już prawie każdemu, przynajmniej ze słyszenia. Jest to film dokumentalny sklejony z wywiadów i archiwalnych materiałów filmowych opatrzonych sugestywnym komentarzem autora. Jego osią jest bardzo ostra krytyka George’a W. Busha oraz jego rodziny, znajomych, współpracowników i całej ówczesnej ekipy republikańskiej. Film koncentruje się na powiązaniach prezydenta i jego „grupy trzymającej władzę” z Arabią Saudyjską a z rodziną Osamy Bin Ladena w szczególności, zarówno przed jak i po ataku na World Trade Center, na ataku na Irak przeprowadzonym na podstawie sfałszowanych oskarżeń o posiadanie broni masowego rażenia i na innych wpadkach republikańskiej administracji. Autor twierdzi, że polityką gabinetu George’a W. Busha kierują interesy wielkich korporacji, niekoniecznie amerykańskich a hasła takie jak demokracja, patriotyzm, prawda i sprawiedliwość są dla tego prezydenta tylko sloganami, zasłoną dymną za którą robi się prawdziwe interesy.

Widza nie obeznanego z zakulisowymi mechanizmami polityki może ten film zszokować, wydać się tendencyjny i przejaskrawiony. Dla widza znającego temat jest tylko fragmentem większej całości nieprawdziwym o tyle, że sugeruje, iż tylko ta administracja jest zła, tylko w USA są takie mechanizmy i w ogóle niefajny jest tylko Bush i jego ludzie. W rzeczywistości tak jest, było i będzie, wszędzie, na każdym szczeblu i w każdym kraju, że pomiędzy ludźmi zaangażowanymi w pracę dla ogólnego dobra są karierowicze i cwaniacy dla których najważniejszy jest pieniądz. Tego niestety ten film w ogóle nie pokazuje. Tym bardziej dziwi takie podejście u reżysera, który bądź co bądź zęby zjadł na publicystyce i sprawach społeczno-politycznych. Po obejrzeniu Fahrenheita 9.11 zrodziło się we mnie przewrotne pytanie, czy to jest niedopatrzenie i zaślepienie, czy też może celowe zniekształcenie. W porównaniu choćby do naszego Pana Wołoszańskiego rzetelność Moora jako dokumentalisty wypada bardzo blado. Film mógłby być bardzo dobry, gdyby pokazał szersze tło zjawisk, nad którymi się rozwodzi, a tak jest wręcz szkodliwy, bo przeciętny odbiorca wyniesie z niego błędne przekonania i fałszywe prawdy. Gdyby w stylu Michaela Moora robic film o trądziku, to cały musiałby być o jednej, straszliwej kroście, bez słowa o tym, w jakim stanie się cała twarz znajduje ani od kiedy trądzik na niej się panoszy. Nie byłoby oczywiście też ani słowa o tym, czy inni mają podobne pryszcze, czy też może jeszcze gorsze. Szczerze mówiąc, gdyby nie angielska wersja językowa i typowo amerykańska fizjonomia reżysera to miałbym wątpliwości, czy Fahrenheit 9.11 nie powstał przypadkiem w znanej wytwórni Mosfilm u naszych towarzyszy zza Buga. Rzetelność i wyczucie toczka w toczkę to samo.

Pytanie najważniejsze. Oglądać czy nie? Dla przeciętnego widza, który politykę zna z dziennika i kampanii wyborczych, a wszystko ocenia w kategoriach czarne lub białe, film ten jest trudny w odbiorze i mogący prowadzić do fałszywego spojrzenia na wiele problemów. Dla zainteresowanych tematem nie dostarczy żadnych rewelacji i po zakończeniu seansu, po chwili spokojnej refleksji, wzbudzi niesmak ze względu na płytkość spojrzenia, powierzchowność sądów, a nawet ewidentne przekłamania. Prawdziwa perełka to Irak pod rządami Saddama Husajna pokazany jako kraj ludzi szczęśliwych, mlekiem i miodem płynący.

Reasumując, jak ktoś koniecznie chce obejrzeć, to może, ale tylko raz, a i to raczej w domu niż w kinie

Wasz Andrew