Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.

wtorek, 20 grudnia 2011

Rasa drapieżców



Jakiś czas temu, przyznaję ze skruchą, że niejako przypadkiem, sięgnąłem po książkę Rasa drapieżców teksty ostatnie Stanisława Lema. Kiedyś zaczytywałem się Lemem, ale od dłuższego czasu nie sięgałem po nic firmowanego jego nazwiskiem. Z tym większym zdziwieniem, w pozytywnym znaczeniu tego słowa, stwierdziłem, że rzecz warta jest przeczytania i głębszej nad nią refleksji.
Rasa drapieżców to ostatnia książka Mistrza, który zmarł 27 marca 2006 w Krakowie. Zawiera teksty publikowane przez niego w latach 2005 i 2006 na łamach Tygodnika Powszechnego. Wyboru dokonał i całość posłowiem opatrzył Konrad Fiałkowski. Ja osobiście czytałem je wszystkie z wielką przyjemnością. Jakkolwiek niektórzy zarzucają, iż w wybranych felietonach pewne argumenty się powtarzają, jakkolwiek inni podnoszą, że z drugiej strony można napotkać niekonsekwencje, jak w przypadku wyborów w Niemczech, gdzie Lem najpierw się Merkel obawia, a potem ją chwali i z nią symapatyzuje, to ja uważam, że ten zbiór jest jedną z cenniejszych pozycji w dorobku pisarza.
Czytając kolejne teksty zawarte w Rasie nie tylko możemy smakować świetne pióro, pełne ironii, dystansu, a zarazem zaangażowania. Możemy obcować z wybitną inteligencją Mistrza tak, jakbyśmy właśnie prowadzili z nim wywiad. A to, co niektórzy widzą jako mankamenty, moim zdaniem jest właśnie atutem. Widzimy poprzez taki właśnie wybór tekstów, z ich wzajemnymi sprzecznościami i niekonsekwencjami z jednej strony, a powtórzeniami z drugiej, iż wielki umysł wcale nie jest wszechwiedzący. Myli się, czepia się faktów, tez i motywów, które mu się wybitnie spodobały, zmienia oceny faktów i ludzi, jest taki jak my. Nie potrafi być prorokiem we własnym kraju, a jednak lektura jego słów skłania do wielu refleksji i głębokich przemyśleń. Te felietony, w specyficzny sposób osobiste, pokazują nam, że wielkość Lema leży nie tylko w ogromnej wiedzy i świetnym piórze. Jest także w niespotykanie udanym połączeniu zaangażowania z samokrytycyzmem, dystansem do własnej osoby i własnych przekonań, gotowością do błądzenia i odnajdywania. Wielki umysł wcale nie wie wszystkiego. Próbuje dociekać, często po drodze trafiając w ślepe uliczki. Tym różni się od miernot, że pomyłki i błędy traktuje jako jedyną drogę do prawdy. Obojętnie: naukowej, politycznej czy historycznej.
Choć polityczne przewidywania Mistrza raczej nie bywały trafione, to z jego tekstów widać wielką troskę o Polskę. Polskę dla każdego, Polskę w jakiej i ja chciałbym żyć. Może w dzisiejszych czasach powołaniem futurystów jest nie przewidywanie jak będzie, ale pokazywanie jak nie powinno być, czego mamy się obawiać i czego unikać? Może jak instruktor jazdy ma się koncentrować nie na pięknej drodze, która czeka za wzgórzem, ale na wskazywaniu zagrożeń czekających po drodze?
Reasumując; choć polityczne przewidywania Lema z dzisiejszej perspektywy wydają się nieaktualne, to Rasę drapieżców naprawdę warto przeczytać, o czym Was szczerze zapewniam

Wasz Andrew

piątek, 16 grudnia 2011

Cyfrowa Twierdza




Jakiś czas temu skończyłem czytać Cyfrową Twierdzę (Digital Fortress) Dana Browna. Tak, to ten od Kodu Leonarda Da Vinci.
Od razu zaznaczę, że jako powieść mająca dostarczyć rozrywki, Kod Leonarda podobał mi się bardziej. Może dzięki temu, że czytałem go w pięknie ilustrowanym wydaniu, gdzie zamieszczony materiał graficzny idealnie korespondował z treścią i nie tylko nie kolidował z pracującą na pełnych obrotach wyobraźnią generującą w umyśle świat wykreowany słowem pisanym, ale wręcz przeciwnie, uzupełniał tekst i dawał umysłowi nowe dane, by sobie pięknie całą rzecz w głowie odtworzyć.
Cyfrową Twierdzę określiłbym jako techno-thriller. Jest to powieść tak odmienna od Kodu Leonarda, że aż trudno je porównywać. Kod rozgrywa się w świecie historii, sztuki i wiary, a Twierdza to świat przyszłości (a może już nawet teraźniejszości), matematyki, szyfrów i informatyki. Świecie totalnej inwigilacji i poświęcania jednych wartości w imię innych. To ostatnie łączy obie wspomniane książki. W Kodzie Leonarda Kościół Katolicki poświęca prawdę, życie niewinnych ludzi i świadomie zniekształca Słowo Boże, by utrzymać jedność wiary i nie dopuścić do powstania kolejnych herezji. W Cyfrowej Twierdzy także morduje się ludzi i łamie wszelkie prawa właśnie po to, by tych łamanych praw bronić. Może z tego wynika większa rozrywkowość Kodu, że temat wiary nie dotyka on nas wszystkich. W końcu nikt nie musi być wierzącym, a i większość wierzących nie wierzy we wszystko, co im kapłani opowiadają. Nie wszędzie religia ma taki wpływ na życie państwa i narodu jak w Polsce. Cyfrowa Twierdza robi się poważniejsza od momentu, gdy uświadomimy sobie, że dylematy będące jej tłem dopadną nas zawsze i wszędzie, a problem będzie narastał.
Quis custodiet ipsos custodes to pytanie z Satyr Juwenala, które jest myślą przewodnią Cyfrowej Twierdzy. Kto będzie pilnował tych, którzy pilnują? Nikt na to odpowiedzi jeszcze nie dał i Dan Brown też jej nie zna. Pokazuje nam tylko, jakie niebezpieczeństwa pojawiają się, gdy ktoś w imię ochrony innych, lub dla innych ważnych wartości, otrzymuje specjalne uprawnienia, a co gorsze, i co coraz częściej dotyka naszej, europejsko-amerykańskiej demokracji, otrzymuje ciche przyzwolenie, by działać poza prawem, a nawet ewidentnie wbrew niemu. Kto zapewni, że takie możliwości dane komukolwiek nie zostaną przez niego wykorzystane do złych celów.
Kontrola. To nie tylko tytuł książki Wiktora Suworowa, którą też szczerze polecam. To problem nad którym biedzą się ludzie od starożytności. Kto ma kontrolować tych, którzy kontrolują? Nie rozwiązał go ani Stalin, ani inni dyktatorzy i, niestety, nie rozwiązała go też nasza demokracja. A problem ten narasta z każdym dniem i na naszych oczach dotyka coraz to większej ilości spraw, ludzi i zagrożonych swobód.
Terroryzm już wygrał wojnę z demokracją, gdyż zmusił nasze społeczeństwa do naruszania podstawowych zasad w imię tych właśnie zasad obrony. By chronić obywateli przez zagrożeniem właśnie tych obywateli, niejednokrotnie całkowicie niewinnych, podsłuchuje się, przegląda się korespondencję, czyta maile i włamuje do komputerów, więzi bezprawnie, a nawet torturuje. Kto zapewni, że koszty nie przewyższą zysków, kto będzie szukał czarnych owiec wśród tych, którzy ich szukają w społeczeństwie. Pedofile uwielbiają robić kariery w różnych rodzajach działalności i w zawodach związanych z dziećmi. Zbrodniarze, żadni władzy i krwi okrutnicy, zwykli sadyści, podglądacze i inni zboczeńcy od lat wkręcają się do armii i tajnych służb, gdzie tym bardziej stoją poza prawem, im bardziej służby są tajne i zaangażowane w walkę. Jaką, z kim, to nie jest ważne. Oni dobrze wiedzą, że tylko tam będą mogli bezkarnie dać upust swym żądzom. Nawet porządni niejednokrotnie schodzą na manowce, a nawet ci, którzy nigdy na nie nie zeszli dają się czasem innym wpędzić w maliny. W imię dobra popełniają błędy, które sprawiają, że ich czyny nie różnią się od zwykłych przestępstw i zbrodni. Kto ich będzie trzymał na wodzy, kto ich kontrolował? A kto skontroluje tych kontrolujących?
Jakiś czas temu w wiadomościach w TV, internecie i gazetach było głośno o skargach inspektorów skarbowych badających fundację prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego na CBA, które podobno próbowało ich zastraszyć. Takie doniesienia o walce różnych naszych służb między sobą pojawiają się coraz częściej. Widać wyraźnie, że niejednokrotnie tajne służby służą politykom do załatwiania ich partykularnych interesów, a nie do ochrony dobra państwa i obywateli.
Magiczne słowo. Kontrola. Tylko jak ma wyglądać jego realizacja. Tego nie wie nikt, a problem narasta. Kiedy rosyjski okupant (rozbiorowy, a nie ten po 1945) wprowadził obowiązek meldowania się w miejscu zamieszkania, Polacy uważali to za represję gorszą niż wywózka na Sybir. Gorszą, bo dotykającą wszystkich, od nowo narodzonych dzieci po umierających starców, od buntowniczych patriotów po sprzyjających Rosjanom biznesmenów i kolaborantów. Było to ograniczenie podstawowej wolności do bycia gdzie się chce i kiedy się chce bez informowania o tym kogokolwiek. Teraz śledzą nas z satelitów, podsłuchują komórki i telefony, czytają maile i analizują DNA. A nam to już wcale nie przeszkadza. Nie przeszkadza, bo mamy nadzieję, że nas to nie dotyczy, jeśli jesteśmy O.K. A co jeśli ktoś tam, wśród tych wybrańców, którzy nas kontrolują, ktoś nie jest O.K.? Co jeśli pamięta, że w szkole odbiliśmy mu dziewczynę albo daliśmy po gębie? Co jeśli ma do nas jakikolwiek żal i postanowi wykorzystać swoje możliwości pozaprawnego działania by się na nas odegrać? A co jeśli się po prostu pomyli albo ktoś zły, by zatrzeć za sobą ślad, rzuci podejrzenie na nas? Rosyjska mafia, jak czytamy w niedawnych newsach, okrada przez internet konta bankowe Polaków. Skoro te wszystkie nasze tajne służby nie są w stanie zapobiec takim prostackim, ogranym trickom, to czy możemy liczyć na to, że odeprą jakikolwiek poważny atak w cyberprzestrzeni? Czy warto im było dawać jakiekolwiek uprawnienia?
Janosik łupił bogatych i dawał biednym. Kiedyś napadano na banki z rewolwerem w ręku lub jak w Vabanku wkradano się doń przez komin. Kto jednak trzymał pieniądze w dużym banku nie był okradany. Koszty takiej imprezy ponosił głównie bank, który zresztą też był ubezpieczony. Teraz okrada się klientów banków, a nie banki. Systemy ochrony banków i wszystkie te służby tak naprawdę niczego nie potrafią zrobić, by temu zapobiec. Czy wszystko w tej branży będzie szło w tym kierunku? Bogaci będą bezpieczni, a szarzy, zwykli ludzie będą bezbronni?
Jeśli nie przeszkadzają Wam takie pytania, które mogą się zrodzić w trakcie lektury Cyfrowej Twierdzy, to namawiam do jej przeczytania. Akcja jest wciągająca i książkę, choć dość gruba, czyta się błyskawicznie. To klasa Polowania na Czerwony Październik, o czym Was niniejszym zapewniam, i choć specjaliści od kryptografii, komputerów i matematyki wynajdą w tej książce trochę błędów merytorycznych, to polecam ją jako świetną rozrywkę i nie tylko rozrywkę…
Wasz bez wosku (kto czytał, ten wie)

Andrew

Cyfrowa twierdza [Dan Brown]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

czwartek, 15 grudnia 2011

Odwet




Właśnie skończyłem czytać powieść Odwet (RetributionJilliane Hoffman. To typowy kryminał lub też, jak kto woli, literatura sensacyjna. Po jej lekturze mam dziwnie pomieszane odczuć.
Z jednej strony styl jest dobry i przyjemnie się czyta dzieje pięknej młodej prawniczki, a potem już prokuratorki, o nieco dziwnym dla nas imieniu Chloe. Główna bohaterka, brutalnie zgwałcona w czasach studenckich, ma okazję zemścić się na swym oprawcy doprowadzając do skazania go na karę śmierci, ale za zbrodnie popełnione przez kogo innego. Recenzje książka zebrała bardzo dobre, nawet rewelacyjne, więc spodziewać by się można lektury, od której wprost nie będzie się można oderwać. Z drugiej strony, choć autorka epatuje krwawymi szczegółami i aż nazbyt wymyślnym, dla mnie nieco sztucznym i wydumanym, okrucieństwem, to nie ma wOdwecie ani śladu tego dreszczyka emocji, tego zaciekawienia i zaskoczenia, które możemy odnaleźć choćby w Cienkiej mrocznej linii Tami Hoag.
Takie dziwne rozdwojenie oczekiwań i rzeczywistości mam też jeśli chodzi o ocenę merytoryczną rzeczywistości, w której rozgrywa się akcja powieści. Choć Jilliane Hoffman sama była prokuratorką, to momentami miałem wrażenie, że nie do końca łapie realia i smaczki policyjno-prokuratorskiego i przestępczego światka. Pisze o pracy policji i prokuratury jak cywil albo sędzia, a nie jak ktoś, kto zna tę robotę. Nie mówię już o takich wpadkach jak na przykład „paciorkowate oczy sowy”. Kto choć raz widział sowę, ten wie, że wszystko można powiedzieć o jej oczach, ale nie to, że są paciorkowate.
Największym mankamentem tej powieści jest brak jakiegokolwiek przesłania. W pewnym momencie, gdy bohaterka zaczyna się domyślać, że oskarżany przez nią mężczyzna, który kiedyś ją zgwałcił, nie jest winien zabójstw, o które jest oskarżany, miałem nadzieję, że chociaż morał będzie w tej książce mądry i ważny. Morał ten to rzecz bardzo istotna, o której mało się mówi, gdyż nie jest na rękę ani policji, ani sądom, ani prokuraturze. Chodzi o konsekwencje jakie niesie samo oskarżenie, nie mówiąc już o skazaniu, osoby niewinnej zarzucanych jej czynów, choćby nawet „jej się to należało”. Każdy czuje się usprawiedliwiony, ba – nawet zadowolony i dumny, że udało się ukarać bandytę, a to, że odpowiedział za czyn, którego akurat nie popełnił, nikogo nie boli. Tymczasem takie postępowanie powoduje, że prawdziwy sprawca, z reguły jeszcze gorszy niż ten, którego skazano, pozostaje na wolności i jest bezkarny. Bezkarny tym bardziej, że nikt go już nie szuka. Ten morał to temat na dłuższe wywody, więc wystarczy iż stwierdzę, że i to jednak zostało zatracone, a Odwet nie jest wart tego, by tracić nań czas, o czym z żalem Was informuję wbrew wszystkim tym pozytywnym recenzjom, które znajdziecie w necie

Wasz Andrew

środa, 14 grudnia 2011

Żałosny Kolekcjoner

Tom Clancy był kiedyś dla mnie synonimem dobrej literatury sensacyjnej czy raczej techno-thrillera. Niestety, KOLEKCJONER(Splinter Cell) bardziej przypomina Hansa Klossa czy Czterech pancernych niż Polowanie na Czerwony Październik. O ile jednak Stawka większa niż życie i przygody Szarika w ramach swej konwencji są naprawdę niezłe, choć mało mają wspólnego z realiami historycznymi, to Kolekcjoner bije je infantylnością na głowę. Nie jest to też styl 007, bo trudno się w Splinter Cell doszukać humoru czy powiewu niewinnego erotyzmu. Tom Clancy zmienił się w tej powieści z wirtuoza w wyrobnika, o czym z żalem Was informuję i zachęcam do omijania tej powieści szerokim łukiem.

wtorek, 13 grudnia 2011

Gliniana Biblia




Kiedy do mych rąk trafiła Gliniana Biblia (oryg. La Biblia De Barro), której autorką jest Julia Navarro, hiszpańska dziennikarka i pisarka, nie miałem nadziei na zbyt interesującą książkę. Spodziewałem się czegoś w rodzaju Kodu Leonarda, a raczej czegoś o podobnej tematyce, lecz niższym poziomie. Co z tego wyszło?

Główną postacią Glinianej Biblii jest w moim odczuciu Clara Tannenberg, iracka archeolog, która w przededniu amerykańskiej inwazji na Irak próbuje zrealizować marzenie swego dziadka – odszukać opowieść Abrahama o Stworzeniu Świata zapisaną na glinianych tabliczkach dwa tysiące lat przed Chrystusem. Postaci pierwszoplanowych jest jednak w tej powieści kilka i można dyskutować, która jest najważniejsza. Kierują się one własnymi systemami wartości i dążą do różnorodnych celów, co jest przyjemną odskocznią od amerykańskiego stylu pisania bestsellerów, w którym wszystkie postacie służą tylko za mniej lub bardziej spłycone tło dla głównego bohatera ewentualnie pary bohaterów.

Po rozpoczęciu lektury miałem mieszane uczucia, gdyż pierwsze wrażenia wskazywały, iż będzie to kolejny schematyczny przykład religious fiction. Solidny i ciekawy ze względu na wspomnianą już równoważność wielu głównych postaci, nadającą mu inny wymiar realizmu, niemniej schematyczny w doborze motorów działań ludzkich takich jak pieniądze, władza i zemsta, oraz w ocenie mechanizmów napędowych dziejów i teraźniejszości. W dodatku słabą stroną powieści jest przecenienie wagi odkryć tego typu, o jakich mowa w tytule. Przejaskrawiając nieco, zaryzykowałbym stwierdzenie, iż nawet odkrycie, iż Chrystus był kobietą, nie dokonałoby żadnego przewrotu w dziejach ludzkości. Pomijając już fakt, iż większość ludzi na świecie wie tyle o chrześcijaństwie, ile my o innych wyznaniach, nawet dla chrześcijan nie byłoby to żadnym końcem świata. Wiara nijak się ma do wiedzy, czego w dziejach przykładów niezliczone ilości. Tym bardziej dowód na to, że patriarchowie byli postaciami historycznymi, nie byłby żadną rewolucją. Kto chce, wierzy w to i bez dowodów, dla pozostałych nie ma to wielkiego znaczenia. Byłyby newsy przez kilka, może kilkanaście dni, głównie w kręgu naszej kultury, a potem media znalazłyby sobie inne tematy.

Pomimo wspomnianych minusów książkę czyta się bardzo dobrze. Wielowątkowa fabuła, barwne postacie wyraźnie zindywidualizowane i przekonujące charakterologicznie, plastyczne i klimatyczne opisy orientu sprawiają, że rzecz wciąga. Akcja jest pełna zwrotów i dynamiczna tym bardziej, im bliżej do końca. W dodatku nie jest to powieść płytka. Lektura, w miarę trwania, skłania do coraz poważniejszych refleksji na różne tematy, aż po te najbardziej zasadnicze. Obnaża wady naszej rzeczywistości i rodzi pytania o wartość demokracji. I nie tylko demokracji. Powieść została opublikowana po raz pierwszy w 2005 roku. Od tego czasu świat i państwa uważające się za demokratyczne mocno się zmieniły. Nie trzeba dodawać, że na gorsze. Zwłaszcza ostanie zmiany w USA stawiają pod znakiem zapytania realność swobód obywatelskich i sprawiają, że trudne tematy poruszane przez Julię Navarro stają się jeszcze bardziej ważkie, a wnioski jeszcze mniej optymistyczne.

Pomimo niezbyt zachwycającego pierwszego wrażenia, w trakcie dalszej lektury byłem coraz bardziej przekonany, iż jest to jedna z lepszych powieści w tym gatunku i zastanawiałem się, jak autorka ją zakończy, by nie zepsuć wydźwięku całości, co jest częstą przypadłością podobnych książek pisarzy anglosaskich. Na szczęście pani Navarro nie poddała się holywoodzkiej presji. Zakończenie jest perfekcyjne; podkreśla wymowę powieści i ostrzeżenie przed światem, który budujemy, światem, który pod pozorem demokracji narzuca wszystkim dyktaturę pieniądza na skalę dotąd w dziejach nieznaną, który za nic ma prawa boskie i ludzkie. Refleksje te nieodparcie kojarzą się z wrażeniami, jakie ma czytelnik niezrównanej Gomorry, a że ta ostatnia nie jest fikcją, więc owa zbieżność nie wróży zbyt dobrze jeśli chodzi o przyszłość naszej kapitalistycznej demokracji. Ci zaś, którzy mają wrażenie, iż świat wielkich pieniędzy przenikających niczym duchy przez granice państw, wojennych frontów i religijnych podziałów, jest zbyt spiskową wizją dziejów, powinni jako uzupełnienie sięgnąć choćby do Akcji Ocalenie, by przekonać się, że jest to być może wcale nie tak przejaskrawiony obraz, jak się może niektórym wydawać.

Jak się potoczą dzieje zaangażowanej pani archeolog, jakie napotka przeszkody i czy uda się jej zrealizować swój życiowy cel, tego Wam nie zdradzę. Przeczytajcie sami – naprawdę warto. Jest to chyba jedna z najlepszych powieści dla miłośników zagadek historycznych i religijnych oraz w ogóle bardzo dobra powieść sensacyjna z domieszką fikcji religijno-historycznej, o czym z przekonaniem Was zapewniam

Wasz Andrew

poniedziałek, 12 grudnia 2011

Dar języków




Szukając rozrywki i oderwania od spraw polityczno-gospodarczych oraz innych wielkich spraw tego świata, sięgnąłem po powieśćJeffery Deaver’a DAR JĘZYKÓW (SPEAKING IN TONGUES). Miałem nadzieję na dobrą rozrywkę w stylu Kolekcjonera Kości, gdyż wydawało mi się, że nazwisko autora zobowiązuje. Niestety, troszeczkę się zawiodłem. Fabuła nawet interesująca, ale nie będę jej zdradzał, gdyż wtedy już w ogóle nie byłoby po co zaczynać lektury. Akcja też niezła i styl świetny, ale momentami napięcie zbytnio opada. Już w połowie lektury wszystko wiadomo i brak tego uczucia, jakie zna tylko detektyw i czytelnik naprawdę dobrego kryminału: co dalej, kto, gdzie, kiedy, dlaczego i jakim sposobem? Opisy ciekawe, postacie barwne, a jednak brak tego uczestnictwa w rozwiązywaniu zagadki, które jest głównym atutem dobrej literatury kryminalnej czy sensacyjnej. Najgorsze nadchodzi na sam koniec. Gdy skończymy lekturę widzimy jak na dłoni, że logika i motywy postaci, a głównie czarnego bohatera, są lekko mówiąc naciągane. Tak jakby autor nie miał pomysłu na powieść i na siłę rozdął nowelkę do większych rozmiarów udziwniając ją przy tym na siłę.
Reasumując: jeśli chcecie prawdziwej powieści z dreszczykiem, to nie sięgajcie po Dar Języków, lecz wybierzcie coś innego, choćby tego samego autora. Dla początkującego czytelnika powieść może wydać się bardzo udana, ale dla konesera nie będzie to żadna uczta, raczej coś na kształt niedopieczonej pizzy. Głód można tym oszukać, ale o bardziej wyrafinowanych doznaniach ciężko mówić.

Wasz Andrew

piątek, 9 grudnia 2011

Torquemada




Jakiś czas temu wpadła mi w ręce książka

TORQUEMADA

Jerzy Cepik

Opowieść o Tomaszu Torquemadzie jest pierwszą większą pracą w naszej literaturze na temat Wielkiego Inkwizytora Hiszpanii. Postać ta, otoczona ponurą legendą, jest prawie nieznana współczesnemu czytelnikowi. Autor pokusił się o pokazanie hiszpańskiej inkwizycji na tle piętnastowiecznej Hiszpanii i mimo stosunkowej izolacji tego kraju - na tle ówczesnej Europy, w kontraście z włoskim i europejskim Odrodzeniem. Analizując postać głównego bohatera, autor opowieści skupił się na psychologicznych uwarunkowaniach jego dążenia do absolutnej władzy w państwie, na mechanizmach zdobywania tej władzy, na roli ideologii w tym procesie. Obraz piętnastowiecznej Hiszpanii z płonącymi stosami, wyjeżdżającym za Ocean Kolumbem, z ostatnimi twierdzami Maurów i wypędzanymi z kraju Żydami - jest dla dzisiejszego czytelnika, nawet rozczytującego się w literaturze historycznej, tak daleki i obcy, że aż egzotyczny i przez to fascynujący.
Tyle notka wydawcy. Dodam tylko, że od czasu pierwszego wydania (1986 bodajże) wiele miejsc na świecie upodobniło się nieco do świata Torquemady. Ja polecam tę książkę każdemu, kto nie boi się myśleć. Choć nie jest może ona do końca wierna prawdzie historycznej, to jednak świetnie pokazuje, co człowiek może zrobić człowiekowi pod hasłem szczytnych idei i jak ze zbrodniarza zrobić świętego. Nie ma znaczenia, czy na sztandarze jest Bóg, czy czerwona gwiazda, czy cokolwiek innego. Metody i skutki są te same...

Wasz Andrew

środa, 7 grudnia 2011

OSTATNIA REPUBLIKA




Jakiś czas temu wpadła w ręce książka WiktorSuworowa

OSTATNIA REPUBLIKA

(ПОСЛЕДНЯЯ РЕСПУБЛИКА)

Świetna rzecz dla każdego, kto interesuje się historią Polski, Europy i świata, polityką i wojskowością. Obowiązkowa pozycja dla każdego, kto uważa się za polskiego patriotę. Czyta się bardzo dobrze, przewartościowuje wiele sądów i zmusza do krytycznego myślenia. Historia bowiem to nie daty i suche fakty, bo z tego nie wynika żadna nauka na przyszłość, ale tych dat i faktów kojarzenie, uzupełnianie ich braku teoriami tak, by stworzyć logiczne związki przyczynowo-skutkowe, nadać ludzkim działaniom sens i odkryć brakujące motywy. Nie będę streszczał ani opisywał o czym książka traktuje, by każdy mógł przystąpić do krytycznej lektury nieskażony moimi sugestiami, niemniej zdecydowanie polecam

Wasz Andrew

Ostatnia republika [Wiktor Suworow]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE