Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.

piątek, 25 listopada 2011

Chemia śmierci




Po powieść Chemia śmierci (oryg. The Chemistry of Death), której autorem jest Simon Beckett, brytyjski pisarz i dziennikarz, sięgnąłem świadomie i z premedytacją. Wiedziałem już, iż jest to pierwsza książka trylogii, której głównym bohaterem jest David Hunter, wybitny antropolog sądowy. Chemia śmierci miała bardzo dobre recenzje i to właśnie ona sprawiła, że nazwisko Beckett stało się znane w świecie.
Rozpoczynając lekturę przenosimy się do Manham, małego miasteczka, a prawdę mówiąc zabitej dechami dziury w Norfolk w Wielkiej Brytanii. Przybywa tam wspomniany już specjalista od trupów, który właśnie porzucił dotychczasową karierę związaną z umarlakami i postanowił tym razem zająć się żywymi, jako zwykły lekarz w miejscowej przychodni. Przychodni, której dotychczas wystarczał jeden jedyny konował, więc na nasze standardy Manham powinno być nazywane wiochą, a nie miasteczkiem. Hunter porzuca nie tylko wielką karierę i pasjonujące, choć nieco śmierdzące zajęcie, ale również Londyn. Nie trzeba wiele więcej, by się domyślić, że przed czymś ucieka.
Oczywiście, co łatwe do przewidzenia, nie znajduje na tym odludziu spokoju, gdyż wkrótce, za sprawą pojawiających się jeden po drugim trupów, Manham stanie się obiektem zainteresowania mediów, a nasz bohater będzie zmuszony wrócić do swych poprzednich zajęć i pomóc policji.
Jak na perełkę gatunku przystało, powieść wciąga i czyta się ją błyskawicznie. Styl jest dobry; oddaje nie tylko klimat miejsca zbrodni, prosektorium i innych akcesoriów gatunku, ale również charakterystykę wiejskiej i małomiasteczkowej mentalności. Znajdziemy w Chemii śmierci i miłość, i zbrodnię, dobro i zło, różne postawy ludzkie i różne charaktery, różne reakcje na te same bodźce. Wszystko to, czego oczekujemy od świetnej powieści. Uważni czytelnicy trafią również na różne smaczki z anglosaskich realiów, zwłaszcza policyjnych i medycznych, jak choćby symptomatyczne przywiązanie ichnich kryminologów do identyfikacji na podstawie kartotek dentystycznych. Świadczy to o poziomie opieki medycznej. U nas jest to metoda znana, ale tylko sporadycznie używana, no bo ilu naszych rodaków ma swoją udokumentowaną historię opieki stomatologicznej. Ile naszych gabinetów w ogóle coś takiego prowadzi?  A dziwne, gdyż jest to korzystne nie tylko dla policji i dla samych pacjentów, ale i dla wszystkich, którzy płacą na służbę zdrowia i pragną, by rozliczano te środki uczciwie.
No właśnie. Uważam, że dobra powieść kryminalna powinna dawać rozrywkę i trochę do myślenia, gdy czytelnik próbuje wyprzedzić akcję i samodzielnie odgadnąć kto, jak i dlaczego. To u Becketta znajdziemy. Świetna powieść powinna dawać coś więcej. Jeśli już nie poważne problemy do przemyślenia, jak w mojej ulubionej szwedzkiej szkole kryminału społecznego z jej zgasłą przedwcześnie gwiazdą Stiegiem Larssonem, to przynajmniej rzetelne tło pozwalające poznać odrębność innych społeczności, te perełki sprawiające, że wiemy czym różni się mentalność innych od naszej. I tego też w Chemii śmierci nie zabrakło.
Czy jest więc pierwsza wielka powieść Simona Becketa rewelacją? Tak. W sam raz na jeden raz. Świetnie się ją czyta, a i wartości wiele w niej można znaleźć. Cała fabuła jest jednak jak na mój gust nieco za bardzo wydumana, a wszystko psują ostatnie strony. Epilog wygląda tak, jakby został napisany w pośpiechu i po dłuższej przerwie; dopisany do prawie ukończonej już wcześniej całości. Ba, wygląda wręcz, jakby napisał go kto inny.
Ten potężny dysonans na samym końcu tak okrutnie psuje odbiór całości, że nie widzę sensu kupowania Chemii śmierci. Nie wyobrażam sobie, bym odczuł potrzebę sięgnięcia po nią ponownie, więc nie ma na mojej półce dla niej miejsca. Co innego, jeśli się jej jeszcze nie czytało, a planuje się jej wypożyczenie z biblioteki albo od znajomego. Do tego zachęcam i przyznam uczciwie, że zamierzam zapoznać się w bliższej lub dalszej przyszłości z następnymi opowieściami o przygodach doktora od trupów, mając oczywiście nadzieję, że autor nie zepsuje znów wszystkiego na sam koniec

Wasz Andrew

cykl: Dr David Hunter:
opowiadanie:

  • Dzień jak dzień (Just Another Day)
powieści:
  1. 2006: Chemia śmierci (The Chemistry of Death)
  2. 2007: Zapisane w kościach (Written in Bone)
  3. 2009: Szepty zmarłych (Whispers of the Dead)
  4. 2011: Wołanie grobu (The Calling of the Grave)
  5. 2017: Niespokojni zmarli (The Restless Dead)
Chemia śmierci [Beckett Simon]  - KLIKAJ I SłUCHAJ ONLINE


czwartek, 24 listopada 2011

Sanktuarium




Sanktuarium (oryg. The Sanctuary) to pierwsza powieść Raymonda Khoury po którą sięgnąłem. Szczerze mówiąc, do  jej przeczytania popchnęła mnie reklama w postaci intrygującego plakatu, który dojrzałem na ścianie korytarza naszej biblioteki.
Książkę, choć gruba, czyta się dobrze i to jedyne, co o niej można powiedzieć dobrego. Liczne retrospekcje wtrącone w akcję dnia dzisiejszego, tak jakoś bez ładu i składu, wybijają z rytmu i tej odrobiny napięcia, które miejscami udało się autorowi zbudować. Po pewnym czasie zaczynają zdrowo denerwować, tym bardziej że nie wnoszą niczego nowego do rozwiązania zagadki, które od początku jest znane. Sensacyjny aspekt powieści, wbrew temu czego można spodziewać się po bestsellerze, też nie zachwyca. Choć akcja szybka, to praktycznie brak tajemniczości, suspensu i stresu, które są nieodłącznym atrybutem dobrej sensacji. Osią akcji jest walka dobra i zła o formułę długowieczności. No, może tutaj jest drugi pozytywny aspekt lektury, gdyż autor powstrzymał się od pisania o formule nieśmiertelności, co w epoce spidermanów i innych podobnych wymysłów jest objawem bardzo pozytywnym. Z drugiej strony, rozważania na temat skutków ujawnienia tajemnicy długowieczności są tak płytkie, że aż infantylne. Dość powiedzieć, że Khoury nawet nie zauważył, iż taki proces dzieje się na naszych oczach i żadna formuła nie jest do tego potrzebna. Wystarcza wydłużenie średniej życia w ciągu ostatnich wieków, spowodowane zresztą bardziej zwiększeniem przeżywalności noworodków niż faktycznym przedłużeniem życia jednostek. To jednak temat na osobny felieton.
Niestety jedyna prawdziwa tajemnica, która dręczy czytelnika Sanktuarium, to jak autor wybrnie z potrzeby zakończenia powieści, w której i tak od razu wszystko jest wiadome. Całość konsekwentnie zmierza do bardzo nijakiego i mało realnego końca. Co i jak nie będę dokładnie opisywał, by nie odbierać ewentualnym czytelnikom tej odrobiny zadowolenia, jaką książka może zaoferować. Miłośników gatunku, znających choć nieco realia, uprzedzę, iż na klimat realizmu rodem ze służb specjalnych też nie mają co liczyć. Nie wiem czy to wina autora, czy też tłumacza, ale jeśli ktoś nie odróżnia pistoletu od karabinka, to powinien pisać (lub tłumaczyć) romanse. Fakt, że oba te rodzaje broni strzeleckiej mogą po angielsku być określone jednym słowem gun, podobnie zresztą jak armata i wszystko co ma lufę, ale od tego jest kontekst, by po polsku oddać to odpowiednim słowem. Drobiazgów, które psują radość z lektury, można by się czepiać jeszcze długo, co jednakowoż nie znaczy, że to kompletny knot. Jeśli wybieracie się do biblioteki (a tym bardziej księgarni), to nie sięgajcie po tą powieść pana Raymonda. Szkoda na nią czasu, a tym bardziej pieniędzy. Wolałbym już naszego Nienackiego, jeśli szukacie zagadek historycznych lub Guillou, jeśli wolicie dobre realistyczne klimaty z bronią. Z drugiej strony, gdybyście przypadkiem dostali Sanktuarium w prezencie, to nie wyrzucajcie jej. Aż tak zła nie jest. To typowa sztampa prosto z podręcznika Jak napisać bestseller. Można przeczytać, jeśli nie ma się akurat lepszej alternatywy. To po prostu 3+ w starej skali ocen.

Wasz Andrew

środa, 23 listopada 2011

Gomorra




ROBERTO SAVIANO

GOMORRA

Podróż po imperium kamorry



To głośna, kultowa wręcz książka o mafii włoskiej; dokładniej o jej części wywodzącej się z Neapolu. Taki początek jest jednak mylący, podobnie jak polski tytuł książki.

Ja wolę wersję w oryginale:

GOMORRA
Viaggio nell’impero economico e nel sogno di dominio della camorra




Zdecydowanie lepiej oddaje ona istotę problemu o którym będzie mowa. Różnicę zrozumie każdy nawet bez żadnej znajomości włoskiego.

Do GOMORRY podszedłem z pewną nieufności, z obawą zawodu, jaka zawsze mi towarzyszy, gdy rozpoczynam lekturę bestsellera, czegoś co jest trendy i na topie. Obawiam się płytkości, tekstu pod publiczkę, tanich chwytów i nijakich tematów. Tutaj jednak od początku do końca miałem wrażenie, iż każde słowo jest warte przeczytania a każdy wątek przemyślenia.

Książka Roberta Saviano określana jest przez krytyków jako „praca wielogatunkowa” czy „połączenie gatunków literackich”. Dla mnie to po prostu świadectwo. Słowo ostatnio mało używane, wyparte przez prawnicze określenie „zeznanie”, które jednak nie jest tym samym. Świadectwo bliskie w swym znaczeniu temu z Biblii – ja wiem (io so jak pisze autor); ja widziałem, słyszałem i czułem a teraz daję temu świadectwo, teraz Wam o tym mówię.

Słowo mafia kojarzy nam się z Ojcem Chrzestnym i innymi podobnymi filmami. Ze światem Ala Capone, Franka Costello i Lucky Luciano. Światem zbrodni nie pozbawionym jednak pewnego kośćca zastępującego moralność, pewnego porządku zastępującego porządek społeczny. Świat mroczny ale w pewien sposób pociągający. Nawet Wikipedia podaje iż mafia, to „zorganizowane grupy przestępcze ... o hierarchicznych strukturach, działające według własnego kodeksu moralnego”.

Robert Saviano pokazuje nam, iż wersja mafii wynaleziona w rejonie Neapolu to już nie mafia. To nowa jakość, tak jak samochód nie jest po prostu szybszą dorożką, choć i jedno, i drugie ma liczne podobieństwa. Choć oba są pojazdami na kołach, inny jest napęd, inna moc i możliwości. Inna filozofia i inna rzeczywistość.

Gomorra pokazuje nam świat zorganizowanej przestępczości bez charakterystycznej dla powszechnie znanej mafii hierarchiczności i bez żadnego kodeksu, bez trwałych związków, sojuszy, bez żadnych norm i wyrzutów sumienia.

W książce Saviano poznajemy zorganizowaną przestępczość tak odmienną od tradycyjnej mafii, iż powinno się dla niej wymyślić nową nazwę. To biznesowy matrix, gdzie jedyną zasadą jest zysk, gdzie jedynym sojusznikiem jest pieniądz. To świat ponadpaństwowych biznesów, które na prawo, wiarę, moralność, środowisko i człowieczeństwo patrzą jak kierowca na niepotrzebne ograniczenie prędkości, które można łamać kiedy tylko uzna się to za korzystne. To imperializm organizacji ekonomicznych, które w pogoni za zyskiem łamią normy moralne i prawne, niszczą ludzi i całe kraje przenikając przez wszystkie granice. Firmy o obrotach większych niż budżety wielu krajów i o wpływach większych, niż możliwości działania wielu rządów.

Gomorra to świat, w którym mafiosi w stylu znanym z filmów są jak dinozaury, które jeszcze nie do końca wyginęły, ale już są tylko osobliwościami z zaginionego świata. Dzisiejszy świat zorganizowanej przestępczości jest zamieszkiwany przez nowe postacie, które nawet nie uważają się za przestępców, tylko za biznesmenów. To świat innej moralności, innej filozofii i innego życia. Życia w którym samo życie, nawet własne, jest nic nie warte. Życia, w którym liczy się co innego.

Książkę Roberta Saviano polecam zdecydowanie każdemu. Gomorrazmusza do przemyśleń, przewartościowań. To jedna z nielicznych lektur, które zmieniają czytelnika, jego świat i jego życie. Zwłaszcza dla nas, Polaków, jest to ważne, gdyż Gomorra dotarła już do nas i, obym był złym prorokiem, znalazła u nas równie dobrą ziemię dla swych nasion jak w południowej Italii. Nowoczesna mafia niszczy bowiem kraje biedne i pomaga bogacić się tym, którzy bogaci już są. Nie oszczędza ani środowiska, ani ludzi, ani wiary...


Wasz Andrew

poniedziałek, 21 listopada 2011

Kopernik seksu




Kinsey

Let's talk about sex


„KINSEY” miał swoją premierę w 2004 roku. Nad Wisłą po raz pierwszy film można było zobaczyć rok później i wtedy właśnie go oglądałem. Nie jest to więc żadna nowość. Dlaczego więc o nim piszę?
Kilka razy słyszałem już od różnych osób, że coś im się o tym filmie obiło o uszy, że chętnie by go zobaczyły, ale nie wiedzą jak go odnaleźć, choćby dlatego, że nie znają pisowni tytułu ani nazwiska reżysera. Oto wszystkie niezbędne dane:
KINSEY Reżyseria Bill Condon, scenariusz Bill Condon, zdjęcia Frederick Elmes, muzyka Carter Burwell, od lat 15
Nagrody:

  • 2005: (nominacja) Złoty Glob najlepszy dramat
  • 2005: Liam Neeson (nominacja) Złoty Glob najlepszy aktor w dramacie
  • 2005: Laura Linney (nominacja) Złoty Glob najlepsza aktorka drugoplanowa
  • 2005: Laura Linney (nominacja) Oscar najlepsza aktorka drugoplanowa


Dlaczego warto obejrzeć ten film? Dlaczego warto obejrzeć go właśnie w Polsce?
„Kinsey” to właściwie film biograficzny. Nie bez kozery w tytule porównałem Kinseya do Kopernika. Kopernik dokonał przełomu, wręcz rewolucji, nie tylko w astronomii, ale przede wszystkim w mentalności ludzkiej i filozofii. O wpływie i znaczeniu dzieła Mikołaja z Torunia, wykraczającym daleko poza astronomię, można napisać całą książkę. Nasuwają się liczne analogie do Kinseya i jego prac "Sexual Behaviour in the Human Male" i "Sexual Behaviour in the Human Female". Obaj uczeni mężowie odrzucili poglądy większości i obaj dokonali rewolucji światopoglądowej. Kopernik światowej, Kinsey w USA. Obaj chętnie byliby widziani na stosie przez wielu im współczesnych.
„Kinsey” zmusza do myślenia i przewartościowuje wiele sądów, zwłaszcza u osób, które wcześniej nie poświęcały zbyt wiele czasu na rozmyślania o seksie. Film pomoże zrozumieć, że w dziedzinie zachowań seksualnych, wbrew temu co mówi Kościół i politycy, nie ma tak naprawdę norm ani ostrych granic. Może pomóc w wyjściu z kompleksów tym, którzy uważają swój poziom aktywności seksualnej za wyjątkowo niski, jak i tym, którzy uważają się za demonów seksu. Może pomóc w obiektywniejszym spojrzeniu na swoje problemy osobom, które nie akceptują pewnych aspektów swej seksualności. Warto ten film obejrzeć dlatego, że Polska nie jest krajem o szczególnej tradycji w prowadzeniu dyskusji na te tematy, a poziom zabobonów w tej sferze jak na XXI wiek jest u nas wręcz przerażający. Kinsey nie niesie żadnego przesłania w które trzeba uwierzyć, nie indoktrynuje, po prostu pokazuje człowieka, jego życie i jego pracę. Wnioski każdy musi wyciągnąć sam. To jest tylko jedną z wielu zalet tego filmu.
Więcej nie napiszę – zobaczcie sami...

Wasz Andrew

piątek, 18 listopada 2011

Prawda o życiu



Prawdą o życiu człowieka jest nie to co w nim robił, ale legenda która wokół niego urosła, jak mawiał Oskar Wilde.
Znane nazwisko. Myśl błyskotliwa. W moim odczuciu jest jednak płytka jak kałuża na niemieckiej autostradzie. By miała sens, należy uwierzyć, iż jest tylko jedna historia, tylko jeden osąd o każdym człowieku. Z jednej strony pachnie mi to marzeniem wielu ludzi w każdym społeczeństwie, które brzmi po niemiecku Ein Volk, ein Reich, ein Führer, a którego odpowiedniki pobrzmiewają w credo wielu ugrupowań w innych narodach i wspólnotach religijnych. Z drugiej jest po prostu infantylna, gdyż można w nieskończoność wyliczać zestawienia typu Hitler-neonaziści-antynaziści, Stalin-Polacy-Rosjanie, Usama ibn Ladin-muzułmanie-chrześcijanie, które pokazują, iż nie ma jednej oceny człowieka i jednej wizji historii. Nie ma też obiektywnych ocen faktów i tutaj podobnie można w nieskończoność ciągnąć przykłady typu Zaolzie-Polacy-Czesi, WTC-muzułmanie-chrześcijanie czy zabójstwo Popiełuszki-chrześcijanie-pozostali.
Z powyższego wynika, iż o człowieku nie ma jednej legendy. Nie ma świętości świętych dla wszystkich i nie ma autorytetów powszechnych. W tym kontekście pytania typu: „Czy według Was historia sprawiedliwie rozlicza władców i wielkich ludzi wpływających na losy świata? Czy ważniejsza jest legenda, sława i chwała, od rzeczywistych uczynków i zalet?” nie mają sensu, gdyż nie ma czegoś takiego jak rzeczywiste uczynki i zalety. Wszystko jest kwestią ocenną. Nawet Mahatma Gandhi, któremu teoretycznie nie można niczego zarzucić, nie znalazł wielu naśladowców i jak światem rządziła pięść oraz stojący za nim pieniądz, tak jest i nadal.
Cytatowi z Oskara Wilde przeciwstawiłbym cytat z prześwietnego, opartego na faktach filmu Ze slumsów na Harvard: „Jest tyle historii, ilu jest ludzi”. Każdy z nas ma swoją własną historię i swoje własne spojrzenie na inne historie. Są to po prostu legendy. Czasami dwóch ludzi uważa daną legendę za prawdziwą, ale zawsze znajdzie się ktoś, kto powie, że nie do końca tak było. Tolerancja, to właśnie zrozumienie i akceptowanie takiego stanu rzeczy. A jeśli ktoś uważa, że czarne jest czarne, a białe jest białe... No cóż, nawet w fizyce podkreśla się, że czerń i biel absolutna realnie nie istnieje. Ja wolę widzieć świat, również historię i ludzi, w szerszej palecie barw niż black & white, czego i Wam życzę

Wasz Andrew

do napisania tego tekstu sprowokował mnie konkurs w serwisie LubimyCzytać.pl

czwartek, 17 listopada 2011

Kto zabił?



Książka Kto zabił? Tropów jest wiele, prawda tylko jedna, to zbiorek krótkich form literackich pochodzących spod piór polskich autorów, głównie dziennikarzy. Są to teksty mniej lub bardziej dokumentalne, połączone tematyką kryminalną, również mniej lub bardziej.
Lekturę rozpocząłem z impetem w głąb, gdyż kryminalistyka jest jedną z wielu dziedzin, które uznaję za bardzo interesujące. Niestety, zawiodłem się. Książka nie okazała się całkowitą klapą. Aż tak źle nie było. Teksty są dobrze napisane, w końcu autorzy wielu z nich są znanymi i uznanymi dziennikarzami śledczymi. Znajdziemy też w zbiorku sporą dawkę ciekawych informacji. Cóż jednak, skoro dziegciu w tej beczce za dużo, zwłaszcza w porównaniu do ilości miodu.
Kto zabił? Tytuł sugeruje zawartość. Szkoda tylko, że nie do końca, a raczej prawie w ogóle. Rozdziałów poświęconych tytułowemu pytaniu jako głównemu tematowi jest niewiele, są za to również takie, które nie mają z nim niczego wspólnego. Za w ogóle nie związany z motywem przewodnim można uznać m.in. felietonik o piratach. W końcu, wg danych przytoczonych w omawianej książce, w 2009 roku na całym świecie z rąk facetów spod znaku Jolly Rogera zginęło... 8 (słownie: osiem!) osób. Porażająca liczba, choćby w zestawieniu z ilością ofiar na polskich drogach! Tragicznie odległy jest zaś od tytułu tekst traktujący o wykorzystywaniu luk i błędów w polskim Kodeksie Postępowania Karnego, czy ten o Lechu Wałęsie i Bolku (nie wnikam tutaj, czy to jedna, czy dwie osoby).
To ostatnie nasunęło mi pytanie, czy przypadkiem chwytliwy tytuł nie miał przyciągnąć czytelników do tekstu, który pewnie wielu by ominęło, gdyby zaistniał samoistnie, czyli do wspomnianego zapewnienia, że Lech Wałęsa nie był Bolkiem, do tematu absolutnie nie związanego z problematyką zasugerowaną w tytule zbiorku.
Nie chcę wypowiadać się o poziomie merytorycznym omawianej antologii, gdyż całość psuje stwierdzenie, iż teraz policja już nie bije w trakcie przesłuchań. Rozwinięciu tej tezy służą aż dwa z 19 tekstów składających się na książkę! Ciekaw jestem, kto wierzy w takie bajeczki. Kładą się one cieniem na całej książce i budzą pytania o jej wiarygodność. A szkoda, gdyż są też w niej rzeczy ciekawe.
Perełką publikacji jest fakt, iż tezę o tym, że w Polsce, ani w cywilizowanym świecie(!), już nie zdarzają się pobicia w trakcie przesłuchań, potwierdza w tej książce autorytet polskiej kryminalistyki, Brunon Hołyst, z którego wypowiedzi cytat, jako wprost kuriozalny, warto chyba przytoczyć: „Może gdzieś w bananowych republikach zdarzają się jeszcze pobicia, ale na pewno nie u nas”!!! No comment!!!
Niestety nie urodziłem się wczoraj, oglądam czasem TV, czasem czytam, czasem rozmawiam z ludźmi. Tak oderwany od rzeczywistości punkt widzenia, rodzący pytania o rzetelność i niezależność uznanych autorytetów, zniesmacza mnie do głębi. W związku z powyższym absolutnie nie mogę Wam wspomnianej książki polecić. Ostrzegam nawet, że jeśli po nią sięgnięcie, gdyż nie neguję, iż zawiera trochę ciekawych rzeczy, czynicie to na własną odpowiedzialność

Wasz Andrew

środa, 16 listopada 2011

Przy szabasowych świecach



Przy szabasowych świecach to zbiorek kawałów żydowskich, którego autorem jest Horacy Safrin. Nie przepadam za tego typu literaturą, ale skoro już się u mnie znalazł wraz z innymi książkami, w końcu sięgnąłem i do niego.
Jak sam tytuł mówi, znajdziemy w tej publikacji solidną porcję humoru związanego z Żydami, głównie polskimi, od czasów napoleońskich, przez okres międzywojenny stanowiący gros, aż do początków hitleryzmu. Wiele kawałów i anegdot jest dla dzisiejszego czytelnika jeśli nie niezrozumiała, to po prostu nieśmieszna. Utraciły świeżość, związek z realiami i kontakt z umysłem odbiorcy. Lektura szła mi więc niespiesznie. Pozornie nie wciągała, ale po kilku rozdziałach nagle stwierdziłem, że chcę ją przeczytać do końca, gdyż mi się podoba. Było to w chwili, w której przestałem te krotochwile traktować tylko jako humor, a spojrzałem na nie jako wspomnienie o świecie, ludziach i kulturze, które przeminęły jak z wiatrem, przynajmniej w Polsce.
W polskiej historii widzi się dzieje naszej ojczyzny jako państwa Polaków z dodatkiem innych nacji. Tymczasem jakkolwiek Żydzi stanowili „tylko” nieco ponad 10% ludności Polski międzywojennej, to w miastach ich odsetek sięgał średnio od ponad 30 do prawie 50% ogółu liczby mieszkańców, w zależności od województwa. W dodatku była to grupa bardzo wyróżniająca się wśród pozostałych, nie tylko w sferze kulturowej i językowej, ale i w aktywności zawodowej. Dzięki kawałom przypomnianym nam przez Safrina możemy spojrzeć na Polskę i polskich Żydów jeśli nie zawsze ich oczami, to przynajmniej współczesnymi im oczami. Widzimy świat barwny i tak niesamowicie odmienny od naszego, iż aż trudno uwierzyć, że kiedyś istniał. Inna mentalność, inne widzenie świata, życia i Boga. Inne, a jednak gdzieś, tam na dnie, znajome. Widzimy pewne prawdy z dawnej naszej historii, które nie za często mamy okazję oglądać. Przede wszystkim powszechną biedę niewyobrażalną, do niedawna, w naszej dzisiejszej ojczyźnie, oraz bogactwo jednostek niewiele się różniące od zamożności naszych dzisiejszych elit. Mamy też prawdy o stosunkach damsko-męskich, o sensie życia i filozofii, a także wiele, wiele innych.
Po Przy szabasowych świecach warto sięgnąć jeśli nie dla humoru, choć miejscami jest najwyższej próby, to w celu odbycia czarownej podróży w świat dawnej Polski. Sentymentalnej, ale równocześnie poznawczej i dającej dużo, bardzo dużo do przemyślenia. Nie tylko na temat tego co było, ale i tego co jest, a nawet będzie

Wasz Andrew

poniedziałek, 14 listopada 2011

Utrata zmysłów


Czym może być utrata słuchu dla muzyka? Czy tym samym, co ślepota dla malarza? A może czymś jeszcze gorszym? Jak można przezwyciężyć ułomność naszych zmysłów? Czy chęć tworzenia i upór w dążeniu do celu mogą być silniejsze od ograniczeń, jakie narzuca niektórym z nas własne ciało?
Nie jestem w stanie odpowiedzieć na pierwsze pytanie inaczej, niż tylko w ten sposób, że na pewno takie zdarzenie jest wielką tragedią. Można ją przeżyć, a nawet nadal tworzyć dzieła genialne, jak pokazuje życiorys Beethovena, ale nikt, kto nie ma za sobą takich przejść, nie jest w stanie ocenić, jaki jest koszt takiej walki ze swoją ułomnością. W tym kontekście drugie pytanie pozornie wydaje się nieco infantylne. Nie może na nie odpowiedzieć ani malarz, który utracił wzrok, ani muzyk pozbawiony możliwości słyszenia. Rzetelną odpowiedź moglibyśmy uzyskać tylko od muzyka, który utraciwszy słuch został malarzem, by następnie i wzrok utracić, lub też w odwrotnej kolejności. O takim przypadku jednak, jak na razie, nie słyszałem.
Na dalsze pytania odpowiedź nasuwa się sama. Ułomność zmysłów można pokonać, jak pokazuje choćby wspomniany już przykład Beethovena. Ja jednak chciałbym zwrócić uwagę na rzeczy, które w pierwszej chwili nam umykają. Koncentrujemy się na słowach muzyk, malarz, słuch, ślepota. Zapominamy, że wspomniany Beethoven, żeby nie wprowadzać zamieszania nowymi przykładami, nie był muzykiem ani kompozytorem tylko człowiekiem. Człowiekiem, który był kompozytorem, pianistą, ale i pełnym poświęcenia bratem, tajemniczym kochankiem, itd. My, zwłaszcza ci, którzy nie znamy jego biografii, koncentrujemy się tylko na jego pierwszej roli życiowej, ale inni być może bardziej cenili go w innych. Najgenialniejszy bowiem nawet artysta, poza tą swoją działalnością zawodową, odgrywa również wiele innych ról w społeczeństwie. I w nich właśnie utrata zmysłów przeszkadza mu równie, a może nawet bardziej, niż w tworzeniu. Tym bardziej, iż wielu ludzi ma w sobie takie zapasy talentu, że mogą być geniuszami w wielu dziedzinach, czego liczne przykłady znajdujemy w historii. Utraciwszy możność realizacji swych twórczych ambicji w jednej dziedzinie, mogą rozpocząć pasmo podobnych sukcesów w innej, nawet niekoniecznie pozostając w sferze sztuki. Od ról społecznych nie ma jednak ucieczki, nie można ich zamienić na inne. A w nich najbardziej przeszkadza utrata wzorku, gdyż to on, ze wszystkich zmysłów, dostarcza nam najwięcej informacji.
Powracając więc do naszych pytań, zaryzykowałbym stwierdzenie, iż w sferze ściśle zawodowej trudno porównywać tragedię głuchnącego muzyka z rozpaczą ślepnącego malarza. W ogólnym jednak spojrzeniu, malarz jest w położeniu dużo gorszym, gdyż traci zmysł bardziej wartościowy we wszystkich czynnościach dnia codziennego, w kontaktach międzyludzkich, czyli we wszystkim. Takie ograniczenia narzucane przez własne ciało można pokonać, na co wiele przykładów można przytoczyć, ale cena sukcesu jest tak ogromna, iż niewielu się ta sztuka w pełni udaje. Myślę, że i jedni, ci herosi, i drudzy, ci nie do końca zwycięscy w walce z ułomnością, są godni podziwu, są prawdziwymi bohaterami, już choćby z tego powodu, iż się nie żegnają ze światem przy pomocy sznurka od bielizny, tylko próbują nadal żyć najlepiej jak potrafią, czego nie można powiedzieć o wielu pełnosprawnych. Warto o tym pamiętać

Wasz Andrew

Tekst powyższy został sprowokowany pytaniami konkursowymi, które padły w serwisie LubimyCzytać.pl