Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.

poniedziałek, 21 listopada 2011

Kopernik seksu




Kinsey

Let's talk about sex


KINSEY” miał swoją premierę w 2004 roku. Nad Wisłą po raz pierwszy film można było zobaczyć rok później i wtedy właśnie go oglądałem. Nie jest to więc żadna nowość. Dlaczego więc o nim piszę?
Kilka razy słyszałem już od różnych osób, że coś im się o tym filmie obiło o uszy, że chętnie by go zobaczyły, ale nie wiedzą jak go odnaleźć, choćby dlatego, że nie znają pisowni tytułu ani nazwiska reżysera. Oto wszystkie niezbędne dane:
KINSEY Reżyseria Bill Condon, scenariusz Bill Condon, zdjęcia Frederick Elmes, muzyka Carter Burwell, od lat 15
Nagrody:

  • 2005: (nominacja) Złoty Glob najlepszy dramat
  • 2005: Liam Neeson (nominacja) Złoty Glob najlepszy aktor w dramacie
  • 2005: Laura Linney (nominacja) Złoty Glob najlepsza aktorka drugoplanowa
  • 2005: Laura Linney (nominacja) Oscar najlepsza aktorka drugoplanowa


Dlaczego warto obejrzeć ten film? Dlaczego warto obejrzeć go właśnie w Polsce?
Kinsey” to właściwie film biograficzny. Nie bez kozery w tytule porównałem Kinseya do Kopernika. Kopernik dokonał przełomu, wręcz rewolucji, nie tylko w astronomii, ale przede wszystkim w mentalności ludzkiej i filozofii. O wpływie i znaczeniu dzieła Mikołaja z Torunia, wykraczającym daleko poza astronomię, można napisać całą książkę. Nasuwają się liczne analogie do Kinseya i jego prac "Sexual Behaviour in the Human Male" i "Sexual Behaviour in the Human Female". Obaj uczeni mężowie odrzucili poglądy większości i obaj dokonali rewolucji światopoglądowej. Kopernik światowej, Kinsey w USA. Obaj chętnie byliby widziani na stosie przez wielu im współczesnych.
Kinsey” zmusza do myślenia i przewartościowuje wiele sądów, zwłaszcza u osób, które wcześniej nie poświęcały zbyt wiele czasu na rozmyślania o seksie. Film pomoże zrozumieć, że w dziedzinie zachowań seksualnych, wbrew temu co mówi Kościół i politycy, nie ma tak naprawdę norm ani ostrych granic. Może pomóc w wyjściu z kompleksów tym, którzy uważają swój poziom aktywności seksualnej za wyjątkowo niski, jak i tym, którzy uważają się za demonów seksu. Może pomóc w obiektywniejszym spojrzeniu na swoje problemy osobom, które nie akceptują pewnych aspektów swej seksualności. Warto ten film obejrzeć dlatego, że Polska nie jest krajem o szczególnej tradycji w prowadzeniu dyskusji na te tematy, a poziom zabobonów w tej sferze jak na XXI wiek jest u nas wręcz przerażający. Kinsey nie niesie żadnego przesłania w które trzeba uwierzyć, nie indoktrynuje, po prostu pokazuje człowieka, jego życie i jego pracę. Wnioski każdy musi wyciągnąć sam. To jest tylko jedną z wielu zalet tego filmu.
Więcej nie napiszę – zobaczcie sami...

Wasz Andrew

piątek, 18 listopada 2011

Prawda o życiu



Prawdą o życiu człowieka jest nie to co w nim robił, ale legenda która wokół niego urosła, jak mawiał Oskar Wilde.
Znane nazwisko. Myśl błyskotliwa. W moim odczuciu jest jednak płytka jak kałuża na niemieckiej autostradzie. By miała sens, należy uwierzyć, iż jest tylko jedna historia, tylko jeden osąd o każdym człowieku. Z jednej strony pachnie mi to marzeniem wielu ludzi w każdym społeczeństwie, które brzmi po niemiecku Ein Volk, ein Reich, ein Führer, a którego odpowiedniki pobrzmiewają w credo wielu ugrupowań w innych narodach i wspólnotach religijnych. Z drugiej jest po prostu infantylna, gdyż można w nieskończoność wyliczać zestawienia typu Hitler-neonaziści-antynaziści, Stalin-Polacy-Rosjanie, Usama ibn Ladin-muzułmanie-chrześcijanie, które pokazują, iż nie ma jednej oceny człowieka i jednej wizji historii. Nie ma też obiektywnych ocen faktów i tutaj podobnie można w nieskończoność ciągnąć przykłady typu Zaolzie-Polacy-Czesi, WTC-muzułmanie-chrześcijanie czy zabójstwo Popiełuszki-chrześcijanie-pozostali.
Z powyższego wynika, iż o człowieku nie ma jednej legendy. Nie ma świętości świętych dla wszystkich i nie ma autorytetów powszechnych. W tym kontekście pytania typu: „Czy według Was historia sprawiedliwie rozlicza władców i wielkich ludzi wpływających na losy świata? Czy ważniejsza jest legenda, sława i chwała, od rzeczywistych uczynków i zalet?” nie mają sensu, gdyż nie ma czegoś takiego jak rzeczywiste uczynki i zalety. Wszystko jest kwestią ocenną. Nawet Mahatma Gandhi, któremu teoretycznie nie można niczego zarzucić, nie znalazł wielu naśladowców i jak światem rządziła pięść oraz stojący za nim pieniądz, tak jest i nadal.
Cytatowi z Oskara Wilde przeciwstawiłbym cytat z prześwietnego, opartego na faktach filmu Ze slumsów na Harvard: „Jest tyle historii, ilu jest ludzi”. Każdy z nas ma swoją własną historię i swoje własne spojrzenie na inne historie. Są to po prostu legendy. Czasami dwóch ludzi uważa daną legendę za prawdziwą, ale zawsze znajdzie się ktoś, kto powie, że nie do końca tak było. Tolerancja, to właśnie zrozumienie i akceptowanie takiego stanu rzeczy. A jeśli ktoś uważa, że czarne jest czarne, a białe jest białe... No cóż, nawet w fizyce podkreśla się, że czerń i biel absolutna realnie nie istnieje. Ja wolę widzieć świat, również historię i ludzi, w szerszej palecie barw niż black & white, czego i Wam życzę

Wasz Andrew

do napisania tego tekstu sprowokował mnie konkurs w serwisie LubimyCzytać.pl

czwartek, 17 listopada 2011

Kto zabił?



Książka Kto zabił? Tropów jest wiele, prawda tylko jedna, to zbiorek krótkich form literackich pochodzących spod piór polskich autorów, głównie dziennikarzy. Są to teksty mniej lub bardziej dokumentalne, połączone tematyką kryminalną, również mniej lub bardziej.
Lekturę rozpocząłem z impetem w głąb, gdyż kryminalistyka jest jedną z wielu dziedzin, które uznaję za bardzo interesujące. Niestety, zawiodłem się. Książka nie okazała się całkowitą klapą. Aż tak źle nie było. Teksty są dobrze napisane, w końcu autorzy wielu z nich są znanymi i uznanymi dziennikarzami śledczymi. Znajdziemy też w zbiorku sporą dawkę ciekawych informacji. Cóż jednak, skoro dziegciu w tej beczce za dużo, zwłaszcza w porównaniu do ilości miodu.
Kto zabił? Tytuł sugeruje zawartość. Szkoda tylko, że nie do końca, a raczej prawie w ogóle. Rozdziałów poświęconych tytułowemu pytaniu jako głównemu tematowi jest niewiele, są za to również takie, które nie mają z nim niczego wspólnego. Za w ogóle nie związany z motywem przewodnim można uznać m.in. felietonik o piratach. W końcu, wg danych przytoczonych w omawianej książce, w 2009 roku na całym świecie z rąk facetów spod znaku Jolly Rogera zginęło... 8 (słownie: osiem!) osób. Porażająca liczba, choćby w zestawieniu z ilością ofiar na polskich drogach! Tragicznie odległy jest zaś od tytułu tekst traktujący o wykorzystywaniu luk i błędów w polskim Kodeksie Postępowania Karnego, czy ten o Lechu Wałęsie i Bolku (nie wnikam tutaj, czy to jedna, czy dwie osoby).
To ostatnie nasunęło mi pytanie, czy przypadkiem chwytliwy tytuł nie miał przyciągnąć czytelników do tekstu, który pewnie wielu by ominęło, gdyby zaistniał samoistnie, czyli do wspomnianego zapewnienia, że Lech Wałęsa nie był Bolkiem, do tematu absolutnie nie związanego z problematyką zasugerowaną w tytule zbiorku.
Nie chcę wypowiadać się o poziomie merytorycznym omawianej antologii, gdyż całość psuje stwierdzenie, iż teraz policja już nie bije w trakcie przesłuchań. Rozwinięciu tej tezy służą aż dwa z 19 tekstów składających się na książkę! Ciekaw jestem, kto wierzy w takie bajeczki. Kładą się one cieniem na całej książce i budzą pytania o jej wiarygodność. A szkoda, gdyż są też w niej rzeczy ciekawe.
Perełką publikacji jest fakt, iż tezę o tym, że w Polsce, ani w cywilizowanym świecie(!), już nie zdarzają się pobicia w trakcie przesłuchań, potwierdza w tej książce autorytet polskiej kryminalistyki, Brunon Hołyst, z którego wypowiedzi cytat, jako wprost kuriozalny, warto chyba przytoczyć: „Może gdzieś w bananowych republikach zdarzają się jeszcze pobicia, ale na pewno nie u nas”!!! No comment!!!
Niestety nie urodziłem się wczoraj, oglądam czasem TV, czasem czytam, czasem rozmawiam z ludźmi. Tak oderwany od rzeczywistości punkt widzenia, rodzący pytania o rzetelność i niezależność uznanych autorytetów, zniesmacza mnie do głębi. W związku z powyższym absolutnie nie mogę Wam wspomnianej książki polecić. Ostrzegam nawet, że jeśli po nią sięgnięcie, gdyż nie neguję, iż zawiera trochę ciekawych rzeczy, czynicie to na własną odpowiedzialność

Wasz Andrew

środa, 16 listopada 2011

Przy szabasowych świecach



Przy szabasowych świecach to zbiorek kawałów żydowskich, którego autorem jest Horacy Safrin. Nie przepadam za tego typu literaturą, ale skoro już się u mnie znalazł wraz z innymi książkami, w końcu sięgnąłem i do niego.
Jak sam tytuł mówi, znajdziemy w tej publikacji solidną porcję humoru związanego z Żydami, głównie polskimi, od czasów napoleońskich, przez okres międzywojenny stanowiący gros, aż do początków hitleryzmu. Wiele kawałów i anegdot jest dla dzisiejszego czytelnika jeśli nie niezrozumiała, to po prostu nieśmieszna. Utraciły świeżość, związek z realiami i kontakt z umysłem odbiorcy. Lektura szła mi więc niespiesznie. Pozornie nie wciągała, ale po kilku rozdziałach nagle stwierdziłem, że chcę ją przeczytać do końca, gdyż mi się podoba. Było to w chwili, w której przestałem te krotochwile traktować tylko jako humor, a spojrzałem na nie jako wspomnienie o świecie, ludziach i kulturze, które przeminęły jak z wiatrem, przynajmniej w Polsce.
W polskiej historii widzi się dzieje naszej ojczyzny jako państwa Polaków z dodatkiem innych nacji. Tymczasem jakkolwiek Żydzi stanowili „tylko” nieco ponad 10% ludności Polski międzywojennej, to w miastach ich odsetek sięgał średnio od ponad 30 do prawie 50% ogółu liczby mieszkańców, w zależności od województwa. W dodatku była to grupa bardzo wyróżniająca się wśród pozostałych, nie tylko w sferze kulturowej i językowej, ale i w aktywności zawodowej. Dzięki kawałom przypomnianym nam przez Safrina możemy spojrzeć na Polskę i polskich Żydów jeśli nie zawsze ich oczami, to przynajmniej współczesnymi im oczami. Widzimy świat barwny i tak niesamowicie odmienny od naszego, iż aż trudno uwierzyć, że kiedyś istniał. Inna mentalność, inne widzenie świata, życia i Boga. Inne, a jednak gdzieś, tam na dnie, znajome. Widzimy pewne prawdy z dawnej naszej historii, które nie za często mamy okazję oglądać. Przede wszystkim powszechną biedę niewyobrażalną, do niedawna, w naszej dzisiejszej ojczyźnie, oraz bogactwo jednostek niewiele się różniące od zamożności naszych dzisiejszych elit. Mamy też prawdy o stosunkach damsko-męskich, o sensie życia i filozofii, a także wiele, wiele innych.
Po Przy szabasowych świecach warto sięgnąć jeśli nie dla humoru, choć miejscami jest najwyższej próby, to w celu odbycia czarownej podróży w świat dawnej Polski. Sentymentalnej, ale równocześnie poznawczej i dającej dużo, bardzo dużo do przemyślenia. Nie tylko na temat tego co było, ale i tego co jest, a nawet będzie

Wasz Andrew

poniedziałek, 14 listopada 2011

Utrata zmysłów


Czym może być utrata słuchu dla muzyka? Czy tym samym, co ślepota dla malarza? A może czymś jeszcze gorszym? Jak można przezwyciężyć ułomność naszych zmysłów? Czy chęć tworzenia i upór w dążeniu do celu mogą być silniejsze od ograniczeń, jakie narzuca niektórym z nas własne ciało?
Nie jestem w stanie odpowiedzieć na pierwsze pytanie inaczej, niż tylko w ten sposób, że na pewno takie zdarzenie jest wielką tragedią. Można ją przeżyć, a nawet nadal tworzyć dzieła genialne, jak pokazuje życiorys Beethovena, ale nikt, kto nie ma za sobą takich przejść, nie jest w stanie ocenić, jaki jest koszt takiej walki ze swoją ułomnością. W tym kontekście drugie pytanie pozornie wydaje się nieco infantylne. Nie może na nie odpowiedzieć ani malarz, który utracił wzrok, ani muzyk pozbawiony możliwości słyszenia. Rzetelną odpowiedź moglibyśmy uzyskać tylko od muzyka, który utraciwszy słuch został malarzem, by następnie i wzrok utracić, lub też w odwrotnej kolejności. O takim przypadku jednak, jak na razie, nie słyszałem.
Na dalsze pytania odpowiedź nasuwa się sama. Ułomność zmysłów można pokonać, jak pokazuje choćby wspomniany już przykład Beethovena. Ja jednak chciałbym zwrócić uwagę na rzeczy, które w pierwszej chwili nam umykają. Koncentrujemy się na słowach muzyk, malarz, słuch, ślepota. Zapominamy, że wspomniany Beethoven, żeby nie wprowadzać zamieszania nowymi przykładami, nie był muzykiem ani kompozytorem tylko człowiekiem. Człowiekiem, który był kompozytorem, pianistą, ale i pełnym poświęcenia bratem, tajemniczym kochankiem, itd. My, zwłaszcza ci, którzy nie znamy jego biografii, koncentrujemy się tylko na jego pierwszej roli życiowej, ale inni być może bardziej cenili go w innych. Najgenialniejszy bowiem nawet artysta, poza tą swoją działalnością zawodową, odgrywa również wiele innych ról w społeczeństwie. I w nich właśnie utrata zmysłów przeszkadza mu równie, a może nawet bardziej, niż w tworzeniu. Tym bardziej, iż wielu ludzi ma w sobie takie zapasy talentu, że mogą być geniuszami w wielu dziedzinach, czego liczne przykłady znajdujemy w historii. Utraciwszy możność realizacji swych twórczych ambicji w jednej dziedzinie, mogą rozpocząć pasmo podobnych sukcesów w innej, nawet niekoniecznie pozostając w sferze sztuki. Od ról społecznych nie ma jednak ucieczki, nie można ich zamienić na inne. A w nich najbardziej przeszkadza utrata wzorku, gdyż to on, ze wszystkich zmysłów, dostarcza nam najwięcej informacji.
Powracając więc do naszych pytań, zaryzykowałbym stwierdzenie, iż w sferze ściśle zawodowej trudno porównywać tragedię głuchnącego muzyka z rozpaczą ślepnącego malarza. W ogólnym jednak spojrzeniu, malarz jest w położeniu dużo gorszym, gdyż traci zmysł bardziej wartościowy we wszystkich czynnościach dnia codziennego, w kontaktach międzyludzkich, czyli we wszystkim. Takie ograniczenia narzucane przez własne ciało można pokonać, na co wiele przykładów można przytoczyć, ale cena sukcesu jest tak ogromna, iż niewielu się ta sztuka w pełni udaje. Myślę, że i jedni, ci herosi, i drudzy, ci nie do końca zwycięscy w walce z ułomnością, są godni podziwu, są prawdziwymi bohaterami, już choćby z tego powodu, iż się nie żegnają ze światem przy pomocy sznurka od bielizny, tylko próbują nadal żyć najlepiej jak potrafią, czego nie można powiedzieć o wielu pełnosprawnych. Warto o tym pamiętać

Wasz Andrew

Tekst powyższy został sprowokowany pytaniami konkursowymi, które padły w serwisie LubimyCzytać.pl

czwartek, 10 listopada 2011

Złoty Eszelon



Wiktor Suworow

Złoty Eszelon

(Золотой Эшелон)


Złoty Eszelon* nie jest pierwszym moim kontaktem z prozą Wiktora Suworowa. Książki jego autorstwa, które dotąd miałem przyjemność przeczytać, mógłbym podzielić na dwie grupy, obie równie znakomite. Pierwsza to beletryzowane powieści, jak choćby niezrównana Kontrola, luźno wpisujące się w historię, ale za to bezbłędnie pokazujące klimat, realia i motory epoki. Druga to książki historyczne w stylu naszego Wołoszańskiego, jak choćby prześwietny Lodołamacz, jednak o wielekroć większym od naszego odpowiednika znaczeniu**. Złoty Eszelon jest czymś nowym. Akcja rozgrywa się w okresie rządów Gorbaczowa i choć powieść została napisana po zakończeniu jego kariery, to nie ma niczego wspólnego z prawdą historyczną. Mamy więc do czytania do czynienia z prawdziwym political fiction pokazującym nam co mogło się stać i czego, dzięki Bogu, uniknęliśmy. Na razie.

Na razie, bowiem Rosja nadal jest pełna polityczno-społecznych wulkanów, które w każdej chwili mogą się obudzić. Najgorsze, iż polskie władze, podobnie jak przeciętny Polak, więcej wiedzą o tym, co się dzieje w USA i Iraku niż w Rosji. Zwłaszcza polska prawica, nie posiadając w swych szeregach znawców rosyjskich realiów nie będących jednocześnie zadeklarowanymi rusofobami, jest ślepa na wiele aspektów rzeczywistości naszego największego sąsiada. Problem tej specyficznej ślepoty, wynikającej z obsadzenia zwłaszcza służb ludźmi o jednym, preferowanym światopoglądzie, wyraźnie widzą niektóre mądrzejsze historycznie narody, jak choćby Szwecja***. To jednak temat na osobne rozważania.

Nie będę zdradzał fabuły Złotego Eszelonu. Wyjawię tylko, iż pomysł jest bardzo oryginalny. Jest to powieść typowo rozrywkowa, niemal w stylu Rambo, jednak w przeciwieństwie do wspomnianego symbolu doskonałego wojownika, bohaterowie Złotego Eszelonu są jakby z krwi i kości. To dzięki znajomości realiów armii i wojny, jakich bystremu obserwatorowi, którym jest Suworow, każdy może pozazdrościć.

Znajdziemy w tej książce wszystko, czego bestseller potrzebuje; miłość, walkę i intrygę. Bohaterów i kanalie, pociągi pancerne, helikoptery, taczanki i oczywiście wszechobecne u Suworowa służby specjalne rodem z ZSRR, a przede wszystkim Specnaz. Złoty Eszelon nie stał się przygodowym hitem, chyba tylko dlatego, że wydawcy i czytelnicy postrzegają autora głównie jako historyka.

Wielu krytyków uważa dialogi tej powieści za płytkie, a sylwetki i działania bohaterów za prostackie. Mam wrażenie, iż znam tego przyczynę. Oni nigdy nie byli w prawdziwym wojsku, zwłaszcza w wojsku komunistycznym. Kto jest bystrym obserwatorem i miał cokolwiek wspólnego z armią lub innymi służbami od środka, ten wie, jak wpływa taki kolektyw na jednostki. Nawet ludzie delikatni z natury, inteligentni i błyskotliwi, kiedy znajdą się w takiej jednostce, natychmiast dostosowują się do miejscowej kultury korporacyjnej, jak się to pięknie określa w żargonie businessu. Ta przemiana jest tym szybsza i pełniejsza, im bardziej elitarna i bojowa jest jednostka. Każda formacja, nie tylko wojskowa, ale nawet biznesowa, tworzy własne wzorce zachowań, postaw i prezentacji własnego ja. Komuś, kto nie był w wojsku i całe życie spędził za biurkiem, dialogi Suworowa mogą się wydawać prostackie. Ja mam odwrotnie. Śmieszą mnie teksty, gdzie szwej w latrynie odzywa się językiem literackim, a oficer w momencie zagrożenia własnego życia i w chwili wysyłania swych ludzi na śmierć myśli o marności tego świata i innych problemach filozoficznych.

Autentyzm i klimat, prawdziwy koloryt radzieckiej armii, zwłaszcza tej budzącej największy strach u przeciwników, a więc jednostek specjalnych, to walor Złotego Eszelonu, którego nie sposób nie docenić. Choć wydarzenia to absolutna fikcja, mogło się tak zdarzyć, gdyż wszystko w Rosji jest możliwe. Zresztą ta fikcja, choć miejscami ewidentnie mało realna, jest po wielokroć bardziej prawdopodobna niż podstawy fabuły większości bestsellerów zza oceanu, które oczywiście z takimi zarzutami się nie spotykają. Większość ludzi woli zabójców gentlemanów. Ja wolę rzeczy takie, jakimi są. Można być szorstkim i mieć dobre serce, a dobre maniery na pokaz często świadczą o czymś wręcz przeciwnym w środku.

Choć Złoty Eszelon jest powieścią sensacyjno-przygodową w manierze politycznej fikcji, to nie jest całkiem płytka. Film zrobiony na jej podstawie utraciłby wiele. Gdy człowiek kieruje się instynktem, film może łatwo oddać jego działania i bodźce, które nimi kierują. Jednak gdy człowiek myśli, gdy jego decyzje wynikają z trudnych wyborów a temu wszystkiemu towarzyszy dynamiczna akcja, film nie daje rady i ma do wyboru; albo pokazać wnętrze, albo działanie. Próby połączenia zwykle wypadają blado, więc najczęściej rezygnuje się z warstwy duchowej, zwłaszcza jeśli nie można jej przedstawić w formie dialogów wplecionych w akcję.

Jako doświadczony badacz rzeczywistości, autor wskazuje na pewną rzecz, której ani nasze władze, ani (demokratyczno-kapitalistyczne) społeczeństwo nie może pojąć czy zrozumieć. Chodzi o zagrożenie zaufaniem do techniki i technologii. Kiedyś oceną autentyczności antyków, przeszukaniami czy szpiegostwem zajmowali się ludzie. Im byli lepsi, tym lepiej musieli być opłacani. Nawet najlepsi byli zawodni, ale byli zarazem nieprzewidywalni. Jak to ludzie. W miarę coraz większego wzrostu zastosowań techniki i technologii, coraz mniej polega się na ludziach, a coraz więcej na maszynach i procedurach. Tylko, że przeciwnicy, znając naszą technikę, mogą albo ją zneutralizować lub ominąć, albo nawet wykorzystać przeciwko nam, choćby była dla nich nieosiągalna. Właśnie dlatego, że jest przewidywalna aż do bólu, podobnie jak znormalizowane, sformalizowane procedury. W powieści widzimy to na przykładzie działań fałszerzy antyków, ale jest to odpowiedź na takie pytania jak bezradność największych potęg technologicznych wobec terroryzmu, wieloletnia bezkarność Osamy czy trudności zwalczania partyzantów w Iraku lub Afganistanie.

W Złotym Eszelonie Wiktor Suworow pięknie pokazuje pułapkę, w którą mogą wpaść tajne służby doszukujące się wszędzie cieni, doszukujące się fint w fintach a w nich ukrytych kolejnych poziomów fint. Do czego to może doprowadzić nie będę Wam zdradzał – sami przeczytajcie. Zapraszam do lektury. Zapewniam, iż rozrywka będzie przednia, a i co nieco ciekawego wyczytać też można


Wasz Andrew


* moim zdaniem prawidłowa byłaby forma Złoty eszelon ale ponieważ na okładce polskiego wydania jest Złoty Eszelon, więc tej formy się trzymam
** Suworow jako pierwszy upublicznił na świecie tezę o wiodącej roli Związku Radzieckiego w wybuchu II Wojny Światowej. Obnażył prawdziwe oblicze komunizmu; nie jako idei dotkniętej wypaczeniami, ale jako ustroju od początku będącego jedną wielką zbrodnią wynikającą z samych jego założeń. Wagę jego publikacji poświadcza m.in. fakt, iż został za nie skazany zaocznie na śmierć i wyroku nie uchylono pomimo rozpadu ZSRR
*** Wiele odniesień do korzyści, jakie daje posiadanie w służbach specjalnych również ludzi o odmiennych od rządowych przekonaniach, możemy znaleźć choćby w powieściach Jana Guillou o przygodach szwedzkiego superagenta Carla Hamiltona.

środa, 9 listopada 2011

Z ULICY NA HARVARD



Kiedy znudzi Was kolejny Bond, kiedy już będziecie mieli dość tych wielkobudżetowych produkcji pełnych podkręconych kolorów i wydumanych problemów nierzeczywistych ludzi, wtedy sięgnijcie po ten film.

Historia jest oparta na autentycznych wydarzeniach, to praktycznie biografia. Rodzice 15-letniej Liz są narkomanami. Gdy matka umiera na AIDS, dziewczyna musi sama walczyć o przeżycie na ulicach miasta. Bezdomnej nastolatce nie tylko udaje się przetrwać, ale również ukończyć szkołę i dostać się na prestiżowy uniwersytet w Harvardzie.

Film bardzo poważny i bardzo zmuszający do myślenia. Ogląda się go jednak doskonale. Na zawsze pozostaje w pamięci. Równie długo żyją w naszych głowach refleksje, które nachodzą nas po jego oglądnięciu. Absolutnie i zdecydowanie polecam.

Inne dane, które pozwolą Wam odszukać tę pozycję:

scenariusz: Ronnie Kern, obsada: Marguerite McNeil – Eva, Marla McLean –Lisa, Robert Bockstael – David, Makyla Smith – Chris, Kelly Lynch – Jean Murray, Jennifer Pisana - Młoda Liz, Aron Tager – Pops, Mary Colin Chisolm – Nauczycielka, Rita Malik – Asystentka, Cecil Wright - Pan Maki, Ellen Page - Młoda Pops, Thora Birch - Liz Murray

Tytuł pod jakim wyświetlano go w cyklu Okruchy życia: Ze slumsów na Harvard, tytuł oryginału Homeless to Harvard: The Liz Murray Story

Jeszcze raz zachęcam do obejrzenia

Wasz Andrew

wtorek, 8 listopada 2011

Pan Samochodzik i templariusze




Po wielu latach, właściwie po dziesięcioleciach, postanowiłem powrócić do lektury z lat dziecięcych, do powieści znanej każdemu, jeśli nie z wersji drukowanej lub filmu, to przynajmniej ze słyszenia – do książki autorstwa niestety już dziś nieżyjącego ZbigniewNienackiego* Pan Samochodzik i templariusze. Realizacja tego pomysłu okazała się dosyć trudna, gdyż okazało się, iż w żadnej z trzech bibliotek, do których się udałem, wliczając w to bibliotekę powiatową, powieści tej nie posiadają. Chcąc nie chcąc musiałem się stać posiadaczem własnego egzemplarza i rozpocząłem lekturę ciekaw, czy po latach ponownie wywrze ona na mnie równie pozytywne wrażenie.
Bohaterem naszej powieści, jednej z wielu połączonych jego osobą, jest Tomasz, tytułowy Pan Samochodzik, który swoją ksywkę zawdzięcza posiadanemu pojazdowi będącemu amfibią skrzyżowaną z samochodem wyścigowym. Tomasz, z zawodu historyk, w czasie letnich wakacji udaje się na wędrówki i poszukiwanie skarbów, a tym razem stanie do wyścigu po legendarne skarby templariuszy. Towarzyszyć mu w tej wyprawie będzie trójka harcerzy, za przeciwników zaś będą mieli zawodowych poszukiwaczy skarbów, zwykłych bandziorów i innych konkurentów.
Okazało się, że mimo upływu czasu Pan Samochodzik nie stracił niczego ze swej świeżości i uroku. Powieść czyta się szybko i z przyjemnością, z charakterystyczną beztroską, z jaką zawsze mi się kojarzą wczasy z tamtych czasów, gdy łatwiej było spotkać turystę niż samochód, gdy wyjazd po letnią przygodę wywoływał w wyobraźni obrazy z lasem, jeziorem i górami, a nie z korkami, fast foodami i kartami kredytowymi.
Jak przystało na powieść adresowaną głównie do młodzieży, język jest dość prosty i łatwy w odbiorze, co nie ujmuje niczego jego walorom – jest plastyczny, obrazowy i żywy. Postacie nakreślone są z mistrzostwem, choć zgodnie z kanonem nieco schematycznie – czarne charaktery są odrażające lub co najmniej pełne fałszu, a dobrzy jeśli nie są super, to przynajmniej budzą sympatię. Mogę z całym przekonaniem stwierdzić, iż dziś również, jak wieki temu, książkę oceniam jako rewelacyjną i polecam ją z przekonaniem każdemu, od dzieci po dorosłych. Dla pierwszych będzie lekturą pełną ponadczasowych wartości, która być może zaszczepi w nich bakcyla krytycznego i dociekliwego poznawania historii, a dla drugich świetnym oderwaniem od dzisiejszego schematu literatury tego typu.
Tutaj do chodzimy do smutnych refleksji. Pan Samochodzik to kolejny przykład, iż cudze chwalimy, a swego nie znamy. Na półkach bibliotek i księgarni zalegają dziesiątki powieści Dana Browna czy Clive’a Cusslera, a telewizja wciąż bombarduje nas powtarzanym do obrzydzenia Indiana Jonesem. Nasz Pan Samochodzik jest jakoś ostatnio wstydliwie pomijany, a szkoda, gdyż można go nawet uznać za bardziej udaną kreację bohatera w postaci historyka ruszającego na poszukiwanie skarbów ukrytych za zasłoną tajemnic historii, niż w przypadku jego zagranicznych kuzynów. A że jest to powieść dla młodzieży; czy to coś gorszego? Czy dodawanie do trupów, których nie brak w historii, nowych, czy zaprawianie powieści przemocą, ma podnosić wartość artystyczną? Ja w to wątpię. W naszym Samochodziku podoba mi się między innymi pogodna atmosfera, radość prawdziwej wakacyjnej przygody połączonej z ciekawą łamigłówką, ten specyficzny klimat, którego brak dzisiejszym i zachodnim produkcjom.
Jeśli już jesteśmy przy powieściach dla młodzieży, to zastanawia mnie skojarzenie z podziałem filmów. Filmy dzielą się na te dla dorosłych i pozostałe, książki zaś na te dla młodzieży i pozostałe. Nie dziwi Was ta niekonsekwencja? Powoduje ona miedzy innymi ocenianie przez młodzież filmów dla dorosłych jako bardziej pożądanych nie tylko dlatego, że są owocem zakazanym. Kto je ogląda, jest dorosły, a któż w młodości nie tęsknił do dorosłości? W książkach odwrotnie. Część książek została zepchnięta do działu młodzieżowego, do którego dorosły czytelnik nie powinien zaglądać. Żeby to podkreślić schowano je nawet do osobnych bibliotek, gdzie dorosły czytelnik nie może wypożyczać, jeśli się do nich dodatkowo nie zapisze. A jak to będzie wyglądało, gdy się tam uda? Może być posądzony o zdziecinnienie. W konsekwencji wielu, którzy przygodę z książką rozpoczęli w późniejszym wieku, nigdy nie pozna Karola Maya, Nienackiego i wielu innych autorów wartościowych książek. A szkoda.
Wracając do naszego Pana Samochodzika, wielce boleję nad tym, iż coraz mniej ludzi czyta książki z serii o tym naszym tropicielu zagadek historii, poszukiwaczu przygód i skarbów. Rodzicie, którzy go nie poznają, nie polecą go dzieciom, a takie powieści są potrzebne, by zaszczepić w młodych ludziach ciekawość i pasję. Jeśli tego nie posmakują jako dzieci, na zawsze pozostanie im już tylko bezcelowa harówka na kolejny samochód pozwalający dojeżdżać do jeszcze cięższej harówki na jeszcze droższy samochód. Pozostaną im tylko rozmowy o kasie i polityce. Nie będą mieli ani hobby, ani pracy, która jest pasją.
Tyle krzyczymy o przemocy w szkole, ale spójrzmy na seriale, które są najchętniej oglądane przez młodzież. Albo toczą się w więzieniu, albo w świecie wampirów. O telenowelach, w których życie bohaterów polega na podkładaniu świni innym, nie ma nawet sensu wspominać. Żadna z tych produkcji nie daje wzorców normalnych zachowań w życiu. Żadna nie pokazuję, iż każdy może mieć zwykłe, ale ciekawe życie. Nie pokazuje, jak fascynujące rzeczy są dookoła nas i w dodatku wcale nie trzeba ich kupować. W tym kontekście Pan Samochodzik jawi się jako podwójnie wartościowy i godny polecenia, o czym z przekonaniem Was zapewniam
Wasz Andrew

* Zbigniew Tomasz Nowicki (ur. 1 stycznia 1929 w Łodzi, zm. 23 września 1994 w Morągu)