Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.

niedziela, 18 stycznia 2009

Urodziny po śmierci


Jak niedawno dowiedzieliśmy się z wiadomości, w Wielkiej Brytanii dokonano cesarskiego cięcia u kobiety nieżyjącej już od dwóch dni. Zabieg zakończył się całkowitym sukcesem; noworodek (dziewczynka Aya Jayne) urodziła się żywa.

Wiadomość ta przeszła bez większego echa, a dziwne. Rzeczy, które wygaduje Palikot i jemu podobni nie zmieniają niczego, lecz mimo tego są rozważane po wielokroć, komentowane i oceniane. Debatuje się nad nimi na pierwszych stronach gazet i w czołowych programach informacyjnych innych mediów. Mieli się te tematy po wielokroć, tak jak wcześniej rewelacje Giertychów i innych, choć wiadomo, iż są jak puszczenie gazów na raucie w wyższych sferach. Przez chwilę wszystkich ogarnia niesmak ale za moment i tak nikt o tym nie będzie pamiętał. Tymczasem przypadek Jayne Soliman (matka wspomnianego noworodka) niesie konkretnie reperkusje i w przyszłości na pewno jeszcze powróci, jeśli nie w swojej własnej postaci, to w sprawie o podobnym charakterze.

Dotychczas wszyscy zauważali, iż nauki moralne, teologiczne, i inne systemy doktryn z tego zakresu, nie nadążają za wciąż przyspieszającym rozwojem nauki i techniki. Utarło się powiedzenie, iż nauka z każdym dniem morduje Boga. Tak naprawdę to nie Jego, ale to, co stworzyli ludzie powołujący się na Jego autorytet, najczęściej całkowicie bezprawnie. Teraz jednak, na naszych oczach, zaczyna się konflikt rozpędzonej lokomotywy poznania z innymi dziedzinami wiedzy. Choć mało się o tym mówi, to pierwsze objawy można już zauważyć. Przestępcy korzystający z najnowszych zdobyczy nauki i zasady nullum crime sine lege dokonują czynów, których popełnienie nie może być ścigane, choć każdy wie, iż powinno. Przykłady? Nie jest narkotykiem to, co nim jest, tylko to, co zostało wymienione w hipotezie przepisu  prawa karnego. Nowe środki można całkiem bezkarnie rozprowadzać, dopóki nie znalazły się w tym wyszczególnieniu. Powstają coraz to nowe metody zabijania, których zwykły patolog nie jest w stanie wykryć. Na filmach fajnie to wygląda, ale tak naprawdę, to jakie szanse miałyby w starciu z dobrze przygotowanym zabójstwem upozorowanym, choćby na atak serca, prowincjonalne sławy patologii. Oszustwa komputerowe, które dla większości policjantów, prokuratorów i sędziów są rzeczą równie zrozumiałą, co przestrzenie n-wymiarowe to inna dziedzina, w której wpadają głównie głupi, niedouczeni i biedni. Przykłady można mnożyć a to dopiero początek.

Przypadek Jayne Soliman i Aya Jayne to następne ostrzeżenie, że prawo nie nadąża za nauką i jej nowymi zastosowaniami. Prawo, nie tylko karne, ale i cywilne, oraz normy moralne, a zwłaszcza skostniałe dogmaty kościoła katolickiego. Czy dziecko narodzone ze zmarłej matki dziedziczy po niej? Wszak w momencie jej śmierci jeszcze nie ma go na świecie. Dziedziczą zaś tylko żywi. Jest przypadek szczególny nienarodzonego spadkobiercy, ale tylko w drodze testamentowego zapisu. Co jeśli testamentu nie ma? A co na to nasza teologia? Niepokalane poczęcie się przyjęło ale poczęcie po śmierci? A co jeśli to nie będą dwa dni, tylko dwa miesiące między śmiercią matki a „urodzeniem” się dziecka? Pytania można mnożyć i mam przeczucie, że w najbliższych latach nauka dostarczy nam ich więcej, niż byśmy dziś byli w stanie wyszukać nawet w literaturze s-f. Obyśmy potrafili znaleźć na nie odpowiedzi z poszanowaniem praw wszystkich ludzi i zgodnie ze zdrowym rozsądkiem, by nie było tak jak z in vitro, gdzie jedni innym chcą narzucić przestrzeganie norm, których sami nie przestrzegają.

czwartek, 15 stycznia 2009

BEZNADZIEJNE DZIENNIKARSTWO


czyli rzecz o małej czarnej

Jestem kawoszem nałogowym. Kiedyś wypijałem 10-20 kaw dziennie. Różnych – rozpuszczalnych, fusiastych, jak leciało. Teraz z powodów rozsądkowych wypijam góra 5 porcyjek mojego ulubionego napoju. Jako zdecydowany wielbiciel kawy we wszelkich postaciach i we wszystkim (z jogurtem włącznie) z zainteresowaniem sięgnąłem po kolejnego newsa na temat małej czarnej (Uwaga! Nadmiar kawy powoduje halucynacje, IAR, msu/14.01.2009 09:02)
                Jak pisze nieznany nawet z imienia dziennikarz (dobrze, że nieznany, bo chluby mu ten artykuł nie przynosi), naukowcy w toku przeprowadzonych badań ustalili, że osoby pijące powyżej siedmiu filiżanek kawy dziennie mają duże szanse na halucynacje. Jaki ja byłem głupi, że piłem głównie z kubków i szklanek! Pewnie przez to nigdy nie odjechałem, choć wielokrotnie przekraczałem magiczną dawkę siedmiu porcji, a nieraz nawet wspomagałem to ilością promili również zapewniającą ponoć podobne wrażenia. Skoro nie chodzi o dawkę, bo tą zwielokrotniłem nieraz trzykrotnie, to na pewno musi chodzić o to, że trzeba pić z filiżanek.
                A teraz poważnie. Badania jak to badania. Prowadzono ich wiele nad wpływem kofeiny na organizm ludzki i jakieś tam wyniki uzyskano. Jednak opisanie tego w sposób rzeczowy i konkretny byłoby mało interesujące. Według nowej szkoły dziennikarstwa najważniejsza jest oglądalność (czytalność?). Pisze się więc z uwypukleniem tego, co przyciągnie czytelnika (halucynacje), ale nie podajemy mu żadnych konkretnych informacji, które mogą być dla niego przydatne. W tym wypadku nie napisano nic o tym, jak owe halucynacje osiągnąć. „Siedem filiżanek” nic nie mówi. Podzielone na dobę wypadają co 3 prawie 3,5 godziny. To wcale nie tak dużo, nawet dla mniej nałogowego kawopija niż ja. Może chodziło o wypijane w ciągu doby, ale nie w równych odstępach czasu? Może te siedem filiżanek należy walnąć przykładowo między obiadem a kolacją? Tego możemy się jednak tylko domyślać, bo niczego zwiększającego naszą rzeczywistą wiedzę się ze wspomnianego tekstu nie dowiemy. Nie wiemy jakie było stężenie kawy (lurka czy siekiera) ani jakiej marki kawy użyto (różne gatunki, co jest oczywiste, mają różny skład i zawartość kofeiny).
                Takie oszołomskie dziennikarstwo nie byłoby może niczym specjalnie złym, gdyby nie to, że wieści z internetu są przez wielu traktowane jako rzetelna wiedza. Tymczasem co wiemy z tego artykułu? Dowiadujemy się, iż „Osoby, które piją dziennie powyżej siedmiu filiżanek kawy, zwłaszcza rozpuszczalnej, trzykrotnie częściej mogą słyszeć i widzieć rzeczy, które nigdy nie miały miejsca”. Trzykrotnie częściej niż wtedy, gdy piją mniej? Czy trzykrotnie częściej niż inni? Niż ci, którzy piją czaj, czy niż ci, którzy ćpają? Tego nie wiemy. Przecież ci, którzy „nie biorą” z reguły nie mają omamów. Trzy razy zero to dalej zero. O co więc chodzi? Czy porównywano do ogółu społeczeństwa? Jeśli tak, to czy uwzględniano chorych psychicznie? Wiemy, że tak naprawdę niczego nie wiemy. Tak właśnie rodzą się zabobony XXI wieku, półprawdy i nieprawdy uznawane za „naukowo dowiedzione”, schematy i fałszywe uproszczenia. Powtarzane i krążące w necie nabierają mocy i wracają jako argumenty, sposoby oceny, wartości poparte nieokreślonym autorytetem sieci. To tym groźniejsze, że ocena wiarygodności sieciowej wiedzy jest znacznie trudniejsza niż wyszukanie informacji. Dlatego podobne teksty trzeba piętnować, choćby były tak niegroźne jak temat małej czarnej. Ten styl dziennikarstwa dotyka bowiem również spraw, których reperkusje mogą być poważne, czyli społecznych, religijnych i politycznych. Czytajmy więc, zwłaszcza w necie, uważnie i krytycznie, albo też nie czytajmy wcale. Lepiej być głupim z natury niż ogłupionym przez innych. Pierwszemu nie jest się winnym, a drugie ma się na własne życzenie.

środa, 14 stycznia 2009

Miała głos


Miała głos, który wzbudzał zaufanie… Jak zawsze. Jak od pierwszej chwili, gdy ją ujrzał i gdy pierwszy raz się do niego odezwała. Jak zawsze przez te wszystkie lata. Zresztą, jak mogłoby być inaczej? Lubił słuchać jej głosu cokolwiek mówiła. W jej głosie zawsze słyszał srebrne dzwoneczki uśmiechu, jak tego pierwszego dnia, i wiedział, że na innych też to tak działa. Jej uśmiech i jej śmiech też były najpiękniejsze na świecie. Zresztą nie tylko to...
                - Jeszcze jedną kawkę? – zapytała raz jeszcze.
Nie słyszał pierwszego pytania błądząc nad przepaściami własnej rozterki. Nie obraziła się, nie żachnęła. Jak zawsze.
Nie czekając na jego odpowiedź wstała od stołu, na którym w równych szykach, niczym żołnierze w jednej z dawnych bitew, leżały rozłożone dwie talie kart w niemej batalii kanasty. Jak zawsze, od lat, z uwielbieniem przypatrywał się jej, gdy szła do kuchni. Był pewien, że czuje jego wzrok na sobie, choć nigdy się nie oglądała. Dziś znów miała na sobie jeden z jego ulubionych zestawów, jak z przekorą i konsekwencją nazywał kreacje, którymi go uwodziła. Na nogach miała czarne, lakierowane pantofle na wysmukłych, prowokująco wysokich obcasach, które podniecająco stukały o nieskazitelnie gładką powierzchnię podłogi salonu wykonaną z ciemnego, egzotycznego drewna sprowadzonego z jakiegoś dalekiego świata. Piękne, wyraźnie zarysowane łydki długich, kształtnych nóg, opięte były gładkimi, lekko połyskującymi pończochami, których ozdobne, koronkowe gumki obejmujące jej uda ukazywały się co chwila spod krawędzi krótkiej, obcisłej spódniczki w kolorze ciemnej wiśni, która podkreślała kuszący kształt jej bioder i pośladków. Całości dopełniał nałożony na białą bluzkę szykowny żakiet od Sallama z tego samego co spódniczka kompletu. Był mocno dopasowany w talii przez co jeszcze bardziej podkreślał jej nienaganną, wiele obiecującą figurę.
Odwróciła się do niego dopiero włączając ekspres. Przypatrywał się jej, jak przygotowuje jego ulubiony napój i wyciąga z lodówki małe kawałki jego ulubionego ciasta, które sama upiekła. Podziwiał jej dojrzały biust, którego figlarne fragmenty kusiły w głębokim wycięciu żakietu i kusząco rozchylonym rozpięciu bluzki. Delektował się jej piękną twarzą, zmysłowymi ustami i mądrym spojrzeniem błękitnych oczu, gdy zwróciła wzrok w jego stronę.
Do niedawna w takich chwilach myślał tylko o jednym. O tym jak będzie chłonął jej bliskość, pieścił to piękne ciało, podziwiał te boskie nogi zadarte do góry i wyuzdanie rozchylone, jak będzie bawił się jej falującymi z rozkoszy, spragnionymi pieszczot piersiami. Do niedawna...
Patrząc na nią, jak się krząta w kuchni, tak piękna i zmysłowa, myślał o dzisiejszym dniu. Wałęsał się jak nigdy po mieście, wśród zwykłych, szarych ludzi, brzydkich i głupich, ale niepowtarzalnych. Chłonął ich odmienność i napawał się ich słowami, choć nie skierowanymi do niego, ich ruchami i zapachami. Brzydkimi, pospolitymi, ale tak pięknie odmiennymi jeden od drugiego. Odmiennymi nawet od samych siebie, jeśli się je smakowało dwa razy.
Myśli na chwilę znów wyrwały się spod jego kontroli w kierunku jej boskich nóg, bo Joanna podeszła do stołu stukając swoimi ulubionymi szpilami na perwersyjnie wysokich obcasach. Postawiła przed nim talerzyk ze srebrną łyżeczką i kawałeczkiem cudownie pachnącego Apfelkuchen. Obok ciasta, z pewnością i gracją zawodowej kelnerki z ekskluzywnej restauracji, podała mu filiżankę z jego ulubionego serwisu Pirkenhammer Fischer &Mieg wykonanego na zamówienie jakiegoś dawno już nieżyjącego arystokraty, którego nazwisko zaginęło w pomroce dziejów. Poczuł aromat czarnej jak noc, gorącej i mocnej jak piekło Kenia Peaberry. Dawniej zapomniałby o kawie i od razu zaczął ją pieścić zaczynając od jej boskich, nieprzyzwoicie seksownych nóg. Dawniej, ale nie dzisiaj.
Jak zawsze doskonała, wyczuła jego nastrój. Nie dąsała się, że nie ma nią w tej chwili ochoty i postawiwszy przed sobą taką samą porcję ciasta oraz identyczną filiżankę kawy, wzięła do ręki swoje karty. Czekała aż się odezwie, bo była jego kolej w grze, ale on milczał.
Nie patrzył w karty tylko na nią. Wiedział, że to już koniec. Kochał te gesty i to ciało. Kochał nad wszystko te oczy i ten głos. Jednak czuł, że dłużej już nie może.
Wiedział, że powinien coś powiedzieć, że powinien jej wyjaśnić. Była przecież doskonała. Doskonale władała głosem, który utrwalał bez przerwy od momentu, kiedy dowiedzieli się, że Joanna umiera. Poruszała się tak perfekcyjnie, że nigdy, nawet w chwilach miłosnego uniesienia, nie potrafiłby jej odróżnić od tej prawdziwej. W końcu stać go było na to. Była kopią idealną. Kopią.
Wiedział, że dziś ją wyłączy. Na zawsze. I nic jej nie powie. Ona i tak nic by mu nie odpowiedziała. Niczego nowego nie potrafiła i nie mogła powiedzieć. Wszystko, co robiła, już kiedyś zostało zrobione. Wszystko zostało powiedziane...

opowiadanko popełnione w związku z konkursem w serwisie LubimyCzytać.pl

niedziela, 11 stycznia 2009

OGŁUPIAJĄCA SZKOŁA


Wczoraj przyglądałem się, jak moja córa zmagała się z zadaniem domowym z języka polskiego. Ponieważ szło jej to jakoś nieskoro zainteresowałem się z czym ma taki problem.
       „Nie jest ważne skąd, ale jacy jesteśmy – użyj w rozprawce co najmniej czterech argumentów” brzmiała treść polecenia . Nie dziwię się, że miała z tym problemy. Z tematu wynika bowiem jasno, że należy udowodnić, iż wszyscy ludzie są równi w tym sensie, iż pochodzenie nie ma żadnego znaczenia. Sam nie znalazłbym chyba żadnego argumentu za tym stwierdzeniem. Wiem, wiem – wszyscy ludzie są równi, kochaj bliźniego swego jak siebie samego, itd. Tylko że to postulaty a nie dowody. Marzenia i życzenia to nie argumenty. Oczywiście wymyśliłem jej cztery żądane punkty, na tyle poważne, by wyglądały na mądre i niepodważalne (ach ta siła autorytetów), ale od początku zdawałem sobie sprawę, że to wszystko bzdury.
       Za komuny młodzież uczono wielu głupot, lecz trochę martwi mnie to, że teraz jest chyba jeszcze gorzej. Temat jak powyższy byłby może na miejscu w liceum albo na studiach, jako wprawka w udowadnianiu rzeczy, której udowodnić się nie da, w argumentowaniu za fałszywą z gruntu, choć noszącą pozory prawdziwości tezą, w tworzeniu fałszywych, ale trudnych do obalenia argumentów. Na poziomie gimnazjum jest to jednak tylko robienie idiotów z uczniów i nauczycieli, robienie młodzieży wody z mózgu i przyzwyczajanie młodych ludzi do tego, że nauka nie ma niczego wspólnego z realnym życiem. A może o to właśnie chodzi, by nowe polskie pokolenie od maleńkości do samodzielnego myślenia zniechęcić?
       Żyjemy w XXI wieku, choć niektórzy jeszcze tego nie zauważyli. Kiedyś usiłowano udowodnić, że wszyscy ludzie są równi ale szukanie naukowych na to dowodów doprowadziło do paradoksalnej sytuacji, gdyż okazało się, że to właśnie rasiści poniekąd mieli rację. W czasie szalejącej, doprowadzonej do absurdu poprawności politycznej skrzętnie się te informacje ukrywa przed szeroką opinią publiczną (czytaj przed plebsem) ale kto chce może je łatwo odszukać, gdyż prawdy ukryć się nie da. Wprowadzono już na rynek pierwsze lekarstwo tylko dla czarnych pacjentów. Wiadomo, że czarni na wiele leków reagują odmiennie niż biali, choćby na środki psychotropowe. Nie chodzi tylko o kolor skóry. Nie tylko rasa ale i pochodzenie geograficzne decyduje choćby o diecie i wielu innych czynnikach, a te z kolei o podatności na różne schorzenia. Są regiony, gdzie choroby prostaty to sprawa incydentalna a są takie, gdzie jest odwrotnie. Przykłady można mnożyć. Zresztą populacja nie musi być tak liczna jak naród, by wykształcić własną specyfikę zarówno przystosowań fizycznych, jak psychicznych. Niektóre, niezbyt liczebne zresztą, plemiona wykształciły specyficzne różnice anatomiczne przydatne w ich środowisku. Są nawet pośladki spełniające podobną funkcję, jak u wielbłąda garb. Widać więc, że pochodzenie jest bardzo ważne. Nawet nie musi to być pochodzenie w sensie geograficznym, czy narodowo-plemiennym. Samo wyznanie może powodować skutki nie tylko psychiczne (podłoże kulturowe) ale i fizyczne. Przykładem mogą być choćby choroby genetyczne wśród wyznawców ortodoksyjnych odłamów różnych religii. Skoro tak ważne jest pochodzenie w każdym znaczeniu tego słowa to o co chodzi.
       To co mamy w genach warunkuje nas w sposób, którego przeskoczyć się nie da. Można zwalczać to, co mamy złego w spadku po przodkach i rozwijać to, co mamy wspaniałe. I choć rzadko kto jest w stanie osiągnąć jedno lub drugie, to tym bardziej nikomu nie udało się wyjść poza te dwa dążenia. Ktoś, komu poskąpiono talentu nigdy wirtuozem fortepianu nie zostanie a ktoś, kto ma słabe zdrowie nigdy tytanem zdrowia nie będzie. Nie pomogą żadne ćwiczenia, choćby sobie żyły wypruli. Jak więc ktoś może twierdzić, że nie jest ważne skąd się pochodzi?
       Najczęściej, gdy mamy na myśli „równość” to chodzi nam o kasę. Czasami jeszcze o wykształcenie lub władzę, co jednak też się z tym pierwszym wiąże. Każdy kto widział, albo nie daj Boże sam przeżył, drogę od zera do milionera, ten wie, iż pochodzenie jest decydujące. Pewnie, że są ludzie z dołów społecznych, którzy osiągnęli szczyty kariery naukowej, finansowej lub zajęli najwyższe szczeble drabiny społecznej. Jednak po pierwsze są oni wyjątkami, a po drugie to tylko oni wiedzą, ile ich to kosztowało. Są potwierdzeniem, że pochodzenie jest decydujące, gdyż biedny ma zawsze pod wiatr. Może i do wymarzonego brzegu dopłynie, ale z trudem i tylko jako jeden z tysiąca. Bogatemu zaś zawsze wiatr w żagle i tylko wyjątkowo któryś zatonie. Zresztą – sięgnijmy po argument nie do podważenia:
       W Ewangelii Chrystus podkreśla :"Prędzej wielbłąd przejdzie przez ucho igielne, niż bogaty wejdzie do Królestwa Niebieskiego". Ucho igielne o które Jezus miał na myśli to według teologów nazwa bardzo ciasnej bramy w Jerozolimie, przez którą rzeczywiście wielbłądy nie mogły się przecisnąć i Jezus porównując bogatego do wielbłąda przechodzącego przez ciasną bramę, chce dać do zrozumienia, że człowiek objuczony bogactwami, przywiązany do nich, chciwy, skąpy, nie jest w stanie postawić Boga na pierwszym miejscu w swoim życiu. Widzimy więc, iż nawet Chrystus zauważa, iż pochodzenie jest decydujące. Jest zasadnicze nie tylko w kwestiach przyziemnych, ale nawet w sprawie tak kardynalnej jak zbawienie duszy. W tej materii biedny bowiem ma łatwiej a bogaty trudniej, czyli równości nijakiej nie ma.
       Jacy jesteśmy w przeważającej mierze zależy od naszego pochodzenia. Oczywiście, jednostki wybitnie obdarzone przez Boga (znowu za pośrednictwem genów, a więc pochodzenia) są w stanie zwalczyć widoczne oznaki tego skąd i od kogo się wywodzą, jeśli są one dla nich niekorzystne. Może im się udać nadrobić różnice wobec innych i stać się takimi, jakimi być chcą. Są to jednak tylko wyjątki potwierdzające regułę, a tak naprawdę to i tak nie są wyjątkami. Po prostu ich pochodzenie, szczególny koktajl krwi przodków, dał im tą zadziwiającą cechę, tą siłę, by się zmienić. Tylko co o tym może wiedzieć przeciętne dziecko w gimnazjum...

niedziela, 14 grudnia 2008

Chamy do pługa!


Katarzyna Cichopek, Michał Koterski, Marcin i Rafał Mroczkowie oraz wiele innych, młodych gwiazd może niedługo stracić prawo do korzystania z tytułu aktora. Stanie się tak, jeśli wejdzie w życie projekt ustawy przygotowany przez PSL, do którego dotarł serwis internetowy tvp.info.
W myśl projektu, który kilka dni temu trafił do laski marszałkowskiej, tytuł "aktora" będzie przysługiwał jedynie osobie, która "ukończyła studia wyższe aktorskie" albo ma "kwalifikacje zawodowe potwierdzone egzaminem złożonym przed komisją powołaną przez organizację zbiorowego zarządzania (…) lub Ministra Kultury i Sztuki" - podaje tvp.info.

Oprócz tego posłowie PSL proponują także wprowadzenie obowiązku szybkiej nauki tekstu i powściągliwości w krytykowaniu kolegów po fachu. /.../

Z ustaleń tvp.info wynika, że, pisząc swój projekt, ludowcy konsultowali się z trójką aktorów: Danutą Stenką, Wiktorem Zborowskim i Andrzejem Grabarczykiem. /../
Wiadomości onet.pl za TVP Info, PKo


Nie bez kozery w Zagłobie się krew burzyła ile razy stwierdził, że chamstwo głowę podnosi. Nie bez racji cham to nie tylko człowiek prostacki i nieokrzesany, ale również pochodzący ze wsi, czyli rolnik. Oczywiście, że wieś wydała wielu mądrych i godnych czci ludzi, ale to są jednostki. Pojedynczy rolnik czy inny mieszkaniec wsi to jednostka. Jednostki jakie są  wiadomo – każda inna. Jedna mądra, inna głupia, jedna zła, inna dobra. W masie jednak chamstwo pozostanie chamstwem. Taką mądrością jak projekt wspomnianej ustawy nie poszczyciliby się nawet komuniści. To aż karykatura polskiego piekiełka. Cieniacy próbują sobie prawnie zagwarantować wyłączność na tytuł zawodowy. Nie ten będzie w Polsce aktorem, kto grać umie, tylko ten kto ma papierek. To, że skończył szkołę na trójkach, a te trójki miał po wszystkich możliwych poprawkach z komisami włącznie albo za mamusi kury i kaczki, nikomu nie będzie przeszkadzać. On będzie aktorem. Aktorami i aktorkami nie będzie dla polskiego światka wieśniaków i aktorzyn wielu ze zdobywców Oskarów, bo duża część najbardziej znanych i utytułowanych sław wielkiego ekranu nie ukończyło studiów aktorskich.

To, że projekt ten poparli niektórzy aktorzy potwierdza tylko, że każdy powinien robić to, co potrafi. Aktor niech udaje innych, choćby mędrców, bo wtedy wygląda mądrze. Ale na udawaniu niech lepiej skończy i nie chwali się tym, jaki jest naprawdę.

Motywy środowiska aktorskiego popierającego przedmiotowy pomysł PSLu rozumiem. Bronią swojej michy i chcą mieć monopol. Boją się, że ktoś i bez szkoły może się okazać lepszy niż oni, a co za tym idzie zabrać im codzienny chlebek. Co jednak kierowało geniuszami z PSLu tego nie wiem. Może zamiast zajmować się KRUSem wolą się wykazywać na cudzym podwórku?

Na widok radosnej twórczości naszych ludowców stałem się jeszcze pobożniejszy niż dotychczas. Aż ciśnie mi się na usta: - Boże! Ty widzisz i nie grzmisz!

sobota, 13 grudnia 2008

IV RP – SPRAWIEDLIWE PAŃSTWO?


IV Rzeczpospolita miała być budowana pod przewodnim hasłem „Prawo i Sprawiedliwość”, które jest też nazwą i hasłem przewodnim partii, która chce ją zbudować. Dlaczego mam więc wrażenie, że nie jest lepiej niż było, że chyba jest coraz gorzej.

Weźmy się tylko za jedną sprawę. Za nieszczęsne emerytury ubeków.

Pamiętam jak kilkanaście lat temu, nie pomnę już czyj to był pomysł i za czyich rządów, postanowiono pobawić się w Janosika, czyli zabrać bogatym a nie dać biednym. Postanowiono ściąć zbyt wysokie emerytury i zabrać dodatki za komunistyczne medale. Nikt z mojej rodziny ani z bliższych znajomych na tym specjalnie nie ucierpiał, więc w sumie nie powinno mnie to obchodzić. Jak dziś pamiętam jednak człowieka, którego wówczas poznałem. Był to emerytowany brukarz. Całe życie pracował jako szeregowy pracownik, nie był nawet brygadzistą. Miał nieco wyższą emeryturę niż jego koledzy z pracy, którzy codziennie zbijali bąki i chlali w krzakach piwsko, bo całe życie tyrał jak głupi, miał jakieś medale, „300% normy” i inne takie. Tym mądrym pociągnięciem nasze władze zrównały go z jego kolegami, dając czytelną przestrogę wszystkim jego krewnym, znajomym i znajomym jego znajomych: „W tym kraju uczciwa praca w g... się obraca”. Takiej nauczki społeczeństwo nie zapomina.

Myślałem, że w demokratycznym państwie nie ma miejsca na takie rzeczy. Myślałem, że mądrzy ludzie takich rzeczy nie robią. Ale albo to państwo nie jest aż takie demokratyczne, albo ludzie, którzy nim rządzą, nie są aż tacy mądrzy, za jakich się uważają. Oto bowiem mamy plany zrównania wszystkich „ubeckich” emerytur do poziomu nieco wyższego niż zasiłek dla bezrobotnych. Wszystkich. Moim skromnym zdaniem maszynistka w biurze, która pracowała w tym aparacie przemocy, kierowca, tłumacz, kasjerka czy gaciowy w magazynie, raczej nie pracowali na tych stanowiskach ze względu na miłość do Moskwy. Pracowali tam, bo gdzieś musieli, a że płace były dobre, to czemu nie. Jeśli kogoś kłują w oczy emerytury ubeków, to można zmienić ustawę w ten sposób, by można było odebrać emeryturę temu, kto popełnił określone przestępstwo, podobnie jak jest to w USA w przypadku policjantów. Wtedy w sądzie można by odebrać emeryturę tym, którzy faktycznie byli sługusami Wielkiego Brata, którzy działali na szkodę Polski. To oczywiście droga dłuższa, trudniejsza i być może niemożliwa do przejścia. Zamiast tego mamy kolejny czytelny sygnał dla społeczeństwa. Sygnał mówiący, by nie wiązać zbytnich nadziei z wdzięcznością państwa. Bo u nas, jak z tego widać, nie ma ciągłości Państwa. Nie ma żadnej tysiącletniej Polski. Każdy kto budował Polskę Sanacyjną otrzymał taką lekcję za PRL-u. Każdy, kto budował PRL wie już, że nie budował Polski, nawet jeśli odbudowywał Warszawę i za to dostał medale. On budował potęgę Moskwy i jego odznaczenia za pracę nie są powodem do chwały, tylko dowodem zdrady i hańby. Teraz mamy IV Rzeczpospolitą, która pluje na wszystko, czego dokonała III RP. Ale bądźmy spokojni. Przyjdzie czas i na tą ekipę. Nie dziwne więc, że szarzy, porządni ludzie, którzy chcą po prostu robić swoje, wieją stąd tam, gdzie mogą to robić za konkretne pieniądze i być za to szanowanym, bez ryzyka, że za kilka/naście lat ktoś powie, że budowali imperium zła.

 Tak nawiasem mówiąc, to zauważmy, że w Polsce kolejne pokolenia władzy nie potrafią zrobić nic, by polepszyć los emerytów. Zamiast tego stosują zasadę „polskiego piekiełka”, czyli dołują tych, którzy mają nieco lepiej niż reszta. Tylko gdzie tu prawo i gdzie sprawiedliwość...

Oszołomstwo z żarówkami


Unia znów pokazuje co potrafi i właśnie wprowadza dyrektywęzgodnie z którą w Zjednoczonej Europie nie będzie już niedługo wolnoprodukować, a może i nawet legalnie sprzedawać zwykłych, klasycznych żarówek.

Po pierwsze dziwne to maniery, że w organizmie politycznymaspirującym do miana najbardziej demokratycznego, stosuje się rozwiązanianarzucające i przymusowe, typową stalinowską urawniłowkę, zamiast stosowaćmechanizmy rynkowe. Czy nie wystarczy, że każdy sam dojdzie do wniosku co musię bardziej kalkuluje? Jak go zwykłe żarówki walną po kieszeni to zainwestujew energooszczędne. Po co kogoś zmuszać? Czemu nie robimy tak ze wszystkim?Czemu na przykład Unia nie zakaże produkcji i sprzedaży innych samochodów niżpaliwooszczędne? Czemu nie zabroni posiadania dużych wanien? – wodę też trzebaoszczędzać. Czemu nie zabroni posiadania dużych domów? Przecież oszczędnościenergii byłyby dużo wyższe w razie przeniesienia wszystkich do małych mieszkańniż przy zamianie żarówek na energooszczędne. Gdyby wszystkich pomieścić wklitkach, zaoszczędziłoby się za jednym zamachem i na ogrzewaniu, i naoświetleniu, i na ekologicznych kosztach budowy domów. O co więc chodzi z tymiżarówkami? Czemu przymus akurat w tej dziedzinie, całkowicie marginalnej, boprzecież energia zużywana na oświetlenie domostw w skali kraju w procentachjest tylko miejscem po przecinku?

Narzucanie ludziom jakiego rodzaju oświetlenia mają używaćto zdradziecka próba generalna przed następnymi podobnymi krokami. Tym bardziejzdradziecka, że podszyta kłamstwem. Energooszczędne żarówki to nie są żadneżarówki. Kłamstwo jest już w samej nazwie. Te lampki to są świetlówki i NIE sątakie same jak żarówki. Zużywają mniej prądu ale są droższe a ich produkcja iutylizacja jest bardziej kłopotliwa, gdyż zawierają toksyczne składniki. Ktojednak, zwłaszcza w biedniejszych państwach zapewni, że te procedury (produkcjai utylizacja) zostaną przeprowadzone zgodnie z najlepszą wiedzą o ochronieśrodowiska? Poza tym nikt nie pokusił się o całościowy bilans ekologicznyżarówka kontra świetlówka. Co lepsze: żarówka, która jest mniej szkodliwapodczas produkcji i podczas utylizacji ale za to zżera więcej prądu, czyświetlówka, która jest mniej łakoma na prąd ale bardziej trująca.

Ja mam do tego podejście następujące: dla mnie jest lepszeto, co mi mniej szkodzi. I tutaj zaczynają się schody. Świetlówki, zwłaszcza tenajtańsze, a takich kupuje się najwięcej, z wiadomych zresztą względów, sąszkodliwe dla wzroku. Kto nie wierzy niech się skontaktuje z którymkolwiek z InstytutówMedycyny Pracy, który to badał. Kreślarz albo namiętny czytelnik, któryzamienił starą dobrą żarówkę 60-75W na świetlówkę o „takiej samej mocy wprzeliczeniu”, szybko dorobi się problemów ze wzrokiem. Zresztą każdy zauważy,że pokój w którym wszystkie żarówki zastąpiono „odpowiednikami”energooszczędnymi są zdecydowanie ciemniejsze. Niedoświetlenie pomieszczeniarównież męczy wzrok i to jest drugie zagrożenie dla naszego zdrowia. Wiadomo –sowa czytała po ciemku i oślepła. Nawet najdroższe „żarówki” energooszczędnenie są tak zdrowe jak klasyczne żarówki ze względu na specyfikę emitowanegoświatła. Nie nadadzą się ani dla malarza ani dla nikogo, kto chce widziećnaturalne kolory i „czuje” barwy. Do tego dochodzą jeszcze inne wadyświetlówek: mniejsza żywotność przy częstym włączaniu i wyłączaniu, efektstroboskopu, mała odporność na niskie temperatury. Dodatkowo te nowe cudatechniki mają dość długi czas osiągania pełnej mocy, co męczy nasze oczy.Przecież nie będziemy czekać z rozpoczęciem naszej ulubionej lektury aż naszalampka wejdzie na obroty. Zresztą, skąd będziemy wiedzieć, że to już?

Jaki z tego wniosek? Nie dajmy się zwariować. Prawa ludzkienie tylko nie zawsze idą w parze z prawami boskimi, ale jak widać nierzadkomijają się z rozumem. Ja osobiście doceniam korzyść z energooszczędnegooświetlenia ale tylko wtedy, gdy nie zagraża to mojemu zdrowiu i celowi dlajakiego go używam. Energooszczędne „żarówki” zakładam więc tam, gdzie światłoświeci się najdłużej, czyli pod sufitem w pokojach. Tam jednak, gdzie zapalasię je często lub na krótko (przedpokój, piwnica, wc, garderoba) montujętradycyjne oświetlenie. Do lampki przy biurku, do pracy i czytania, obowiązkowostosuję klasyczne żarówki 60 lub 75W. Wolę zapłacić kilka groszy więcej za prądniż okuliście. Zresztą jeżdżąc do lekarza też działamy nieekologicznie, bozużywamy benzynę, lekarstwa, okulary lub soczewki, itp. Ja wolę moje ukochanegorące żaróweczki i od dziś będę cały czas pilnować, by mieć ich odpowiednizapas w szafie J

piątek, 12 grudnia 2008

GWIAZDOZBIÓR MONIKI OLEJNIK


Nikt nie ma wątpliwości, że od czasów Kwaśniewskiego i Jana Pawła II, którzy potrafili się wysławiać z klasą, język naszych polityków, włączając w to czołowe osobistości życia publicznego, czyli prezydentów, premierów i liderów partyjnych a nawet hierarchów kleru, jest coraz bardziej pospolity, żeby nie powiedzieć, że nawet coraz bardziej wulgarny i prostacki. Dotyczy to zresztą nie tylko samego języka elit, ale ich moralności, postępowania, przekonań, uczciwości i honoru. Można odnieść wrażenie, że niektóre z tych haseł to dla ludzi na górze słowa całkowicie obca.

Co pewien czas wraca w mediach temat tego upadku klasy politycznej ale to tylko co pewien czas. Codziennie zaś media rzucają się na polityków, którzy popełnili mniejsze czy większe gafy albo, co jest co najmniej równie częste, dopuszczają się zwykłego chamstwa i głupoty, jeśli nie przestępstw. Dziennikarze z upodobaniem mielą takie tematy jak rozbijanie się po pijaku wózkami golfowymi, upijanie się w sejmie i głupie odzywki na różne tematy. Niby to piętnują, ale czy nie ma tutaj drugiego dna?

Jedną z największych gwiazd naszego rodzimego dziennikarstwa jest niewątpliwie Monika Olejnik. Jest być może najbardziej znanym nazwiskiem z tej branży wśród szerokich mas, czyli inaczej mówiąc pospólstwa. Osobiście, gdy Radio Zet puszcza jej poranne rozmowy z różnymi zaproszonymi politykami, zwykle nie wytrzymuję dłużej niż kilka minut. Cóż bowiem jest zwykle tematem tych rozmów? Jak zwykle: a co powiedział ten, a co tamten? Jak to było z tymi wózkami? Co z tymi torturami trzynastolatek?

Nie mam nic przeciwko piętnowaniu wpadek polityków i w ogóle znanych osób. Jednak tak naprawdę to wcale nie jest piętnowanie. Jak najłatwiej dostać się na rozmowę do Pani Moniki? Najłatwiej palnąć coś głupiego, popisać się chamstwem, prostactwem albo głupotą. Nie trzeba tego nawet robić samemu. Jak nie do programu Pani Olejnik, to do innych załapią się i koledzy delikwenta, który właśnie się popisał. Od tak dawna, że nie potrafię już takiego faktu odszukać w mrokach mej pamięci, nie słyszałem by Monika Olejnik zaprosiła do siebie na dyskusję naukowców, którzy by prowadzili dyskusję na tematy merytoryczne, choćby o ekologii czy energetyce, które to tematy są i modne i gorące. Zamiast tego wypowiadają się na wszystkie tematy ludzie, którzy nierzadko w ogóle nie mają o tym pojęcia. W dodatku nie wypowiadają się bezpośrednio na temat problemu, stanu wiedzy związanej z problemem i możliwych rozwiązań, tylko komentują temat przez pryzmat cytatów prezydenta, premiera, Leppera i wszystkich tych, o których akurat głośno, a głośno jest jak zawsze o tych, którzy popełnili jakąś gafę, grozili dziennikarce, itd., itp.

Dotyczy to nie tylko zwykłego dziennikarstwa. Kiedyś był taki program jak Sonda, choć były tylko dwa programy do wyboru w całej telewizji. Teraz jak chcę zobaczyć coś interesującego, bez wycieczek personalnych i ciągłego wzajemnego prania brudów, to pozostaje tylko Discovery albo inne zagraniczne produkcje puszczane w naszej TV w godzinach najmniejszej oglądalności. Kiedyś była WIELKA GRA, gdzie można było zobaczyć do czego można dojść będąc samoukiem i gdzie można było się było przyjrzeć ludziom, którzy mówią co wiedzą. Teraz mamy coraz więcej teleturniejów, których pytania są tak infantylne, że aż żenujące jest przyglądanie się graczom, którzy z wypiekami na twarzy zastanawiają się, czy mason to człowiek w masce, czy też może mistrz masażu. Gawiedzi w Rzymie oferowano igrzyska a naszej serwuje się same gwiazdy. Gwiazdy na lodzie, gwiazdy śpiewające, gwiazdy w tańcu, gwiazdy w polityce i gwiazdy dziennikarstwa. Nic dziwnego, że żadna z tych gwiazd nie dostała nigdy Oskara. Oksara Polak może dostać najłatwiej wtedy, gdy nie jest gwiazdą, czyli muzyk, operator, reżyser. Nie aktor. U nas gwiazdą jest nawet ktoś, kto raz wystąpił w drugoplanowej roli w podrzędnym serialu. To coś niezrozumiałego dla świata, gdzie starring na liście płac poprzedza tylko gwiazdy a nie wszystkich, którzy cokolwiek w filmie zagrali.

Tak to się właśnie kręci. To gwiazdy nowego stylu dziennikarstwa odpowiadają po równi z politykami za kształt dzisiejszego oblicza polityki w mediach. I jedni i drudzy dla oglądalności są gotowi na wiele, a niektórzy nawet na wszystko.

Kiedy powstał film niektórzy uważali, że to bękart teatru. Czy mieli rację, czy też nie, to temat na dłuższą dyskusję, jednak na pewno telewizja, to bękart dziennikarstwa. To dziennikarstwo telewizyjne napędzane wskaźnikiem oglądalności jest jednym z czynników schamienia klasy politycznej. Łatwiej się dostać do telewizji robiąc coś nagannego, niż dobrego. Tym bardziej, że dobro w dzisiejszym skomplikowanym świecie nigdy nie jest dobre dla wszystkich. Najgorsze jest to, że to nowoczesne, gwiazdorskie dziennikarstwo coraz lepiej ma się już i w radiu, i w innych mediach. Sam się łapię na tym, że czasami daję się w to wciągnąć. Ktoś coś powie i muszę dać wyraz temu, że się z tym nie zgadzam... I na blogu, tak jak w telewizji, największą oglądalność ma wpadka, głupota, nienawiść i wszystko to, co złe i nieudane. Jeśli chce się mieć wielką poczytność najlepiej napisać coś, co sprowokuje i podzieli czytelników. Jednych połechce, innych podrażni, jednym posłodzi a innym przysra. Tak to się kręci...