piątek, 23 kwietnia 2021

Natsuo Kirino "Wyspa Tokio" - O cywilizacji i jej kruchości

Natsuo Kirino

Wyspa Tokio

Tytuł oryginału: Tokyo-jima
Tłumaczenie: Renata Sowińska-Mitsui
Wydawnictwo: Sonia Draga
Liczba stron: 344
 

 

 

 

Egzystencja w metropolii, w której nietrudno jest o wrażenie anonimowości, sprawia, że zdarza się nam zapominać ile prawdy jest w stwierdzeniu Esse est percipi, czyli Istnieć znaczy być postrzeganym, przypisywanemu irlandzkiemu filozofowi i biskupowi kościoła anglikańskiego George’owi Berkeleyowi. Tak jak to na ogół w życiu bywa, dopiero gdy kapryśna fortuna postanowi z nas sobie zadrwić i postawi nas w obliczu sytuacji dalece nietypowej, wymuszającej opuszczenie ciepłej banki intelektualnej, w jakiej lubimy się zamykać, możemy uświadomić sobie jak bardzo nasz byt jest determinowany zarówno przez przypadek, jak i otoczenie, w którym przebywamy. Boleśnie przekonują się o tym bohaterowie powieści Wyspa Tokio, autorstwa japońskiej pisarki Natsuo Kirino (ur. 1951).

W książce Natsuo Kirino opisano perypetie grupy rozbitków, którzy w różny sposób trafiają na samotną wyspę położoną gdzieś na Oceanie Spokojnym. Takashi i Kiyoko docierają tu jako pierwsi, kiedy jacht, którym wyruszyli w podróż dookoła świata, ulega uszkodzeniu w trakcie burzy. Trzy miesiące później grono robinsonów powiększa się, po tym jak tajfun niszczy stary kuter rybacki, którym 23 japońskich freeterów (japońskie słowo furītā określa młodych ludzi pozostających bez stałego zatrudnienia) próbowało uciec z wyspy Yonaguni – Zbuntowali się przeciwko pracy dorywczej polegającej na zbieraniu i rozdrabnianiu końskiego łajna oraz poszukiwaniu w nim jajeczek dziko żyjących owadów, ponieważ była to praca ciężka, brudna, śmierdząca i słabo opłacana [1]. Ostatnim narybkiem wyspiarskiej społeczności są Chińczycy – nielegalni migranci potajemnie przewożeni statkiem do Japonii, którzy pokłóciwszy się z przemytnikami o pieniądze, zostają wysadzeni na odludnej wyspie, w międzyczasie ochrzczoną nazwą Wyspa Tokio. Tym samym uformowana zostaje nietypowa zbiorowość, w skład której wchodzą ponad 40-letnia kobieta, jej blisko 50-letni małżonek oraz trzydziestu kilku młodych mężczyzn – te zaburzone proporcje zwiastują nieuchronne tarcia, które rosną w miarę malejących nadziei na ratunek.

Utwór Natsuo Kirino to w zasadzie rodzaj kroniki poświęconej Wyspie Tokio, co zresztą sugeruje sam tytuł. Japońska pisarka raczy nas wiwisekcją człowieczej natury oraz rozważaniami poświęconymi szeroko rozumianej cywilizacji, której składowymi są m.in. kultura, architektura, technika, religia czy historia. Można chyba zaryzykować tezę, że punktem wyjścia dla Kirino jest chęć przeprowadzenia eksperymentu myślowego, polegającego na analizie postawy współczesnego człowieka, który zostaje brutalnie wyrwany z dotychczasowego życia. Autorka poprzez kreowanie kolejnych zdarzeń i wypadków zdaje się odtwarzać ścieżkę, jaką podążyłby dzisiejszy Robinson Crusoe, rozrywany przez uporczywe pragnienie powrotu do domu oraz świadomość, że aktualne miejsce pobytu może być tym jedynym i ostatnim. Z tego względu Kirino zastanawia się, na ile ci, którzy wypadli za burtę cywilizacji, pragnęliby (oraz mogli) odbudować znaną im rzeczywistość oraz co znalazłoby się w tym zrekonstruowanym świecie, a co zostałoby pominięte. Obecność bądź nieobecność poszczególnych cegiełek zostaje podkreślona poprzez ukazanie skutków działań tudzież zaniechań rozbitków – wachlarz możliwości jest o tyle szeroki, iż protagoniści szybko dzielą się wedle klucza narodowościowego na Tokio oraz Hongkong, przy czym obie grupy mają odmienne poglądy na wiele kwestii związanych z przeżyciem. Kirino zdaje się sugerować, że nasze zachowanie na bezludnej wyspie zdeterminowane jest przez szereg czynników, do których zaliczają się m.in. cechy charakteru i wynikająca z niej odporność psychiczna; środowisko, z jakiego się wywodzimy; obecność innych i ich stosunek do naszej osoby; ślepy traf; umiejętność podjęcia współpracy czy długość pobytu.

Ogromną część dzieła zajmują również interakcje, jakie zachodzą pomiędzy poszczególnymi postaciami, podlegające nieustannym fluktuacjom. Jako, że wegetacja w miejscu, do którego nie dociera cywilizacja, to uporczywa walka o przetrwanie, z biegiem czasu na znaczeniu zyskują zupełnie inne cechy oraz przymioty, niż w prowadzonym dotychczas życiu. Stąd trafienie na bezludną wyspę jest w pewnym sensie szansą, by zerwać z przeszłością i rozpocząć byt jako nowy człowiek bez balastu poprzedniej tożsamości, którą można w ogromnym stopniu i bez większych konsekwencji kreować, pudrować i korygować. Ale tu i teraz nie jest już tak łaskawe jak wczoraj, bowiem w dzikiej przestrzeni na znaczeniu tracą słowa, zyskują zaś czyny – swoją wartość i przydatność trzeba udowodnić, jeśli nie chce się zostać zepchniętym na margines jako jednostka nieprzydatna czy szkodliwa. To właśnie w kontekście wykluczenia najlepiej widać, że pewne wzorce zachowań są w zasadzie niezmienne – ci, którzy mają czelność myśleć i postępować wbrew woli większości, niezależnie od tego czy ich stanowisku można przypisać racjonalne uzasadnienie bądź nie, skazani są na ostracyzm. Jako, że Natsuo Kirino opisuje też inne mechanizmy antropologiczne (obok wątku kozła ofiarnego pojawia się m.in. motyw królobójstwa czy nawiązanie do mentalności kraba), czytelnik uzmysławia sobie, że bezludna wyspa jest niczym lupa pozwalająca w dużym powiększeniu dostrzec uniwersalne zjawiska socjologiczne, które w normalnych okolicznościach umykają naszej uwadze. Wyspa Tokio jest mikroświatem, w którym wykształciły się najbardziej podstawowe społeczne normy i standardy, czytelnik zaś zyskuje sposobność, by obserwować je z bardzo nietypowej perspektywy, co znacząco zmienia naszą optykę, umożliwiając lepiej zrozumieć ich podstawy oraz konsekwencje.

Pozostając w temacie międzyludzkich kontaktów, warto pochylić się też nad kwestią Kiyoko, jedynej kobiety na wyspie. Na jej przykładzie Natsuo Kirino pokazuje jak mocno warunki, środowisko oraz towarzystwo, w jakich egzystujemy mogą wpływać na naszą osobowość, która przecież nie jest zastygłą w bezruchu bryłą. Dzięki fragmentom dziennika prowadzonego przez Takashiego widzimy, jakim przeobrażeniom podlega Kiyoko zrzucająca ze swoich barków ciężar pruderyjnych ograniczeń i uciekająca od roli pokornej żony wegetującej w cieniu męża, któremu okazywane są bezgraniczny szacunek i posłuszeństwo. I tak Kiyoko bywa boginią, opiekunką, pocieszycielką, ale i seksualną zabawką, przy czym jej status na wyspie kilkukrotnie ulega zmianie, nie zawsze z własnej woli, co pozwala zaakcentować fakt, jak cienka bywa granica pomiędzy upodmiotowieniem a uprzedmiotowieniem.

Niestety, ale te stosunkowo interesujące składowe po złożeniu nie komponują się w harmonijną całość. W mojej opinii zgrzyta pomysł na fabułę – nagromadzenie rozwiązań typu deus ex machina może wprawiać czytelnika w konfuzję, który pozostawiony zostaje z posmakiem dziwności. Ponadto decyzja, by wykreować jedynie antagonistów, co prawda pozwala zajrzeć pod maskę, jaką na co dzień przywdziewamy w relacjach z innymi i ukazać podłość oraz małość, do której zdolna jest istota ludzka, ale jednocześnie sprawia, że trudno nam identyfikować się z przewijającymi się na kartach dzieła postaciami, wobec których niejeden z nas pewnie pozostanie zupełnie obojętny. Z drugiej strony należy docenić to jak dobrze udaje się Kirino odmalować kruchość cywilizacyjnych osiągnięć oraz nieodzowność współpracy koniecznej do tego, by te owoce utrzymać. Ważąc te wszystkie za i przeciw uważam, że Wyspa Tokio to tylko i aż przyzwoita lektura – czas jej poświęcony nie jest czasem zmarnowanym, ale jednocześnie utwór Japonki nie wyróżnia się niczym szczególnym jako studium poświęcone zamkniętym społecznościom, nagle odciętym od cywilizacyjnego dorobku (pod tym kątem bardziej wartościowa wydaje mi się inna japońska powieść Zerwać pąki, zabić dzieci autorstwa Kenzaburō Ōe czy utrzymany w konwencji science fiction Ciemny Eden pióra Chrisa Becketta).

 

Ambrose




[1] Natsuo Kirino, Wyspa Tokio, przeł. Renata Sowińska-Mitsui, Wydawnictwo Sonia Draga, Katowice 2012, s. 6 – 7

18 komentarzy:

  1. Swego czasu wiele myśli poświęciłam Robinsonowi Cruso'e i wyobrażaniu sobie życia na bezludnej wyspie; tworzyłam swoje własne scenariusze :-). Temat jest więc dla mnie na tyle fascynujący, że już od jakiegoś czasu myślę o książce Natsuo Kirino, chociaż pierwsze zetknięcie z jej twórczością było nieudane ("Ostateczne wyjście"). Zwłaszcza, że pisarka odsłania mechanizmy psychospołeczne, które tworzą się w zamkniętej społeczności, co nieodmiennie uważam za świetne tworzywo literackie.

    "Zerwać pąki, zabić dzieci" było niesamowitym czytelniczym doświadczeniem. A czy słyszałeś o powieści Andrésa Ibáñeza "Lśnij, morze Edenu"? Rozbitkowie, mała wysepka pośrodku oceanu i mini społeczność, która się tworzy od podstaw (nie czytałam jeszcze, ale oczywiście chcę).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rozumiem zatem, że w kwestii Mr. Crusoe'a masz już stworzoną jakąś listę lektur podejmujących tę tematykę? Jeśli takowe zestawienie faktycznie istnieje (lub jest w trakcie powstawania), to "Wyspę Tokio" można spokojnie ulokować w dolnych rejonach. Wg mnie nie jest to zbyt porywająca lektura - ani jako studium egzystencji na bezludnej wyspie, ani jako literatura sama w sobie. Porównując tę powieść choćby do wspomnianego przez Ciebie "Ostatecznego wyjścia", to wypada ona raczej kiepsko. A jeśli zestawić ją z "Zerwać pąki, zabić dzieci" to mamy już zupełną przepaść. Co do Andrésa Ibáñeza to słyszałem o "Lśnij, morze Edenu" i przyznaję, że utwór mnie zaintrygował, ale jeszcze nie miałem okazji przeczytać. Zobaczymy, kto pierwszy zdecyduje się na lekturę :)

      Usuń
  2. @awita24Swego czasu wiele myśli poświęciłam Robinsonowi Cruso'e i wyobrażaniu sobie życia na bezludnej wyspie; tworzyłam swoje własne scenariusze... Czy w swoich scenariuszach uwzględniałaś tak oczywiste momenty jak ból zęba czy inne problemy zdrowotne? Pytam nie z przekory, tylko z ciekawości - w końcu problemy medyczne są równie oczywistym zadaniem do rozwiązania jak zaopatrzenie się w pokarm, płyny czy ciepło i nie jest to wcale znak naszych czasów. Od zawsze interesowało mnie ile realizmu zawierają w sobie podobne scenariusze tworzone przez osoby różniące się doświadczeniem, oczytaniem, wiekiem, innymi kryteriami...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @Andrew - tak, w moich fantazjach szłam nie tylko w kierunku romantycznym. Co prawda, gdy byłam nastolatką wyobrażałam sobie np., że samotna mieszkanka bezludnej wyspy znajduje na brzegu wyrzuconą przez fale skrzynię, w której są same potrzebne jej rzeczy, takie jak nóż, latarka, bielizna, buty, ubrania, opatrunki, lekarstwa i oczywiście - książki (listę książek, którą zabrałabym na bezludną wyspę tworzę do tej pory) i ... po jakimś czasie .... zostaje uratowana przez kapitana przypływającego obok wyspy statku :-). Wraz z upływem lat rzeczywiście wyobrażam sobie rzeczy o wiele cięższe, czy też w ogóle niemożliwe do zniesienia, a wśród nich to, co najbardziej dotkliwe - brak kontaktu, komunikacji z kimkolwiek, brak mydła, czy pasty do zębów, ból (fizyczny i psychiczny) i podążanie w kierunku obłędu i zdziczenia. Nic w tym romantycznego, raczej zastanawiam się, ile człowiek mógłby znieść, zanim dotarłaby jakaś pomoc lub zbudowałby łódź/tratwę... Udało się to Tomowi Hanksowi w moim ulubionym filmie "Cast away" :-). Podobny wątek można znaleźć w "Życiu Pi" Martela i "Opowieści rozbitka" Marqueza.
      A grupa rozbitków to temat jeszcze ciekawszy, taki eksperyment socjologiczny o życiu w ekstremalnych warunkach. Ogromnie ciekawe jest, jak różni pisarze radzą sobie z takim tematem. Niestety obawiam się, że książek dobrych jest niewiele, a te nieliczne są w stylu pseudofantastycznych thrillerów jak "Lost. Zagubieni".

      Usuń
  3. @Ambrose, do naszej listy o bezludnych wyspach dołożę jeszcze jedną - "Foe" Johna Maxwella Coetzee. To opowiedziana na nowo historia Robinsona Crusoe z perspektywy kobiety i niewolnika. Jest jednak bardzo skomplikowana (a może nawet udziwniona) pod względem formy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, a na czym polega to udziwnienie? Bo do eksperymentów literackich z reguły jestem nastawiony pozytywnie ;)

      Usuń
    2. Wiem, że lubisz eksperymenty literackie :-)
      Na pewno nie jest to powieść akcji, a raczej traktat filozoficzny np. o niewolnictwie i pozycji kobiet. Pisarz nawiązuje też do Daniela Defoe i prowadzi z nim coś w rodzaju dialogu na temat roli pisarza, twórczości. Jest więc kilka płaszczyzn tej książki. Czytając od razu trzeba nastawić się na analizę, by dotrzeć do tych innych znaczeń.

      Usuń
    3. ;)

      Bardzo dziękuję za to doprecyzowanie. Czuję się mocno zaintrygowany. Będę pamiętać o tej książce.

      Usuń
  4. I ja kiedyś fantazjowałam o bezludnej wyspie. :) Nie bałam się głodu ani bólu zęba czy palca, tylko tego, że przypłyną jacyś podli ludzie i będę całkowicie bezbronna. Doszłam do wniosku, że w mieście jest jednak bezpieczniej i że gdybym była sama na wyspie, to zamiast zająć się czymś przyjemnym, przez cały czas wypatrywałabym niebezpieczeństwa.

    Z książek o bezludnej wyspie czytałam przejmującą „Wyspę skazańców” Dagermana, filozoficznego „Piętaszka, czyli otchłanie Pacyfiku” Tourniera oraz piękne, a zarazem dziwne opowiadanie Olgi Tokarczuk o tytule „Wyspa”. Dobrze wiedzieć, że i „Wyspa Tokio” opowiada o rozbitkach. Ale kiedy dzieje się akcja tej powieści?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ha, człowiek, czego niestety uczy doświadczenie, potrafi być bardzo niebezpiecznym i okrutnym towarzyszem. I faktycznie bywa on bardziej przerażający niż schorzenie.

      Dzięki za tytuły. Lista się rozszerza. A akcja powieści "Wyspa Tokio" rozgrywa się w czasach współczesnych.

      Usuń
    2. Co do tego niebezpieczeństwa, to ciekaw jestem na ile jest ono odbiciem wypaczonych umysłów pisarzy i scenarzystów (lub ich fałszywego pojęcia o naturze ludzkije), a na ile faktycznym elementem socjologii katastroficznej czy też postapokaliptycznej. Mam wrażenie, że jednak zdecydowanie dominuje to pierwsze.

      Usuń
    3. MASZ WRAŻENIE. Super. Czyli nie znajdowałeś się sam z dala od cywilizacji, nie przeprowadziłeś żadnych badań, a mimo to nie wahasz się obrażać pisarzy i scenarzystów, nazywając ich umysły wypaczonymi. Nie napiszę, co o tym myślę, bo nie wypada pisać niemiłych rzeczy na cudzym blogu. Wyjaśnię tylko, że mój strach przed niebezpieczeństwem nie mógł wynikać z głupich filmów, bo nigdy takowych nie oglądałam i nie oglądam. Ten strach wziął się z rozsądku. Bardzo wątpliwe, że byłabym bezpieczna, gdyby na tę moją bezludną wyspę przypłynęła zgraja mężczyzn. Samotna osoba narażona jest choćby na gwałt. Im dalej od siedzib ludzkich, tym częściej rządzi ten, kto silniejszy.

      Usuń
    4. Ależ Ty obrażalska ;) Pierwszy raz spotykam osobę, która się unosi z powodu tego, że obrażono nie ją, a kogoś innego. Właściwie nawet nie obrażono, tylko wydaje się jej, że obrażono. Tak naprawdę prawie wszyscy mamy wypaczone umysły, no bo jak inaczej nazwać sytuację, w której odwzorowanie świata w naszych umysłach mocno odstaje od rzeczywistego obrazu świata. Nie tylko świata ale i nas samych. Zanim puszczę posta z kolejną statystyką zawsze pytam kilka osób, co przewidują, i nigdy nie trafiają, przynajmniej w stan obecny. Dlatego właśnie są one (te statystyki) dla mnie interesujące - pokazują jak bardzo, mimo całej globalizacji i natychmiastowego dostępu do informacji, opieramy się na wiedzy dawno już nieaktualnej, a często w ogóle na niewiedzy. Podobnie jest ze scenariuszami postapo. Niemal we wszystkich króluje przemoc i okrucieństwo. Bo podobna taka jest natura dzikiego człowieka. Dzikiego w sensie braku prawa, sądów i tego wszystkiego, co nazywamy cywilizacją. Tymczasem zarówno konkretne przypadki, jak i najnowsze badania naukowe, pokazują, że jest odwrotnie. Z natury altruistyczny homo sapiens „zepsuł się” pod wpływem cywilizacji, która siłą rzeczy, w miarę jak go psuła, musiała wprowadzać środki przymusu przeciwdziałające efektom tego zepsucia. Być może to wypaczenie obrazu człowieka jako takiego bierze się stąd, że większość nie widzi, iż zamieszki, gwałty i inne atrakcje, które wiążą się z wojną, katastrofami i innymi dysfunkcjami cywilizacyjnych elementów kontroli i przymusu, są tylko objawami funkcjonowania ludzi w warunkach owych dysfunkcji, ale jednak w stanie świadomości, że cywilizacja jest i będzie, tylko być może dysfunkcyjna, stale lub chwilowo. Gdy cywilizacja całkowicie zanika, choćby czasowo, czyli gdy ludzie wiedzą, że przez pewien choćby czas są i będą wyłączeni w stu procentach z reszty ludzkości, bywa całkiem ciekawie. Okazuje się, że nawet w tak trudnych warunkach, w których dochodzi do kanibalizmu wewnątrz walczącej o przetrwanie grupy, obywać się można bez przemocy, przy pełnej wzajemnej pomocy i na zasadzie altruistycznego, dobrowolnego poświęcenia dla grupy jako całości. Najnowsze badania pokazują, że u prapoczątków homo sapiens (i nie tylko) wcale nie rządziła przemoc, a wręcz przeciwnie. W końcu mit o złej naturze ludzkiej i powiedzonko „Homo homini lupus est” stworzył literat, a nie naukowiec, więc jak się okazuje literaci już od czasów starożytnych mieli wypaczony obraz natury ludzkiej. A czyż nie jest wypaczonym umysłem ten, który tworzy wypaczony obraz świata i w dodatku upowszechnia go jako prawdziwy po to by na nim zarabiać? ;)

      Usuń
    5. Andrew, wydaje mi się, że w przypadku sytuacji jedna kobieta i grono mężczyzn, trudno nie zgodzić się z tokiem rozumowania Koczowniczki. Co jak co, ale człowiek to istota pełna instynktów i podświadomych bodźców, które w sporej mierze hamowane są przez konwenanse i przyjęte wzorce zachowań, znikające z chwilą utraty kontaktu z cywilizacją. Oczywiście można oczekiwać od innych (obcych) przyzwoitości, ale ja nie miałbym odwagi podjęcia takiego ryzyka.

      Usuń
    6. Tylko co ma sytuacja „jedna kobieta - wielu mężczyzn” z naturą ludzką i brakiem cywilizacji? Największym wypaczeniem jest właśnie przeświadczenie, że cywilizacja, jej konwenanse i przyjęte wzorce, w dodatku znikające z chwilą utraty kontaktu z cywilizacją, chronią nas przed przemocą. To cyw. robi z ludzi bestie i jednocześnie usiłuje ludzi przed tymi bestiami chronić (choć, trzeba zaznaczyć, że nie wszystkich). Ja też mam jak najgorsze przekonanie o naturze ludzkiej, ale naturze człowieka cywilizowanego. Bo cywilizacja to nie tylko to co jest dziś. Choćby w starożytnym Rzymie. Ludzie naprawdę byli dla siebie wilkami. I nie chodzi tylko o stosunki między obywatelami a niewolnikami, czy Rzymianami a resztą świata, ale nawet o stosunki między samymi obywatelami. Za wyjątkiem bogatych dzielnic, w których porządku pilnowały zbrojne straże, w całym mieście nocą każdy dom się barykadował niczym twierdza, a mimo to zdarzały się napady, szturmy i formalne oblężenia, gdy brakowało ofiar dostępnych na ulicach. I właśnie w takich realiach wymyślono przyzwoitość i inne podobne hasła. Fakt, teraz proporcje są inne niż w starożytności. Dziś wyjątkiem są dzielnice, do których policja po nocy nie wchodzi, ale to nie zasługa większej przyzwoitości czy moralności, tylko zmiany stosunków własności, produkcji i wszystkiego, co się z tym wiąże. Ale to działa tylko tak długo, jak aparat nadzoru funkcjonuje bez zarzutu. A ilość kradzieży i innych przestępstw, mimo totalnej inwigilacji i ciągłego rozrostu możliwości służb będących odpowiednikiem dawnej straży nocnej, wcale nie maleje. Nie wnikając w badania historyczne i socjologiczne wystarczy spojrzeć na fakt, że w miastach, które są symbolem cywilizacji, jest dużo większa i dużo cięższa gatunkowo przestępczość niż na prowincji, która jest symbolem zacofania. Niedługo wrzucę coś o książce, która traktuje między innymi właśnie o człowieku takim, jakim był, zanim pojawiła się cywilizacja. Można więc powiedzieć, że o takim, jakim jest naprawdę, bez dobra i zła, które w nim cyw. wytwarza i miesza. I naprawdę nie jest to obraz mroczny - wręcz przeciwnie. Z dzisiejszych „eksperymentów” warto przyjrzeć się katastrofie w Andach w 1972. Doszło do zerwania z cywilizacją tak dalece, że naruszono nawet tabu kanibalizmu, ale nie doszło do aktów przemocy i ratowania się jednych żyjących kosztem drugich. Podobnych sytuacji jest mnóstwo, zwłaszcza w historii katastrof morskich. Wbrew tezom formułowanym przez literatów kooperacja, poświęcenie i wzajemna pomoc zdecydowanie przeważa nad incydentalnymi przypadkami przemocy, które też po bliższej analizie można połączyć właśnie z cywilizacją, a nie jej brakiem. Jest to zresztą zrozumiałe - w małej skazanej na siebie grupie osobnik zagrażający innym na dłuższą metę jest skazany na przegraną - w końcu musi kiedyś spać, a wtedy sprawiedliwość go dopadnie. Na wredną taktykę walki o przeżycie może stawiać tylko wtedy, gdy jest szansa na szybki powrót do cywilizacji. Widać to zresztą świetnie na przykładzie wspólnot wiejskich, gdzie samopomoc stoi na wysokim poziomie - wszystko wynika z zasady wzajemności (kto nie pomoże innym przy budowie stodoły, sam się jej w podobnym razie też nie doczeka). A w dużych miastach przeciwnie - można w nieskończoność żyć z oszukiwania innych, byle nie złamać prawa. No - temat rzeka, ale chciałem zwrócić uwagę na to, że literatura piękna naprawdę nie jest dobrym źródłem do studiowania natury człowieka. W końcu skoro na przykład w Polsce kryminały są najbardziej popularnym gatunkiem literackim (według najnowszych danych pobiły nawet romanse), to trzeba pisać to, co się sprzedaje. Krew, gwałty, śmierć i strach. Nawet romanse i seriale dla gospodyń coraz bardziej kręcą się wokół podłości, przemocy i zbrodni. Inna sprawa, że taki właśnie jest cywilizowany człowiek - nie wiem, czy jest choć jedno wynaturzenie, którego cywilizacja nie miałaby w swych patentach już w starożytnym Rzymie.

      Usuń
    7. Andrew, w tekście nie przybliżyłem całej fabuły, ale zdradzę, że przebieg formowania się wspólnoty (nie wiem czy można uniknąć słowa "cywilizowania się" grupy) przebiega w sposób zbieżny z tym, co wyłożyłeś w swoim komentarzu. Summa summarum tworzy się wyspiarska społeczność, która ściśle ze sobą współpracuje, zwiększając tym samym szanse na przetrwanie wszystkich jednostek. Ale dochodzi do tego dopiero w momencie, kiedy ci, którzy przeżyli uświadamiają sobie, że nie ma co liczyć na ratunek z zewnątrz. Kirno w swojej powieści koncentruje się na burzliwej sytuacji przejściowej, tj. gdy grupa znajduje się na rozdrożu między nadzieją na ocalenie, a przekonaniem, że tylko wspólnota gwarantuje godziwy los. Można tu mówić wręcz o lekcji na temat tego, co napisałeś, tyle, że za popełniane błędy trzeba zapłacić należytą cenę (nie wszystko przebiega podręcznikowo, a odchylenia od normy ze statystycznego punktu widzenia zdarzają się zawsze) i wg mnie z tego względu obawy Koczowniczki nie są aż takie bezpodstawne. Wg mnie całkowite przeświadczenie, że nic nam nie grozi jest groźniejsze niż zachowanie ostrożności i pewnej dozy nieufności.

      Usuń
    8. Ha - od przynajmniej kilku tysięcy lat (kwestia definicji) jesteśmy dziećmi cywilizacji. W takim przypadku, o jakim wspomniała Koczowniczka, nie tylko więc zachowałbym pewną dozę nieufności, ale wręcz skłaniałbym się ku zachowaniom z ciemnego lasu, przynajmniej do czasu dokładnego zorientowania się who is who. Tyle, że nie dlatego, iż obawiam się, iż przybysze nie są cywilizowani.

      To, co ujawniłeś o fabule, jest plusem dla książki, ale szkoda, że i tak według Twojej oceny, na której polegam, jest ona tylko i aż na przyzwoitym poziomie.

      Usuń

Czytamy wnikliwie każdy komentarz i za wszystkie jesteśmy wdzięczni. Zwłaszcza za te krytyczne. Jeśli chcesz o czymś porozmawiać, zapytać, zwrócić uwagę na błąd, pisz śmiało. Każda wypowiedź, zwłaszcza na temat, jest przez nas mile widziana. Nie odrzucamy komentarzy anonimowych, jeśli tylko nie naruszają prawa. Można zamieszczać linki do swoich blogów i inne, jeśli nie są ewidentnym spamem. KOMENTARZE UKAZUJĄ SIĘ DOPIERO PO ZATWIERDZENIU przez nas :)